Poprzedni temat «» Następny temat
Stoliki #1
Autor Wiadomość
The Gifted



Sprawy techniczne i fabularne.

Konto Specjalne

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-07-24, 15:30   Stoliki #1

Stoliki #1




Osobne miejsca na spotkania w gronie znajomych lub na potrzeby biznesowe. Wygodne fotele, kanapy oraz okrągłe stoliki. Wykorzystywane także przez studentów, udających że piszą prace na obronę. Gdzie tak na prawdę, pewnie hakują jakieś strony rządowe.
[Profil]
 
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-20, 19:11   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


//5 maja

Czy dobrze robiłem? Nie miałem pojęcia.
Czy było to potrzebne? O tak, zdecydowanie.
Teraz, gdy miałem pewność że moja córka jest cała i zdrowa, że moja żona żyje, a Seattle jest jeszcze większą dziurą niż przed laty, z już ograniczoną liczbą bezpiecznych miejsc dla obdarzonych - nie miałem wątpliwości. Trzeba zacząć działać. Tym bardziej, odkąd ta złudna ostoja pod przewodnictwem Yvonne Marie zaczęła się walić. Odkąd to jej bractwo przestało spełniać swój cel. Odkąd mutanci byli traktowani coraz gorzej...
Nie mogłem patrzeć na taki stan rzeczy. Nie, gdy miałem tylu zdolnych sojuszników, a i Alba ponoć wśród swoich przyjaciół miała kilku obdarzonych. Tę sytuację trzeba było wykorzystać. Trzeba było stworzyć nową grupę - silną, zdecydowaną, gotową do ruchu. Każdego ruchu...
Skoro oni nie mieli dla nas litości i ja nie zamierzałem jej mieć...
Usiadłem więc, przy stoliku, gdzie już czekały puste, schłodzone szklanki. Pozostało mi tylko czekać, aż wszyscy zaproszeni już się pojawią...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Charlotte Shelby



We were born in your world, but you'll die in ours.

wytwarzanie iluzji

81%

właścicielka kliniki aborcyjnej/członek mafii





name:

Charlotte Shelby

alias:
Charles

age:
30 lat

height / weight:
167/58

Wysłany: 2018-08-21, 10:14   

Wreszcie. Wreszcie coś się działo w tym kraju. Charlotte chyba ulżyło, kiedy otrzymała wiadomość od Marcosa. Co prawda wiele się zmienić nie miało, bo i tak pracowała nad sprawą mutantów, ale sama myśl, że miało być więcej takich jak ona… To, to sprawiało, że czuła nadzieję. Cokolwiek wyniknie z tego spotkania, już nie będzie odwrotu. Zaczną działać, a przecież tylko na tym jej zależało.
Kiedy zbliżała się godzina zebrania, podekscytowana Shelby zamknęła swoją klinikę, po czym złapała taksówkę na ulicy i ruszyła pod wskazany adres. Już dawno nie czuła się tak dobrze. I przysięgłaby nawet, że w powietrzu unosił się słodki zapach wolności. Blondynka z niekontrolowanym uśmiechem na twarzy, wyszła z samochodu, po czym wkroczyła do baru.
– Marcosie – rzuciła na przywitanie, nawiązując z mężczyzną kontakt wzrokowy, a następnie usiadła naprzeciwko niego. – A więc wreszcie to się zacznie, huh? – zagaiła, unosząc kąciki ust i zakładając nogę na nogę. A potem sięgnęła ręką do jednej szklaneczki i wzniosła wysoko brew, tym samym upominając się o poczęstunek.
[Profil]
  [B+]
 
Colton Payne



Do not mock a payne you haven't endured.

tworzenie portali

68%

handlarz bronią





name:

