Poprzedni temat «» Następny temat
Cassandra E. Gardner
Autor Wiadomość
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-02-14, 00:45   Cassandra E. Gardner
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Cassandra Eloise Gardner
urodzona 20.08.1985 roku w Albuquerque, mieszka w Olympii od 2 lat, przynależy do Bractwa Mutantów, piastuje stanowisko sanitariuszki, wizerunku użycza Alicia Vikander
historia
Albuquerque w stanie Nowy Meksyk - ponad pół miliona mieszkańców, ponad tysiąc osób na kilometr kwadratowy, prawdopodobnie około pięciu dilerów na osobę. Nowy czy nie, Meksyk w końcu zobowiązuje, czyż nie? Nie musiałam nawet o to pytać, by wiedzieć, że właśnie z tego założenia wyszedł mój ojciec, zaczynając swój malutki biznes. Miałam wtedy dwa... No, może trzy lata, a matka właśnie od nas odeszła. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Nawet wtedy, gdy tego potrzebowałam, mój ojciec pozostawał nieugięty.
Ktoś mógłby powiedzieć, że dla niego równie dobrze mogłaby być martwa, ale to nie było to. Gdyby faktycznie nie żyła, prawdopodobnie nie cierpiałby aż tak bardzo. Ból spowodowany jej zniknięciem sparaliżowałby go tylko na chwilę, a potem powoli zaczął ustępować, wypierany przez łagodniejszą formę żałoby i tęsknoty - przez coś, z czym znacznie łatwiej byłoby mu się mierzyć. Gdyby była martwa, mielibyśmy swoje miejsce, w które moglibyśmy chodzić. Wycieralibyśmy przybrudzone litery wyryte w piaskowcu, kładlibyśmy kwiaty i zapalali świece.
Tymczasem ona uciekła bez słowa. Pewnego dnia spakowała wszystkie swoje rzeczy, zabrała większość wartościowych sprzętów, pozostawiając tylko kilka papierów na podłodze w kuchni i dziecko pod opieką podstarzałej meksykańskiej sąsiadki - mojej późniejszej ukochanej niani - której powiedziała, że wychodzi tylko na chwilę, ot, do pobliskiego sklepu. A potem tak po prostu nie wróciła. Nie zrobił tego także najlepszy przyjaciel i zarazem jedyny współpracownik ojca. I choć poszukiwania nadal zostały rozpoczęte, nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, co się stało.
Ponoć widzieli ją później gdzieś na mieście, wiele lat później ponownie zjawiła się w Albuquerque, nie nawiązując jednak żadnego kontaktu. Kobiety z komitetu kuchennego mojej opiekunki, jedynego prawdziwego wsparcia taty, miały wiele do wyszeptania w tym temacie, nieświadome, że rozumiałam już wiele z ich cichych, rozemocjonowanych wypowiedzi. O ironio, ich plotki w pewnym sensie przysłużyły się mojej rodzinie. Nigdy więcej nie spytałam ojca o kobietę, która mnie urodziła, a on zdawał się powoli godzić z tym, co mu zrobiła. Mimo to, choć nie mieli ślubu, nigdy więcej nie związał się na dłużej z żadną kobietą.
Jego kochanką stały się pieniądze. Zamiast kobiet przewijających się przez nasz parterowy dom i znikających nad ranem, wielokrotnie nocami budziły mnie odgłosy nerwowych rozmów i dziwne dźwięki dochodzące z garażu, które momentalnie milknęły, gdy w jakikolwiek sposób dałam znać o swojej obecności. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale - nauczona doświadczeniami z matką - nie pytałam. Po prostu przyjmowałam do wiadomości fakt istnienia drugiego telefonu, którego nie należało odbierać, czy dziwnych kopert wsuwanych pod nasze drzwi, wpychanych pomiędzy krzaki czy rzucanych na ganek w oprawce z codziennej gazety. Po pewnym czasie przestało to być nawet specjalnie interesujące. Po prostu... Istniało. Dokładnie tak samo jak kolejki w hipermarketach czy korki na ulicach.
Nie mogę nawet powiedzieć, że taki stan rzeczy był specjalnie uciążliwy. Dokładnie tak jak ludzie mieszkający przy lotnisku albo przy stacji pociągów, zwyczajnie przyzwyczaiłam się do niepożądanych dźwięków. W końcu towarzyszyły mi przez większość czasu. Można powiedzieć, że moje życie było z nimi nierozłącznie związane, choć sama nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego, jak bardzo. Na to musiało minąć jeszcze trochę czasu.
