Poprzedni temat «» Następny temat
Opuszczony magazyn
Autor Wiadomość
The Gifted



Sprawy techniczne i fabularne.

Konto Specjalne

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-02-04, 20:11   Opuszczony magazyn





[Profil]
 
 
Cheolmin Seon



Dziś rano cały świat kupiłem, gwiazdy i słońce, morze, las, i serca, lądy i rzek żyły, Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.

iluzja

68%

taniec to miłość czy przekleństwo?





name:

Cheolmin Seon

age:
23

Wysłany: 2018-02-04, 20:23   
   Multikonta: Levi


#2 - zaraz po akcji na polanie

Kiedy tylko Aaron wskoczył do samochodu, Cheolmin wrzucił tylny bieg, wycofując z impetem samochód, a następnie pierwszy, by ruszyć przed siebie- w stronę ledwo zarysowanej drogi, przebijając się przez dym, mgłę, starając ponownie uspokoić bicie serca i unormować oddech.
Nic nie mówił. Po prostu patrzył się na przed siebie, kiedy już wyjechali na jezdnię.
Musieli pojechać jak najdalej stąd. Najlepiej, żeby znaleźli jakieś opuszczone miejsce. Cholera, najlepszą skrytką byłaby elektrownia, ale jednak znajdowała się zbyt blisko. Cheolmin szukał w głowie pierwszego lepszego terenu do ukrycia zranionej Samanthy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Patrzył to w tylne lusterko, to w odbicia po bokach, jakby miał obawę, że zaraz jakiś samochód wyskoczy zza zakrętu i koszmar rozpocznie się na nowo.
Zaczął intensywnie myśleć o Zoelli. Czy była bezpieczna? Czy pomogła Danielowi? Zdawało mu się, że również zapakowała się z tym chłopakiem w czapce do samochodu, miał więc wielką nadzieję, iż podobnie jak jego ekipa- byli właśnie w drodze w bezpieczne miejsce.
Widząc pierwszą lepszą drogę w stronę centrum, zakręcił raptownie, znikając za kurtyną drzew.
Ściskał kurczowo kierownicę, przygryzając dolną wargę. Jego twarz nadal pozostawała beznamiętna, aczkolwiek w oczach można było ujrzeć iskierki emocji, które właśnie powoli gasły.
W pewnym momencie poczuł wielką falę zmęczenia, która ogarnęła jego ciało, kiedy już wszystkie emocje opadły. Mimo tego pokręcił parę razy głową, zamrugał oczętami i powtarzał w głowie, że musi wytrzymać jeszcze moment.
Wjechał na drogę, którą dobrze znał- tak jakby kierował się w stronę domu kultury, w którym pracował. Pamiętał, że gdzieś niedaleko tej ulicy znajdował się stary magazyn, który straszył wybitymi okiennicami.
Zatrzymał samochód jak najbliżej wejścia, zgasił silnik. Kluczyki wepchnął do kieszeni dżinsowej kurtki i wreszcie spojrzał na Sam, a później na Aarona.
Wyszedł z auta, podskoczył do tylnych drzwi i otworzył je, wyciągając ramiona w stronę Sam. Nie zważając na jej słowa, wepchnął jedną rękę pod jej kolana, a drugą chwycił za plecy, ostrożnie i powoli starając się ją wynieść.
Może nie należał do najbardziej umięśnionych osób na świecie, ale dzięki regularnym treningom był wysportowany. Nie chciał prosić Aarona o pomoc. Wiedział, że chłopak był zmęczony, może nawet jeszcze do niego to wszystko nie docierało. Czym prędzej zaniósł ją do opuszczonego budynku i usadowił przy ścianie- tak by mogła się o nią wygodnie oprzeć.
-Postaram się uśmierzyć trochę Twój ból, lecz nie potrwa to zbyt długo.- Powiedział cicho.
Czując przeszywający ból w głowie, przyłożył dłoń do skroni, zamknął oczy i skupił się na Sam.
Ból odpływał, a Ty sama czułaś spokój. Wszystkie negatywne emocje opadły. Miałaś wrażenie, że znajdujesz się w ciepłym pokoju z kominkiem, a nie starym, opuszczonym i wilgotnym magazynie. Odpoczywałaś. Czułaś ukojenie i tę wszechobecną, słodką ciszę.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-02-04, 20:48   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