Colton Payne

alias:
Colt

age:
32

height / weight:
188/80

Wysłany: 2018-08-21, 19:45   
   Multikonta: Fay, Marg


7 minut przed godziną rozpoczęcia spotkania był jeszcze w łóżku, przewracając się na drugi bok i nie ogarniając, że to już czas na ruszenie tyłka z materaca. Zaalarmował go fakt, że był sam, a przecież z tego, co pamiętał w jego łóżku powinna się znajdować jeszcze ładna brunetka... chyba ładna, bo bardziej niż jej twarz pamiętał tatuaż na plecach, który odbijał się w lustrze na drzwiach szafy naprzeciwko jego łóżka. Wilk, wkomponowany w jakieś geometryczno-kwiatowe wzory. Podobał mu się. Pasował do niej.
Pewnie wyszła jakoś nad ranem, tak, pamiętał, że coś do niego mówiła, ale nie poświęcił jej wystarczająco uwagi, żeby wiedzieć co to było. Ale skoro jej nie było to... ugh, która musiała być teraz?
Późna, ale spokojnie, Colt był z tych, co zawsze mają czas. Wziął prysznic, ogarnął się nieco i 5 minut później był już świeży i ubrany w coś względnie czystego. W sumie to przydałaby mu się jeszcze jakaś kawa, ale na to nie miał czasu. Potrzebował czegoś, co postawi go na nogi znacznie szybciej.
Kwadratowe lusterko na stoliku przy sofie robiło nie tylko za podstawkę na świece, które dla ozdoby postawiła tam jego siostra. Gdy Młoda nie patrzyła były one ściągane, a na lusterko okazjonalnie zostawał wysypany biały proszek, który następnie przybierał kształt zgrabnej ścieżki i znikał w mgnieniu oka przy pomocy zwiniętego w rulonik banknotu.
Tak było i teraz. Przytknięte palcem skrzydełko nosa, głęboki wdech, starcie nadmiaru wierzchem dłoni i... znowu był gotowy do działania, znowu miał energię, znowu mógł trzeźwo myśleć. Wyszukał w telefonie zdjęcie przesłane przez Marcosa Delgado, przedstawiające zdjęcie pubu oraz jego lokalizację. Nie był daleko. I dobrze, pójdzie łatwiej. Chociaż otwarcie portalu i tak bywało ciężkie samo w sobie.
- Powiedziałbym, że zaczęło się już dawno temu - rzucił, akurat zasłuchawszy słowa Charlotte, robiąc krok przez okrągłe przejście, które pojawiło się znikąd na środku baru - Z tą różnicą, że teraz nabierze rozmachu, skali... wyraźniejszego celu - podszedł do stolika ze swoim sztandarowym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Skinął głową w stronę Marcosa na przywitanie - Gwiazdka dla mutantów przyjdzie w tym roku nieco szybciej - dodał, zajmując miejsce obok blondynki.
[Profil]
  [AB+]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-08-21, 22:39   
  

   1 Rok na Giftedach!


Na jego szczęście (i szczęście Penny) Alba pozwoliła zatrzymać się mu tu przez jakiś czas. Fay odłączyła się od nich jakiś czas temu, żeby odnaleźć siostrę, a Ronnie… Cóż, dni mijały mu powoli, a każdy kolejny był podobny do poprzedniego. Rzec by można, że wszystko w pewien sposób wróciło do normy. Jeśli uciekanie przed rządem można określić jako normalność, ale przecież w życiu Ronniego to nie było nic nowego. Różniło się tylko to, że brakło mu w tym wszystkim jakiegoś wyższego celu. Dlatego chociaż nie mógł narzekać na jego obecne miejsce pobytu, każdy kolejny dzień był tak cholernie przytłaczający, nużący. Czegoś mu w tym wszystkim brakowało.
Gdy Alba opowiedziała mu o planach zebrania się mutantów początkowo nie czuł entuzjazmu. Już raz próbował grać drużynowo i nie wyszło mu to na dobre Zresztą. Chociaż bezczynność dobijała go, pchanie się w kolejną kupę gówna nie wydawało się być mu dobrym pomysłem. Prawdopodobnie dlatego przyszedł.
Wszedł do pomieszczenia, podrzucając zapalniczkę, jednak stanął w progu, widząc nie kogo innego jak samego Marcusa Delgado. Trochę czasu minęło. Właściwie w tym momencie zdał sobie sprawę, że być może nawet zbyt dużo. Postąpił kilka kolejnych kroków, w głąb pomieszczenia omiatając wzrokiem obecnych przy stoliku. Nie mógł dosłyszeć o czym rozmawiali wcześniej. Do jego uszu doszły tylko ich ostatnie słowa. - Kopę lat. - powiedział, kiwając głową na przywitanie, ale nie zajął miejsca przy stole z nimi. Zdawał sobie sprawę, że mimo tego, że zdarzało im się współpracować, wciąż pozostawał obcym, a przynajmniej kimś niepewnym. Szczególnie z punktu widzenia Marcusa. Zamilkł przecież na bardzo długo.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-08-21, 22:40   
   Multikonta: Lidia Foney


