Poprzedni temat «» Następny temat
Stoliki #1
Autor Wiadomość
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-28, 20:05   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Cieszyło mnie, że zebrałem choć odrobinę poparcia wśród zgromadzonych po zaledwie krótkiej zapowiedzi mojego planu. Mojej wizji. Naszego świata.
- Jaka to propozycja? Proponuję działanie. Coś, czego żadna z Marie nie zrobiła. - Odparłem z pewnością w głosie, spoglądając na Hendersona. - Wasza niedawna porażka nie była wynikiem niczego, poza biernością ze strony bractwa. Może odrobiny głupoty... Ale głównie jednak bierności. Bo czy to właśnie bierność nie popchnęła was do tak desperackiego ruchu? - Zapytałem, unosząc jedną ze swoich brwi, gdy popijałem głębszego łyka gorzkiego trunku ze swojej szklanki.
- Mam ludzi rozsypanych po całym stanie. Mam wpływy, podobnież jak obecna tu Charlotte. Mamy środki, o czym z pewnością wie Colt. Potrzebne nam są już tylko chętne ręce do pracy, bo i dobre alibi dla każdego z was się znajdzie. - Kontynuowałem, spokojnym, niemal biznesowym tonem. - Otworzenie baru? Nie tylko będzie przykrywką dla wszelkich naszych działań, jak i będzie tłumaczyć wzmożony ruch wewnątrz. To jest właśnie wasze idealne alibi. Że co? Że atak? Że podejrzany? Panie, on tu cały wieczór na zmywaku robił! - Zainscenizowałem, pewnie aż za bardzo wczuwając się w rolę i udając zaskoczonego. - Kilka akcji podjazdowych, próby zdemaskowania tych chujów z Rządy. I coś, co dla nas jest priorytetem - Sprawa Haywella. Postronni muszą się dowiedzieć, że był mutantem. Potrzebujemy też kolejnych silnych sojuszników. I co najważniejsze - musimy pokazać, że to nie my jesteśmy gorsi, tylko oni.
Z każdym kolejnym słowem, które opuszczało moje usta, obserwowałem wszystkich zgromadzonych. Wierzyłem w swoją wizję. Wierzyłem w naszą moc. To była tylko kwestia czasu, aż w końcu przestaną postrzegać mutantów jako wynaturzenie, a zaczną zauważać w nas większy potencjał, niż jedynie jako mięso armatnie, co tak bardzo mnie bolało...
Wziąłem kolejny łyk, nim odstawiłem szklankę na stół.
- Nie wiem, czy jeszcze nie zdajecie sobie sprawy, ale wojna się już zaczęła. Jak bardzo możecie tego nie chcieć - to już trwa. Najlepszy przykład mieliście dziesiątego marca. A ja nie pozwolę, by wybijano naszych, z zimną krwią. Nie każdy ma moc pozwalającą mu się bronić. My mamy. Walczymy nie dla siebie, a dla nich. - Tu, spojrzałem na moją drogą córeczkę - Nawet nie zdajecie sobie sprawy, do czego zdolny jest mężczyzna, który żył z przeświadczeniem, że stracił wszystko. Chcę wam i każdemu innemu obdarzonemu zapewnić bezpieczeństwo, którego nie dało Bractwo. Stwórzmy przyszłość, nie dla nas, ale dla waszych dzieci. Bo z całą pewnością nie chcecie, by te dorastały w klatkach lub były zabijane za sam fakt bycia innym. - Stwierdziłem, wracając wzrokiem na pozostałych, jednocześnie opierając się wygodniej o oparcie krzesła.
- Wchodzicie w to? Jeśli ktokolwiek z was obawia się zbyt radykalnego działania z mojej strony - droga wolna. Przywódcę możecie wybrać wśród siebie. Jeśli jednak chcecie korzystać z moich środków, muszę mieć pewność, że i kilka zadań zrobicie... Dla mnie. - Zaproponowałem w końcu, będąc w sumie ciekawym jak też sprawy mogą się tu potoczyć. Jak najbardziej byłem otwarty na wszelkie propozycje zebranych - bo może akurat wśród nich skrywał się doskonały przywódca, o czym jeszcze nie wiedziałem?
Wiedziałem jednak, że mam dla nich już pierwsze zadanie. Och, jakież było proste i przyjemne! Ale przecież nie wszystko na raz, czyż nie?
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Viggo Hetfield



Hello darkness my old friend

Zadawanie bólu i obrażeń.

84%

Barman





name:

Viggo Hetfield

alias:
Pain Muffin

age:
33

height / weight:
195/90

Wysłany: 2018-08-28, 23:21   
   Multikonta: Richard, Evie
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Podróżnik w czasie


Viggo przysłuchiwał się uważnie tej całej rozmowie i naprawdę nie wierzył temu, co słyszą jego piękne uszy. Czy tylko Ron, z nich wszystkich posiadał głowę na karku i umiał wykorzystać mózg? Czy naprawdę sądzili że garstka nastolatków współpracująca z mafią jest idealnym pomysłem na zmianę? Cóż, gdyby ktokolwiek spytał się go o zdanie z pewnością zacząłby już się zakładać o to, kto jako pierwszy kopnie w kalendarz. Zapewne papa lub kochaś jego córeczki na którego scenę Noweg miał ochotę zrzygać się tęczą, tego jeszcze brakowało żeby jakieś gołąbki doszczętnie przekreśliły.
Na słowa Duncana parsknął tylko, naprawdę starając się nie udowadniać mu że tak naprawdę gówno w życiu widział, no przecież jedyne co całe dnie robił to kręcenie dupą za pieniądze. Marcos z pewnością mógł zauważyć że jego słowa nie podobają się mężczyźnie i patrzy a niego z oraz to większym politowaniem. Czyżby córeczka omamiła tatusia? Niestety on nie był kucykiem, oczywiście mógłby gdyby otrzymał ofertę odpowiedniej zapłaty. Gdy papa w końcu skończył mężczyzna wlał w siebie szklankę whisky po czym wstał i zaczął nerwowo chodzić to w jedną to w drugą stronę.
- Za przeproszeniem papo ale pierdolisz farmazony, na które nie dam się nabrać. Mówisz o wzniosłej idei i działaniu ale do tej pory nie podałeś żadnych konkretów ani powodów dlaczego powinienem stanąć po twojej stronie. - zaczął powoli po czym zaciągnął się papierosem. - Szczerze mówiąc jebie mnie wasz los jak i los waszych dzieci, mam głęboko w dupie co stanie się z mutantami póki mój własny tyłek jest bezpieczny. Jedyne co mnie interesuje to to, co z tego będę miał, zwłaszcza że szczerze mówiąc macie bardzo małe szanse na powodzenie jak i przeżycie tego wszystkiego- powiedział spokojnie i stanowczo przyglądając się uważnie zebranym, no przyjaciół to on sobie tutaj raczej nie znajdzie na start obwieszczając że oni go nie obchodzą. Nie będzie jednak ich okłamywał, w końcu musieli zdawać sobie sprawę że nie jest pachołkiem a chodzącą bronią. - Pracowałeś ze mną nie raz Marcosie tak samo jak Charles, Colt czy Ronnie doskonale wiecie więc że nie robię nic za darmo. Zdajecie też pewnie sobie sprawę że moje zdolności, które mogę zaprezentować niewtajemniczonym, jak i doświadczenie w pewnych tematach będą wyjątkowo przydatne w niektórych waszych przedsięwzięciach, nie wspominając o moich kontaktach...- tu przerwał na chwilę po czym przyjrzał się uważnie wymienionym przez siebie osobom , miał nadzieję że otrząsną się i zaczną w końcu myśleć logicznie gdyż w planie papy było bardzo wiele luk, nawet za bardzo by mieli jakiekolwiek szanse na powodzenie -Mam więc nadzieję że podasz mi odpowiednią cenę za moje usługi a jeśli nie, cóż z przyjemnością przyjmę zakłady kto z was zdechnie pierwszy, te dwa gołąbeczki to moi faworyci- dodał jeszcze uśmiechając się podle po czym nalał sobie kolejną szklankę trunku wypijając ją i uważnie obserwując zebranych, będąc w gotowości by w każdej chwili użyć swojej mocy na potencjalnym przeciwniku.
[Profil] [WWW]
  [0+]
 
