Poprzedni temat «» Następny temat
The Strong Center
Autor Wiadomość
The Gifted



Sprawy techniczne i fabularne.

Konto Specjalne

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-12-24, 21:53   The Strong Center



[Profil]
 
 
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2017-12-26, 01:27   

/początek.

Osoba, po której Vreer najmniej spodziewała się pomocy najwięcej tej pomocy jej udzieliła. Osobą tą była jej własna macocha, która przecież zawsze dawała jej wyraźnie odczuć, że jest tym gorszym dzieckiem, niekoniecznie przez nią chcianym we wspólnym domu. W chwili, gdy stanęła w drzwiach rodzinnego domu z siniakiem na policzku i ogólnie lekko opuchniętą twarzą, to Sara przejęła się najbardziej i wtedy Vreer chyba pierwszy raz w życiu poczuła, jakby miała matkę. Jedynym mankamentem było to, że usilnie nalegała, aby gdzieś to zgłosić. Vreer jednak wiedziała, że to nic nie da, a zamiast pomóc może tylko zaszkodzić. Po pierwsze, Ethanowi i tak nic by nie zrobili, zważywszy na to, gdzie pracował. A po drugie – mogli przez to odkryć, co w międzyczasie stało się z Vreer, a wystarczająco dużo zaglądała się obiektów w laboratorium, nie chciała stać się takim mutantem, na którym przeprowadzają badania. Lepiej więc było siedzieć cicho, zniknąć z oczu, wyjechać na kilka tygodni, a przede wszystkim zadbać o to, aby taka sytuacja nigdy więcej się nie zdarzyła, a jeśli już coś by się zadziało, to dobrze by było umieć się obronić.
Na tym właśnie Vreer się skupiła, bo nigdy nie należała do osób biernych, które czekają, aż ktoś za nich wszystko załatwi. Żeby jednak móc cokolwiek ze sobą zrobić, musiała doprowadzić się do stanu używalności. Zajęło jej to trzy dni, po których w końcu mogła w miarę normalnie chodzić, a siniaka na policzku dało się przykryć taką warstwą pudru, by się nie przebijał. Choć i tak nadal jechała na lekach przeciwbólowych.
Zignorowała po całości protesty Sary i uznała, że czas wyjść z domu, żeby przynajmniej zorientować się, od czego mogłaby zacząć. W takich chwilach przydałby się prawdziwy starszy brat, który spytałby najpierw „mam mu bić mordę?”, a potem pokazałby, jak się bronić. Ale Vreer takiego nie miała. Właściwie to uznawała, że nigdy brata nie miała, skoro zawsze był dla niej dupkiem. Szkoda tylko, że aktualnie musiała przez to iść szukać pomocy u kogoś obcego, komu zapewne będzie musiała jeszcze za to zapłacić.
Najprostszym sposobem, aby znaleźć kogoś, kto zechciałby pomóc, było pójście na siłownię. Wprawdzie wcześniej nie chodziła w takie miejsca, bo jakoś nie było to jej konikiem, a jeśli chciała pobiegać, to miała mnóstwo miejsca wokół (choć i tak nie lubiła biegać), ale naoglądała się tyle tych seriali, naczytała bzdur i ogólnie przyjęty stereotyp mówił, że w takim miejscu zawsze kręcą się faceci, którzy sobie chętnie popatrzą na tyłeczki w getrach. Więc Vreer wbiła się w getry, choć nie w smak jej to było, ale być może wynikało to z tego, że najchętniej w ogóle nie ruszałaby się z łóżka. Powinna jeszcze zainwestować w jakąś bokserkę z dekoltem, żeby i tam zainteresować potencjalnego nauczyciela, ale pewne rzeczy musiała ukryć, więc nie mogła odkryć za dużo.
W chwili, gdy weszła do środka i zobaczyła własne odbicie w lustrze, i tak zorientowała się, że nie do końca zapudrowała szyję, bo przez cienką warstwę przebijała lekko sina pręga. Jeśli ktoś zapyta, to będzie musiała wymyślić jakieś kłamstwo, ale wątpiła, by ktokolwiek pytał. Ludzie zwykle nie chcą widzieć takich rzeczy i zwyczajnie je ignorują. Dla niej to była lepsza opcja. Próbowała jeszcze trochę to ukryć, na siłę naciągając bluzę, choć to było bez sensu, bo pewne było, że prędzej czy później i tak będzie musiała ją zdjąć.
I rozglądała się tak trochę głupio, stojąc i chyba czekając, aż ktoś raczy na nią zwrócić uwagę, choć w gruncie rzeczy powinna się ruszyć i sama kogoś zagadnąć. Tak właściwie, to powinna się zatrzymać w recepcji i zaczepić dziewczynę tam siedzącą, a nie pchać się od razu na salę. Poszła tam jednak, stanęła przy wejściu i powiodła wzrokiem po ludziach, którzy sobie akurat przyszli poćwiczyć.
[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2017-12-26, 02:32   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