Alba była w na zapleczu. Właściwie to w barowej kuchni. Ludzie powoli się zbierali, a ona postanowiła jakoś umilić wszystkim te trudne rozmowy. Poniekąd też spełniała się w roli, jaką wciąż jej nadawano, ale skoro tak… Przecież nie ucieknie od swoich odruchów, nawet gdy uzna, że należy coś zmienić i objawić pozostałym, że nie jest tak krucha i można jej zaufać. Już sam fakt jej obecności tutaj świadczył o zrozumieniu ojca. Nie była tylko dziewczyną Aarona i córeczką tatusia. Ostatnie miesiące nie zmieniły tylko ich domu czy statusu. Zmieniły coś głęboko w nich. W każdym z osobna. Czuła w sobie siłę.
Póki co zalewała jednak herbatę. Mocny, intensywny smak dla pewnych i walecznych mutantów, które dziś zgromadziły się w pubie Laguna Negra. Przygotowała cały dzban gorącego napoju. Wiosenny wieczór był dość chłody. Podejrzewała, że towarzystwo będzie potrzebowało za chwilę czegoś mocniejszego, ale póki co może powinni zwilżyć sobie gardło czymś przyjaznym i przyjemnie ciepłym? Pewnie i tak będzie jedyną osobą, która napije się herbaty. Widziała, jak ojciec przyniósł z piwnicy grube flaszki. Kilka ładnych lat tu leżały, czekając właśnie a ten moment.
Wkrótce podeszła do stolika i wszystko pięknie rozstawiła. Nie do końca wiedziała, co sądzić o wizjach ojca, ale może wspólnie faktycznie mogli stworzyć coś wyjątkowego. Ostatecznie znała temperament Aarona czy Ronniego i wolałaby jednak działać w nieco bardziej ogarniętej drużynie. Robiło się już naprawdę niebezpiecznie, każdy ruch powinien być dobrze przemyślany. Martwiła się, ale cieszył ją fakt, że ojciec się tak zaangażował. Wciąż nie do końca była pewna, co o nim sądzić, ale… przecież to tata. Zawsze coś kombinował. Zarażali ją tym – przyjaciele i bliscy. Zresztą była jeszcze niedawno członkiem Bractwa. Nikt tu nie chciał udawać, że świat jest dobry.
- Dobry wieczór, poczęstujcie się – przywitała się z zebranymi już gośćmi. - Chociaż widzę, że nie próżnowałeś, papo, i wolicie trochę inaczej się ogrzać. – Pokręciła lekko głową, uśmiechając się. - Aaron zaraz przyjdzie – dopowiedziała, siadając obok tatusia. Po przygodach z Samanthą Alba nie miała ochoty na alkohol. Wystarczy jej ta ciepła herbata z cytryną. Ojciec jak się dowie, że Bartowski nie pije, to zapewne będzie próbował wybić jej go z głowy. O ile już nie próbował.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Jamie Duncan



I'm walking down the line that divides me somewhere in my mind.

Aerokineza

77%

Dowódca Rebelii





name:

Jamie Jared Duncan

alias:
Windfury/Daniel Drake/Fire Dragon

age:
25

height / weight:
182/72

Wysłany: 2018-08-21, 23:09   
   Multikonta: Mike/Tom
  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Jamie cały dzień zaplanował pod zebranie, które miało się odbyć. Był w tej dziwnej sytuacji, ze znał i Albę i Papę, jakie było jego zdziwienie, kiedy dowiedział się, ze Jack nie nazywał się tak naprawdę Jack.. Cóż żyli w takich czasach, ze druga tożsamość była jak chleb powszechni, dlatego nie miał za złe papie tego, że nie powiedział jak ie ma prawdziwe personalia.
Do baru od swojego mieszkania miał parę przecznic, nie było to daleko, więc bez problemu przeszedł się piechotą. Myślał o skorzystaniu z dachu, ale w 100% nie było to bezpiecznie, jeszcze ktoś by go zauważył i by była klapa. W drzwiach pojawił się z minutę lub dwie przed rozpoczęciem zebrania z creepy uśmieszkiem na twarzy. Miał poznać teraz do końca wszystkich. Stronę Alby już znał, złączył ich wszystkich jeden cel. Był wręcz prze szczęśliwy, ze w przypadku rodziny Delgado jabłko blisko jabłonki spadło i pochwalali te same zasady zapanowania nad ludzkością i ziemi dla mutantów.
- Cześć wszystkich. - odparł od progu i zasiadając na jednym z wolnych miejsc - Dobrze wiedzieć tyle mutantów co próbują sprawić, że ludzkości zatrząsną się fundamenty.. - przejechał palcem po szklance przypatrując się reszcie.
Dopiero teraz można było zauważyć, ze on i Alba, byli tutaj najmłodszymi osobami. Duncan nie czuł się z tym źle, dla niego liczyło się tylko oddanie misji i zabicie swojej siostry Arielle.
[Profil]
  [A-]
 
Viggo Hetfield



Hello darkness my old friend

Zadawanie bólu i obrażeń.

84%

Barman





name:

Viggo Hetfield

alias:
Pain Muffin

age:
33

height / weight:
195/90

Wysłany: 2018-08-22, 00:44   
   Multikonta: Richard, Evie
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Podróżnik w czasie