To wszystko było jak jeden, wielki, popieprzony koszmar, z którego nie mogłam się wybudzić...
Odczułam to jeszcze gorzej, gdy tylko ta dziwna iluzja, która do tej pory pozwoliła mi choć trochę logicznie myśleć - zniknęła. Syknęłam, ponownie czując ból w nodze. Znowu widziałam tą wciąż powiększającą się plamę... W tamtej chwili nie było to jednak najważniejsze. Pomiędzy chwilami, gdy uciskałam sobie udo, by stracić jak najmniej krwi, zerkałam też na pole walki. Patrzyłam, jak brat biegnie w naszym kierunku. To było tak spowolnione... Miałam wrażenie, że nie zdoła do nas dobiec, że coś zaraz mu stanie na drodze. Na szczęście jednak udało mi się w końcu zająć miejsce koło mnie. Syknęłam ponownie, gdy musiałam się przesunąć i jednym szybkim ruchem wyciągnęłam sznurek ze swojego kaptura. Wiedziałam, że to za mało, ale na ten moment musiało wystarczyć. Jeszcze w trakcie jazdy starałam się przewiązać tą prowizoryczną linkę tuż nad raną, byle tylko się nie wykrwawić. Jestem prawie pewna, że w trakcie drogi nie byłam w stanie wydusić z siebie innych słów, niż przekleństwa. Nawet nie miałam sumienia spojrzeć na Aarona... Dopiero teraz wyrzuty sumienia za wszystko, co zrobiłam, do mnie dochodziły. Noż kurwa! Zachowałam się jak zwykła gówniara. To wszystko nie miałoby miejsca, gdyby nie moja rodzinna drama...
W końcu jednak samochód się zatrzymał. Nie kojarzyłam tego miejsca. Może to i dobrze. Mogłam dzięki temu mieć choć odrobinę tej złudnej nadziei, że nikt nas tu nie znajdzie.
Nie byłam jednak ciotą. Na kogo bym nie wyglądała, jak bardzo bym nie oberwała... Póki utrzymywałam choćby resztki świadomości, nie zamierzałam dawać się traktować jak byle księżniczka. Nie pozwoliłam więc znajomemu z organizacji na wysługiwanie mnie w tak prostych rzeczach, jak chodzenie:
- Pogięło Cię, stary? - Rzuciłam bez większego przemyślenia swoich słów. Wysunęłam się z tylnego siedzenia i jedyne z czego korzystałam w przypadku Koreańczyka, to użyczenie swego ramienia, by pomógł mi przejść w nieco... Wygodniejsze miejsce. W końcu sama musiałabym się do niego czołgać. Zanim jednak odeszliśmy od samochodu, spojrzałam jeszcze na brata.
- Aaron. Ja... - Zaszkliły mi się oczy. nie mogłam sobie jednak znowu pozwolić na taki wybuch emocji jak jeszcze kilkanaście minut temu... Dlatego wydukałam tylko:
- Dziękuję...
Zrozumiem, jeśli brat nie będzie chciał się więcej do mnie odezwać. Zrozumiem, jeśli obwini mnie za wszystko. Chyba nawet na to zasługiwałam. I chyba ta myśl bolała mnie jeszcze bardziej, niż ta rana w nodze...
Dałam się odeskortować Cheolminowi pod ścianę, gdzie usadowiłam się na ziemi sycząc przy każdym ruchu postrzelonej nogi. Oparłam głowę wyrzucając z siebie krótkie Fuck.
I... Dopiero teraz do mnie dotarło, skąd pochodziła ta iluzja.
