Poprzedni temat «» Następny temat
Pokój w hotelu | 4 osoby
Autor Wiadomość
The Gifted



Sprawy techniczne i fabularne.

Konto Specjalne

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-17, 18:03   Pokój w hotelu | 4 osoby







Ostatnio zmieniony przez The Gifted 2018-04-22, 22:45, w całości zmieniany 7 razy  
[Profil]
 
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2017-12-12, 23:09   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


#3

Teoretycznie w czasach w jakich przyszło im żyć powinni spodziewać się niespodziewanego, prawda? Jakkolwiek zagmatwanie to brzmi. Sally szczególnie zdawała sobie z tego sprawę, ponieważ jej moc zachowywała się dosyć kapryśnie. Pojawiała się w najmniej oczekiwanym momencie i nie chciała przyjść, kiedy tego potrzebowała. Pracowała nad tym, czyniąc malutkie postępy. Byle do przodu, tak? Jednak dzisiejszego dnia nic nie wskazywało na to, aby miała zaliczyć nieprzyjemny upadek i wybrać się w kolejną podróż do przyszłości bądź przeszłości. Wyjątkowo, ze szczerym uśmiechem na twarzy wybiegła dzisiaj z domku, krzycząc jedynie, że zabiera ronaldową bluzę. Niby nic wielkiego tak? Przecież była to tylko zwykła bluza, przecież miał w czym chodzić, prawda? Chyba żadne z nich nie zdawało sobie sprawy jak wielkie znaczenie będzie miała jeszcze tego samego dnia. Spędziła cały dzień w punkcie sanitarnym, gdzie spotkała kilka znajomych osób. Babskie rozmówki ze znajomymi mutantkami, bo w końcu każdy potrzebował chociaż odrobiny normalności w ich niebezpiecznym, zakręconym życiu, prawda? Pewnie bardziej dla zabawy próbowała wywołać wizję poprzez podsuwanie pod ręce Sally kolejnych przedmiotów. Czymś w końcu próbowała zająć najmłodszych podopiecznych bractwa. Zrobiło się chłodno. Sięgnęła po bluzę Ronniego, którą chciała na siebie założyć. Jednak wraz z dotknięciem materiału poczuła okropny zawrót głowy, a chwilę później już wcale nie znajdowała się w kąciku sanitarnym.
Stała na ulicy. W witrynie sklepowej jeden z prowadzących newsy przekazywał wiadomości na jakiś istotny temat. Spojrzała na datę i godzinę. Godzina dziewiąta dwadzieścia siedem, wieczór, dwudziestego stycznia. Jej uwagę zwróciło zamieszanie na ulicy. Grupka ludzi mierzyła z broni do wysokiego mężczyzny o brązowych włosach. Aż za dobrze znała jego sylwetkę. Rozpoznała też kaptur bluzy, który wystawał spod materiału kurtki. Po chwili pojawiły się radiowozy...
Kiedy się obudziła serce waliło jej jak szalone. Nie patrzyła na zegarek. Nie zwracała uwagi w zasadzie na nic tylko biegiem udała się w stronę domku. Zimowe powietrze kuło jej płuca niczym tysiące wbijanych szpilek, a do oczu napływały łzy. I trudno powiedzieć czy były one spowodowane chłodnym powietrzem, które uderzało w jej oczy czy raczej paniką, którą wywołała wizja. Chyba nigdy jeszcze nie biegła tak szybko. Miała jedynie nadzieję, że zdąży zanim Ronnie opuści teren obozu. Głowa jeszcze bolała od bliskiego kontaktu z posadzką, ale czy to było ważne? Prawdopodobnie mijający ją mutanci posyłali dosyć dziwne spojrzenia w jej stronę, kiedy biegła tak przez cały obóz. Nie mogła pozwolić mu opuścić obozu, nie mogła. To był jej największy strach. Ponowna utrata kogoś bliskiego, a po śmierci Alex to właśnie Henderson został najbliższą jej osobą. To domku wpadła niczym huragan, dzikim spojrzeniem ogarniając niezbyt dużą, zamkniętą przestrzeń. - O matko, Ronnie - odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła w środku niczego nie spodziewającego się mężczyznę. Wyglądała okropnie. Potargane przez wiatr włosy, czerwone oczy od wiatru i widoczna w nich panika. W przypływie niezmiernej ulgi przytuliła się do torsu mężczyzny. - Nie wychodź dzisiaj, proszę - wydyszała gdzieś pomiędzy jednym oddechem, a drugim.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2017-12-29, 17:33   
  