Szczerze mówiąc Viggo nie miał zielonego pojęcia czemu Papa chciał się z nim spotkać, jedyne co dostał w wiadomości to data, miejsce i czas spotkania na które podobno było by miło jakby się pojawił. Co prawda data spotkania nie pasowała mu za bardzo z godzinami pracy, przez co musiał wziąć wolne od jakże uroczych, zapijaczonych klientów. Cały dzień przed zaplanowanym spotkaniem zastanawiał się, o co może chodzić. Co prawda doszły już do niego słuchy że podobno niektórzy mutanci chcą się zbuntować przeciwko obecnie, jaśnie nam panującemu, rządowi nie wiedział jednak kto. W końcu to całe bractwo było tylko bandą jakichś dzieciaków jeszcze z mlekiem pod nosem nie wiedzących nic a nic o życiu a tym bardziej działaniu po tej złej stronie.
Mężczyzna wszedł do baru z papierosem w ustach równo o godzinie spotkania, stanął naprzeciw stołu po czym rozejrzał się po zebranych i każdemu skinął głową. No, coś mu w tym wszystkim nie pasowało, przynajmniej na obecną chwilę. W końcu co Papa, Charlotte i Colt mieli wspólnego z Dunanem albo Ronniem? Cóż, z pewnością niedługo się o tym dowie.
Viggo usiadł, a raczej opadł na krzesło pomiędzy Ronnem a Coltem, no jak coś zawsze będzie miał z kim pogawędzić, albo ponabijać się z... No właśnie z kogo? Ze wszystkimi, po za Duncanem i córką Papy łączyły go interesy... Mężczyzna, nie za bardzo przejmując się tym, co pomyślą inni przysunął do siebie butelkę szkockiej i nalał do szklanki, niemal po sam brzeg. Kto go znał, doskonale wiedział że z pewnością bardzo szybko ją osuszy.
- No...- Zaczął opierając przedramiona, pokryte tatuażami i jeszcze większą ilością blizn, o stół uważnie się im przyglądając po to by jego wzrok spoczął na Marcosie. - Powiesz mi papa o co tu chodzi? Nie wydaje mi się żebyś ściągnął mnie tutaj na jakiś zjazd czy inny wieczorek...- powiedział spokojnie, chcąc w końcu dowiedzieć się czemu został tutaj zaproszony.
[Profil] [WWW]
  [0+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-08-22, 19:10   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