Prawdopodobnie już lekko nieprzytomnym wzrokiem spojrzałam na Seona.
- To... To kurwa Ty? - Cóż... Przekleństwa już mnie chyba dzisiaj nie opuszczą. Wyciągnęłam rękę w stronę znajomego, by złapać jego dłoń.
- Nie... Błagam, nie... Zderzenie z rzeczywistością po tym jest jeszcze gorsze... - Stwierdziłam niemal szepcząc, jednak w moim tonie nie dało się zauważyć większych emocji. Ja już chyba nawet nie miałam siły, by cokolwiek więcej z siebie wyrzucić... Czy nie byłoby lepiej, gdybym tam po prostu zdechła?
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-05, 00:57   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Zderzenie z rzeczywistością? Wiedziałem coś o tym.
Zaczęło się, kiedy odjeżdżaliśmy z polany. Widziałem płonących ludzi z Genetically, próbowałem w ich świetle dojrzeć kogokolwiek z naszych, ale chyba jako ostatni opuszczałem z Bractwa polaną. Miałem przynajmniej takową nadzieję. Cóż, w takim przypadku ostatni powinien być Ronnie, bo to on przewodził, prawda? Nie było go, a ja… Ja chyba poniekąd czułem się za nich odpowiedzialny, przejąłem przywództwo najwyraźniej, mimo że pewnie zastępcą… Sam nie wiedziałem, nie miałem pojęcia. Zawiodłem.
Jeszcze ten swąd palonych ciał… Miałem wrażenie, że nim przesiąkłem. Dym… Dym i ogień. Chaos. Potrzebowałem chwili, by ochłonąć z tego wszystkiego. Najchętniej poszedłbym popływać, ale siedziałem w samochodzie. Sam coś do mnie mówiła, ale jedynie półmartwo skinąłem jej głową, jak gdyby cokolwiek z tego do mnie dotarło.
Chciałem być stąd daleko. Biegać albo pływać, albo spać, albo tulić się do Alby… Choć jak miałbym ją obejmować po tym, co się stało. Jak patrzyłaby na mnie, wiedząc, co robiłem ludziom. Czułaby to, co oni by czuli. Ja nie musiałem tego… Wystarczyły moje wyobrażenia. Powinienem się odciąć od tego wszystkiego, jak od przeszłości, w tym od Samanthy… która powróciła. I była w cholerę ranna.
Wstałem i opuściłem samochód. Byłem zmęczony tym wszystkim, odczuwałem wręcz dyskomfort, ale trzeba było to załatwić.
- Znacie jakiegoś kogoś, kto to ogarnie? – zapytałem, wskazując nogę syczącej Sam. – W Bractwie są sanitariusze… ale nie powinienem was tam zabierać. Szczególnie teraz. Szczególnie ciebie – dodałem, wskazując na Sam. Martwiłem się o nią. Jak mógłbym nie? Wyglądało to koszmarnie. Może jednak skończy się na szwach i bandażu?
- Złamana czy do szycia? – zapytałem zaraz. Klęknąłem przed nią i zacząłem oglądać nogę, choć znałem się tyle, że potrafiłem się zająć niewinnymi oparzeniami albo nakleić plasterek na zranienie. Ewentualnie zaradzić na skręcone kostka. Ale, kto wie, może coś zatrybi w tej pustej głowie i dłoniach stworzonych najwyraźniej do palenia ludzi żywcem.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Cheolmin Seon