| 22 sty, przedpołudnie

Miałem dziś umówiony trening z Fallen, dlatego też czułem się lepiej, mając świadomość, że nie będę się obijał cały dzień. Nie było chyba nic gorszego od nudzenia się i czekania na cokolwiek. Nie to, że narzekałem na Colleen. Potrzebowała czasu, by przejść żałobę i oswoić się z nowym stanowiskiem, ale ja również miałem potrzeby, wśród których znajdował się między innymi sex i niszczenie. Nie wiem, co chciałem zniszczyć. Najchętniej jakąś nowa furę D.O.G.S., a najlepiej cały ich zaprzęg. Ugh! Niemiłosiernie godziło we mnie to, że oni sobie tak najnormalniej w świecie pracowali, zapewne świętując zamordowanie Yvonne. Świat był bezczelnie podły, podobnie jak ta popaprana organizacja. Nie chciałem jej rozumieć, nie zamierzałem stawać po jej stronie.
Dobra, nieistotne. Wyciskałem sobie. Przed treningiem mocy zorganizowałem sobie trening siłowy, a rano jeszcze biegałem, więc znowu nie było tragedii, nie? Może ludzi dziś za wiele nie kręciło się po siłowni i nie miałem za bardzo roboty, to po prostu korzystałem z wolnego czasu w bardziej produktywny sposób niż dewastowanie zagaszonego ogniska. Lepsze, przyjemniejsze i miej brudzące. Potem musiałem się szorować z sadzy… Że też Alba mi nie powiedziała, że taki kocmołuch ze mnie! Choć w sumie późno i ciemno było, więc mogłem jej to wybaczyć.
Wstałem styrany, odłożywszy wpierw sztangę. Poniedziałki nie należały do najlepszych dni tygodnia… Nikomu nic się nie chciało, dlatego też wszystko na siłowni leżało. Choć to nie tylko była wina lenistwa, ale też między innymi kwestia pracy. Po pracy zazwyczaj było tu gwarno… Może to dobrze, że trafiło mi dziś siedzieć tu od rana? Przynajmniej mogłem skupić się na sobie, a w tym na własnych myślach.
Przetarłem niedbale twarz i napiłem się wody. Gorąco mi było od tego wysiłku, ale to typowe. Podobnie jak to, że ruszyłem w kierunku recepcji, by poflirtować z recepcjonistką, wziąć od niej klucze do prysznicy i się umyć, zanim stanę przed moją trenerką. Nie chciałem jej przecież zabić potem czy coś… Jeszcze posklejałyby jej się piórka…? Nie wiem. Nie znałem się na pierzu.
Minąłem kilku ludzi, przez co niechcący wpadłem na jakąś laskę stojącą w przejściu.
- Ojej… Wybacz – rzuciłem zaraz, trzymając ją dłońmi za ramiona, by przypadkiem nie runęła. Mój bidon potoczył się po podłodze, ale przynajmniej my nadal staliśmy, nie? Jakieś kolejne plusy dzisiejszego dnia! Nie było znowu tak źle… Może powinienem częściej dostrzegać te drobniejsze sukcesy?
Recepcjonistka coś zażartowała o moim leceniu na dziewczyny, dlatego zaśmiałem się i wytknąłem na nią język, jakbyśmy byli w podstawówce, nie zaś w pracy jako poważni dorośli ludzie.
- Przynajmniej mam w czym przebierać – odparłem, puszczając nieznajomą i mrugając do niej okiem. Nie chciałem jej przecież przestraszyć, co nie? Jej spojrzenie wydało mi się jednak jakieś takie… Obawiałem się, że mieliśmy nieprzyjemność się poznać. Albo przyjemność. Miałem nadzieję, że to drugie. – Zamiast brechać, skocz lepiej po sok energetyczny dla najlepszego pracownika ever – dorzuciłem recepcjonistce i schyliłem się po butelkę. Nie wiedzieć czemu, nieznajoma pozostała na dłużej w mojej głowie, gdyż zastanawiałem się, skąd mogłem ją kojarzyć…
Zaraz się wyprostowałem i ponownie na nią spojrzałem.
- Aaron – dla DOBRYCH znajomych. Potrzebujesz może pomocy? I nie słuchaj jej, jest jakąś niewyżytą wariatką. Na szczęście nie wpływa to na jakość naszych usług – wyrecytowałem niemalże, ale niestety improwizowałem. To się mijało ze sobą czy coś. Nieznajoma-znajoma? zdawała się być tu raczej nowa, a ja już ją straszyłem... Okropny ja, ale zaakcentowane dobrych posłałem w kierunku recepcjonistki. Dla niej [Vreer] pozostawiłem szeroki uśmiech.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2017-12-29, 19:13   