   1 Rok na Giftedach!


#3

Ostatnio trzymał się trochę na uboczu. Niekoniecznie podobała mu się zmiana władzy, odczytanie tego całego chorego listu od Yvonne, ani to że teraz na ich czele stała wyrośnięta nastolatka. Zastanawiał się co powinien zrobić, bo pierwszy raz od dawna miał zbyt wiele do stracenia, by postępować pochopnie. Nie wiedział jakim przywódcą miała zamiar zostać Coleen, ale na pewno nie miał zamiaru być lojalny wobec kogoś kto nie wiedział co robi, w tym momencie sentymenty się nie liczyły. Tym bardziej, że Coleen ostatnio powiedziała mu co myśli o swoich ‘braciach’ w obliczu jej słów to wszystko wydawało się być jeszcze bardziej bez sensu, a jednak czuł że nie powinien odchodzić, bo nie był już sam. Momentami zastanawiał się czy nie zaproponować Sally, by po prostu stąd odeszli, miał znajomości, mógł załatwić im przejście przez granicę, był pewien że pokochałaby Cancún… Ale przecież to ona chciała tutaj zostać już od samego początku. Właściwie to ze względu na nią zdecydował się na to samo, dlatego nie sądził żeby chciała za nim pójść. Nie chciał jej jednak zostawiać tutaj samą. Kto by się nią zajął, gdyby go nie było? Wszyscy mówili o braterstwie, ale gdy robiło się gorący każdy myślał tylko o sobie. Prawdziwa natura wychodziła na wierzch, a on czuł że właśnie takie czasy nadchodzą. Nie chciał jej zostawiać tutaj samej. Nie wiedział czy ze względu na poczucie obowiązku, czy na to że brak jej obecności w życiu Ronniego wydawała się być przerażająca.
Wraz z kilkoma mutantami mieli się dzisiaj wyjść na powierzchnię. Powoli kończyły im się zapasy, a Ronnie oprócz sprowadzania nowych mutantów właśnie tym się zajmował. Właśnie szykował się do wyjścia, ale za żadną cholerę nie potrafił znaleźć bluzy. Rozrzucił rzeczy wokół fotela, który pełnił funkcję jego szafy i kosza na brudne ubrania. I właśnie w tym momencie do domku wpadła Sally, rozczochrana, widocznie zmęczona i spanikowana. - Hej, wszystko w porządku? - zapytał kompletnie zdezorientowany, zrobił kilka kroków w jej stronę, ale zupełnie niepotrzebnie, bo Sally wpadła na niego po chwili z impetem. Nie spodziewał się tego. Gest ten był tak bardzo niepodobny do niej, że przez moment kompletnie nie wiedział co powinien zrobić. Po chwili jego ręce powoli osunęły się na jej plecy, przyciągając się lekko do siebie z nietypową dla niego delikatnością. I właśnie z jej słowami dotarło do niego to co mogło się stać. Oparł brodę o jej głowę. - Już dobrze. Nigdzie się nie wybieram. - mruknął, siląc się na spokojny, łagodny ton. - Co widziałaś? - zapytał, próbując odgarnąć burzę włosów z jej twarzy i po prostu na niej spojrzeć. Chciał, żeby widziała że skoro on nie wygląda na przerażonego, to i ona nie powinna się bać.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2018-01-06, 01:31   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Gdyby zaproponował jej pozostawienie bractwa nie wiedziałaby co ma zrobić. Oczywiście chciała walczyć o lepsze jutro dla innych mutantów, ale gdyby Ronnie naprawdę odszedł? Nie wiedziała czy jest gotowa na samodzielność. Czy jest gotowa na samotność. Mogła mieć przy sobie Albę czy Colleen, ale to Ronnie był dla niej największym wsparciem, to jemu ufała najbardziej, na tyle aby powierzyć mu życie. I nie zawiódł jej od sześciu lat. Jednakże czułaby się okropnie ze świadomością, że podczas gdy ona wiedzie normalne życie mutanci w Stanach muszą zmagać się z prześladowaniami i być obiektami eksperymentów. W jednym musiała się z nim jednak zgodzić. Nie była przekonana czy podejmowanie się funkcji przywódcy przez Colleen to dobry pomysł. Dlaczego? Sama wielokrotnie musiała radzić sobie z żałobą. Człowiek nie jest wtedy sobą, a emocje przyćmiewały osąd. Nie dało się tego ominąć. Szczególnie gdy trzeba było pozbierać się po śmierci bliskiej osoby i przede wszystkim nauczyć się bez niej żyć.
Starała się uspokoić. Zacisnęła mocno powieki, skupiając się na wyrównaniu oddechu. Najważniejsze, że zdążyła na czas. Po dłuższej chwili oderwała policzek od jego klatki piersiowej. Zdecydowała spojrzeć się na twarz mężczyzny. Musiała mieć pewność, że nie ma zamiaru nigdzie nie wychodził. Faktycznie, spokój wymalowany na jego twarzy sprawił, że i ona zaczynała się uspokajać, chociaż za każdym razem gdy zamknęła oczy widziała Ronniego, otoczonego przez radiowozy. - Stałam na chodniku, przy jakimś sklepie. W oknie wystawowym był telewizor i właśnie nadawali wiadomości. Widziałam dzisiejszą datę i wieczorną godzinę, a potem usłyszałam nadjeżdżające na sygnale radiowozy, a gdy spojrzałam w tamtą stronę to zorientowałam się, że policjanci okrążyli ciebie. Miałeś na sobie tę bluzę - wydukała, siląc się na jak najbardziej szczegółowy opis swojej wizji. Nie mogła jednak jeszcze do końca racjonalnie myśleć. Ta sytuacja przypominała jej zatrzymanie i zabranie Alex. Może dlatego zareagowała tak emocjonalnie? - To było straszne, jak wtedy gdy zabrali Alex - wyszeptała, czując jakby niewidzialna dłoń zaciskała się na jej krtani. Powoli jednak się uspokajała, czując jego obecność. Był tutaj i nigdzie się nie wybierał. - Powinniśmy powiadomić kogokolwiek, nikt nie powinien dzisiaj wychodzić z obozu, tak na wszelki wypadek - powiedziała, jakby na chwilę chcąc uciec od tego jak bardzo przejęła się tym, że wizja nie dotyczyła nikogo innego jak właśnie Hendersona.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-02-06, 00:33   
  