Colton Payne



Do not mock a payne you haven't endured.

tworzenie portali

68%

handlarz bronią





name:

Colton Payne

alias:
Colt

age:
32

height / weight:
188/80

Wysłany: 2018-08-30, 13:22   
   Multikonta: Fay, Marg


Colt też chyba nie był do końca przekonany w kwestii otwarcia baru. W takich miejscach zbyt łatwo było się czegoś dowiedzieć, coś podsłuchać... nie było kontroli nad osobami, które się tam przewijały. Ale z drugiej strony... co go to obchodziło? To nie on będzie tutaj mieszkał, nie będzie tu pracował. A jeśli zostaną odkryci, ulotni się stąd w mgnieniu oka. On nie uznawał alibi, uznawał spieprzenie na drugi koniec miasta.
Wysłuchał kolejnej mowy motywacyjnej Marcosa, gdzieś przy końcu dopiero tracąc wątek bo ugh, ścieżka, którą podążył jakiś czas temu na stole w swoim salonie nadal nieźle go trzymała. Dlatego też z jego koncentracją bywało różnie. Troszku był rozkojarzony, ale kto go znał to wiedział, że to raczej nic nowego.
- Skupmy się więc na tyłku Hetfielda - wypalił nagle, odzyskując rezon i przenosząc wzrok na Viggo - Nawet, jeśli rząd jeszcze nie wyciągnął rąk w jego kierunku, wkrótce to zrobi. Mamy łapanki, mamy godzinę policyjną, która cholernie przeszkadza w interesach. Jeśli się sprawdzi, pójdą dalej o krok, dwa, dziesięć. W końcu wprowadzą jakiś spierdolony przepis, który dotknie i ciebie. A może doprowadzi do twojego zamknięcia? Co wtedy? Powtórka z dzieciństwa? - uniósł brwi, odkrywając jeden z powodów, dla którego sam się tu znajdował. I to tak już będąc całkowicie poważnym. Coraz ciężej było działać na własną rękę i ostatecznie dobrze było mieć kilka osób u swojego boku, z którymi można było współpracować. Z jednej strony zawsze mógł uciec, ale z drugiej zdawał sobie sprawę, że dawka mutazyny i wszystko pójdzie się jebać. Jak w takim razie będzie mógł chronić Młodą?
- W kwestii zapłaty, to kiepsko to rozegrałeś. Takie rzeczy załatwia się w cztery oczy, żeby wolontariuszom nie było przykro. Teraz, ewentualne zyski będzie trzeba podzielić na większą ilość osób - pokręcił głową, jakby ze zrezygnowaniem, ale w gruncie rzeczy... no wiadomo, że jakoś im się to opłaci, w ten czy inny sposób. Colt sobie już to wszystko przekalkulował i liczył na całkiem ładny dodatek do swojej normalnej pensji. Ale to jeszcze obgada z papą. Bo o ile niektóre rzeczy był jeszcze w stanie zrobić, przykładowo mając na uwadze dobro siostry, to zadania dla samego Delgado? Ciekawe, pierwsze słyszał.
- To znaczy? Jakich zadań? - spytał Marcosa, mrużąc lekko oczy. Mógł się spodziewać, że będzie w tym wszystkim jakiś haczyk, więc no, chciał znać szczegóły.
[Profil]
  [AB+]
 
Charlotte Shelby



We were born in your world, but you'll die in ours.

wytwarzanie iluzji

81%

właścicielka kliniki aborcyjnej/członek mafii





name:

Charlotte Shelby

alias:
Charles

age:
30 lat

height / weight:
167/58

Wysłany: 2018-08-30, 19:52   

Shelby w milczeniu obserwowała i przysłuchiwała się toczonej dyskusji swoich przyszłych współpracowników. Słowa Viggo sprawiły, że z zaciekawieniem wzniosła brwi. Nie, żeby podzielała jego zdanie, ale chyba wolała, by takie rzeczy wyszły niemal od razu podczas pierwszego spotkania, a nie kiedyś tam przy okazji. Nie zamierzała go jednak wyprowadzać z błędu. To zadanie należało do gospodarza. Nie miała mu zamiaru kraść roli. Jednej rzeczy jednak nie miała zamiaru puścić płazem.
– W jednym się zgodzę z Hetfieldem – odezwała się w końcu, kierując swoje słowa tylko i wyłącznie do Mracosa. Zupełnie jakby byli na tym zebraniu całkowicie sami.
– Nie podoba mi się ten chłopak i mu nie ufam – wskazała ręką na Aarona, a potem zawiesiła wzrok na Albie i westchnęła ciężko. Rozumiała, że była córką Delgado, ale bez przesady. To były poważne sprawy, które nie powinny dotyczyć młodych, delikatnych dziewczynek. – I z całym szacunkiem Marcosie, ale powinieneś zostawić swoją córkę w piaskownicy. Nie pasuje tutaj.
[Profil]
  [B+]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-08-30, 22:45   
   Multikonta: Lidia Foney