| 5 maja

Kurwa. Nie mogłem mieć większego pecha. Nie mogłem mieć. Ojcem Alby okazał się być mężczyzna, którym gardziłem, a który gardził mną. Pewnie jeszcze bardziej niż ja nim. Pewnie nawet nienawidził. Pewnie nie powinienem sypiać bez zapalniczki i broni pod poduszką. Kto wiedział, co mogło się nagle przywidzieć Marcosowi Delgado?
Dziwnie, że kiedy chciałem trzymać Albę z dala od niebezpieczeństwa, największe zmory przypełzały do nas i witały się radośnie, jakże radośnie… Nienawidziłem szczerze tej sytuacji. Nienawidziłem faktu, że ojcem Alby jest Marcos, że Alba kocha swojego ojca i pragnie z nim pracować, że zostaliśmy i ogólnie przybyliśmy do tego baru.
Na domiar złego, między mną i Albą niby było dobrze, ale wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, że to jebana tykająca bomba. Zachowywałem pokerową twarz i udawałem, że nic się nie dzieje, mimo że działo się cholernie dużo.
Ale ona była tak niesamowicie piękna i delikatna, że nie potrafiłem nie próbować dać jej lepszego życia. Pomijając fakt, że moje działania prowadziły w kompletnie innym kierunku, aniżeli zamierzonym, to żyłem w wierze. W końcu musiało mi się udać znaleźć złoty środek czy też sposób na unikanie negatywnych rozważań w obecności mojej jasnowłosej piękności.
Cmoknąłem ją prosto w usta, kiedy znalazłem się w sali głównej. Choć z początku pragnąłem to zrobić, by przypiec jej ojcu, tak teraz potrzeba ta odpłynęła sobie gdzieś na bok i była tylko Alba. I jej najlepsza herbata, której nie omieszkałem sobie nalać i przycupnąć na stoliku obok lubej, kiedy już oderwałem się od jej warg i ogólnie od niej chociażby na drobną chwilę.
Ze starym Delgado się nie przywitałem, bo pewnie już wcześniej mieliśmy nieprzyjemność. Ta relacja była trudna. Starałem się go tolerować. Tak, przynajmniej tolerować, co nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych i zbyt łatwych. Nie wyobrażałem sobie współpracy z tym człowiekiem, więc zapewne nie podzielałem entuzjazmu reszty drużyny się tu zbierającej.
Z cyklu: Jak jej powiedzieć, że nie chciałbym, by uczestniczyła w jakichkolwiek rebeliach?
- Kocham cię, Albuś – szepnąłem jej do ucha, po czym pokazałem środkowego palca Hendersonowi. Kopę lat… Phi.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-23, 00:50   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Zaledwie minuty dzieliły nas od chwili, gdy mogliśmy się wszyscy zebrać. Krótkie minuty, które dłużyły się jak nigdy dotąd - w końcu nie codziennie rozpoczyna się rewolucję. Dzisiaj, tak cicho, niczym myszy kościelne pod miotłą, jutro - u szczytu władzy!
- Charles. Cieszę się, że jesteś. - Odparłem w jej kierunku, odpowiadając równie miłym uśmiechem na ustach. Jak dobrze jednak, że miałem ludzi od wszystkiego - również odpowiadania na nawet nie zadane pytania.
- Lepiej bym tego nie podsumował, Payne. - dodałem po chwili w kierunku chłopaka, który jak zwykle pojawiał się w najmniej oczekiwany sposób. Cóż... Chyba powinienem był się już przyzwyczaić.
Nie mogłem się jednak nacieszyć starym towarzystwem, bo wtem do baru wszedł nie kto inny, jak Ronnie Henderson. To on jednak żył, huh?
- To chyba dobry miesiąc, skoro tyle trupów wstaje z grobu. Wstydzisz się dawnych znajomych? - Zapytałem już z dużo poważniejszą miną, niż jeszcze przed chwilą. Co jak co... Miałem do pogadania z tym facetem. Żeby przez tyle czasu nie dać mi znać słowem o tym, co dzieje się z moją córką! Przecież ja prawie przez to oszalałem! No, nie, żebym wcześniej już nie był szalony. Miałem jednak nadzieję, że moja mina wystarczająco zaprasza do stołu i nie będę musiał się powtarzać. Nie lubiłem zdzierać gardła, krzycząc na cały lokal.
Widok Alby jednak szybko zmył jakiekolwiek złe emocje z mojej duszy. Była tu, cała i zdrowa i krzątała się w kuchni jak przed laty. Tylko z tą różnicą, że już nie była moją małą, bezbronną córeczką... Teraz... Teraz mogła walczyć u mojego boku, nawet, jeśli nie zamierzałem posyłać jej na front. Dobrze wiedziałem, w jakiej roli sprawdzi się najlepiej... Nawet, jeśli teraz nikt o tym nie musiał wiedzieć.
Uśmiechnąłem się więc do niej, pogodnie, jakby to, co miało się tu wydarzyć było tylko kolejnym, zwykłym interesem. Nie mogłem też pozostać dłużny, gdy ta tak rozdzielała kubeczki z herbatą, więc wszystkim chętnym rozlałem do szklanek idealnie schłodzone whisky, jednocześnie przywołując na twarzy jak najbardziej profesjonalną minę. W końcu... To nie miało być zwykłe spotkanie towarzyskie.
- A Ciebie dobrze tu widzieć, Jamie.- Skomentowałem kolejne wejście, chyba już nie do końca zadowolony z takiego rozstawu czasowego u zebranych. No ale cóż... Technicznie wciąż jeszcze mieli czas, prawda? I w sumie dobrze, że nie zaryglowałem jeszcze wejście, bo wtem pojawił się i drogi Hetfield, nie szczędząc sobie brunatnego trunku. Cóż. Jak widać jemu zawsze było mało, a ja przyjaciołom nie miałem zamiaru odmawiać.
- Skoro jesteśmy już wszyscy, to rzeczywiście możemy ju... - Nawet nie zdążyłem skończyć, bo akurat musiał tu wpaść ten przeklęty Bartowski, robiąc jakieś dzikie przedstawienia. Gdybym nie miał tak dobrze opanowanej kontroli nerwów, to z pewnością właśnie zaczęła by mi pulsować żyłka na czole. Ale nie powiem, miał dzieciak tupet, żeby robić to wszystko nad moim ramieniem...
- Zachowaj się jak pozostali dorośli i zajmij miejsce dzieciaku. To nie jest ani miejsce ani czas na telenowele miłosne i stare porachunki. - Stwierdziłem z powagą w głosie, jednak po swojej twarzy nie dałem poznać, że ten obtatuowany gówniarz doprowadza mnie do szewskiej pasji. Co też w nim Alba widziała?!
Gdy jednak w końcu wszyscy zajęli należyte im miejsca, mogłem kontynuować.
- Przede wszystkim, zacznijmy od wzniesienia toastu. Na cześć nowej ery, która zacznie się tutaj. Na znak pogodzenia pokoleń w nierównej walce międzyrasowej. Na znak nowego przymierza, które pragnę z wami dzielić. Na obietnicę, że już żaden mutant nie będzie musiał się skrywać jak my przed laty. Na dobry początek. - Uniosłem swoją szklankę, by po chwili upić z niej kilka łyków i wydać z siebie ciche westchnienie. Czekały nas ciężkie czasy i byłem tego świadomy. Wierzyłem jednak w naszą misję. Już nie raz się udawało. A teraz... Teraz mieliśmy lepsze środki, niż kiedykolwiek.
- Rozwijając tę myśl... Pragnę, byśmy razem stanęli w walce, która dla wielu z nas z osobna okazała się zbyt trudna. Wierzę jednak, że razem jesteśmy w stanie wygrać. Z większością z was już pracowałem w przeszłości, wszyscy znacie moje metody. Dzisiaj chcę, byśmy razem z nich korzystali. Pytanie tylko - czy zechcecie przyjąć moją propozycję? Jak pewnie wiecie, pieniądze nie są problemem. Sprzęt i broń również nie. A najpiękniejsze jest to, że możemy działać pod samym nosem Rządu i nikt się nie zorientuje. Właśnie... Tutaj. - Dodałem po chwili, rozkładając swoje dłonie, jakbym chciał wszystkim zaprezentować tę nieco zapuszczoną spelunę. Jednak Alba ze swoimi przyjaciółmi wykonała już i tak szmat dobrej roboty. Teraz to wymagało jedynie dopieszczenia i puszczenia kilku papierków do odpowiedniego urzędu...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Colton Payne