   1 Rok na Giftedach!


Minęło sporo czasu od tego jak Sally przestrzegła go przed wyjściem na powierzchnię. Jako, że wciąż nie popierał tego co się dzieje w bractwie postanowił na kilka dni się wyrwać i załatwić kilka starych spraw. Może postępował nieco samolubnie. Ich świat się rozpadał, a on po prostu zapadł się pod ziemię. Oczywiście. Zostawił krótką notkę dla Sally, że niedługo wróci, chociaż zapomniał wspomnieć, że te “niedługo” wróci może przedłużyć się do kilku tygodni. Wiedział, że prawdopodobnie jedyną osobą, która odczuje jego nieobecność będzie Hathaway. W końcu zawsze trzymali się razem, dbali o siebie i nie rozstawali się na dłużej niż kilka dni. I szczerze powiedziawszy mu też to nie pasowało. Może trochę za bardzo wczuł się w obietnicę, którą złożył jej siostrze, a może po prostu jeszcze do niego nie doszło to, że ta obietnica tak naprawdę przestała mieć znaczenie, bo już dawno przestał troszczyć się o nią tylko z tego powodu. Była to jednak naprawdę dobra wymówka, by trzymać swoje myśli z daleka od tego jak bardzo był do niej przywiązany.
To nie był jego wybór. Wcale nie chciał być tak daleko stąd, nie wiedząc co się tutaj do cholery dzieje. W końcu mogło stać się wszystko… i właśnie ta myśl nie pozwalała mu spać po nocach, sprawiając że nocne wybuchy mocy były jeszcze bardziej uciążliwe. Niestety. Zaczęło mu zależeć na tym kurwidołku, na mutantach, których zostawił za sobą. Bycie samotnikiem przestało mieć nagle dawny smak. Chyba przez te lata spędzone u boku sióstr Hathaway, później u boku Sally, aż w końcu u boku całego bractwa sprawiły że mimowolnie przestał nim być, bo myślami wciąż był tutaj, zastanawiając się czy wszystko jest okej.
Po powrocie do domu od razu powędrował tam gdzie zwykle opatrywała rannych, ale nie zastał jej tam. Nie spotkał po drodzę nikogo kogo mógł by zapytać o to gdzie jest i gula w gardle niebezpiecznie zaczynała rosnąć. Bez sensu zakładać najgorsze, a jednak z tyłu głowy miał wciąż myśl, że mogło się stać coś złego i byłaby to jego wina, bo nie było go tu, żeby temu zapobiec.
Przekraczając próg ich domu, usłyszał szelest kroków. Była tam. Krótki wyraz ulgi pojawił się na jego twarzy, gdy tylko ją zobaczył. - Hej. - uśmiechnął się szeroko, jakby czarujący uśmieszek miał w jakikolwiek sposób tłumaczyć jego nieobecność, a potem zobaczył krople krwi pod jej nosem i spojrzał na nią z tym swoim karcącym spojrzeniem. - Sally.. - mruknął, wzdychając ciężko. Nie żeby nie podobało mu się (bo w sumie nie miało prawa), że ćwiczy swoje moce. Po prostu… nie lubił patrzeć na to jak przekracza pewne granice, by je opanować. Zakrawało to o hipokryzję, bo on nawet nie szanował własnego życia, a miał czelność irytować się, gdy ona próbowała odkrywać swoje moce, a jednak nie chciał patrzeć na to jak słabnie. - Nigdy nie potrafisz sobie odpuścić. - mruknął troszkę szorstko.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2018-02-08, 21:25   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


W czasie jego nieobecności Sally zdążyła wymyślić całkiem pokaźną ilość synonimów do słowa "dupek". Bo jak inaczej mogła w tej chwili nazwać Ronniego? Była przywiązana do niego bardziej niż do jakiejkolwiek osobie w tym cholernym obozie. A on tak po prostu znikał. Niedługo wróci. Co to w ogóle miało znaczyć? Po jego odejściu czuła się w obozie bardziej samotna niż zwykle. Przez ostatnie kilka tygodni jej życie toczyło się według tego samego schematu. Wstawała rano i sprawdzała, czy Henderson wrócił do obozu, szła coś zjeść i większość czasu spędzała w szpitalu, porządkując i zajmując się chorymi. A gdy wracała do domku, siadała na łóżku, na którym spał Ronnie i usilnie próbowała wywołać jakąkolwiek wizję. Chciała go znaleźć. Tylko nie wiedziałaby co zrobić gdyby faktycznie jej się udało. Bała się też tego co może zobaczyć. A potem? Nie mogła w nocy spać, zadręczając się pytaniem dlaczego? Przecież doskonale wiedział, że straciła w swoim krótkim życiu już prawie wszystkich. Dlaczego i on postanowił w tak brutalny sposób zniknąć z jej życia. Po dwóch tygodniach zaczynała się zastanawiać czy w ogóle wróci. Czy żyje?
Włóczyła się po obozie jak cień samej siebie, chociaż nadal posyłała blade, ale szczere uśmiechy w stronę przechodniów. Zabawiała Leviego, który dochodził do siebie, jakimiś głupimi historyjkami. Co prawda samopoczucia w ogóle nie poprawiał jej obecność nowego członka bractwa. A na dodatek czuła, że przez swoje odizolowanie zaczęła oddalać się do Colleen i Alby, co łamało jej serce. Ale nie chciała mieszać się w te dramy, nie chciała stawać między młotem, a kowadłem.
Dzisiaj znowu po skończonym dyżurze i upewnieniu się, że bohaterski Levi przeżyje podczas jej chwilowej nieobecności i udała się do swojego domku. Przez dłuższy czas siedziała na podłodze, zaciskając palce na jednym z przedmiotów z ich wspólnego domku. Ostatnio coraz częściej trenowała swoje moce. Nie chciała dłużej być bezużyteczna . I znowu przesadziła. Gdy poczuła chwilowy zawrót głowy i krew spływającą z nosa, rzuciła tym co miała pod ręką i ostrożnie wstała, docierając do małego stoliczka, na którym znajdowały się chusteczki. Przyłożyła jedną z nich pod nos. Drugi raz w ciągu krótkiego okresu czasu wyglądała tak jakby zobaczyła ducha. Wybałuszyła swoje niebieskie oczęta, wypuściła ręki brudną chusteczkę. Nie wiedziała co zrobić. Jednocześnie chciała go przytulić i Bogu dziękować za to, że jest cały. A z drugiej strony aż się w niej gotowało i poczuła nieodpartą chęć wymierzenia mu siarczystego policzka. Ostatecznie gapiła się jak sroka w gnat, biorąc kolejną chusteczkę. - Dlaczego? - spytała, bo tylko tyle była w stanie z siebie wydusić. Podeszła bliżej. Otaksowała go wzrokiem, jakby chciała się upewnić, że wszystko ma na miejscu, hehe. Musiało z niej to zejść. - Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób -zaakceptowała dokładnie każde słowo. - Masz szczęście, że żyjesz, bo inaczej sama bym cię zabiła - burknęła, całkiem poważnie. Tak, była zła. Cholernie zła i chyba tylko chwilowy, gorszy stan nie pozwolił jej na wybuch, czy to płaczu, czy wściekłości.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-02-08, 22:48   
  