Dziś rano cały świat kupiłem, gwiazdy i słońce, morze, las, i serca, lądy i rzek żyły, Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.

iluzja

68%

taniec to miłość czy przekleństwo?





name:

Cheolmin Seon

age:
23

Wysłany: 2018-02-05, 09:43   
   Multikonta: Levi


Tja. No przecież... Mógł się spodziewać.
Nie próbując naciskać, pomógł wysiąść Sam z auta JEJ sposobem, starając przyjąć jak najwięcej ciężaru na swój bark, by nie musiała stawiać chorej nogi, ani w żadnym wypadku się na niej wspierać.
Cheolmin zdjął z siebie dżinsową kurtkę, dając ją Sam- w razie czego, gdyby zrobiło jej się zimno. Ewentualnie mogła ją potraktować jako kolejny skrawek materiału do uciskania rany na nodze. Kiepsko to wyglądało. Nawet bardzo kiepsko.
Cała trójka potrzebowała odpoczynku. Sen... Sen mógłby być zbawienny.
Słysząc słowa Aarona, spojrzał w jego stronę, zamyślając się wyraźnie. Sytuacja bez wyjścia, hę? Ni w jedną stronę, ni w drugą. Co z tego, że uciekli od GC, skoro musieli rozliczyć się z konsekwencji po przejściach na polanie?
-Może sanitariusze mogliby przyjechać tu, do nas?- Zapytał, choć wypowiadając każde kolejne słowo, miał wrażenie, że cała wypowiedź lepiej wyglądała w jego umyśle.
Byli w kropce. Nie mogli pojechać do szpitala. Nie mogli zatrzymać się w Bractwie. W organizacji nie mieli nikogo, kto zajmowałby się leczeniem.
Koreańczyk nachylił się nad nogą dziewczyny, uważnie przyglądając się ranie. Miała rozerwane spodnie tylko w jednym miejscu. To była rana postrzałowa.
-Jak myślicie, kula nadal siedzi w środku?- Zwrócił się bardziej do Aarona, aniżeli Samanthy.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-02-05, 11:50   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Sytuacja była wręcz tragiczna. Traciłam to. Czułam, że z każdą chwilą tracę coraz więcej. I to bynajmniej krwi...
- Wiem że zjebałam, okej?! Wiem że zjebałam 11 lat temu, wiem że zjebałam na studiach i wiem że zjebałam przy akcji! Naprawdę to wiem i nie musisz mi tego uświadamiać! - Rzuciłam w stronę bliźniaka wyraźnie zdenerwowana. Co jednak ważne... Nie byłam zła na niego. Byłam zła na siebie. Na swój pojebany mózg, który pozwalał mi na robienie tych wszystkich głupot tak bardzo wpływających na moje życie. Wciąż miałam zaszklone oczy i powstrzymywałam się przed płaczem. Już nawet nie wiedziałam, co wyciska łzy z moich oczu. Ból fizyczny, czy psychiczny?
- Ale Ciebie miało tu nie być... Przez ostatnie kilka pieprzonych lat Cię szukałam, i musiałam Cię znaleźć akurat tam... - Wyrzuciłam w końcu z siebie, jednak już bez krzyku. W tym wszystkim zdawałam się zapominać o obecności Cheolmina i nie mogłam na to nic poradzić...
Dopiero, gdy mężczyźni zaczęli zwracać większą uwagę na moją ranę, sama się nią bardziej zainteresowałam. Przetarłam swoją twarz otwartą dłonią, zgarniając z niej kilka niesfornych kosmyków i po chwili - ściągając czapkę z głowy. Teraz bardziej mi przeszkadzała...
Co mi było? Nie znałam się na medycynie, nie miałam pieprzonego rentgenu w oczach. Widziałam jednak, że cała moja noga jest nienaturalnie obrócona na zewnątrz. Nie byłam też w stanie samodzielnie wstać, zgiąć kolana czy ruszyć stopą. Nie trzeba być geniuszem, by wywnioskować, co się w środku działo...
Uniosłam materiał swoich spodni, by nie dotykać bezpośrednio rany. Kurwa, jak to bolało... Włożyłam palce w dziurę w materiale utworzoną przez kulę i szybkim ruchem rozerwałam je jeszcze bardziej, a z moich ust wydobył się pojedynczy jęk wywołany bólem. Cholera... Nawet takie ruchy powodowały ból. Oderwałam do końca materiał i dopiero teraz byłam w stanie sprawdzić resztę uda.
- Została w środku... - Wydukałam z siebie. Wiedziałam, że nie wróży to nic dobrego. Trzeba było wyjąć kulę, prawdopodobnie złożyć mi nogę w całość, nie mówiąc już o szyciu. A szpital nie wchodził tu w grę, nie po tym, co się wydarzyło.
Spojrzałam na Aarona a po chwili - na Koreańczyka. Byli zmęczeni, było to widać. A ja byłam tylko dodatkowym ciężarem...
Dopiero teraz zaczęłam analizować, co się stało. Samochód, zapasy... Zaraz, zapasy? W moim samochodzie znajdowało się kilka paczek dla bractwa. Nie było to wiele, w sumie nawet nie wiedziałam, co dokładnie przewoziłam. Była niewielka szansa, że znajdowały się tam również leki i prosty sprzęt medyczny. Jednak.. Czy miałam prawo kogokolwiek prosić o pomoc, gdy wiedziałam, że część osób została porwana i nie tylko ja zostałam zraniona?