Wielka idea ojca. Przyszłość, bezpieczne odległe lata, okres, który ich może już nie dotyczyć, a za który mają przelewać własną krew. Tego chciał Marcos Delgado, a oni najwyraźniej pragnęli jedynie własnych interesów. Rozumiała to. Byli znudzeni, nieufni i wątpili. Nie pachnieli jej głęboką wiarą i optymizmem, którego oczekiwał ojciec. Przyszli tu zaciekawieni, złaknieni wielkich emocji, forsy i lepszego życia dla siebie i swoich bliskich. To ostatnie najmocniej ich spajało, a jednak, gdy Alba słuchała tych wyrzutów, tych wylewów szczerości i słów ociekających kpiną dla całej Marcosowej wizji… Czuła, jak bardzo złe jest to spotkanie. I nie dlatego, że najwyraźniej przeszkadzała im ona, choć to nie mogło nie zaboleć. Dlatego że nie widzieli tej idei, nie ona ich tutaj przywiodła. Jednak do działań proponowanych przez papę nadawali się jak nikt inni. Byli silni i mocni, konkretni i skierowani na działanie, które przyniesie efekty. Byli wszystkim tym, czym nie była ona. Alba nigdy nie okaże się wielką bohaterką z kolorowego komiksu. Jej moce były sprzężone mocno z siłą osobowości. To całość, która miała leczyć dusze, ale… ostatnio upewniła się również w tym, że potrafiła krzywdzić. Nie była aż tak głupia i cukierkowa, jak to sobie wymyślili zebrani tutaj. Wiedziała, że ani ojciec, ani Aaron nie pozwolą jej na prawdziwą walkę. Czy jednak mogłaby stać z boku i zerkać ze złotej klatki, kiedy bliscy zamierzali narażać życie w imię celów wyższych, kiedy w jej domu tworzyła się iście niebezpieczna organizacja?
- Próbujemy stworzyć zespół. Jesteśmy inni i los wpuszcza nas w różne role – zaczęła spokojnie, spoglądając na każdego po kolei. - Jak proste byłoby to zadanie, gdyby wystarczyłoby tylko zabijać? Tymczasem tu chodzi o coś więcej. O zmianę myślenia. Nie jestem maszyną do zabijania, ale nie osądzajcie mnie, nie traktujcie jak bezużytecznej gwiazdki, bo, uwierzcie, mogę się przydać w najmniej spodziewanym momencie. – Nie sądziła, że ktokolwiek się przejmie tym, co powiedziała, ale… ale chyba najwyraźniej niektórzy mieli tutaj problem z wyczuciem, że droga ran i śmiertelnych ciosów niekoniecznie zawsze stanowiła trafne i najlepsze rozwiązanie. Przyjdzie moment, że to perswazja Marcosa okaże się złotym środkiem. Przyjdzie moment, gdy sami będą zmagać się z bólem duszy, zbyt silnym, aby można było uczynić jakikolwiek krok na przód. Alba, będąc w Bractwie, walczyła z potężnymi emocjami – chorych, wykluczonych i również tych, którzy mordowali i załatwiali najbrudniejszą robotę. To nigdy nie przemija bez echa…
- Nasze zdolności i preferencje są różne, odmienne. Potrzebujemy dobrej organizacji i ustalenia pozycji. Potrzebujemy wiedzieć, co właściwie robimy – Zerknęła na ojca. Jeśli mieli porządnie się za to zabierać, to należało podjąć tego typu ustalenia. No i sam Marcos powinien nieco więcej zdradzić. Mieli działać jak organizacja? Jak tajemna drużyna? Chcieli coś ustalać, czy może płynąć z prądem? Och, no przecież nikt nie wyśle Alby do walki i sama ona również tego nie pragnie.
Była ich garstka, a idea zdawała się być przeogromna.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-09-02, 15:09   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Moja wizja. Moja idea. Taka wzniosła. Taka piękna.
Jak bardzo zawiódł mnie fakt, że nie każdy potrafił ją dostrzec i docenić. Że nie każdym kierowały te same pobudki, co mną. Że nie każdy chciał walczyć o swoją przyszłość. Słysząc wątpliwości z ust Viggo jedynie prychnąłem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Sam w tej chwili zwątpiłem, czy jest tak głupi, czy tylko udaje. Całe szczęście nim zdążyłem powiedzieć coś, czego sam mógłbym żałować - odezwał się Payne, wystarczająco klarownie nakreślając problem, z którym się zmagamy.
- Lepiej bym tego nie ujął, Colcie. Poza tym, drogi Hetfieldzie, czego nie zrozumiałeś w "jeśli chcecie korzystać z moich środków"? Czy nie jest to wystarczająca obietnica zapłaty? Czy kiedykolwiek wcześniej nie zostałeś wystarczająco nagrodzony za swoje działania? - Zapytałem, dokładnie lustrując mężczyznę moim wzrokiem. W pewnym momencie przez myśl nawet przeszło mi użycie mojej mocy, jednak... Za bardzo szanowałem tych ludzi, by wzbudzać w nich fałszywe poczucie misji. Pieniądze i wiara w zmianę naszego świata powinna wystarczyć.
- Mam dość ukrywania się po kątach. To nie my powinniśmy się chować, tylko oni. To oni są nędznymi robakami, oni się nas boją. A jednak to my się dostosowujemy do ich chorych zasad, a to trzeba zmienić! - Dodałem po chwili, już znacznie bardziej wzniośle.
Jednak kolejne słowa, które tu padały.. Bolały. O ile z samą Charlotte mogłem się zgodzić, tak słowa trzydziestotrzylatka wywołały u mnie nie lada złość. Przez krótką chwilę uścisnąłem pod stołem dłoń Albeczki, samemu zaciskając swoje usta. Widziałem, co zrobiła przed laty. Wierzyłem też, że jej moc w międzyczasie się rozwinęła. I nawet, jeśli nie odważyłbym się jej wysłać w teren, wiedziałem, że znajdzie się tu dla niej miejsce. W końcu - do jasnej anielki! - sam wykazywałem moce zdecydowanie bardziej mentalne. A jednak wciąż tu stałem, czyż nie? I to mając pod sobą całkiem pokaźną grupę ludzi.
Wstałem gwałtownie, uderzając dłonią w stół. Przestał mi się podobać kierunek, w którym ta rozmowa zmierzała.
- Żebyś Ty pierwszy nie zdechł, Hetfield. - Wysyczałem przez swoje zęby, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że szkło, w której do tej pory znajdywał się sączony przeze mnie trunek, rozpadło się na drobne kawałeczki wbijając w moją skórę. Mogą mówić tu wszystko, ale nikt nie będzie skazywał mojej córki na śmierć. A na pewno nie będzie do tego używał takich słów. - Złam ich ciało, a ozdrowieją i Cię dopadną. Złam ich ducha, a nie będą w stanie powstać. Szkoda, że przez tyle lat tego nie zrozumiałeś, drogi przyjacielu. Wielka szkoda. Każdy, kto w tym momencie wątpi w moją hojność lub wizję, ma pełne prawo teraz stąd wyjść. Pozostali wciąż mogą korzystać z moich dobrodziejstw. A o moją córkę bać się nie musicie, od tego jestem ja, jasne? - Dodałem w końcu, wyciągając ze swojej ręki większy kawałek szkła i zwilżając językiem swoje usta, nim wróciłem na swoje miejsce.
- Jeśli o to pytasz... Pewna wielce nam miła organizacja, znana ze swoich postulatów o czystości genetycznej wisi mi całkiem ładną sumkę. Tak się składa, że ich Pani Prezes jest przy nadziei, a niedawno oszczędziła jedną z naszych. Chętny na pierwszą dolę może iść jej grzecznie przypomnieć, że czas spłaty się kończy, albo my tak łaskawi jak ona... Nie będziemy. - Przeszedłem do meritum, spoglądając na młodego, który zadał o to pytanie. Dobrze, że chociaż on jeden zajmował się tym, co teraz jest ważne...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-09-02, 16:13   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Pięknie to sobie układał Delgado w swojej głowie. Wpierw mrzonki o przyszłości, wzniosłe hasła, ogólnikowe plany mające nas rzekomo prowadzić ku wolności, a na sam koniec kruczki prawne. Co jakoś miałem się wysilić na tyle, by go tolerować i działać pod jego dowództwem w ramach lepszego jutra dla mutantów, tak zamierzałem to wszystko definitywnie rzucić już teraz, kiedy usłyszałem o profitach dla niego z tego tytułu.
Zaśmiałem się. Nie tak jakoś głośno, by przebić się przez opinie innych osób, ale ta dzika radość towarzyszyła mi dalej, kiedy wypowiadał się ten brodacz albo ta laska… Mówiła o Albie i piaskownicy, a sama wyglądała, jakby właśnie skończyła siusiać w pampersa.
Wstałem. Może nawet przewróciłem jakieś krzesło.
- Nie, Alba. Nasze zdolności, a szczególnie PREFERENCJE są tak odmienne, że bezsensem jest budowanie czegokolwiek. Chodź ze mną. Sprawy, o których mówi twój ojciec, nie są przeznaczone dla ciebie. Ja nawet nie chcę w nich uczestniczyć. Nie chcesz po prostu – stwierdziłem, wskazując to na nas, to na tego brodacza, co tak głośno szczekał już teraz. Choć właściwie szczekał ten niższy ćpun [Colton]. Tamten [Viggo] dojadał.
- I bardzo dobrze, że mi nie ufasz. Nie musisz, bo ja w to nie wchodzę – odparłem do blondyny, po czym wskazałem na Viggo. – A ciebie z chęcią zajebię, skoro chcesz tak bardzo się przekonać, kto pierwszy sczeźnie. Ot, zrobię specjalnie dla ciebie ten wyjątek – dodałem wściekły. Nikt mi tu nie będzie zabijał Alby. Ona nie zginie. Przeżyje nas wszystkich.
- Banda skurwieli z was. Jedna wielka kochająca się mafia. Ja ponownie mówię NIE. Chciałem cię chociaż tolerować, Delgado, ze względu na Albę, ale chrzań się. Ty i te twoje szemrane interesy – warknąłem, otaczając stół, w razie gdyby Hetfield czy jak mu tam chciał się bić. Albo walczyć na moce. Nawet nie miałem pojęcia, jaką mocą dysponuje, ale chuj.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Viggo Hetfield