Do not mock a payne you haven't endured.

tworzenie portali

68%

handlarz bronią





name:

Colton Payne

alias:
Colt

age:
32

height / weight:
188/80

Wysłany: 2018-08-23, 20:38   
   Multikonta: Fay, Marg


Z jednej strony cieszył się, że się nie spóźnił, co mogło źle wyglądać przed szefem. Z drugiej jednak czekanie na resztę... cóż, Colt mogąc w kilka sekund przemieścić się na drugi koniec miasta zwyczajnie nie miał do tego cierpliwości. Na dodatek czuł, że coś zaczyna się dziać, że zaczyna działać. Przetarł nos, uśmiechając się lekko sam do siebie. Najważniejsze, że skutki skoku zostaną zneutralizowane i to chwilowe intensywniejsze dzwonienie w uszach stanie się bardziej znośne.
Zaraz jednak jego uwaga została odwrócona przez blondynkę wychodzącą z zaplecza i podchodzącą do stolika. Córeczka Delgado, jak obstawiał. Wcześniej wziął za nią Charlesa z racji tego, że siedziała tyłem, ale tym razem o pomyłce nie mogło być mowy.
- Och, ja się napiję. Taką herbatkę? Z miłą chęcią! - powiedział, unosząc kąciki ust i nie spuszczając wzroku z Alby wziął do ręki szklankę. Inna sprawa, że już był na jednych wspomagaczach i wolał tego nie mieszać z trunkiem papy, dlatego na razie stawiał na coś pozbawionego procentów.
Dalej już pozostawało jedynie czekać, aż reszta przywlecze swoje szanowne tyłki do baru. Większość kojarzył dość słabo, więc musieli mu wybaczyć ten brak entuzjazmu na ich widok. Jedynie z Viggo przywitał się w jakiś oszczędny sposób.
Gdy wszyscy zajęli miejsca odezwał się Marcos, więc to na nim i jego słowach Colt starał się skupić. Brzmiały świetnie, jakby mieli tu zaraz... zbawić świat, o! Zabawić się w bogów i ukarać tych, którzy chieli stłamsić.
- Na nowy początek - Payne kiwnął głową, podnosząc lekko do góry kubek z herbatą Alby i po chwili upijając z niego małego łyka. Mówią, że jęzor miał niewyparzony, a tu proszę jak mu wrzątek z zielskiem podchodził.
- Moją odpowiedź już znasz, Marcosie. Mając wybór między wojną, a pokojem, zawsze wybiorę wojnę - ponownie się uśmiechnął i dodał - Pokój może mnie pozbawić pracy.
[Profil]
  [AB+]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-08-23, 22:39   
   Multikonta: Lidia Foney