Przełknęłam głośno ślinę. Jeśli bliźniak do tej pory nie uwierzył w moją zmianę, mogłam zrobić tylko jedno, by mu ją udowodnić. Nie widziałam innego wyjścia.
- Masz pełne prawo mi nie ufać, ale wiedz, że się zmieniłam. Właśnie dlatego jechałam tym jebanym gruchotem. Od lat wspieram wasze bractwo. I nie widzę innego rozwiązania, niż wypełnić postawiony mi cel po raz ostatni. - Stwierdziłam wyraźnie zdołowana. Ciężko było mi się pogodzić z własną decyzją, ale wiedziałam, że to najlepsze, co mogę zrobić.
- Cheo, Aaron... Zawieźcie tą część zapasów do bractwa.Ja... Ja sobie poradzę. - Wysiliłam się na smutny uśmiech. - Tamten gość od Ciebie potrzebuje tego. Na pewno. Tak samo jak pomocy waszych sanitariuszy. - Wspomniałam o nieznanym mi mężczyźnie, który również został postrzelony. Liczyłam, że to skutecznie odwróci ich uwagę ode mnie. Chyba po prostu nie lubiłam być w centrum uwagi - nawet w takich sytuacjach.
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobię, jeśli serio mnie posłuchają. Najchętniej urżnęłabym się teraz w trupa, byle już nic więcej nie czuć...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-05, 18:00   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Już pierwsze słowa Samanthy spowodowały, że miałem ochotę stąd spieprzyć daleko, iść w cholerę i w ogóle… Przede wszystkim zdzielić ją po głowie jakimś buzdyganem. Jezu Chryste! Jak ona mnie przepraszała! Jak żałowała! I jak bardzo, kurwa, cholernie odpowiedni to był moment, by zawracać moją głowę takimi rzeczami.
Musiałem pomyśleć, ale najwyraźniej nie było na to czasu. Im dłużej będziemy zwlekać, tym bardziej ona będzie nam się tu wykrwawiała i zapewne traciła szansę na jakiekolwiek chodzenie w przyszłości. Zakląłem paskudnie pod nosem. Z pewnością złamana, z pewnością z kulką w środku i cholernie krwawiąca… ta jej noga. Noga mojej bliźniaczki. Noga Sam.
- Jezu, Sam, przymknij się, dobra?! Nie chcę słuchać ani twoich przeprosin, ani planów. Weź ją pilnuj, by nie zrobiła niczego głupiego. Muszę zadzwonić – odparłem po chwili milczenia. Po długiej chwili milczenia. Po długiej i przepełnionej wciekłością chwili milczenia. Wpierw, oczywiście, do Sam, a później zwracając się do nieznajomego mi azjatycko wyglądającego kolegi.
Odszedłem na bok. Musiałem pogadać z Colleen, a jak z nią się nie uda… to może Alba?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-02-07, 21:27   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Widać było, że to ja bardziej przeżywałam ten dziwny zbieg okoliczności. Aaron nigdy nie był specjalnie wylewny, obstawiałam, że po wszystkim co nas... Jego spotkało, musiało być jeszcze gorzej. Ale w sumie czego się spodziewałam? Że nagle wpadniemy sobie w ramiona płacząc, jak bardzo się kochamy? Dobre żarty... Odkąd tylko zmieniłam swoje nastawienie, wiedziałam, że nasze ponowne spotkanie nie będzie usłane różami. A jednak miałam nadzieję chociaż na chwilę zrozumienia, rozmowę... Tylko nie w takich warunkach i okolicznościach...
- A niby co ja mam kurwa zrobić, hm? Spierdolić w podskokach?! - Odkrzyknęłam w kierunku młodego, gdy tylko usłyszałam jego niecodzienną prośbę do Azjaty, jednocześnie uderzając pięścią - a jakże - w zranioną nogę. Ponosiły mnie nerwy, czasem byłam zbyt porywcza - ale to chyba u Bartowskich rodzinne... - Kurwa! - Przeklęłam pod nosem, jednocześnie przymykając oczy i opierając głowę o jedną ze swych dłoni. Brawo Sam. Jesteś geniuszem. Nie ma co.
Nie wiedzieć czemu, miałam tylko nadzieję, że nikt nie odpowie na jego telefon. Że jednak będą zmuszeni zabrać stąd to auto i dać mi spokój. Ja już chyba po prostu miałam dość... Gdzie jakakolwiek flaszka, gdy jest najbardziej potrzebna?
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-08, 20:47   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Tak, miałem chociażby na myśli to, że postanowi sobie spierdolić na jednej nodze… albo chociażby to, co nastąpiło po jej słowach. Ona tak na serio jebnęła sobie w nogę, ranną nogę, w chuj rozjebaną nogę. Sam, niech cię diabli!