Hello darkness my old friend

Zadawanie bólu i obrażeń.

84%

Barman





name:

Viggo Hetfield

alias:
Pain Muffin

age:
33

height / weight:
195/90

Wysłany: 2018-09-03, 15:04   
   Multikonta: Richard, Evie
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Podróżnik w czasie


Norwegowi nie spodobało się podejście, kogoś, kogo prawie uważał za swojego przyjaciela. Sądził że Colt zna go na tyle by zrozumieć czemu nie podobała mu się ta wizja w końcu jeśli tylko noga im się omsknie przez współpracę z dziećmi wszyscy mogą liczyć na doświadczenie tego, co on już w życiu doświadczył. Viggo posłał mu nieprzyjemne, przeszywające spojrzenie.
- Uważaj na słowa Payne jeśli nie chcesz doświadczyć tego samego- wysyczał po czym zacisnął pięści aż pobielały mu kłykcie, już chciał przypomnieć swojemu wielokrotnemu wspólnikowi dlaczego powinien zastanawiać się nad słowami kierowanymi do Hetfielda, Charlotte jednak wybiła go z rytmu. No, chociaż ona jedna miała jeszcze głowę na karku i dostrzegała to samo zagrożenie co on, w końcu nie będą ginąć przez jakąś parę zakochanych w sobie nastolatków.
Gdy Marcos się odezwał Viggo założył ręce na piersi i westchnął.
- Pracowałeś ze mną nie raz i doskonale wiesz że obietnice mnie nie obchodzą gdy w grę chodzi ryzykowanie mojego życia, liczą się TYLKO konkrety, nie jesteśmy przedszkolakami.- odpowiedział Papie poważnie, przyglądając się każdemu po kolei, słowa jego córki zignorował, w końcu nie była kimś, kto miałby coś ciekawego do powiedzenia, ot mydlenie oczu.
Widząc reakcję papy na jego kolejne słowa mężczyzna roześmiał się, tak jakby opowiedział mu naprawdę wyśmienity kawał. Czy naprawdę Marcos jeszcze się niczego nie nauczył.
- Od złamywania ducha mamy Charlesa, ona doskonale wie jak to robić - mruknął. - Och naprawdę tego nie widzisz? Zarówno Ty, jak i ten kogucik zrobicie wszystko, byleby ją ochronić nie ważne czy popsuje to całą akcję czy skaże nas na śmierć a na to nie możemy sobie pozwolić. - dodał jeszcze poważnie na głos wypowiadając swoje dotychczasowe obawy. I już miał coś dodać gdy ten kogucik zaczął skakać. Norweg uniósł brew z zaciekawieniem, no z takimi problemami rodzinnymi z pewnością nie powinni mieszać się w coś takiego jak rebelia, zwłaszcza gdy ten gówniarz nie szanował ani Papy ani ich. I naprawdę nie podobało mu się to, w końcu to że się nie zgadzali nie było powodem by byle przybłęda ich obrażał.
Hetfield uśmiechnął się złośliwie, pozwolił mężczyźnie wstać i zrobić dwa kroki, tak by znalazł się obok Marcosa. Kogucik sam prosił się o to, by uświadomić go jak poważny błąd popełnił i jak bardzo powinien uważać co, do kogo mówi. Viggo skupił się na organizmie mężczyzny, odszukując każdy pojedynczy i nawet najmniejszy nerw, nie mając zamiaru się z nim cackać.
- Widzę że nikt nie nauczył cię manier- powiedział tylko by po chwili Aaron opadł na ziemię zwijając się z bólu. Słyszeliście kiedyś jaki wrzeszczą ludzie palący się żywcem? Nie? Szkoda, bo właśnie tego rodzaju ból zadawał Hetfield temu kogucikowi. Sprawiał by każdy, nawet najmniejszy nerw reagował tak jak podczas kontaktu z ogniem, by mężczyzna wił się po podłodze odczuwając prawie najgorszy, wyobrażalny ból. - Nawet nie próbuj Albo używać na mnie swojej mocy, chyba że chcesz żebym go zabił. - powiedział tylko do córki Marcosa, nie chciał jej krzywdzić, jedynie pokazać jej facetowi gdzie jest jego miejsce. Dopiero po kilku minutach spojrzał na Marcosa, z niemym pytaniem w oczach cały czas nie przerywając torturowania kogucika.
[Profil] [WWW]
  [0+]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-09-04, 23:59   
   Multikonta: Lidia Foney