   1 Rok na Giftedach!


Gdzieś tam pod skórą doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien znikać bez większych wyjaśnień. Żyli w zbyt niebezpiecznych czasach, by po prostu zostawiać krótką notkę i znikać na tak długo. Wiedział też, że gdyby wtedy powiedział jej, że zamierza iść tam gdzie poszedł (do chujków) próbowałaby mu to wyperswadować. Skończyłoby się to pewnie kłótnią albo ostatecznie by go przekonała, by tego nie robił. Więc właśnie dlatego zostawił jej tylko krótki, żałośny liścik. Nie dlatego, że miał gdzieś że będzie o niego martwić, tylko dlatego że wiedział że ona tego nie zaakceptuje, a jeśli dla kogokolwiek chciał być lepszym człowiekiem to właśnie dla niej. Problem w tym, że on wcale nie był dobrym człowiekiem. Przynajmniej nie w ten sposób w jaki ona była. Może w jego historii było zakotwiczone zbyt wiele bólu i agresji, by mógł być po prostu normalny. W końcu w jego świecie konflikty rozwiązywało się w brutalny sposób. To było jedyne co znał i wiedział, że w tym punkcie on i Sally są jak dwa przeciwne bieguny. Wiedział, że ona po prostu nie zrozumie. Dlatego zniknął bez słowa doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to nie było w żaden sposób w porządku. Ale czasami nie potrafił inaczej. Bo taki już był i niszczenie wszystkiego na swojej drodze wydawało się być dla niego równie naturalne co poranna kawa.
Trochę naiwnie liczył, że nie będzie musiał się z tym zmierzyć. Że być może zmiękczy jej serce swoim szerokim, beztroskim uśmiechem niegrzecznego chłopaka, który zwykle działał na przedstawicielki płci pięknej. Że może po prostu się ucieszy na jego widok i złość odejdzie. Niestety. Nie rzuciła mu się w ramiona na co podświadomie liczył. Widząc jej minę poczuł się jeszcze bardziej winny temu, że tak po prostu zniknął. Otworzył usta i po chwili je zamknął. Zabrakło mu języka w gębie. Dziwne, bo trudno było zwykle przymknąć jego niewyparzoną gębę, a jednak w tym momencie kompletnie nie wiedział jak ma odpowiedzieć na jej pytanie. Podrapał się po nieco zaniedbanej brodzie, która w ciągu kilku tygodni pojawiła się na jego policzkach. - To skomplikowane.. - powiedział w końcu, kręcąc głową. Podeszła do niego i przez chwilę podobnie jak ona zmierzył ją wzrokiem. Żadnego uśmiechu, oznak jakiejkolwiek radości. - Też się cieszę, że cię widzę. - powiedział z lekkim przekąsem, starając się głupim zachowaniem wybrnąć z tej całej sytuacji. Czuł się trochę niezręcznie z tym, że musiał ją przeprosić. Te słowa zwykle ciężko przychodziły mu przez gardło, bo oznaczało to przyznanie się do winy. I do błędu. A przecież on takowych nie popełniał. Przynajmniej nie jeśli chodzi o działania wojenne. On zawsze wiedział co powinien zrobić. Tylko, że zwykle zawodził tych, na których mu zależy. Więc skrzywił się nieznacznie, wkładając ręce do kieszeni. - Słuchaj, Sally… Przepraszam. - powiedział trochę ciszej, rzucając jej przelotne spojrzenie. - Nie powinienem znikać na tak długo. Tak po prostu wyszło… Chciałem ci dać jakoś znać, że wszystko w porządku. Chciałem wrócić wcześniej, ale nie wszystko poszło po mojej myśli... No, ale hej.. jestem cały i zdrowy. Nie było czym się przejmować. Złego diabli nie biorą. - zakończył, układając usta w cienką linię. Obrał trochę słabą strategię, ale no cóż… niezbyt sobie dobrze radził z ludźmi. - Nie było minuty, żebym nie zastanawiał się nad tym czy wszystko u ciebie w porządku, czy jesteś bezpieczna. - mruknął, wzruszając lekko ramionami, bo takie wyznanie trzeba doprawić odrobiną pozerstwa z jego strony. - Wszystko u ciebie w porządku, prawda? - dodał po chwili, robiąc krok w jej stronę. Nadal ciekła jej krew z nosa. - Chyba dawno nie dostałaś zjebki, co? - uśmiechnął się krzywo, wyciągając w jej stronę dłoń, w której trzymał chusteczkę. - Powinnaś ją dostać. Nie powinnaś się tak przemęczać przecież wiesz, że to nie jest dla ciebie dobre. - nieco spoważniał. Dobra, chciał trochę wywrócić kota ogonem.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2018-02-08, 23:59   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Szczerze mówiąc, nie wiem, które z nich by szybciej wymiękło. Z pewnością, gdyby powiedział jej o swoim planie to znalazłaby miliony argumentów przeciwko jego decyzji, ale czy w końcu nie spakowałaby swoich rzeczy i nie poszła z nim, bo przecież musiała wiedzieć co się z nim dzieje. Chyba zaczynało im zależeć na sobie nawzajem bardziej niżby chcieli. Sally przez tygodnie jego nieobecności wiele razy analizowała wszystko. Może ona zrobiła coś nie tak? Może czegoś nie zauważyła? Miała za dużo pytań i zdecydowanie za mało odpowiedzi.
W pewnym sensie obydwoje byli skrzywieni i daleko im do normalności. Halloway też nie była osobą w pełni normalną. Podejrzewam, że żadna ze znajdujących się osób w Bractwie nie była normalna. Za każdym krzywym uśmiechem kryła się jakaś historia. Sally straciła całą swoją rodzinę. Panicznie bała się samotności, a jednocześnie bała się przywiązania się do kogoś po raz kolejny. A z drugiej strony z jej charakterem, nieangażowanie się emocjonalnie było niemożliwe. Byli kompletnie różni. Sally była osobą raczej łagodną, spokojną i ostrożną. Typowa pacyfistka. Z kolei Ronnie był chodzącym przykładem agresji i siły. To on był dla niej ostoją, a nie odwrotnie. To ona potrzebowała jego. To ona nie przeżyłaby w świecie nawet miesiąca, gdyby nie Ronnie.
Czy się cieszyła? Oczywiście, że tak, ale przede wszystkim była po prostu zła. Tak, Sally Halloway też potrafi się na kogoś zezłościć i odwracanie jej uwagi tym całkiem czarującym uśmiechem nie zadziałało zbawiennie. Trzymała tą cholerną chusteczkę przy nosie i miała w sumie ochotę rzucić nią w niego, bo tylko to miała pod ręką. - Masz rację, nie powinieneś. I jak w ogóle mówisz, że miałam się nie przejmować? Chyba zdurniałeś! - powiedziała z wyrzutem. Ale w sumie bardziej niż złość przemawiał przez nią żal. - Żadnego sms'a, żadnej cholernej wiadomości. Po tym co ostatnio w Bractwie, myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę. - powiedziała, pod koniec tracąc głos. Przypomniała sobie o Sam, o Levim, o Danielu i krew zmroziło jej w żyłach. - Nie wiem, czy jest w porządku - wydukała, bo fizycznie nic jej nie było, niby. Chociaż cieknąca z nosa krew mówiła sama za siebie. - Szukałam cię, chciałam wiedzieć gdzie jesteś i czy w ogóle żyjesz - panikowała bardziej niż zwykle. Ale co się dziwić? Ostatnio nie działo się dobrze. Czuła jakby grunt osuwał jej się pod stopami, a ona nic nie mogła z tym zrobić. Mimo wszystko ciśnienie z niej zeszło. Pozwoliła nawet zabrać mu tą cholerną chusteczkę, chociaż w starciu z nim nie miała żadnych szans. - Bałam się, rozumiesz? - mruknęła, powoli siadając na łóżku. W nocy budziła się zlana potem bo znowu śniło jej się, że znalazła go martwego, z tym samym napisem.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-02-09, 01:24   
  