Szczęście, że udało mi się jakoś skontaktować z Colleen. Słabo, że prosiłem ją o pomoc swojej siostrze bliźniaczce, kiedy byłem, cóż, po nocy z inną… czego jeszcze nie wiedziała, ale tym razem miała się dowiedzieć. Z Albą było inaczej. Tylko, no, miałem na tyle w sobie dżentelmeństwa, że mnie to bolało i niewygodnie było mi z tym, aczkolwiek… Sam była tu jako członek F.P.T.P., który miał nam pomóc i tylko dlatego ucierpiał, więc pokrętniej patrząc, a może – wręcz przeciwnie – w bardziej prosty sposób, Colleen wraz z Bractwem była coś winna tej tu za poświęcanie życia czy też zdrowia.
- I co?! Zadowolona jesteś z siebie? – zapytałem mojej genialnej siostry, kiedy w końcu skończyłem gadać i wróciłem z niemałego oddalenia. – Zachowujesz się jak kretynka, jak gwiazdka, która przecież nie pozwoli sobie na nic innego, tylko na to, co jej się łaskawie przywidzi – zauważyłem z jadem. Nie chciało mi się cackać z nią. Niezależnie od tego, czy tym razem była za – czy może już przeciw, bo kto by za nią nadążył? – mutantami.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-02-08, 21:19   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Kurwa. Skoro wracał, to znaczy, że chyba jednak ktoś odebrał. Inaczej próbowałby się łączyć z innymi, prawda? To znaczyło, że zostało niewiele czasu, aż ktoś nowy tu dobije. Tylko na cholerę?
- Tak, kurwa bardzo. - Stwierdziłam hamując łzy w swoich oczach. Jakby to do tej pory wystarczająco nie bolało... Jeszcze musiał mi ten pajac dopiekać. No co Ty, wcale nie zauważyłam, że jebnęłam sobie w nogę, której do jasnej ciasnej nie czuję!
- To patrz. Kretynizm w tej rodzinie jest chyba dziedziczny! - Odpowiedziałam z równym przekąsem w stronę brata. Bo co? On niby lepszy? Zgrywał taką samą księżniczkę, pana doskonałego, co się nigdy nie myli i zawsze ma rację. Może i na laski w liceum działał ten wizerunek bad boya, wiecznego chamidła i oschłego pacana. Ale kurwa! Minęło już ponad 10 lat, mógłby w końcu nieco odpuścić z tonu. Nie, że ja też mogłam. W końcu to on na mnie krzyczał. A to ja tu miałam więcej powodów do nerwów. Przynajmniej ten jeden raz.
Irytowała mnie ta sytuacja. Chyba głównie dlatego, że nawet nie miałam jak się bronić. Nie mogłam wstać i mu przyjebać jak za dawnych czasów, kiedy nawet nie mógł mi oddać, bo byłam dziewczyną - no, przynajmniej dopóki rodzice patrzyli. Byłam przykuta do ziemi, rozdrażniona i wciąż ubywało mi krwi...
- Daj znać jak obudzisz w sobie chociaż odrobinę empatii, ćwoku. - Stwierdziłam już wyraźnie zrezygnowana, ponownie opierając swoją głowę o jedną z dłoni. Czułam się słabiej, ale no halo! Nie mogłam mu odpuścić. To tak nie działało.
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-08, 22:18   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Jezu. Jakie dziecko z niej! Te jej odzywki miały chyba ze sto lat! I nada, jak na złość, krwawiła i pierdoliła w dalszym ciągu również, jak gdyby właśnie do tego została stworzona. Do wiecznego wydzierania się na mnie i nazywania kretynem, ćwokiem i, co grosza, wyrzucała mi brak empatii, kiedy to ona zachowała się jak kompletna idiotka bez krzty współczucia. To ja próbowałem ogarnąć to, co się ze mną stało, wraz ze spoko mieszkaniem, takim znośnym do życia po tym jak moje poprzednie wyleciało w powietrze, i to ja kończyłem wciąż z nowymi poparzeniami, kiedy próbowałem to opanować, by jej przypadkiem nie skrzywdzić! Tak, mega, kurwa, empatka się znalazła.
- Skoro kretynizm jest u nas tak dziedziczny, to chyba brak empatii również, bo nie dostałem ani krzty wsparcia od ciebie, kiedy go potrzebowałem. Wolałaś się odłączyć, pójść sobie, bo co? Bo byłem dziwakiem, nie? Pojebanym. Wysadziłem sobie od tak mieszkanie, bo czemu nie?, wydałem spadkowy hajs po babci i może jeszcze ubiłem swojego przyjaciela! Niech cię diabli! – stwierdziłem, rzucając wściekłe spojrzenie tej jej nodze. Beznadziejne płomienie… Nie mogły uratować jej nogi ani tym bardziej życia.
Rozejrzałem się wokół i przez chwilę nasłuchiwałem. Zastanowiło mnie, czy już nie powinno być tu wsparcie. Chyba nic im się nie stało? Genetically to gady.