Poniedziałki faktycznie nie były dobre na robienie czegokolwiek, bo ludzie jakoś tak zazwyczaj nie mieli motywacji. Vreer poniedziałek odpowiadał, bo w trakcie weekendu lizała rany, a teraz była zadowolona z faktu, że mało ludzi ją widzi. Kto normalny przychodzi z poniedziałek z rana poćwiczyć? No właśnie, mało kto. Ludzie albo dogorywają po imprezie, albo już od rana siedzą w pracy. Jej imprezy aktualnie nie dotyczyły. Praca w sumie też. Choć prędzej czy później będzie musiała tam wrócić. Lepiej później, oczywiście. Żeby jednak móc bezkarnie siedzieć w domu, musiałaby pójść do lekarza, aby jej wypisał świstek. Lekarz natomiast zacząłby zadawać niewygodne pytania. A tego Vreer chciała uniknąć. Bo co miałaby powiedzieć? „a bo wie pan, panie doktorze, tak mnie tam trochę boli na dole między nogami, bo mnie były facet tak jakby no zgwałcił. W sumie to ledwo chodzę, bo mi tam coś pękło i krew się lała dwa dni, jakbym miała poczwórny okres. Ale to nic takiego, jadę cały czas na morfinie, poradzę sobie przecież, pan mi tylko zwolnienie da”. Jak nic byłaby afera Nie tylko dlatego, że takie rzeczy są karalne i lekarz zaraz chciałby wiedzieć, kto to zrobił i kiedy, ale też dlatego, ze żaden szary obywatel nie miał ot takiego sobie dostępu do leków jak Vreer i w ogóle na jakiej podstawie sama się „leczyła”, jakby była lekarzem?
Ale jakoś trzeba było sobie radzić. Pewnie dlatego Vreer w przerzuconej przez ramię torbie nosiła dyżurną strzykawkę wypełnioną zbawiennym płynem.
Powiodła jeszcze raz spojrzeniem po pomieszczeniu, analizując w głowie, czy od razu kogoś zaczepić, tak trochę być może bezczelnie, czy może zająć się sobą na chwilę lub dwie, udawać, że coś robi, aż ktoś się zainteresuje tym, czego właściwie tu szuka sama. Kwestia ta rozwiązała się dosyć szybko, bo nawet nie zdążyła się ruszyć z miejsca, a już została tak jakby zaczepiona, bo choć nie o to dokładnie chodziło, tylko raczej stało się przypadkiem, to jednak jakaś interakcja została nawiązana.
Pierwszej chwili Vreer całkowicie odruchowo chciała odskoczyć. Nie chciała, aby ktokolwiek ją dotykał. Wyglądałoby to jednak co najmniej dziwnie. Poza tym, już lepsze było, ze została przytrzymana, niż jakby wylądowała jak długa na podłodze. Na chwilę tylko przymknęła oczy, powtarzając sobie w głowie uspokajająco, że nic się nie dzieje, że nie każda osoba na ulicy czy gdziekolwiek indziej chce jej zrobić krzywdę i w ogóle to powinna przestać być histeryczką i wziąć się w garść. Bez przesady, histeryczką nigdy nie była, ale jakoś się teraz musiała postawić do pionu.
Chcąc nie chcąc, kiedy otworzyła oczy po odetchnięciu (cichym, by nie zwracać zbytniej uwagi na to), a ręce zostały zabrane z jej ramion, cofnęła się o krok, by stworzyć chociaż taki dystans. To było silniejsze od niej, musiała się odsunąć. A kiedy uniosła głowę do góry, praktycznie ją zatkało. Rozchyliła lekko usta w zdziwieniu, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy i milczała, słuchając tylko, co Aaron mówił. Powiodła za nim spojrzeniem, gdy się schylił po bidon i kiedy się prostował i w końcu zamknęła usta, jakby sobie uświadomiła nagle, że zapewne musi wyglądać idiotycznie.
Imię podał po chwili i też się zgadzało. Vreer sama nie wiedziała w tamtej chwili, czy to była odrobina szczęścia w tym jej dotychczasowym życiu, czy to jeszcze gorzej, że spotkała akurat jego.
- Najwyraźniej faceci nie stanęli na wysokości zadania i teraz jest niewyżytą wariatką, bo nikt nie spełnił oczekiwań – odezwała się po chwili i być może zabrzmiało to zgryźliwie, a równocześnie było wyrazem aktualnie wrogiego nastawienia do mężczyzn, jakby chciała tą w sumie złośliwą uwagą dokopać akurat pierwszemu lepszemu reprezentantowi tej płci.- Chciałabym się nauczyć podstaw samoobrony – dodała po chwili w ramach wyjaśnienia, po co tutaj przyszła, bo skoro spytał, czy mógłby w czymś pomóc… Wprawdzie Vreer wolałaby rozmawiać teraz z kimś innym, no ale najwyraźniej było jej pisane, że natknie się akurat na niego. Swoje imię pominęła, bo była pewna, że po tym natychmiast zorientowałby się, kim jest. O ile ona znała jeszcze jakichś innych Aaronów, o tyle wątpiła, by on znał jeszcze jedną Vreer. Poza tym, zawsze myślała, że zniknął tak bez słowa, bo wyjechał razem z jej bratem, więc możliwe było, że jeśli natknęła się na niego, bo wrócił do miasta, to i natknie się też na znienawidzoną osobę. Powinna się więc stamtąd jak najszybciej ewakuować. Tylko że sentyment z nastoletnich czasów zatrzymał ją w miejscu.- Tylko nie wiem, czy powinnam przyjść akurat tutaj – dorzuciła na koniec, bezwiednie unosząc rękę do szyi. Zaczęła nawijać na palec kosmyk włosów, co absolutnie nie było wyrazem kokieterii, raczej chciała po prostu zasłonić szyję i to, czego nie przykryła pudrem.
[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-07, 22:59   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Nieznajoma dosyć sprawnie zamknęła mi na moment usta. Zrobiłem coś, co można było nazwać niemym Aua!, aczkolwiek było bardziej pokazówką niż faktycznym okazaniem bólu. W mojej głowie cała zaistniała konwersacja była wynikiem chwilowej mojej głupawki i nieostrożności, a także pozytywnego nastawienia do życia recepcjonistki The Strong Center, nie zaś faktyczne najeżdżanie na siebie i walki międzypłciowe.
Cóż, ale mimo wszystko dziewczyna zaimponowała mi błyskotliwością, ciętym językiem i faktem, że wkręciła się, ups!, w moją grę. Idąc za prądem sarkazmów i żarcików, miałem „obronić” swój honor i zaproponować koleżance z pracy wspólną noc, ale blondynka przeszła do rzeczy. Poważnej rzeczy. Mianowicie, tematu samoobrony.
Coś mnie ścisnęło w piersi na to wspomnienie. Nie podobało mi się, że samoobrona była tak bardzo potrzebna w tych czasach, a przede wszystkim iż było na nią zapotrzebowanie głównie przez pojawienie się strachu przed mutantami.
- Nooo, niestety nie te drzwi… Aczkolwiek zawsze możesz zacząć od pozbywania się tkanki tłuszczowej i nabywania mięśniowej. O, i polecam bieganie bardzo – odparłem już poważnie, wskazując na recepcjonistkę. – Często biegamy… Świetna sprawa dla zachowania kondycji – dodałem. Zastanowiło mnie, dlaczego dziewczyna chciała się nauczyć samoobrony. Bała się ludzi, mutantów czy była po prostu przezorna? Obu? Wszystkich? A może się nie bała, była harda i zaradna?
- Ewentualnie mogę ci pokazać kilka tricków, ale to bardziej jako prywatne lekcje. Nie mamy tego w programie – stwierdziłem, oferując swą pomoc. Cóż, niezależnie od tego, kogo się bała, wszędzie byli zwyrole, po obu stronach barykady, dżentelmenów zaś był deficyt. Nie byli w stanie wspomóc wszystkie panie w potrzebie… Biedna Yvonne. – O ile chcesz, oczywiście. Raczej nie daję lekcji samoobrony, bardziej specjalizuję się w treningach personalnych. Pomagałem kilku znajomym w starciach wręcz… Czytałem nieco, wiadomo – rzuciłem w ramach wytłumaczenia, nieco niezręcznie się kręcąc. Nie lubiłem się narzucać, a jakoś czułem, że to robię. Plus, nie podobało mi się, że świat jest zły i okrutny. Oraz nieco mnie nosiło, energia po treningu... taki paradoks.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2018-01-09, 14:52   