Czasu pełnego... Cóż, życia typowego dla przeciętnej amerykańskiej klasy średniej mieszkającej w okolicy, gdzie domki były zazwyczaj parterowe, trawniki niewielkie i wysuszone, a podjazdy zastawione albo przez typowe tanie pickupy, albo jeszcze tańsze bujane samochody okolicznej latynoskiej dresiarni. Tej samej, z którą się zresztą w głównej mierze zadawałam, chodząc do szkoły o niekoniecznie wysokiej renomie i doskonale wiedząc, jak rozkwasić komuś nos.
Wyniosłam stamtąd wiele różnorodnych wspomnień, kilka znajomości - jak wtedy myślałam - aż po grób, pasję związaną z przedmiotami biologicznymi i chemicznymi, a także całkiem sporo kredy do malowania po ulicy oraz... Obrotowe krzesło, które jeden z moich kumpli połamał drugiemu na głowie. Rzeczony fotel zajął później honorowe miejsce w starym, opuszczonym i rozwalającym się kamperze na peryferiach dzielnicy, który swego czasu samowolnie zajęliśmy na naszą bazę. To były dobre czasy. Nie sądziłam, że cokolwiek mogłoby to zniszczyć.
Nawet jeśli, gdzieś pomiędzy tym wszystkim, poznałam ojcowski sekret i zostałam niejako wtajemniczona w jego coraz prężniej rozwijający się narkotykowy biznes - skromny właściciel niewielkiego, ale nadzwyczaj dochodowego baru ze smażonym kurczakiem, huh? - nie żyłam jak ktoś, kto specjalnie by się czegoś obawiał. Ufałam osądom i zdolnościom taty, z czasem samej zaczynając się w to angażować. Powiedzmy sobie - nigdy nie byłam nikim świątobliwym, zwłaszcza żyjąc w takim a nie innym środowisku. Zależało mi wyłącznie na dobru najbliższych, a skoro ojciec wmieszał się w nielegalne sprawy, aby zapewnić nam w miarę dostatnie życie... Nie zamierzałam czynić mu wywodów.
Nim ukończyłam szkołę średnią, ojciec był już grubą rybą w branży. Nadal ukrywając się pod przykrywką restauratora, tak naprawdę większość czasu poświęcał na rozwijanie swojego nieoficjalnego biznesu. Nie powiem, naprawdę znacząco się na tym wzbogaciliśmy, choć wszystko pozostało jak dawniej. Planowałam zacząć studia na prestiżowej uczelni w drugim końcu kraju, kształcąc się na lekarza. To byłoby jednak za proste, czyż nie? Wszystko zbyt dobrze nam wychodziło. Dokładnie do przedostatniego dnia ostatniego roku w szkole w Albuquerque.
Do tej pory nie do końca wiadomo, co było prawdziwym powodem masakry, jaka się wtedy rozegrała. Policjanci zastrzelili jej inicjatora, nim ten zdążył opuścić teren budynku. Osiemnaście osób zabitych, trzydzieści cztery ranne. Krzyk, panika, rozbryzgi krwi na ścianach, odgłosy wystrzałów, które do tej pory prześladują mnie w koszmarach. Nikt nie ma pewności, dlaczego to zrobił. Nikt nie wie, jak udało mu się wnieść broń. Przesuwając palcami po nierównych krawędziach blizny na boku szyi, nie do końca nawet pamiętam, jak dokładnie powstała. Dręczy mnie za to widok oczu oprawcy - szarych, gniewnych, zadziwiająco błyszczących, jakby naprawdę satysfakcjonowało go to, co robił.
Po tym wydarzeniu nie było ze mną dobrze i nie chodziło wyłącznie o czas spędzony w szpitalu czy o traumę pourazową. Nie potrafiłam poradzić sobie z czymś jeszcze. Z czymś, co całkowicie przekraczało moje zdolności logicznego myślenia. Ostatecznie wyjechałam z domu, wykorzystując planowane wcześniej studia jako wymówkę, by móc poradzić z tym sobie w całkowitej samotności. Potrzebowałam tego, mając nadzieję, że uda mi się znowu powrócić do normalności, ale to nie ustępowało. Wręcz przeciwnie - aż wreszcie nauczyłam się jakoś sobie z tym radzić, jednocześnie wciąż studiując.