- I może byś tak podziękowała za uratowanie dupy, zamiast wydzierać się jak debil? Gdyby nie twój ćwokowaty brat, już dawno byłabyś martwa, wszyscy bylibyśmy – warknąłem, bo przypomniało mi się, że nie każdy z Bractwa dotarł na polanę. Byliśmy w chuj nieprzygotowani. To co, że to było tylko głupie spotkanie z F.P.T.P.? Zaskoczyli nas… Daniel, Griffin… Ciekawe, co z nimi.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-02-08, 22:34   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Bolało...
Te słowa bolały chyba bardziej, niż obrażenia, których dziś doznałam. Miał rację. To ja byłam fałszywa w tej rodzinie. Tylko że to właśnie jest to słowo klucz - BYŁAM.
To była prawda, winiłam Aarona za jego inność, bo jej nie rozumiałam. Wiedziałam tylko tyle, że zaszły w nim zmiany, że jakieś geny działały inaczej, że doszło do mutacji... Byłam debilem, że dałam sobie wmówić, że z tego samego powodu zginęła nasza matka. W końcu jej ciało też zmutowało, prawda? Komórki rakowe mutowały jej ciało. To się zdawało tak logiczne, gdy byłam młodsza... I właśnie przez to myślenie, skończyliśmy w ten sposób...
Spojrzałam na brata swoimi przeszklonymi oczami. Nie byłam w stanie odpowiedzieć na jego zarzut. Nie miałam już siły i argumentów. Wygrał. Kurwa, po prostu ze mną wygrał...
Czułam się już jak zero. Próbowałam odpłacić swoje winy. Szukałam go od lat, by móc go poprawnie przeprosić.
- To trzeba było mnie tam zostawić, żebym zdechła... Nie miałbyś już problemu. - Stwierdziłam pierwszy raz spokojnie, pociągając lekko nosem. Po chwili prychnęłam na samą siebie.
Ogarnęły mnie dreszcze. Dopiero teraz, skorzystałam z kurtki Azjaty, zakładając ją na swoje ramiona.
- Mówiłam już, że Cię przepraszam i że byłam głupia. Stwierdziłeś, że nie chcesz słuchać moich przeprosin. Więc chuj Ci w dupę. - Stwierdziłam z przekąsem, choć już znacznie spokojniej. Chyba po prostu potrzebowałm ujścia na moje obecne nerwy. Pech chciał, że musiałam je wyładowywać akurat na niewidzianym od 11 lat bracie...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-08, 23:33   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Pokręciłem głową, patrząc gdzieś w górę, na spowite mrokiem niebiosa. Nie wiem, czy słyszały tą kłótnię, ale prosiła się o pomstę. Ta, cóż, raczej nie miała nadejść, bo nie byłem tak religijny, na jakiego wychodziłem… albo i nie, bo jedynie nadużywałem takich słowa jak Boże i Jezu. Przecież normalnie byłem pozbawionym empatii ćwokiem!
A martwiłem się! Naprawdę poważnie bałem się o Sam. Wciąż krwawiła. Może powinniśmy bardziej ucisnąć tę nogę? Może przyciskać coś do rany? Gdzie była Colleen? Była cała? Genetically Clean jej nie dopadło? A co z Albą? Co teraz robiła? Czy nie wyrobiła i powiedziała Colleen…? A co, jeśli inaczej się dowiedziała, co, jeśli nie przyjedzie, by się na mnie mścić…? Co, jeśli nigdy miała mi tego nie wybaczyć? Masakra!
I może faktycznie byłem trochę za ostry… Ale bolało mnie również to wszystko, mimo że nie byłem ranny. Bolało mnie nawet jebane to, że grillowałem przed chwilą ludzi. Kij, że naszych wrogów, takich prawdziwych, chcących nas wybić co do jednego.
- Tak, nie miałbym problemu! Ale nie miałbym też jebanej siostry! – rzuciłem jej aby, ponownie patrząc prosto na nią. Później nie wyrobiłem i odkręciłem się do niej plecami. Wolałem się przejść, odsunąć stąd daleko, zamiast słuchać o tym, jaki dupek ze mnie czy coś, a szczególnie patrzeć na to wszystko. Pełno krwi. Nie robiło mi się słabo, ale Sam już jak najbardziej robiła się słaba… Może dlatego nie zrobiłem żadnego kroku w tamtym kierunku? Potrzebowała mnie tu i teraz.
- Dobra, już się zamknij – stwierdziłem zrezygnowany. Ściągnąłem koszulkę i rzuciłem w jej kierunku. Raczej niczym się nie zarazi, bo wszelkie moje patologie odziedziczyła wraz ze mną od rodziców. – Uciskaj. Powinni już tu być. Chyba – dodałem. Nie miałem żadnych takich magiczek z żalastwem, ale…
- Może sam spróbuję nożem, ale nigdy tego nie robiłem… – odezwałem się po chwili… niepewny. Może krew mnie nie obrzydzała, ale gmeranie w otwartej ranie… było raczej czymś fuj. I nie chciałem jej bardziej uszkodzić niż to konieczne. – Może zadzwonię do nich. Pośpieszę… Jak się czujesz?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Cheolmin Seon