Vreer absolutnie nie uważała, by którakolwiek z płci była lepsza od drugiej. Rozumiała, że w związku obie osoby mógłby robić sobie nawzajem krzywdę, nie tylko psychiczną i tak się złożyło, że w jej przypadku to akurat ona była tą skrzywdzoną. Siłą rzeczy była więc aktualnie cięta na wszystkich mężczyzn. No, może nawet nie do końca na mężczyzn, tylko ogólnie na wszystkich ludzi większych od niej, choć to przecież było absurdalne. Podświadomie podejrzewała wszystkich wokół, że zaraz jej coś zrobią i choć normalnie nigdy by jej coś takiego do głowy nie przyszło, to aktualnie z wewnętrznego strachu chyba zwyczajnie popadała w paranoję. A jej reakcją na strach, reakcją obronną były zazwyczaj złośliwości.
Wyrwał jej się tamten komentarz, ale przecież szybko jej przeszło i zmieniła temat, więc może wcale nie było z nią jeszcze aż tak źle, a do paranoi było dalej niż sądziła.
- Biegać mogę na zewnątrz – zauważyła logicznie, bo po co płacić za przebywanie na siłowni i katowanie się na bieżni, skoro takie same dystanse można pokonać, biegając choćby wokół domu? Aczkolwiek Aaron nie powiedział dokładnie, czy biega tu, na miejscu, czy jednak wyrusza w teren, więc Vreer odpuściła sobie wszystkie zabarwione lekką ironią pytania, bo mogła nie trafić.- Powiedzmy, że bieganie i dobra kondycja pomagają uciekać – stwierdziła w końcu, choć długi bieg w ramach ucieczki nijak się miał do sytuacji, gdy się było uwięzionym we własnym mieszkaniu z drugą osobą, dokładnie oprawcą.
Słuchała, co mówił, przechyliła nawet lekko głowę i przyglądała mu się tak otwarcie, nie uciekając spojrzeniem, jak to zwykle robią ludzie, aby nie wydało się, że na kogoś patrzą. A Vreer tak po prostu powiodła spojrzeniem po twarzy Aarona, myśleć o tym, jak dużo zmian dostrzega. Potem dalej, niżej, po całej jego postaci, a wszystko razem uświadomiło jej, że, no cóż, nawet mając dziesięć lat, miała już świetny gust, nie?
Być może przez jej minę (najprawdopodobniej pełną zastanowienia) i ogólnie brak entuzjazmu (bo ostatnio jakoś niewiele go było w jej życiu) mógł pomyśleć, że się narzuca. Ale absolutnie tak nie było. W gruncie rzeczy, to Vreer się cieszyła, tylko że gdzieś tam głęboko, w środku, że ktoś w ogóle zwrócił na nią uwagę i udziela jej informacji, a nawet coś proponuje. Gdyby miała sama łazić i pytać… Pewnie nic by nie zrobiła, tylko prędko stamtąd wyszła, żeby następnie z powrotem zaszyć się w domu rodziców na dłuuugi czas.
- Prywatne lekcje? – wyłapała to, bo brzmiało lekko kontrowersyjnie, przynajmniej jej zdaniem. Ale aktualnie według Vreer aktualnie wszystko, co oznaczało przebywanie w góra dwie osoby było kontrowersyjne.- Co mam zrobić, kiedy ktoś mnie dusi? – spytała ni stąd, ni zowąd. Całkiem nieświadomie powiodła palcami po własnej szyi, ale szybko się ocknęła i uniosła rękę w górę, na wysokość swojej twarzy, aby pokazać dłoń.- Ktoś zaciska mi palce na szyi, trochę brakuje mi powietrza i nie bardzo mam siłę, by odepchnąć jego rękę. I pewnie też próbuję kopnąć tę osobę, ale to wszystko jest takie… Nieskładne, bez konkretnego planu i pomysłu, bez skupienia się na konkretnym działaniu, które pozwoliłoby się uwolnić… - mówiła o tym, co ją spotkało, choć oficjalnie był to tylko przykład. Nie potrafiła się wtedy uwolnić, a jedynym sensownym rozwiązaniem wydało jej się zaprzestanie protestów i czekanie, aż napastnikowi się znudzi, skoro nie stawiała oporu. Wtedy podziałało, ale tylko dlatego, że zaraz można było zrobić coś innego, gorszego.- Masz większą dłoń, możesz zademonstrować – zaproponowała, bo teoria to jedno, a praktyka to zazwyczaj całkiem inna para kaloszy.-Tylko nie mocno – zastrzegła jeszcze, choć to na pewno nie było potrzebne, przecież nie chciał jej zrobić krzywdy. Na pewno. Raczej. Chyba.
[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-13, 01:28   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Zacząłem się obawiać, że nowa klientka raczej nie była zadowolona z poziomu mojej obsługi, bo raz za razem torpedowała moje słowa, jak gdyby nie wnosiły niczego ciekawego do jej życia. Może powinienem był zostawić ją od samego początku recepcjonistce, samemu idąc załatwiać swoje sprawy? Tylko… to wrażenie, że skądś ją znam, stawało się coraz bardziej nieznośne. Nie przypominałem sobie, więc to raczej jakieś takie tylko wymysły mojego umysłu. Może niedotlenienie?
Jeszcze bardziej byłem zaniepokojony, kiedy zaczęła rozwijać swoje pytania odnośnie prywatnych lekcji. Wymieniłem z recepcjonistką wystarczająco porozumiewawcze spojrzenie, by potwierdzić to, o czym pomyślałem. Dziewczyna nie chciała się zabezpieczyć przed możliwościami. Ją to spotkało i, cóż, cholernie źle mi było z tą myślą. Co to za świat, że pozwalał na takie rzeczy? Krzywdził ludzi, po prostu to robił.
- Wybacz, ale… nie mogę tego zrobić – odparłem delikatnie, nie chcąc jej urazić. – Nie jestem brutalem, pomimo tych wszystkich tatuaży i, że tak to powiem, napakowanej budowy… Love and peace! – dodałem, by nie zabrzmiało to jakoś sucho, niepokojąco czy boleśnie. Ech… Po prostu nie miałem pojęcia, jak przejść do tej gorszej części.
- Skrzywdził cię ktoś – stwierdziłem prosto z mostu, delikatnie oczywiście, wskazując na jej sińce na szyi. Nie chciałem tego oglądać. Najprawdopodobniej byłem ostatnią osobą na świecie, która powinna to robić, ale, no, trafiło na mnie, jak gdybym, kurwa, był szczęściarzem i trafił szóstkę w lotto. Nie, ja musiałem jedynie powiedzieć lasce, co… – Powinnaś to wpierw zgłosić. Kto ci to zrobił? – kontynuowałem, po czym nie wyrobiłem i zapytałem tonem nie znoszącym sprzeciwu. Tak, z chęcią rozjebię drania. Ile ona miała lat? Było chociaż pełnoletnia?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2018-01-17, 21:39   