Szkło w dłoni ojca rozpadło się, powodując ból, którego nawet nie odczuwał. Był zły i rozczarowany. Dymił się w sposób zauważalny tylko dla niej. I nie dlatego, że potrafiła czytać w ludzkich emocjach. To był jej tata. Człowiek, którego znała i umiała interpretować w sytuacjach rozmaitych. Choć trzeba było przyznać, że jego powrót oznaczał nową rzeczywistość i nie było mowy o starych, dobrych czasach, gdy dla Alby nikt w jej rodzinie nie był mutantem. Teraz byli wszyscy. I próbowali podjąć pewną walkę, próbowali coś zbudować i przeciwstawić się tej okrutnej niesprawiedliwości. Szkoda tylko, że nie potrafili poczuć wzajemnego zrozumienia dusz. W jednej, krótkiej chwili nagromadzenie negatywnych emocji innych uderzyło ją mocno.
Ścisnęła dłoń ojca, ale całe ciało się napięło. Obserwowała dyskretnie, jak jego krew kapie na blat pięknego drewnianego stołu, jak pulsuje jego dusza w rytmie tej złości. Alba była dobrą duszą, była aniołem, który żadnemu złoczyńcy nie będzie się kojarzył z mordowanie i zadawaniem ciosów. A jednak były tutaj osoby, które wiedziały, że potrafiła być niebezpieczna, choć zapewne nigdy nie dorówna tym wielkim bojownikom.
Nic nie mówiła. Donośny głos ojca odbijał się echem w jej duszy. Walczył o nią. Wierzył w nią. Chciał mieć ją w swojej drużynie i zarazem planował pilnować, strzec mocno – jak to na ojca przystało. Viggo miał rację. Ci dwaj chcieli na nią chuchać i dmuchać, nie dawali jej szansy na sprawdzenie. Głaskali i wierzyli, a jednak będą chcieli trzymać bezpiecznie pod dachem. Zerknęła na Aarona i dopiero teraz dotarło do niej, że siedział totalnie nabuzowany. Już wiedziała, że nie będzie potulnie potakiwał głową. Nosiło go. A kiedy wstał, miała wrażenie, że zakończyły się dzieje grupy, którą właśnie budowali.
- Aaron – powiedziała zaskoczona. Niezbyt wiedziała, do czego dążył. Każde jednak słowo rozjaśniało jej obrazy w jego głowie. Ojciec zaraz wpadnie w furię, a mutanci rzucą się na siebie i rozpęta się prawdziwe piekło. W jednej chwili wpędził, zapewne, w złość każdą osobę siedzącą przy tym stole. I miał poniekąd rację, ale z drugiej strony to dość porywacza i nieuprzejma zagrywka. Uprzejmość? Albo, cholera, ogarnij się. Wokół Ciebie są przestępcy i mordercy. Tu nie ma miejsca na kurtuazję. Ojciec był wizjonerem, zebrał pionki, ale nim bitwa się rozpoczęła, rozlało się morze iskier, a za chwilę ta dyskusja przemieni się w prawdziwy pożar.
Poderwała się więc szybko z krzesła i zrobiła krok w stronę Aarona. Posłała mu ciężkie spojrzenie. Działał impulsywnie. Bronił jej przed osądami Viggo, ale wyzwał jej ojca. Nie podobało jej się to. Wszystko podążyło w złym kierunku. Głowa jej pulsowała od nadmiaru jego emocji. Chciała już go uspokoić, jakoś powstrzymać, albo zamknąć się z nim na tym cholernym zapleczu i dać w pysk, by się ogarnął i przestał traktować ją jak bezbronną lalkę z porcelany. Nie był wcale bezbronna!
Na jej oczach Bartowski padł przygnieciony bolesnym pozdrowieniem od Viggo. Wił się na podłodze i wbijał paznokcie w swoje ciało. Cierpiał. Ta moc była piekielna. Tortura zadana jej ukochanemu wywołała fazę cierpienia o potężnej skali. Delgado zamarła, a potem padła na kolana przy ukochanym. Gdzieś miała słowa Viggo skierowane do niej. Jak w ogóle śmiał?! Czuła, jak wypełnia ją wściekłość.
Wstała i stanęła między jednym a drugim. Spojrzała temu piekielnemu katowi prosto w oczy.
- Natychmiast przestań – powiedziała najpierw. Nie wierzyła, że to się naprawdę dzieje. - Obiecuję Ci, że jeśli nie odpuścisz, poczujesz potworne cierpienie. I nie przestanę, dopóki nie zagubisz własnej duszy – oznajmiła poważnie. I chyba nigdy nie była tak zdeterminowana, nigdy nie pragnęła tak mocno kogoś skrzywdzić. Te delikatne dłonie zacisnęły się w piąstki. Nie spuszczała z niego wzroku. Jednocześnie też starała się zapanować nad stanem emocjonalnym Aarona i pomóc mu z tym walczyć, wyłączyć ten ból, przerwać choćby na moment więź ciała z duszą, wprowadzić go w taki stan, aby odczuwał tortury jakkolwiek łagodniej. Nie miała pojęcia, czy to przyniosło choćby niewielką ulgę, bo nigdy wcześniej tego nie robiła. Pewne było to, że cierpiał bardzo, a przecież umiała cierpienie neutralizować, prawda? Tylko że Viggo atakował zupełnie inaczej…
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-09-07, 12:32   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