   1 Rok na Giftedach!


Nie był typem, który lubił cokolwiek analizować. On działał. Szedł za bardzo nierozsądnym głosem dochodzącym z głębi jego niedojebanej głowy. Był jeden jedyny wyjątek. Sally nim była. Okłamywanie samego siebie wychodziło mu w tym wypadku bardzo dobrze. Zależało mu na jej siostrze. Bardzo. Sam nie wiedział czy nazwałby to miłością, a jednak doskonale pamiętał ten dzień gdy wyrwali się we dwójkę i gdy było już po wszystkim Alex poprosiła go by jej obiecał, że gdyby cokolwiek się jej stało nie zostawi Sally samej sobie. Zrobił to. Bez zastanowienia, bo już wtedy siostry Halloway stały się dla niego kimś w rodzaju rodziny. Gdy ją zabrali w jego głowie wciąż odtwarzał to rozmowę. Pamiętał jak jej dłoń muskała jego nagie ramię i patrzyła na niego takim wzrokiem, że nawet gdyby chciał jej tego odmówić, nie zrobiłby tego. Powtarzał w myślach tą scenę jeszcze przez kilka lat, ale nie zauważył że z czasem przestał. Że ta obietnica przestała mieć takie znaczenie jak kiedyś. Z czasem zaczął cenić życie Sally bardziej niż swoje. Chciałby, żeby to było takie czyste i niewinne jak na początku. Wyrzucał z głowy myśli o tym, że już od bardzo dawna nie było.
Czy na pewno to on był jej ostoją? Tak, to on był tym, który wiedział jak przetrwać, jednak gdyby nie jej obecność, gdyby nie to że miał się nią opiekować, to prawdopodobnie wiodąc samotną wędrówkę skończyłby w bardzo mrocznym miejscu, z którego nie byłoby ucieczki. Gdy był z nią nie chciał jej na nic narażać. To ona chciała dołączyć do bractwa, to przez nią zaczęło mu zależeć na tym co się w nim działo. To ona trzymała od tego całego chaosu, który próbował się dostać do jego życia dziurami pozostawionymi po utracie każdej bliskiej mu osoby. Zrobiłby wszystko by poczuć słodki smak zemsty, ale chyba nie chciałby, żeby widziała go właśnie takiego. Dokładnie takiego jakim naprawdę był. Więc to ona była jego ostoją. Bo trzymała go po dobrej stronie mocy, bo prawdopodobnie bez niej w swoim życiu zatopił się w tym jaki naprawdę jest. On też jej potrzebował, ale w znacznie inny sposób.
- Spójrz na to z innej strony. Przynajmniej nie mieliście tutaj takiego tłoku. - uśmiechnął się krzywo, patrząc na jego łóżko, które wyjątkowo było posłane i nie było wcale takiego dużego bałaganu, bo przecież to on zwykle go zostawiał. Chociaż to nie był najlepszy argument w tej sprzeczce. - Nie chciałem, żebyś się tak martwiła. - zreflektował się. - Mówiłem, że wrócę. Zawsze wracam. Nie chciałem wysyłać ci wiadomości, bo nie chciałem żeby ktoś namierzył komórkę, a mutanci z którymi byłem… powiedzmy, że mają trochę problemów z GC i nie chciałem ściągać ich uwagi na nas. Gdybym mógł to bym się odezwał, serio, Sally. - westchnął ciężko. - Co się ostatnio stało w Bractwie? - zmarszczył brwi, bo póki co nie dotarły do niego żadne informację.
Skrzywił się, gdy usłyszał jej słowa. Wyobraził ją sobie siedzącą w tym pokoju na jego łóżku, próbując wywołać wizję, które nie przychodziły. Widział to milion razy. Czy gdyby powiedział, żeby nie robiła tego akurat dla niego posłuchałaby? Pewnie nie. Opadł na łóżko, opierając się plecami o ścianę. Przez chwilę patrzył w milczeniu na tył jej głowy. - Trochę nie warto. - parsknął, muskając przelotnie dłonią jej plecy, ale szybko zabrał dłoń. Wyprostował się, by usiąść z nią ramię w ramię. - Nie jestem zbyt dobry w takich rozmowach, wiesz? - mruknął, patrząc się na swoje splecione dłonie. - Nie wiem co mam ci powiedzieć. Nie chciałem… Nie wiem... Żebyś się martwiła, żebyś się bała że nie wrócę. Myślałem, że jak zostawię cię tutaj wszystko będzie okej, bo to właśnie tutaj chcesz być. - powiedział, obracając głowę w jej stronę, by na nią spojrzeć. Przez myśl przeszedł mu znów pomysł, by po prostu stąd uciekli do miejsca gdzie nikt nie polował na nich jak na szczury. Ale to przecież właśnie tutaj chciała być. Wiedział to.