Wbrew pozorom, kierunek naprawdę mi się podobał. Czerpałam satysfakcję z tego, co robiliśmy, jednak nie przewidziałam, że w pewnym momencie po prostu mnie to przerosło. Już pierwsze szpitalne praktyki sprawiły, że miałam ochotę jak najszybciej opuścić budynek - tak bardzo przypominający mi o doznanej traumie - jednak nie poddawałam się. Próbowałam podążać za marzeniami... Tylko po to, by ostatecznie jednak z nich zrezygnować, kompletnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Rozwiązanie przyszło wręcz samoistnie podczas świątecznego obiadu, kiedy to ojciec po raz pierwszy napomknął mi o swoich problemach z biznesem. To właśnie ten moment sprawił, iż ostatecznie zdecydowałam się związać swoją przyszłość z lotnictwem. Nie, nie w ten sposób, jaki nasuwa się na myśl, gdy wspomni się o wybranym przeze mnie alternatywnym kierunku, nie. Prawdę mówiąc, moje studia miały dosyć niewiele wspólnego z typowym pilotażem lub czymś podobnym, a znacznie więcej z naziemnymi pracami. Pasowało mi to jednak i zapewne skończyłabym na lotnisku w Albuquerque, gdyby nie...
No, właśnie - kolejna porcja komplikacji. Chcąc ratować ojcu skórę, gdy znowu powinie mu się noga, złożyłam papiery do DEA, dosłownie się tam wpychając. Ukończone studia, zdobyte kursy medyczne, znajomość języka obcego i umiejętności spuszczenia łomotu nabyte w młodości sprawiły, że udało mi się przejść wstępną selekcję, ukończyć potrzebne szkolenia i treningi, by na koniec faktycznie dostać się do organizacji, w której spędziłam dosyć sporo czasu.
Mimo zaangażowania w relacje międzyludzkie, nigdy nie byłam jednak specjalnie posłuszną osobą, w pewnej chwili - po dosyć poważnej rodzinnej kłótni - decydując się ponownie opuścić Nowy Meksyk i korzystając z oferty przeniesienia do Seattle. Tam też nie zagrzałam jednak zbyt długo miejsca, przynajmniej nie w tym oddziale. Z uwagi na pewne... Niedogodności związane z kontaktami z szefem, wkrótce całkowicie zmieniłam organizację.
Nim jeszcze istnienie mutantów stało się realną sprawą, zaczęłam działać w szeregach FBI, pracując jednak głównie w biurze, nie w terenie. Sama nie wiem, jak dokładnie powinnam oceniać ten etap. Choć w tamtym momencie uważałam to za coś dobrego, prawdopodobnie powinnam uznać, że mnie to... Zgubiło? Dobiło? A może jednak w pewien sposób zniszczyło? Z początku wcale się na to nie zanosiło, jednak z chwilą, w której świat poznał tajemnicę ludzi z bonusowymi zdolnościami, nie reagując na to zbyt dobrze, ja także zostałam w to wplątana.
Zwerbowana przez bliską przyjaciółkę z pracy, która dołączyła do Bractwa, miałam działać jako informator, jednocześnie ciągle kontynuując pracę w agencji. Owszem, ryzykowałam, jednak z założenia nie miało to być wcale aż takie trudne. Szkoda tylko, że życie najwyraźniej niczego mnie nie nauczyło. Choć teoretycznie powinnam była wiedzieć, iż wszyscy bliscy mi ludzie prędzej czy później odejdą - w końcu nie raz już tak było, nawet w przypadku nadal pokłóconego ze mną ojca - nierozważnie dałam się omotać. Najzwyczajniej w świecie tracąc rozum i zdrowy rozsądek. O losie, to było tak dobre, że aż... Złe.
Chciałabym całkowicie wymazać ten rozdział. Z życia, pamięci, jakiegokolwiek istnienia. Nigdy nie powiedziałam nikomu, jak to się stało, że moja przykrywka została spalona. Nigdy nie wspomniałam, dlaczego przez tak długi czas nie wychylałam się poza ściany pomieszczenia przydzielonego przez Bractwo. Nigdy nie wyjaśniłam, dlaczego tak bardzo nie ufam ludziom i nie mówię im o sobie więcej niż muszę.
Ironiczne jest to, iż historia faktycznie lubi się powtarzać. W moim przypadku zatoczyła prawie zupełne koło, pozwalając mi poczuć to, co czuł mój własny ojciec, gdy został zdradzony i opuszczony. Z tą różnicą, że w tej wersji to ja odeszłam, wykorzystana i zdradzona w taki sposób, który ze mnie także czyni zdrajczynię... I tego też nigdy nikomu nie powiem.
charakter
lojalna w stosunku do rodziny i bliskich ✖ momentami niezdrowo ciekawska ✖ oślo uparta ✖ wytrwała ✖ nieufna i podejrzliwa w stosunku do prawie wszystkich, choć niekoniecznie ostentacyjnie to okazuje ✖ wrażliwa - czasem nadmiernie ✖ śmiała, podchodząca pod bezczelność ✖ troskliwa i opiekuńcza ✖ energiczna, gdy tylko uda jej się wyspać ✖ okazjonalnie dowcipna ✖ roztrzepana, niekoniecznie punktualna, bałaganiara ✖ impulsywna