Alba przez chwilę czuła, że wygłupiła się z herbatą. Ojciec polewał whisky i to właśnie po nią chętnie sięgali zebrani. Nieznacznie się uśmiechnęła, stukając lekko paznokciem w swój kubeczek. Jak miała być groźnym, wojowniczym mutantem, skoro nawet nie umiała dobrać odpowiedniego napoju do tej okazji? I wtedy też Colt wyskoczył z tym tekstem, sprawiając jej pewną przyjemność. No proszę, taki niebezpieczny typ i pije herbatkę? Nie zdążyła się jednak odezwać, bo zaraz zaczęły wpadać kolejne osoby, a wraz z nimi i jej kochany Aaron. Zerknęła dyskretnie na ojca, któremu Bartowski przerwał przemowę. Przed nią bardzo dużo pracy, aby ta dwójka jakiś się dogadała. A może powinna ich zamknąć w piwnicy razem z litrem whisky? Nie znała się na relacjach męsko-męskich. Być może rolą dobrego ojca było okazywanie niechęci wobec partnera córki. Aaron był niezwykły. Marcos musiał się o tym wkrótce dowiedzieć.
Ten przelotny pocałunek, te muśnięcie dłoni pod stołem – wystarczyło, aby Alba poczuła się dużo pewniej. Niemniej jednak niekoniecznie powinien wyznawać jej miłość w czasie zebrania potężnych, złych mutków. To trochę nie wpisywało się w klimat tej nocy. Lekko zawstydzona sięgnęła po herbatkę i upiła ostrożnie łyka. Gorąca i taka smakowita. Teraz mogła zacząć planowanie. O ile ta dwójka, a właściwie trójka, bo i Ronnie na pewno wtrąciłby swoje trzy grosze, mogłaby jej pozwolić brać w tym udział. Czynny. Kto wie? Może i będzie musiała się zbuntować.
- Papo – mruknęła, patrząc na niego karcąco. Lekko pokręciła głową. Mógł sobie już darować te uwagi. Jej dłonie lekko ścisnęły się w piąstki pod stołem. I to niby Aaron zachował się nieprofesjonalnie?
Przemowa ojca była dość poruszająca. W sercach zgromadzonych osób na pewno coś drgnęło. A przynajmniej w sercu Alby. Wielu z nich w ostatnich miesiącach zmagało się z ciężkimi chwilami. Ciągła ucieczka, walka, akty nienawiści, jawna wrogość. I to ciche marzenie o wolności i akceptacji. Czy mogli sobie to wywalczyć?
- Laguna Negra to dobra baza na początek. Moglibyśmy trochę tu ogarnąć i spotykać się w… - Zerknęła na ojca, bo przemknęły jej przed oczami pewne sytuacje sprzed lat. Tak, dobre miejsce. - Tym niepozornym pubie. Schronić się. Jest dużo miejsca. Jeśli otworzymy pub, to hałasy i ludzie tutaj nie będą przykuwać uwagi.
Rodzina wróciła do starego domu. Słodka córeczka, wzorowy, charyzmatyczny ojciec… I znów działający pub. To idealna sytuacja. Kamienica miała bogatą piwnicę, tunele i piętra z dużą ilością pomieszczeń. Przecież rodzina Delgado mogłaby zyskać lokatorów, o ile ktoś z nowych lub starych przyjaciół będzie potrzebował schronienia. Musieli tylko sobie to jakoś porządnie zorganizować.
A co do metod Marcosa… Czy Alba jako jedyna ich nie znała?
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-08-24, 00:22   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie nie do końca był w temacie. Alba prawdopodobnie wspomniała mu coś o innych mutantach, którzy mieli dość bezczynnego patrzenia na to co się dzieje. Sam zresztą zdawał sobie z takich istnieniach, jednak z lekkim powątpiewaniem przyjął komentarz Rudego. Też kiedyś taki był. Myślał, że zatrzęsie całym światem, a ostatecznie trząsł portkami ze wstydu na myśl o tym co stało się w Dogs. Mrzonki o tym, że mogłoby być inaczej ulotniły się bardzo dawno temu. Nie zmieniało to jednak tego, że niekoniecznie chciał się z tym pogodzić. Jak większość tu obecnych miał tego dość, tyle że nie pozwalał sobie na nadzieję, że faktycznie mógłby coś zmienić.
Słysząc słowa Marcusa opadł ciężko na jedno z krzeseł przy stoliku. - Nie mógłbyś tego lepiej ująć. - powiedział, rzucając krótkie spojrzenie Marcusowi, bo to była jedyna wymówka jakiej mógł teraz użyć i wcale nie taka fałszywa. Przecież większość założyła, że nie przeżyli ataku.
Zaraz do sali wszedł Viggo, z którym przywitał się krótkim skinieniem głowy, a potem do pomieszczenia wpakował się Bartowski z charakterystycznym dla siebie brakiem jakiejkolwiek gracji. Prawdopodobnie, gdyby nie było tutaj tylu ludzi to po przyjacielsku wyłamałby mu tego krzywego palucha, ale byli w poważnym towarzystwie. - A ty spotykasz się z nim, bo...? - spojrzał na Albę, bo jak dla niego mała Delgado pasowała do Aarona jak pięść do nosa (bardzo brzydka pięść do bardzo ładnego nosa). Jednak jego komentarz pewnie zniknął gdzieś pomiędzy przywitaniami i słowami wypowiedzianymi przez innych.
Gdy Marcus przemówił skupił na nim całą uwagę. Podniósł szklankę, gdy zrobili to inni, ale zdawał się nie podzielać podobnego entuzjazmu. Spojrzał na Viggo. Nie, nie potrzebował jego potwierdzenia, ale chyba obaj dość pesymistycznie podchodzili do takich działań. Zresztą już raz przejechał się na Bractwie, tyle że… Marcus Delgado był zupełnie innym człowiekiem niż Yvonne. - Nie zrozum mnie źle, Marcusie. Ale jaka dokładnie jest to propozycja? - spojrzał na mężczyznę. - Przez cztery lata bawiłem się w dom z Yvonne Marie, a potem przez kilka tygodni z jej córką. I przez te cztery lata nie zrobiliśmy tyle na ile było nas stać. Więc o jakiej walce mówisz? Czego chcesz? - zapytał i nie było to wcale napastliwe pytanie. Ot, chciał wiedzieć czy obecna wizja jego i Marcusa chociaż pod jakimś względem jest podobna. Znał go dobrze. Zgadzał się z wieloma jego poglądami, ale nie był też ślepy. Nie chciał bawić się w podkładanie bomb pod mosty. Chciał skopać tyłki tym skurwielom z DOGS, GC, rozpieprzyć ich chore więzienia i laboratoria. Obaj wiedzieli przecież, że Ron był gotowy do walki, ale jednak chciał walczyć o coś.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Jamie Duncan



I'm walking down the line that divides me somewhere in my mind.