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2018-02-16, 01:29   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Sally rozpamiętywała dzień, w którym Alex zniknęła z ich życia. Pamiętała jak bardzo chciała pobiec w stronę Alex, rzucić się na pewną śmierć. Wtedy jej barierą ochronną stał się mocny uścisk Hendersona. Od kiedy siostra została jej odebrana, to on stał się jej tarczą, kimś na kim mogła polegać. Pewną stałą, której ona rozpaczliwie potrzebowała. Nawet bractwo nie było dla niej pewnikiem. Tym bardziej po ostatniej akcji bała się o dobro mutantów jak nigdy dotąd. Naprawdę, chciałaby stąd wyjechać. Tam, gdzie jest bezpiecznie. I była pewna, że gdyby powiedziałaby chociaż słowo, na drugi dzień byliby już w drodze na Kubę. Tylko, że nie wybaczyłaby sobie, zadręczałaby się tym, że gdzieś tam giną jej przyjaciele, a ona z tym nie robi kompletnie nic. Zastanawiała się też nad tym, dlaczego po prostu wszyscy nie wyjadą? Umówmy się, USA jak na kraj słynący z tolerancji nie bardzo umiał pogodzić się z istnieniem mutantów. Ludzi troszeczkę innych. To absurd!
Gdyby kiedykolwiek powiedziałby jej za jaką okropną osobę siebie uważał, pewnie wybuchnęłaby śmiechem. Osoby żądne zemsty nie opiekowały się przestraszonymi, zagubionymi nastolatkami. Znosił ją dzień w dzień. Zawdzięczała mu to, że jeszcze oddycha i nie stała się kolejnym obiektem badań, narzędziem w rękach rządu. Każdy miał mrok w sobie, trzeba było tylko umieć sobie z nim radzić. Czy zdawała sobie sprawę z tego, że to ona była jego światełkiem w tunelu? Prawdopodobnie nie. Jakby ktoś nie zauważył, Sally była naprawdę zakompleksioną osobą i dosyć cichą. Do tego uważała, że jest bezsilna w tej całej wojnie, tym czasem odgrywała tutaj także ważną rolę. - To najgłupszy argument, jaki w ogóle mogłeś przytoczyć - burknęła, jednak po chwili z jej ust wydostał się śmiech. Jak mogła się nie zaśmiać, słysząc coś takiego? Naprawdę myślał, że coś takiego ją przekona? Zaniepokoiła się. Co on robił z takimi typami? Zmarszczyła brwi i posłała mu badawcze spojrzenie, jakby znowu chciała sprawdzić czy nic mu nie jest. Jednak nie skomentowała tego w żaden sposób. Kiedy spytał o bractwo, zacisnęła mocno usta. Zarówno przy tej całej operacji nogi w opuszczonym magazynie, jak i ratowania Leviego zachowywała stoicki spokój. Dopiero później wypłakiwała oczy. - Mieliśmy przejąć zapasy od kilku ludzi z FPTP. Rutynowe działanie, nic wielkiego. Wszystko miało być dobrze, ale Colleen obudziła mnie w środku nocy. Okazało się, że kobieta z organizacji miała przestrzeloną kość, musiałam zoperować to na miejscu, w jakimś magazynie - tu zrobiła przerwę na głębszy oddech. - Potem okazało się, że porwali Leviego i Danny gdzieś zniknął - na samą myśl w jej oczach zbierały się łzy - Danny wrócił, jakiś chłopak z organizacji zabrał go do siebie i zoperował ranę, ale Levi... - kolejna przerwa, potrzebowała chwili na zebranie się. - Colleen znalazła go niedawno w tragicznym stanie. Liczne rany, połamane kości... Na brzuchu miał wycięty napis "you're next" - szybko wytarła pojedyncze łzy z policzka. Odkaszlnęła delikatnie. - Poza tym mamy nowego członka, pamiętasz Daniela Blake'a? - rzuciła niby to obojętnie, ale spięła się. Ronnie doskonale wiedział kim był brunet. Sally wpadła na niego kiedy Alex jeszcze z nimi była. Cóż, nawet uciekając przed władzami, znajdzie się czas na nieszczęśliwą miłość.
Przełknęła ślinę. Zawsze się martwiła, niezależnie co by jej powiedział i tak by się martwiła. A ostatnie wydarzenia jedynie potęgowały jej niepokój. Przerażał ją brak jakichkolwiek wizji. Gdy poczuła jego zaskakująco delikatny dotyk na plecach, czuja jak ogarnia ją wewnętrzny spokój i jakieś bliżej niezidentyfikowane uczucie. Przyjemne, ale dziwne. Uniosła głowę ku górze, aby móc na niego spojrzeć. W jej oczach nie było nic innego jak najczystsza na świecie troska. Nie, w tym momencie nie martwiła się oto co by się z nią stała, gdyby jego zabrakło. Miała to gdzieś.
Chyba zbyt długo patrzyła w jego oczy, nieco zakłopotana opuściła wzrok. - Po prostu... Po prostu nigdy więcej tak nie rób, ok? - wydukała, bezsilnie opierając głowę o jego ramię. Przymknęła oczy. Czuła ulgę, jakby strach postanowił wypuścić ją ze swoich szczelnych objęć i mogła spokojnie odetchnąć.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-02-16, 19:20   
  