Może rzeczywiście nie sprawiała wrażenia uprzejmej i miłej, do tego szczerze zainteresowanej, skoro odruchowo częściowo negowała to, co Aaron mówił. Wychodziła chyba z niej zgryzota, która ją ostatnio dopadła. Ta nienawiść do całego świata, który przecież wcześniej tak bardzo kochała. Cieszyła się wtedy życiem, była totalnie beztrosko radosna, a teraz… Teraz, cóż, było źle. I może też zaczęła zadawać zbyt szczegółowe pytania, jak na początek, zaproponowała coś zbyt otwarcie, zbyt śmiało, ale Vreer wychodziła z założenia, że sama teoria nic nie daje. Że jeśli nie dostanie przykładu w praktyce, jeśli tego nie przećwiczy samodzielnie, to nic z tego nie będzie. Nie było tu mowy, oczywiście, o odtwarzaniu sytuacji dokładnie krok po kroczku, raczej łagodnie i tylko częściowo, ale faktycznie, można się było zdziwić, gdy ktoś proponował takie rzeczy. Gdyby natknęła się na całkiem obcą osobę, to pewnie by tego nie zaproponowała, nie wspomniałaby nawet słowem o tym, czego dokładnie potrzebuje i nie zaczęłaby wypytywać. Ale Aarona chyba częściowo znała. Właśnie, chyba. Bo kiedy to było…
- Nie posądzałam cię o to – stwierdziła spokojnie, bo naprawdę nie musiał się tłumaczyć, wygląd nie miał tu nic do rzeczy, bo gdyby się czepiać stereotypów, to blondynki przecież są mało inteligentne. A sama przecież była blondynką i… Cóż, nie uważała siebie za mało inteligentną.
Zacisnęła usta, co było wyrazem lekkiej złości. Złości na siebie, bo najwyraźniej jednak się zdradziła tymi pytaniami. Odruchowo sięgnęła do kołnierzyka bluzy, materiał musiał się odchylić, gdy przesuwała po szyi palcami i pokazała coś, czego zdecydowanie pokazywać nie chciała. Teraz próbowała z powrotem to zasłonić, z kiepskim skutkiem, niestety.
- Zdaje ci się – rzuciła, bo doprawdy, znalazł się nagle rycerz. Wszyscy byli mądrzy, każdy mówił to samo, Sara też przecież nalegała przez kilka dobrych godzin, by to zgłosić. Ale to nie było takie proste. Teraz już nie dało się polegać na stróżach prawa. Vreer zbyt dobrze o tym wiedziała, zwłaszcza po tym, co zobaczyła w laboratorium. Była tym zmęczona, ale chyba jednak bardziej zirytowana, bo każdy, owszem, chciał pomóc, ale rady były takie same i, niestety, niekorzystne.
- Cholera jasna, Bartowski! – syknęła wyraźnie rozzłoszczona, zapominając tym samym, że przecież nie powinna znać jego nazwiska, bo go nie podał, przedstawił się tylko imieniem.- Myślisz, że to takie proste? – zbliżyła się do Aarona, pokonała tę dzielącą ich odległość, może stanęła trochę zbyt blisko i uniosła głowę, by na niego patrzeć i mówić na tyle cicho, żeby recepcjonistka jej nie słyszała.- Myślisz, że mi to pasuje? Nie mogę tego zgłosić, bo jeśli to zrobię, to mnie zamkną w klatce i nafaszerują mutazyną, dociera? Więc albo pomożesz i czegoś się nauczę, albo wrócę tu za miesiąc, wyglądając dziesięć razy gorzej, żeby błagać kogoś innego, aby mnie czegokolwiek nauczył – w głosie było słychać złość, ale wyrzuciła z siebie frustrację. A skoro to zrobiła, to mogła się odsunąć, odetchnąć i nawet zmusiła się do tego, by przywołać na twarz jako-taki uśmiech.
- Co słychać u Samanthy? – spytała jak gdyby nigdy nic, zmieniając tym samym temat. Na taki, którym mogła go trochę zaskoczyć, no ale skoro już się odkryła, że go zna, wypowiadając nazwisko, to teraz już mogła to potwierdzić, pytając o jego siostrę.
[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-01, 21:25   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Koleżanka z pracy stała osłupiała, widząc mnie tak agresywnie nastawionego. Nie, nie do Vreer… Miałem aby nadzieję, że właśnie nie tak pomyślała. Myślę, że nie. Raczej wiedziała, jaki to ze mnie typ człowieka. Czasami trochę oschły i brutalnie praktyczny, ale nie byłem jakimś wandalem. Pozostała na swoim miejscu, ja zaś stałem, wpatrując się w znajomą nieznajomą. Miała po prostu powiedzieć KTO. Nie powiedziała.
Pomijając fakt, że znała moje nazwisko – postanowiłem to załatwić później, dalej czekałem na to, czego chciałem. Ani drgnąłem, kiedy postanowiła się do mnie zbliżyć. Miałem ochotę się cofnąć i tak by było najlepiej, ale wtedy zapewne nie usłyszałbym tych… jeszcze gorszych słów. Albo usłyszałbym je, ale wymawiane dla szerszego forum.
- Jezu, dziewczyno… – Jezu, dziewczyno… a przecież doskonale wiedziałem jak są traktowani mutanci na tym terenie, w tym kraju. Zagryzłem na moment wargi, ale to i tak nie dawało mi spokoju, wściekłość nie uchodziła… Miałem ochotę w coś przywalić, ale ta blondynka stała zbyt blisko.
- Albo po prostu pójdę do niego i krótko załatwię sprawę – stwierdziłem. Nie wiem, czy potrafiłbym za… Nie, jednak potrafiłbym zabić. Takiego zwyrola zawsze, szczególnie że pewnie by się z głupim uśmieszkiem do wszystkiego przyznał. Bywali właśnie tacy. W większości. Zdradliwi i za nic mający sobie innych… ludzi?
- Vreer?! – zapytałem, bo dopiero mnie olśniło, skąd kojarzyłem tę twarzyczkę. Cóż, oto przed państwem Vreer, młodsza siostra zdradliwego przyjaciela. – W co ty się wpakowałaś, dziewczyno? Jesteś mutantką? – kontynuowałem to przesłuchanie. Teraz bardziej skupiałem się na jej osobie. Pytała od tak o Samanthę, TĄ Samanthę, kiedy mieliśmy ważniejsze rzeczy na głowie.
Wcale nie byłem zadowolony z tego spotkania. I wina nie siedziała tak bardzo po stronie tego skurwysyna-eksprzyjaciela, ale tematyce naszej rozmowy, faktu, że nie chciała mi powiedzieć KTO i dlatego że tak bardzo to bagatelizowała.
- Cóż, powiedz i tyle. Porozmawiam sobie z nim. I najlepiej urwij z nim kontakt. Z nim, z nią… Ktokolwiek to jest – podyktowałem jej praktycznie, co ma zrobić. Nie zamierzałem słuchać jakiegokolwiek nie. – Chodź – dodałem, wskazując jej ręką drzwi do gabinetu dla personelu.
- Pogadamy, spokojnie – rzuciłem do znajomej recepcjonistki.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2018-02-06, 14:22   