***

Cassandra dla każdego jest w pewien sposób inna, dla siebie samej również. Zazwyczaj odpłaca się zachowaniem podobnym do tego, jakie ktoś uskutecznia w stosunku do niej. Swego czasu była zadziwiająco ufnym, być może wręcz naiwnym człowiekiem, najprawdziwszą gadułą i duszą towarzystwa. Obecnie także zdarza jej się zachowywać w ten sposób, jednak w większości jest to zwyczajna pokazówka, ponieważ Cass nie ufa już tak bardzo ludziom. Od dłuższego czasu woli nie mówić o sobie, zachowując się za to jak dosyć dobry słuchacz. No, przynajmniej wtedy, kiedy jest wyspana. Niewyspana bywa burkliwa, nieprzyjemna i jeszcze bardziej roztargniona. Przez całe życie zwykła dawać jak najwięcej od siebie, po każdym kolejnym ciosie coraz bardziej się wypalając, ale usiłując nie dać tego po sobie poznać. Nie potrzebuje pocieszenia i niewygodnych pytań.

opis mocy - manipulacja snami

Moje zdolności nigdy nie były specjalnie popisowe i - cholera jasna - nie było momentu, w którym bym tego żarliwie żałowała. Wręcz przeciwnie - w pewnych chwilach wolałabym po prostu ich nie mieć, by nie przechodzić przez całe to bagno, jakie wywołały. Czasami zastanawiam się nawet, czy tak nie byłoby lepiej, jednak doskonale wiem, że nie da się z tym wiele zrobić. Mimo wszystko, nie zamierzam w końcu oddawać się rządowi, a czasu przecież nie zmienię...
Nie, moja moc jest o wiele bardziej ulotna i przez znaczną większość czasu zwyczajnie niepotrzebna. I choć zdarza mi się wykorzystywać ją na potrzeby Bractwa, nie dzieje się to zbyt często. Jakie może być w końcu zapotrzebowanie na kogoś, kto grzebie śpiącym ludziom w głowach, okazjonalnie wywołując koszmary czy próbując wydobyć potrzebne informacje?
Teoretycznie jestem w stanie przeniknąć do każdego, kto znajduje się w promieniu kilometra, choć z metra na metr mój zasięg coraz bardziej słabnie. Łatwiej mi jest przy tym dotrzeć do osoby, którą miałam okazję zobaczyć lub poznać. Do ludzi, którzy teoretycznie znajdują się w polu mojego zasięgu, a na których nie mam powodu się skupiać, zazwyczaj docieram zupełnie przypadkowo - podczas własnego snu, gdy zwyczajnie nad sobą nie panuję. Kolejne ograniczenie stawiane jest zaś przez samą fizjologię i zegar biologiczny, ponieważ mogę dotrzeć wyłącznie do ludzi, którzy są już pogrążeni we śnie. Nie potrafię wywoływać senności, nie umiem też z niej nikogo wybudzić.
Skupiając się na jednej jedynej osobie - tym łatwiej, im bardziej ją znam i im bliższa więź emocjonalna nas łączy - umiem wprowadzić się w stan zbliżony do głębokiego, medytacyjnego transu, z którego dosyć trudno mnie wyrwać. To właśnie w tych okolicznościach umiem nawiązać połączenie, wnikając w sen danego człowieka i będąc w stanie na pewnym poziomie manipulować scenerią.
Na pewnym poziomie, gdyż nie mam możliwości kreowania na przykład seryjnych morderców, przyjacielskich sprzedawców lodów ani innych nierzeczywistych, urojonych ludzi czy zwierząt. Moje zdolności ograniczają się jedynie do manipulacji siłami natury, pogodą, roślinnością czy materią nieożywioną.