- Trochę pokory płomyczku, bo zgaśniesz szybciej, nim zabłysnąłeś. - Wycedziłem przez swoje zęby, uważnie pilnując wzrokiem Bartowskiego. Przez te lata nic się nie zmienił, wciąż był jebanym hipokrytą, którego ponosiły emocje zdecydowanie za szybko. Irytował mnie swoją pochopnością i oh, nawet nie było opcji, żeby Alba za nim poszła! Ja już wiedziałem, do czego on jest zdolny. Wiedziałem też, że to on był prowodyrem tego przeklętego ataku na departament pożal-się-boże-genetyczny. Nie moglem pozwolić na to, by narażał moją córkę.
- Czyżbyś już zapomniał, do czego prowadzą Twoje akcje? - Zapytałem po chwili, gdy moje oczy wyraźnie się zabłyszczały głębokim błękitem, a w głowie naszego zapłona powinna pojawić się myśl, że nie jest w stanie zapewnić Albie bezpieczeństwa... Nie było sensu zużywać na niego maksimum mojej mocy, wystarczyło tylko zasiać w nim to ziarenko niepewności, przez które będzie zmuszony tu zostać. Zostać z moją córką... Eh, no musiałem go na razie tolerować, mimo, że przecież było tyle lepszych partii dla mojego maleństwa. Czyż miłość nie jest ślepa?
- O to drogi przyjacielu nie musisz się martwić. Moja córka z całą pewnością nie będzie ruszała z wami na akcje. Bardziej przyda mi się... Stacjonarnie. I jestem pewien, że wszyscy możemy się z tym zgodzić. Poza tym... Wierzę, Charles, że razem z nią będziecie w stanie stworzyć piękny duet. Oh... Już widzę te wszystkie stracone zmysły naszych ofiar! - Westchnąłem z lekkim rozmarzeniem w głosie, początkowo kierując się do Hetfielda. Przez tyle lat powinien się już nauczyć ufać mi i moim metodom. W końcu... Nie zajmuję się tym od wczoraj.
I oh, cóż za radość mnie po chwili spotkała! Widząc Viggo w akcji moja dusza niemal od razu się rozchmurzyła, nawet mimo cieknącej po mojej dłoni krwi, powoli brudzącej nie tylko moją koszulę i marynarkę, ale i drewniany stół. Oh! Ile radości sprawił mi ten krótki moment, gdy Inferno zwijał się na podłodze. Może do go nauczy szacunku do starszych i bardziej doświadczonych. Mógłbym przysiąc, że na moich ustach przez ułamek sekundy zagościł delikatny uśmieszek, którego jednak musiałem się szybko pozbyć, ze względu na moje małe avocado... Byłem poniekąd pod wrażeniem, widząc jej reakcję. Dorosła, stała się odważniejsza, ale... Czy to nie może jej zgubić? Wewnętrznie byłem z niej dumny, że potrafiła się wstawić za tym, w co wierzyła, nawet jeśli był to ten przeklęty pyskacz. Ale jednak... To była wciąż moja mała córeczka i nie mogłem pozwolić, by cokolwiek jej się stało... Odchrząknąłem więc, zakrywając swoje usta zdrową dłonią, po czym spojrzałem w kierunku Shelby.
- Kochana, mogłabyś? - Zapytałem, dość spokojnie, przywołując na swoją twarz maskę niezwykłej uprzejmości. Byłem pewien, że w tej kwestii zrozumiemy się bez słów, gdy zaczynało się tu robić nieprzyjemnie. W końcu... Mieliśmy zacząć działać jako grupa, jako drużyna. A to było niemożliwe, jeśli zabijemy się, zanim zaczniemy działać.
- Oszczędzajcie energię na naszego wspólnego przeciwnika. Jeśli nic poza tym nas nie łączy, to pamiętajcie, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem. A razem... Jesteśmy w stanie zdziałać zdecydowanie więcej, niż samodzielnie, ponownie rzucając się na misje samobójcze... - Tu spojrzałem wymownie zarówno na młodego Bartowskiego, jak i na Hendersona. Oh, oni nawet nie wiedzieli, cóż za sława już za nimi płynie! - A gdy o tym mowa, jak już wspomniałem, jest do zgarnięcia pierwszy haracz. Nikt nie jest chętny na dodatkowy zastrzyk gotówki? - Zapytałem spokojnie, krzyżując swoje ręce na wysokości klatki piersiowej i unosząc jedną brew, gdy próbowałem znaleźć wzrokiem choć jedną osobę gotową do rozpoczęcia... Pracy.
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Charlotte Shelby



We were born in your world, but you'll die in ours.

wytwarzanie iluzji

81%

właścicielka kliniki aborcyjnej/członek mafii





name:

Charlotte Shelby

alias:
Charles

age:
30 lat

height / weight:
167/58

Wysłany: 2018-09-07, 20:45   

Shelby miała dość całej tej dziecinady. I choć zdecydowanie lepiej było się mierzyć z tym problemem na pierwszym spotkaniu, to szczerze? Miała tego dość. Ta cała szopka była po prostu śmiechu warta. To na to tyle czekała? Jeśli tak to zdecydowanie bardziej wolała dalej działać w pojedynkę. Bartowski przegiął jednak strunę, a ona nie zamierzała dłużej zwlekać. Tym razem musiała zainterweniować.
– Jeśli myślisz, że wyjdziesz stąd żywy chłopcze, to się grubo mylisz – syknęła, podnosząc się z krzesła, zaraz po tym jak opróżniła swoją szklaneczkę. I doprawdy nie musiała czekać zbyt długo. Bo tylko kiedy Marcos rzucił jej to porozumiewawcze spojrzenie, Charlotte wiedziała co robić.
– Nieważne jak pięknie to zabrzmiało, nie masz żadnego wyboru, a oferta, która została ci złożona nie jest do ewentualnego rozpatrzenia. To bilet w jedną stronę i ktokolwiek będzie chciał stąd wyjść, dostanie kulkę w tył głowy, jasne? – warknęła. Ktoś musiał w końcu to powiedzieć. Nie miała zamiaru ryzykować, że zebrani, którym idea się „nie spodobała” wyjdą i ich wydadzą. Nie. Jeśli Marcos wciąż miał zamiar bawić się w wolną wolę i inne takie, proszę bardzo. Ona jednak już była zmęczona czekaniem. I każdy musiał wiedzieć, że to ich dotyczy. Dlatego też użyła swojej mocy, odcinając Viggo, Albę i Aarona od zmysłu wzroku. Jedyne co widzieli to czerń, jedyne co słyszeli to jej otumaniający głos, jedynie co czuli to przeraźliwy chłód i coś… jakby się zaczynało zamykać. To klaustrofobia.
– To, że ci nie ufamy to jedno, ale potrzebujemy mięsa armatniego. A tak się składa, że musisz spłacić długi, których narobiłeś, chłoptasiu. Odkupić swoje łaski za śmierć mutantów, którzy stracili życie przez twój głupi i durny wybryk w rządzie. Wtedy… wtedy rozpatrzymy wolność twoją i dziewczyny – zakończyła, nie zamierzając cofać wizji. Jedynie posłała krótkie spojrzenie Marcosowi. Nie miała zamiaru nic robić jego córce, ale chciała, by zagrał w tą szopkę. Bartowski musiał uwierzyć, że byli bezwzględni. Co jednak się tyczyło Viggo… musiała mu dać nauczkę. Po prostu.
[Profil]
  [B+]
 
Colton Payne



Do not mock a payne you haven't endured.

tworzenie portali

68%

handlarz bronią





name:

Colton Payne

alias:
Colt

age:
32

height / weight:
188/80

Wysłany: 2018-09-09, 20:51   
   Multikonta: Fay, Marg


Colt mógł myśleć tym, że ohoho, zaraz się zacznie. I to ktoś wyciągnie działa cięższego kalibru, bo Bartowski chyba właśnie przekroczył pewną granicę, której przejście nie zostanie mu szybko wybaczone. Zastanawiał się tylko, komu szybciej puszczą nerwy, Viggo czy Marcosowi.
Ku jego uciesze był to Hetfield. Jego moc może i była okrutna, ale przyjemnie się to oglądało, gdy była kierowana przeciwko komuś, za kim niekoniecznie się przepadało. To znaczy... Colt osobiście nie miał nic do Aarona, jego słowa spłynęły po nim jak po kaczce. Bo co, bo nazwał ich bandą skurwieli? No zgadzało się w większości przypadków. Mafia? Nie da się ukryć. Wybrał jednak jedną ze stron i siedział cicho, oglądając przedstawienie.
- Na tym etapie, na którym jesteśmy... może najpierw określmy, jak to wszystko ma wyglądać, a potem będziemy się martwić poszczególnymi akcjami i tym, co może pójść w nich nie tak - wtrącił się w pewnym momencie, wzdychając pod nosem - Potrzeba pewnych i zaufanych ludzi. Role, jakie będą pełnić, przydzieli się im później. A jestem pewien, że panienka Delgado ma wiele do zaoferowania, niekoniecznie w terenie - dodał, na krótką chwilę zerkając na Albę i uśmiechając się kątem ust. Potem jednak zaczęły się te całe tortury i uwaga Colta została na nowo odwrócona. Nawet nie wiedział, kiedy sięgnął po trunek, który leżał na stole i dodał go sobie do herbaty.
[Profil]
  [AB+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-09-09, 20:54   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Raczej nikt, tak bardzo jak ja, nie znał wrzasku towarzyszącego człowiekowi podczas płonięcia żywcem. Ach, tak bardzo wdarły się one do mojego umysłu, że aż nazbyt realistyczne wydawały się w moim snach. Brzmiały tak, jak gdybym to robił każdej nocy. Niemalże dzień w dzień. Ale sny snami… Jutro przyniosły zmiany, nowe doświadczenia. Tym razem to ja czułem jak płonę, chociaż nie płonąłem.
Uczucie było… Raczej nie do opisania. Odebrało mi wszelkie myśli. Potrafiłem jedynie… Nawet nie wiem, jak to określić. Po prostu tak bardzo bolało. Wrzeszczałem. Chyba. Ten odgłos zlał się dosyć szybko wraz z tym paskudnym uczuciem, które trawiło moje ciało. Nie wiem, czy się wiłem, czy uderzałem o coś, o posadzkę albo co, bo ból był jednym, a ja wraz z bólem… Tą jednością. Niczym klątwa. Trwała sobie w najlepsze. Tak długo, miałem wrażenie, że minęła już wieczność, zaś kolejna jej część miała być naliczana dalej i dalej, i dalej. NIEUBŁAGANIE. Nie mogłem nawet płakać… Zmysły zniknęły, ustępując miejsca cierpieniu. Bezkresnemu. Nie słyszałem nawet Alby, mojej kochanej Alby.
W końcu poczułem jednakże niejaką ulgę. Nadal bolało, ale… To trochę przypominało takie gaszenie ognia wodą. Z początku nieporadnie polewało się go wodą, ten buchał jak szalony, polewało się dalej, tamten swoje, ale! w końcu ulegał falom wody, ustępował, zmniejszał się… Alba? – pomyślałem jedynie zmęczony. Działała cuda? Czy może pytałem, gdzie była, co się z nią działo? – tego ani ja, ani ktokolwiek inny nie miał się dowiedzieć, bo nim rozeznałem się w sytuacji, zacząłem na powrót myśleć po tym wszystkim i uświadomić sobie, że to działanie brodacza, nastała ciemność. Ponownie coś dziwnego, coś odbierającego zmysły, innego, ale równie niebezpiecznego.
Zacząłem szukać czegoś po omacku. Dotyku. Miękkiego. Znajomego. Nie miałem pojęcia, czy natrafiłem na to, na co pragnąłem, czyli na Albę… Mrok zaczął się zmieniać, zaczął przytłaczać, podobnie jak głos, który w dziwny, wibracyjny taki sposób zaczął odbijać się od ciemności, przeszywać mnie… i ten szept zasłyszany wcześniej w mojej głowie, powrócił. Nie byłem w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa, nie byłem w stanie jej obronić przed wszystkim.
Alba? Co się działo z Albą? Głos z mojej głowy, ten inny głos groził jej. Wiedział o mnie wszystko, o moich porażkach. Zresztą, miałem wrażenie, że wszystkie te głosy miały rację. Nie zasługiwałem na nią, byłem beznadziejny i psułem wszystko. Jak mógłbym ją ochronić przed złem tego świata? Ochronić tak delikatną i kruchą osobę? Sam ją kruszyłem. Po trochu, po niewidzialnym kawałeczku każdego dnia.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Viggo Hetfield



Hello darkness my old friend

Zadawanie bólu i obrażeń.