Samo to, że domagał się informacji, kto to zrobił, było absurdalne. Gdyby się przyjaźnili, gdyby w ogóle jakoś lepiej się znali, to wtedy byłoby logiczne. A tak po prawdzie, to byli sobie poniekąd obcy i Vreer absolutnie nie oczekiwała, że ktoś, na kogo natknęła się przypadkiem, w czymkolwiek jej pomoże. Dlatego tak dziwne wydawało jej się to, że Aaron tak nalegał, aby mu powiedziała, kto to zrobił. Powiedziałaby i co? Pobiegłby mu przywalić?
Właściwie, to takie właśnie sprawiał wrażenie, jakby coś takiego chciał zrobić.
Ale to nie było takie proste. I nadal utrzymywała, że nie powinna nic mówić, a nawet gdyby już to zrobiła, to nadal uważała, że niewiele by wskórał. Jakoś tak samoistnie uniosła brwi, gdy w sumie się zadeklarował, że załatwi sprawę. Dla obcej dziewczyny. Tak jakby, do przecież dopiero chwilę później zorientował się, z kim rozmawia. To ją tylko utwierdziło w przekonaniu, że w sumie to był w porządku.
- To nie jest takie proste – powiedziała to, o czym myślała. Zaskakująco spokojnie, jakby teraz się zastanawiała nad każdym słowem, co w sumie powinna robić od samego początku, bo zdecydowanie powiedziała zbyt dużo. Ale przez te jego naciski zwyczajnie się zdenerwowała i chlapnęła coś, czego słyszeć nie powinien.
Uśmiechnęła się krzywo, gdy w końcu skojarzył, z kim rozmawia. Spytała o Samanthę, żeby go trochę naprowadzić, choć teraz zastanawiała się, czy to był dobry pomysł, czy nie lepiej było udawać, ze jest tylko przypadkową osobą, której nie znał wcześniej. Poza tym, wcale nie oczekiwała, ze jej odpowie, co u Samanthy, skoro panna Bartowski sama się do Vreer odezwała. Nie sądziła, że oboje spotka tak szybko po powrocie do miasta.
- Już mówiłam, to nie jest takie proste… - nie dało się urwać kontaktu z kimś, z kim się pracowało i widywało codziennie, a już na pewno nie z kimś, kto nam tę pracę załatwił. Ale jakoś nie chciała tego teraz tłumaczyć, musiałaby opowiedzieć wszystko od początku, a ani nie miała na to ochoty, ani nie chciała pokazywać tym samym, jaką jest idiotką, że nie zorientowała się wcześniej.
I w sumie nie miała ochoty na żadne rozmowy teraz. Przyszła po coś całkiem innego. Zacisnęła jedynie usta, wahała się przez kilka sekund, góra cztery, aż w końcu się ruszyła i poszła ku wskazanym drzwiom. Ale się zaparła i pewne było, że raczej będzie milczeć niż cokolwiek mówić.
[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-10, 03:30   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