Przy wyjątkowo mocnym uporze i znaczącym nakładzie sił, w pewnych sytuacjach jestem w stanie przekształcić koszmar w coś bardziej pozytywnego. Zmiana sytuacji w drugą stronę nie sprawia mi natomiast większego problemu, o ile osoba, z którą pracuję, nie zażywała wcześniej żadnych silnych środków psychoaktywnych wprowadzających ją w stan euforii zaburzającej moje próby.
Ogólnie rzecz biorąc, jakiekolwiek środki narkotyczne znacząco odcinają mój wpływ - niezależnie od tego, przez kogo z nas zostały one przyjęte. Tabletki, syropy i proszki nasenne lub przeciwbólowe zażyte w sporych ilościach są w stanie zablokować moje zdolności, o ile to ja je wezmę. W momencie, w którym znajdę się zaś w głowie kogoś, kto uraczył się nimi przed snem, czuję się tam zupełnie niczym po zejściu z olbrzymiej karuzeli, jednak teoretycznie jestem w stanie coś zrobić. Wszystko to zaś w zależności od tego, na ile starczy mi sił.
Nadszarpywanie tych jest natomiast zależne od tego, co robię. W momencie, w którym wyłącznie znajduję się w czyimś śnie, jestem w stanie robić to stosunkowo długo bez większych problemów, starając się przy tym zachowywać jak element tego nierzeczywistego świata. Niewiele krócej umiem nadal obserwować czyjeś sny, ale ukrywać przy tym swoją obecność - być tym kinowym widzem na niewygodnym siedzeniu. Im więcej jednak zmieniam, im bardziej wpływam na rzeczywistość snu, tym cięższe się to dla mnie staje.
Zdecydowanie najbardziej wyczerpuje mnie całkowita zmiana scenerii, o ile tylko jest możliwa. Nie jestem w stanie nic zrobić z ludzkimi i zwierzęcymi postaciami występującymi w oryginale. Mogę przenieść mordercę z koszmaru do wesołego świata My Little Pony, ale nadal pozostanie on mordercą. Nie zmienię jego zamiarów, nie zmienię jego zachowania, po prostu nieco wpłynę na otoczenie.
Każdorazowy zamierzony wysiłek - prócz trudności z zewnętrznym wybudzeniem mnie; podczas transu jestem całkowicie bezbronna, dopóki się z niego nie ocknę - okupiony jest krwotokami z nosa, migrenami oraz późniejszą trudnością w zasypianiu. Bezsenność to moja najlepsza przyjaciółka, przez co dosyć często faszeruję się lekami nasennymi.
Te zaś w niewielkich, potrzebnych do zaśnięcia ilościach sprawiają, iż całkowicie nie panuję nad własnymi snami. Nigdy nie umiałam nimi manipulować, jednak podczas snu zdarza mi się całkowicie przypadkowo trafiać do czyjejś głowy i stawać się integralną częścią akcji. Nie zliczę, ile razy zdarzyły mi się dosyć niezręczne sytuacje związane z treścią tych sennych wyobrażeń... Ani tego, ile razy w nich zginęłam.
W przeciwieństwie do dobrowolnego transu, wybudzanie się z własnego snu jest dla mnie zazwyczaj bardzo gwałtowne. Miewam wtedy znacznie mocniejsze krwotoki z nosa, kaszlę krwią, a w wyjątkowych przypadkach także najzwyczajniej w świecie mdleję. Zdarzyło mi się także zostać dosłownie wyrwaną ze snu przez nieznaną mi siłę, boleśnie uderzając o materac łóżka i tym samym budząc się z płucami palącymi od wytłoczonego z nich powietrza.