84%

Barman





name:

Viggo Hetfield

alias:
Pain Muffin

age:
33

height / weight:
195/90

Wysłany: 2018-09-10, 20:51   
   Multikonta: Richard, Evie
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Podróżnik w czasie


Pierwszy raz od dawna używał pełni swojej mocy i szczerze mówiąc, widząc jak ten gnojek wije się po podłodze i wije z bólu sprawiało mu naprawdę wielką satysfakcję. Czyżby w końcu, po latach posiadania tej piekielnej mocy w końcu rozumiał o czym mówił mu stary, parszywy Rzeźnik gdy tak rozcinał kolejne kawałki jego ciała? Może, a może dopiero tylko zaczynał rozumieć? Może jego umysł dopiero dopuszczał do niego coś, co tkwiło w nim od dawna tylko starał się tego nie zauważać? Któż jest w stanie to wiedzieć?
Słowa Alby, ta groźba którą w jego kierunku rzuciła wydała mu się śmieszna to też roześmiał się, niczym szaleniec nie przerywając swojego dzieła.
- Ja nie mam duszy, mała- mruknął tylko cicho, nawet nie wiedząc czy go usłyszała, jakie to też miało znaczenie? Nie sądził by była w stanie zgotować mu coś gorszego niż to, co przeszedł ponad dwadzieścia lat temu gdy dorwali się do niego niezadowoleni Rosjanie, bo i co można zrobić osobie która przeszła przez piekło a jej serce wypełnione było jedynie nienawiścią? No właśnie.
Nie przerywał torturowania Aarona gdy Charlotte i Maros wygłaszali swoje mowy, nawet gdy widział że prawdopodobnie córeczka mafjoza odcięła tego parszywego podlotka od większej ilości jego mocy. Sam fakt, poruszania jego nerwami, sprawiania że odczuwał to, czego z pewnością nie powinien sprawiał mu dziwną, dziką satysfakcje.
Wtedy też nastała ciemność. Viggo w jednej chwili torturował chłopaka w drugiej zaś czuł się jakby sam był ofiarą, po raz kolejny złapaną przez łowcę. Kto go znał doskonale wiedział że najbardziej niebezpieczny był wtedy, gdy czuł że nie ma jak się bronić, tak też czuł się w tej sytuacji. Nie dość że nic nie widział, to jeszcze miał dziwne wrażenie jakby ściany pomieszczenia przybliżały się, chcąc znów uwięzić go w zamknięciu, sprawić że będzie zdany na czyjąś łaskę a fakt, że odcięto go podczas używania mocy pogorszył jedynie całą sytuację. Czuł jak jego moc powoli zaczynała przejmować nad nim kontrolę, jak próbowała wymknąć się z jego rąk sądząc że sama, o wiele lepiej uchroni swojego właściciela niż on sam. Nie wiedział, czy już zaczął zadawać ból trzem, spośród zebranych osób czy jeszcze nie. Nie wiedział też na kogo mogło paść, w tym momencie nie był w stanie zapanować nad mocą które przez niego przechodziła i powoli zaczynała przejmować nad nim panowanie. Wiedział jednak że jest to ostatnia szansa by zareagować, zanim naprawdę skrzywdzi któregoś ze swoich współpracowników. Tylko raz wcześniej przydarzyło mu się coś takiego i doskonale wiedział, że ból którzy odczuwają będzie rósł na sile z każdą, przemijającą sekundą.
- Charles... Skończ!- warknął do niej, mając nadzieję że nawet, jeśli jego moc działała na nią, będzie wstanie zdjąć tę przeklętą iluzję, zanim wyrządzi ona jeszcze większe szkody wśród zebranych. I pomyśleć że chciał tyko nauczyć młodego szacunku do starszych, zwłaszcza gdy to od nich będzie zależało jego życie. Tylko, czy Charlotte wiedziała o co mu chodziło? I czy była w stanie zdjąć iluzję nawet, jeśli znalazła się pod wpływem jego mocy?



Kostki wylosowały : Colt, Marcos i Ronnie zostali trafieni mocą Viggo gdy stracił panowanie
[Profil] [WWW]
  [0+]
 
Nicholas Grenville



Nie ma wolności dla człowieka, jak długo nie pokonał on strachu przed śmiercią.

Smog / Czarna Mgła

87%

Kierownik Baru / Barman / Przywódca Rebelii





name:

Nicholas Grenville

alias:
Oliver Mayes / Nicky / Blondie (wg Mary)

age:
32

height / weight:
194/89

Wysłany: 2019-01-12, 17:15   
   Multikonta: Brian, Liam, David, Seba, Ricky, Raven
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


/ 8 grudnia, po spotkaniu Jamiego z Imari

Każdy następny dzień zdawał się być fatalny. Choroba postępowała, zamiast się cofać. Nic cokolwiek zażywali lub leczyli domowymi sposobami, nie pomagało. Jedynie leki działające na inne problemy jak ze snem czy bólem, cokolwiek dawały. Ale jedynie na kilka godzin.
Upewniwszy się, że córka zasnęła ale nic nie chciała mu nadal jeść i pić, potrzebował sam odpocząć od tych jej majaków i wizji, czego on nie widział. Tak samo w przypadku Vincenta, do którego zaglądał każdego dnia o każdej możliwej porze. Mając pewność, że chłopak też śpi, udał się na dół z laptopem i usiadł przy jednym ze stolików, z przygotowanym sobie napoju, będącym mlekiem z czosnkiem i miodem. Przepisy mamy, przekazane mu przez siostrę.
Siedząc przy stoliku, zamiast leżeć w łóżku, w dresach i szaliku przeglądał sieć informacji w internecie. Doszukując się tego, co wiadomo o chorobie. Zaglądając nawet na zakazane strony, nie kontrolowane, jak i ten ostatnio słynny "The Free Voice of Seattle". Tak doczytał kilka interesujących do informacji, próbując czegokolwiek na ten temat znaleźć w innych podstronach i portalach. Tym samym czekał na powrót Jamiego. Analizując wszelkie zamieszczone tam wpisy
[Profil]
  [AB+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 7