W moim świecie zbyt wiele się spieprzyło, by ucieczka z terenu zagrożenia miała być czymś tchórzliwym, bezsensownym, bo przecież szkoda utracić aktualnych osiągnięć, czy też po prostu czymś niemożliwym. W każdej chwili mogłem ponownie zniknąć i Vreer by mnie nie odnalazła. Na bank nie wiedziała o Bractwie, w sensie gdzie się mieści, zaś pracę w The Stronger Center mogłem rzucić w każdej chwili, mimo że ją kochałem. Była odskocznią od brutalnej rzeczywistości. Tu byłem incognito, nikt nie wiedział, że jestem mutantem, i nikt też nie dociekał, bo przecież przychodzili tu tylko ćwiczyć. Gorzej, jeśli trafiałem na jakieś rządowe szmiry, które sobie plotkowały. System…
Czekałem w przejściu, z otwartymi na oścież drzwiami. Czekałem aż Vreer przestapi próg i znajdzie się w środku niewielkiego pomieszczenia. Tak mogliśmy chwilę przedyskutować sytuację, nie zwracając na siebie zanadto uwagi. Szczególnie że Mała była ewidentnie mutantem, ja również. Nie chciałem kłopotów niepotrzebnie zsyłać na siebie, ani dodatkowych na nią. Gwałt… Ja pierdolę! Nawet zacząłem sobie to wyobrażać, kiedy tak patrzyłem chwilę na jej plecy i, cóż, cholernie mi się to nie podobało. Przerwałem tę wizję.
- To jest proste. Pomogę ci zniknąć. Wyjedziesz. Ktoś wie… Ktoś wie, że jesteś mutantką? – zapytałem, bo to mogło utrudniać robotę. Wtedy, cóż, raczej lepiej byłoby dla niej, gdyby dołączyła do Bractwa. Tam mogłaby się ukryć, ćwiczyć, miałaby wsparcie innych osób po przejściach. – I kontaktował się z tobą brat? Mam z nim również do pogadania – rzuciłem, bo ta z kolei szumowina również nie dawała mi spokoju. Szczególnie teraz, kiedy we Vreer widziałem faktycznie tamtą Vreer… Tyle lat. Zestarzałem się? Normalni ludzie w moim wieku mieli pewnie stabilne prace, kupione na kredyt domy i pozakładane rodziny.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2018-02-14, 10:57   