***


Liczba postów wykorzystywania mocy w stosunku do odpoczynku jest zależna od wykonywanych akcji. Zazwyczaj może być to:
5:2 - przy mniejszej ingerencji,
4:2 - przy średniej ingerencji.
Nie jest to jednak zasada, a przy większych ingerencjach lub niesprzyjających warunkach zapewne można się spodziewać schematu 1:1 lub 1:2(0) -> w zależności od woli MG.


ciekawostki
  • Dopiero studia uświadomiły jej, jak bardzo nienawidzi szpitali, klinik, przychodni i innych oficjalnych placówek medycznych. Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Być może było coś niepokojącego w odwiedzaniu podobnych miejsc, jednak to dopiero myśl, że miałaby tam spędzać około dwunastu godzin dziennie... Cóż, całkowicie ją rozstroiła. O dziwo, nie ma tego problemu, jeśli chodzi o mniejsze, mniej profesjonalne szpitaliki.

  • Umie dosyć dobrze gotować. Nie można powiedzieć, że nigdy nie miała z tym problemu, ale ostatecznie musiała przecież jakoś sobie radzić, czyż nie? Inaczej pewnie chodziłaby głodna, bo - szok i niedowierzanie, zwłaszcza dla nie tak znowu dorosłej osoby, jaką była, gdy to odkryła - fastfoody dosyć szybko się przejadają.

  • Tak, gotować też potrafi. Być może nie jakoś wybitnie, zwłaszcza że minęło sporo czasu, odkąd asystowała przy podobnych czynnościach, ale nigdy nie miała specjalnych problemów z chemią. Z tego względu zna się też na podstawowych i niekoniecznie legalnych środkach. Gdyby nie ta cała afera związana z mutantami, kto wie, gdzie by ostatecznie skończyła. Laboratoria zawsze ją kręciły.

  • Operuje podstawowym hiszpańskim, co jest dosyć ściśle związane z miejscem urodzenia Cassandry i otoczeniem, w którym się wychowywała. Zdarza jej się wplatać słówka typowe dla meksykańskiego slangu, zna też o wiele za dużo przekleństw w tym języku.

  • Ma 166 centymetrów wzrostu, co nigdy nie było dla niej ani specjalną wadą, ani wyjątkową zaletą. Swego czasu często nosiła jednak buty na obcasie - można nawet powiedzieć, że dosyć mocno do tego przywykła, choć coraz rzadziej jej się to teraz zdarza. Niestety, bo dodatkowe centymetry zawsze są przydatne.

  • Nie ma dnia, by nie nabiła sobie siniaka, nie zadrapała się czymś, nie podbiła oka czy nie spuściła sobie czegoś na nogę. Wbrew pozorom, wcale nie jest niezdarą. Po prostu zwykła robić wiele rzeczy na raz, co czasem ją gubi. Nie przejmuje się już tym nawet, bo wszystko się kiedyś zagoi.

  • Stanowczo zbyt dużo pali, co jest prawdopodobnie jej największym nałogiem. Był taki czas, kiedy chętnie umoczyłaby usta w szklance pełnej alkoholu... No, dobrze - najlepiej w kilku butelkach czegoś mocniejszego, co pozwoliłoby jej zapomnieć o całym świecie. Powstrzymała się jakoś przed tym, jednak mimowolnie powróciła do nałogu nikotynowego, jaki miała w czasach szkoły średniej. Z tą różnicą, że teraz zapala stres.

  • Ukończyła lotnictwo, ale nie ma licencji pilota. Nigdy nie miała. Prawo jazdy otrzymała za to stosunkowo szybko, ucząc się od starszych kolegów, którzy zawsze byli skłonni do naginania prawa - czy to z jakiegoś większego powodu, czy to po prostu dla jaj.




[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-17, 22:56   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 55%
OMG. Taka nuda, że śpię i akceptuję, by nie zapasać w śpiączkę po jakichkolwiek poprawkach. A tak już serio, to sups historia. Wciągnęła mnie nawet łaskawie, zaś oczy nie bolały przez braki w przecinkach, bo nie było tych braków. You know.
Cass sporo przeszła, choć dla niej to po prostu beznamiętne parcie naprzód niczym jakiś karaluch, ale oks. Leć na fabułę żwawo! I aby nie zdradzaj Bractwa! My wszyscy się tam kochamy!* :dance:

* Aby Colleen nie kocha już Aarona i Alby.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 7