   1 Rok na Giftedach!


Właściwie on od zawsze chciał wyjechać. Wrócił do Stanów tylko dlatego, że w swojej młodzieńczej naiwności liczył na pomoc ojca, który odwrócił się do niego nawet nie chcąc słuchać wyjaśnień. Nie on zabił Patty. Powinien to wiedzieć, że dbał o nią o jak o nikogo innego w tej rodzinie, a jednak gdy DOGS po niego przyszło i jego siostra stała się przypadkową ofiarą, jego ojciec nie sprzeciwił się temu, że zrobiono z niego kozła ofiarnego. Nikt się nie sprzeciwił. Nawet jego matka. Nikt nie zadawał pytań. Więc co więcej trzymało go w tym kraju? Nie miał nikogo bliskiego. Zmarnował najlepsze lata swojego życia, by służyć w wojsku, a gdy rząd dla którego walczył dowiedział się o jego mutacji, stał się zwierzyną. Wyjazd za granicę wcale nie był taki łatwy, ale zanim zdążył to zrobić poznał siostry Halloway i wszystko stało się bardziej skomplikowane. Potem stracili Alex, a niedługo później trafili do bractwa. Plany wyjazdu poszły w odstawkę, ale odkąd umarła Yvonne on coraz częściej o tym myślał. I już nie ze względu na to, że chciał chronić swój tyłek. Tam byliby bezpieczni oboje. Wymyśliłby coś. Na pewno mieliby się z czego utrzymać, gdzie mieszkać, a jednak wciąż myślał o Bractwie. O tym, że nie mógłby tak po prostu odejść. Być może to był jego dom? Nie wiedział czy to dobre określenie. Nigdy go tak naprawdę nie miał, bo w tym swoim zawsze czuł się jak intruz i odszedł stamtąd, gdy tylko miał ku temu okazję. Więc nie wiedział jakie to dokładnie uczucie, ale to było miejsce, do którego czuł się w obowiązku wrócić. Jakby nie zgadzał się z poglądami ludzi, z którymi był… to jednak wiedział, że nie może z nimi zostać, bo powinien być w innym miejscu. Właśnie tutaj. Był tu dla niej, a jednak zwykle widział się w roli trochę irytującego opiekuna. Kogoś kto bywał czasami nadopiekuńczy, kto czasami mógł porządnie wkurzyć, gdy traktował ją z góry jakby tylko on znał tajemnicę dotyczącą tego jak przetrwać. I poniekąd to było dziwne uczucie. Czuć, że ktoś cię potrzebuje. Że ktoś się o ciebie martwi. Ciężko było do tego przywyknąć. Chociażby ze względu na to, że właśnie w chwilach, gdy miał ochotę uciec chociażby na kilka tygodni powinien myśleć, że ktoś tutaj jednak na niego czekał. Nie myślał o tym. Myślał tylko o sobie i o tym, że musi w jakiś sposób dać ujście temu jak wiele nosił w sobie gniewu, ale czując jej uważne spojrzenie przez chwilę poczuł wstyd. Nie chciałby się jej przyznać do tego gdzie i z kim był, być może dlatego odwrócił wzrok.
Ale te uczucie szybko znikło, gdy usłyszał jej kolejne słowa. Już się tego nie wstydził. Zacisnął mocno zęby, słuchając jej. - Cholera jasna. - rzucił gdzieś między jej słowami, ale nie przerwał jej w inny sposób. - Powinienem tu być. - powiedział, bo przecież to właśnie było jego zadanie. Iść po to czego im brakuje. Po zapasy, ściągać mutantów. - Zapłacą za to. Kiedyś za to zapłacą. - mruknął, przeczesując włosy. Szyby niebezpiecznie zadrżały, ale tylko na moment. Już potrafił panować nad mocą. Wziął głęboki oddech. - Co na to Colleen? Co z tym zrobi? - zapytał. - Powinniśmy wyjść i coś zrobić. Pokazać im gdzie jest ich miejsce. - mruknął zdenerwowanym głosem. Miał już dość słuchania tego co się dzieje z innymi mutantami. Byli lepsi. Nie musieli chować się, ukrywać. Powinni się zorganizować i uderzyć. Powinni pokazać, że to nie oni powinni się bać rządu, tylko on powinien się bać ich.
Gdy wspomniała o Danielu zawiesił na chwilę jego spojrzenie. Oczywiście, że go pamiętał. I doskonale pamiętał to, że pewnego dnia po prostu zapadł się pod ziemię, a Sally dziwnie zamilkła. Nie był mistrzem relacji interpersonalnych, ale… chyba miał trochę empatii. Wiedział kim był dla Sally. Wtedy w ten sposób go to nie interesowało, ale teraz poczuł irytację słysząc po latach jego imię. - Pamiętam go. Myślałem, że już o nim nie usłyszymy. - mruknął ponuro.
Spróbował uśmiechnąć się, gdy spojrzała na niego tym zatroskanym spojrzeniem. Wszystko w porządku, Sally. Wiedział jak mało to znaczy, ale nie był zbyt dobry w pocieszaniu ludzi. Przez chwilę milczał, nie odrywając od niej wzroku. Czy to dziwne, że miał ochotę po prostu przyciągnąć ją do siebie i zapewnić że wszystko już będzie w porządku. Chociaż oboje wiedzieli, że prawdopodobnie nigdy nie będzie. Ochota ta nie przeminęła, gdy położyła głowę na jego ramieniu. Przez chwilę siedział w bezruchu i w końcu z wahaniem położył rękę na jej kolanie, biorąc w uścisk jej dłoń. Idealnie tam pasowała. - Obiecuję. - mruknął cicho po chwili przysunął się nieco bliżej. Oparł głowę o jej czoło, czując na policzku jej oddech . - Wiesz, że zawsze się wywiązuje z moich obietnic. - dodał i starł z jej policzka łzę. To było dziwne. Jakby już dawno zapomniał, że jest w stanie się tak czuć, a jednak… jeszcze pamiętał. Myślał, że już nawet nie potrafi, a jednak wiele samozaparcia wymagało od niego to, żeby nie zbliżyć się jeszcze kilka centymetrów, by dotknąć wargami jej ust. Chrząknął krótko, odsuwając się od niej i założył jej rękę na ramię, przyciskając do siebie w znacznie bardziej przyjacielskim geście. Nie powinien o tym myśleć. W jakiś sposób wydawało mu się to zakazane, chociaż… Czy aby na pewno takie było? On był mężczyzną, ona kobietą, ich świat mógł się rozpaść w każdej chwili i nie chciałby w takim momencie myśleć o rzeczach, których chciał, a ich nie zrobił. Nie miał nic do stracenia, a jednak wydawało mu się, że pierwszy raz od bardzo długiego znaczenia ma coś co może stracić i za nic w świecie tego nie chciał.