Dziś rano cały świat kupiłem, gwiazdy i słońce, morze, las, i serca, lądy i rzek żyły, Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.

iluzja

68%

taniec to miłość czy przekleństwo?





name:

Cheolmin Seon

age:
23

Wysłany: 2018-02-10, 09:55   
   Multikonta: Levi


Cheolmin... Czuł się niezręcznie. Tak, chyba to było idealne określenie na jego aktualny stan, kiedy tak kucał przy Sam i słuchał ich wrzasków, które w tym momencie były najmniej potrzebne. Spoglądał niepewnie to na Aarona, to na Samanthę i nawet parę razy próbował otworzyć usta, ale kiedy chciał wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, któreś z rodzeństwa kontynuowało swą jakże kąśliwą wypowiedź, mającą na celu wypróżnienie wszystkich negatywnych uczuć. Cóż miał zrobić? Uciskał tę cholerną ranę Sam milcząc, będąc wyraźnie zrezygnowanym, że jakakolwiek wskazówka z jego strony rozpłynie się w przykrych dźwiękach kłótni.
-Rozumiem, że ponoszą was nerwy, ale... Proszę. Bardzo proszę...- Odezwał się wreszcie w stronę Aarona, a później ponownie zerknął na Sam, kiedy nastała dłuższa cisza. Mówił to spokojnie, bez żadnych pretensji. Z jednej strony ich rozumiał. To, co działo się na polanie, na zawsze zostanie gdzieś z tyłu ich głów. Ale z drugiej... Czy naprawdę był sens się kłócić w tym momencie? I rzucać w swoją stronę jadem, skoro było się rodzeństwem?
Słysząc wzmiankę o nożu, pokręcił wyraźnie głową.
-Jeżeli Bractwo jest w drodze, poczekajmy jeszcze chwilę.- Spojrzał na ranę, choć sam nie był pewien swoich słów. Posłał dłuższe spojrzenie chłopakowi, który mógł ujrzeć niepewność na jego twarzy.
Wyciągnięcie kuli nożem... Albo Aaron to spierdoli i będzie jeszcze gorzej, albo uratuje jej życie. Co robić? Co robić, do jasnej cholery!
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-11, 21:11   
  

   2 Lata Giftedów!


| noc, z 1 na 2 lutego.

Telefon Aarona wyrwał mnie z łóżka i choć z nim zerwałam, a on wcale nie chciał się o mnie starać i schodzić ze mną, to zależało mi na nim przecież bardzo. Martwiłam się. Poza tym, jego telefon był dość służbowy. Potrzebowali mnie jako Przywódczyni i mutantki z magnetokinezą, potrzebowali też sanitariuszki, a do tego zadania wybrałam Sally. Levi był przecież na misji... zaraz, cholera, to znaczy, że był ranny i nie mógł im pomóc? Koniecznie musiałam się tego dowiedzieć, ale przecież się zaraz dowiem. Im szybciej dojedziemy z Sally na miejsce, tym lepiej.
Obudziłam ją w środku nocy, ale moja przyjaciółka... ona była taka dobra. Ani przez chwilę się nie zastanawiała, tylko ubrała się mega szybko i pobiegła ze mną po apteczkę, a następnie do samochodu. Przez całą drogę nie odzywałyśmy się do siebie, obie spięte, jak jasna cholera. Denerwowałam się potwornie, i martwiłam. Nie mogłam uwierzyć, że zwykłe wysłanie moich ludzi po pożywienie może skończyć się tak źle. Co zrobiłam nie tak? Gdzie popełniłam błąd?
Bądź co bądź nie było czasu na przemyślenia, na jakiekolwiek zastanawianie się. Musiałyśmy działać.
Złamałam po drodze pewnie sto tysięcy przepisów drogowych, ale chciałam jechać jak najszybciej. Była noc, nie było nigdzie patroli. Po względnie krótkiej jeździe dojechałyśmy do miejsca, którego współrzędne wysłał mi Aaron. Razem z Sally ruszyłyśmy biegiem i już po chwili byłyśmy w towarzystwie Aarona, jakiejś dziewczyny i jakiegoś chłopaka
- Jesteśmy! - zauwazyłam błyskotliwie, jakby wcale nas nie widzieli.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 7