Aerokineza

77%

Dowódca Rebelii





name:

Jamie Jared Duncan

alias:
Windfury/Daniel Drake/Fire Dragon

age:
25

height / weight:
182/72

Wysłany: 2018-08-25, 17:48   
   Multikonta: Mike/Tom
  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Cóż Jamie pracując z Papą, miał za sobą rychłe zwycięstwo, a nawet ranę postrzałową. Może i był młody, ale nie był głupi. Wiedział, że z takim sojusznikiem mogliby wszystko. Papa znał się na robocie i dobieraniu sprzymierzeńców. On sam powierzył mu już raz życie, teraz zrobi to ponownie. Dla niego było to autorytet godny naśladowania, ktoś kto wierzy w coś podobnego co on, to było piękne.
Na przemowie Papy tylko się uśmiechnął, zdecydowanie chwytała za serce, napawała nadzieją. Upił łyk ze szklanki podnosząc toast, był szczęśliwy i podekscytowany. Znów będzie mógł mordować ludzi, którzy będą przeszkadzać im na drodze. Wbić nóż w ich gardło i rozkoszować się ich konaniem. Czyż nie była to piękna wizja?
Szczerze powiedziawszy Duncan zlustrował wszystkich zebranych, nawet jego sąsiad Viggo go nie zdziwił. Cóż świat jest mały i jak widać, każdy z nich miał swój powód bycia tutaj. Był w tym położeniu, że większość ludzi tutaj znał. Co prawda nie wszystkich, ale większość, w końcu z Albą i Aaronem i ich resztą niedobitków z ataku na DOGS utrzymywał kontakt od jakiegoś czasu, jednak przybycie Papy było czymś świeżym, czymś co na pewno ułatwi im drogę zemsty i zmniejszenia populacji ludzi. A przynajmniej taką wizję w głowie miał nasz szalony rudzielec.
- Papa również zna moje stanowisko. Bądźmy piekielnym ogniem dla ludzkości i sprawmy, by zaczęli się nas obawiać. Chętnie znów stanę u Twojego boku.
Jamie przejechał wzrokiem po Albie, po Ronnim, w sumie pochwalał pomysł z pubem. Mniej by przykuwało uwagi, a zawsze byłaby to idealna przykrywka. Natomiast na słowa Ronniego zagryzł wargę i spojrzał ostrzej w jego kierunku. Jednak nie wypowiedział się, zostawił swój komentarz dla siebie. Wolał zobaczyć jak potoczy się dalsza akcja.
[Profil]
  [A-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-08-28, 19:03   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Odurzony zapachem Alby nie na długo pozostałem wyłączony z tych ważniejszych spraw. Jej ojciec tak bardzo działał mi na nerwy, że zdążył otworzyć usta, a ja już wiedziałem, cholera, wiedziałem bardzo dobrze, że zaraz będę jeszcze bardziej wkurwiony. Phi. Pewnie gdyby nie był ojcem Alby, to bym mu zakurwił. Mocno. Nos z pewnością bym złamał. Tylko że to był ojciec Alby, a ja obiecałem sobie, że będę miły, grzeczny, ułożony. Właściwie, bez szczególnych starań, przy Marcosie Delgado na właśnie takiego wychodziłem. Nadal nie mogłem w to uwierzyć, że Alba była owocem jego… Ugh. To z pewnością zasługa pani Delgado kimkolwiek była i co robiła. Nie dziwię się, że nie było jej tu z tym świrsuem.
A, nie podobały mi się jego metody. B, nie podobało mi się, że chciał zrobić w nowym domu Alby przytułek dla większej grupy niebezpiecznych mutantów. C, nie podobało mi się, że Alba jarała się tym pomysłem, uważając go za super. D, może metody Delgado były złe, ale mogły coś tam w końcu ruszyć… Musiałem współpracować, wspomóc, wygrać najlepiej. Sam nie miałem co walczyć z Rządem. Z taką czarną gwiazdą… Niechętnie to przyznawałem, ale faktycznie mogliśmy mieć szansę zrobić jakiś krok do przodu. Nienawidziłem go jeszcze bardziej. Cholera, Alba mogła to wyczuć! A przecież nie chciałem jej sprawiać przykrości ani nic…
Najgorsze jednak było to, że tak bardzo gardziłem Marcosem Delgado, bo był potworem. I w tejże chwili byłem cholernym hipokrytą, bo sam paliłem ludzi żywcem. Pewnie teraz miałem palić więcej… i częściej… Jezu, dokąd to wszystko zmierzało? Czy ostatecznie wszyscy zginiemy? I Alba?
Uniosłem szklankę z herbatą, by nie było, że w to nie wchodzę, ale osobiście jakoś nie czułem tego, powodu do świętowania. Obawiałem się powtórki z najazdu na D.O.G.S. Nie pamiętałem, co się tam działo, ale doskonale pamiętałem tego emocjonalnego kaca… I Leon.
Pokręciłem głową.
- Ale czy nie stanie się wręcz przeciwnie? Nie zwrócimy na siebie zbyt wielkiej uwagi? – zapytałem tak na wszelki wypadek, mając na myśli robienie z baru baru, pełnego ludzi, recydywów, może z częstymi wizytami kontrolnymi D.O.G.S.’ów albo ambitnej części policji?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 7