Vreer pluła sobie od kilku minut w brodę, że się tak bez zastanowienia zdradziła, że rzuciła informacją o tym, że jest mutantką, jakby się nie obawiała konsekwencji. Reakcja Aarona wskazywała jednak na to, że albo należał do tych ludzi, którzy mutantów wspierają, albo sam nim jest, choć równie dobrze mógł teraz zgrywać kogoś innego, a następnie na nią donieść, kiedy już by stamtąd wyszła, ale naprawdę musiałby być dobry aktorem.
Teraz nigdy nie było wiadomo, na kogo się trafi, więc powinna się bardziej pilnować, ale może fakt, że kiedyś się znali sprawił, że wierzyła w to, że nie zrobiłby nic, co by było dla niej złe. Zawsze jednak mogła się mylić. Albo stara sympatia mogła jej trochę przyćmić osąd, choć Vreer zawsze uważała siebie za zdrowo myślącą osobę.
Tylko że w takich sytuacjach jak ta trudno było znaleźć dobre i racjonalne rozwiązanie.
Drzwi zostały zamknięte, Vreer odwróciła się przodem do Aarona, uśmiechnęła się krzywo i skrzyżowała ręce pod biustem. To była jej forma stworzenia dystansu, zamknięcia się.
- Ty wiesz – zauważyła logicznie.- Niestety – dodała bez zastanowienia, samo się powiedziało, co zrobić.- Mówię ci, że to nie jest proste, nie mogę sobie tak po prostu zniknąć, bo będą mnie szukać, maja wszystkie moje dane i… Zaraz, co? – urwała i spojrzała na Aarona lekko nierozumiejącym.- Mój brat? – autentycznie była zdziwiona. Czemu o niego pytał, skoro przecież się kiedyś kumplowali? – Nie, nie kontaktował się ze mną… Myślałam, że ty mi powiesz, gdzie jest, bo mam ochotę urwać mu to i tamto… - no nie, czyżby Aaron też nie wiedział, gdzie się podziewa jaśnie pan Hamilton? – Cholera, myślałam, że zniknęliście razem…
[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-18, 02:31   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Życie się pierdoliło i tyle. Wpierw szło w miarę dobrze, by potem kompletnie się popaprać i w ogóle. Nadal nie mogłem uwierzyć, że Yvonne już nie żyła, a co dopiero z innymi rewelacjami, które miały miejsce w przeszłości, aktualne albo z tymi, które dopiero nadejdą? Masakra jakaś.
Zamknąłem drzwi. W jednej chwili poczułem się jak czarny charakter z filmu, który miał wyciągnąć z tej ślicznotki informacje. Jakie? Jeszcze nie wiedziałem, w jak wielkich tarapatach była Vreer, ale musiało to być coś wielkiego, skoro nie mogła się od tak rozpłynąć w powietrzu. Tylko że głupia męska łepetyna chwilowo i tak zakładała, że ona po prostu się boi tego, co nadejdzie bez stabilnej pracy i tak dalej. Myślałem… albo i nie.
- Ale ty jesteś uparta – zauważyłem nietrafnie, po czym parsknąłem niezbyt zadowolony. Nie zamierzałem być delikatny i w ogóle, skoro mówiła mi o gwałtach, a potem nie chciała wyznać kto i co, przyznając się jedynie do tego, że mnie zna, i uświadamiając mi to samo. Ugh. I jeszcze ten jej cały braciszek… Niczym zmora.
- Nie, sam siebie chciałem wysadzić w powietrze. Ten gnój chciał mnie zabić po tym, jak zajebał mi hajs. Ot, tak! Tchórzliwie, kiedy spałem. Zaskoczona? W ogóle… myślałem, że podejrzewasz mnie o maczanie palców w jego zaginięciu tak, jak zrobili to twoi świetni rodzice – postanowiłem nieco nakreślić jej całą tą sytuację, choć zapewne i tak nie miała mi uwierzyć. Przecież to takie nieprawdopodobne. – Zresztą, oboje to zrobili. Z moją cudowną eks – dodałem jeszcze bardziej niepocieszony. Nie ma to jak wracanie do najgorszych lat swojego życia. Było mi to potrzebne do szczęścia.
- Zresztą… Nie powinienem wspominać tego raka. Podaj mi to nazwisko. Załatwię ci lewe papiery i tyle. Jak wiem tylko ja, to będzie łatwiej – rzuciłem do niej zaraz dosyć rzeczowo. Nie chciało mi się dłużej dyskutować, szczególnie że musiałem się wyżyć. Bywały sytuacje, w których nie mogłem zachować spokojnego ducha. Mrowiło mnie, by coś spalić, spopielić totalnie albo chociaż powalić w worek.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 7