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2018-03-05, 00:51   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Prawda jest taka, że do pewnego momentu Sally miała cholerne szczęście. Ojciec akceptował odmienność swoich córek i wychował je w przeświadczeniu, że są wyjątkowe, podczas gdy w oczach większości amerykańskiego społeczeństwa byli po prostu dziwolągami. Halloway w ogóle nie wyróżniała się spośród tłumu nastolatków, a jej moc można było łatwo wytłumaczyć chorobą. I wszystko było cudowne, mieli siebie i żyli normalnie. Do czasu. Bolało ją to z jakim obrzydzeniem patrzyła na nią macocha. Ta sama, która jeszcze dwa dni temu doradzała jej, którą sukienkę ma na siebie włożyć na urodziny przyjaciółki. Gdyby nie jej ojciec, który poświęcił się dla dobra swoich księżniczek, pewnie nigdy nie stanęłaby na drodze Ronniego. Do dzisiaj w koszmarach prześladuje ją widok martwego ciała ojca, opadającego z głuchym łoskotem na drewnianą posadzkę. A potem już tylko droga i ucieczka, która tak naprawdę nigdy się nie kończyła. Bo nawet teraz uciekała w pewnym sensie. Patrzyła jak bliskie jej osoby umierają, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Z tego powodu zginął jej ojciec, z tego samego powodu została zabrana Alex. I z tego samego powodu umarła jej mama, wydając ją na świat, sama musiała się z nim pożegnać. Nie chciała do tej długiej listy dopisywać jeszcze Ronalda. Można powiedzieć, że była już tym zmęczona. Przytłoczona i czasem naprawdę zastanawiała się, czy by tego nie skończyć? Każdy ma swoją "ciemniejszą stronę". Sally też. Ostatnio musiała zmierzyć się samotnie ze swoją bezsilnością. - Colleen? Nie wiem, prosiłam ją, aby ochłonęła i zastanowiła się na spokojnie co dalej, nie chcę aby ktoś znowu ucierpiał - wyznała. Wiedziała, że Marie tak samo jak i Ronnie będą domagać się rozlewu krwi za to co spotkało członków Bractwa, ale Sally o ile mogła, starała się być tym głosem rozsądku. - To nie twoja wina, Ronnie - powiedziała, patrząc na niego. Znała go zbyt dobrze. Wiedziała, że nie odpuści sobie tego, że nie było go w Bractwie, kiedy działo się coś takiego.
Sama Sally nie spodziewała się, że wypowie jego imię. A na pewno nie w takim kontekście. Czuła się dziwnie z tym, że pojawił się na nowo w jej życiu. Była inną osobą. Chyba wydoroślała, a uczucie do niego chociaż kiedyś było żywe, teraz pozostawało mglistym wspomnieniem. I tylko nim. A przynajmniej tak wydawało jej się po pierwszym spotkaniu, które naprawdę nie mogło być zaliczone do udanych. - Też miałam taką nadzieję...- powiedziała. Pamiętała jak bardzo bolało jego zniknięcie. Jak cierpiała, gdy musiała dopisać go do listu osób, które straciła. A teraz? Sama nie wiedziała co czuje względem jego osoby. Na pewno go nie nienawidziła. Naprawdę trzeba być człowiekiem okrutnym aby zasłużyć sobie na nienawiść panny Halloway. Czy było jej dziwnie z obecną sytuacją? Nie, po raz pierwszy od kilku tygodni czuła się naprawdę bezpieczna. Uśmiechnęła się delikatnie. - Wiem, oczywiście, że wiem - wyszeptała, przymykając nieco powieki. Było naprawdę miło... Miała wrażenie, że dokładnie w tym momencie wszystko było na właściwym miejscu. Czuła jak jej dłoń idealnie wpasowała się w dłoń Ronniego. A potem? Czar prysł. I sama nie wiedziała dlatego wydawało się jej to takie dziwne. Jakby coś na co dawno czekała, a nie zdawała sobie z tego sprawy, właśnie uciekło jej z rąk. Miała chyba dosyć bycia niewinną i zachowawczą Sally. Było tyle rzeczy, które chciała jeszcze zrobić. I cokolwiek miało się stać, zanim Ronnie się zdystansował, to chciała tego. - Zastanawiałeś się kiedyś jakby to było nie uciekać? No wiesz, żyć normalnie - ona się zastanawiała. I była ciekawa, czy gdyby nie to wszystko to wpadłaby kiedyś na Ronniego? Spytała, skupiając się w sumie na niteczkach przy rękawie. I w sumie zastanawiała się, czy w jego wizjach "normalnego" życia była ona. Bo w obecnej sytuacji Sally nie wyobrażała sobie, żeby Hendersona zabrakło u jej boku. Nawet jeżeli ten koszmar się już skończy.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-03-19, 00:40   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie nie był nawet akceptowany, gdy mutanci byli jeszcze miejską legendą. Nie wiedział dlaczego ojciec go tak bardzo nienawidzi. Odkąd sięgał pamięcią pamiętał surowy wyraz na twarzy ojca, zarezerwowany tylko dla niego. Nie dla jego młodszego brata. Nie dla Patty, ani dla jego matki. Specjalnie dla Ronniego. Gdy wrócił do Stanów dość naiwnie wierzył w jakiekolwiek więzi rodzinne, że może ojciec będzie w stanie mu pomóc. Że są rodziną, że mimo wszystko pan Henderson stanie za swoim pierworodnym, a jednak to właśnie on obrócił się do niego jak pierwszy. On, brat, a nawet matka. Racja, Sally pod pewnym względem była szczęściarą. Przynajmniej miała zawsze przy sobie kogoś na kim mogła polegać. Ronnie od zawsze był sam. Tyle, że nie uchroniło go to przed odkryciem tego, że ilekroć się do kogoś przywiązał również go tracił. Podobnie jak Halloway. Jasne. Łatwiej było się nie przywiązywać. Trzymać dystans, ale ostatecznie okazywało się, że Ronnie nie jest takim bezdusznym sukinsynem za jakiego się miał. Jego ścieżka skrzyżowała się z tą sióstr Halloway i od tego nie mógł uciec. Chociaż to znacznie ułatwiłoby jego życie. Sally sprawiała, że kwestionował zbyt wiele rzeczy. Gdzieś po drodze pojawiły się odcienie szarości. Wcześniej chodziło tylko o przetrwanie. On był po jednej stronie, a po drugiej ci, którzy go ścigali. Ci, którzy zamordowali jego siostrę. Nagle pojawił się rozłam na dobro i zło. To jaki powinien być, jaki był i jaki chciał być. Nagle w równaniu pojawiło się tak wiele niewiadomych, że nie potrafił już nawet tego rozwiązać. Nic nie było takie proste jak kiedyś.
Parsknął wariackim śmiechem. - Sally… Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim nikt znowu nie ucierpi? - spojrzał na nią uważnie. Przetarł dłonią twarz. Było coś ujmującego w jej naiwności. Mimo tego co przeżyła tak wiele wciąż wierzyła w szczęśliwe zakończenie. Ale nie mogła być taka do jasnej cholery, bo bał się, że kiedyś ta naiwność może ją zabić. - Współegzystencja to bajeczka na dobranoc. Nie przestaną dopóki nie pozbędą się nas wszystkich. Musimy się zacząć bronić. Tutaj już nie chodzi tylko o zemstę. Nie przetrwamy jeśli będziemy działać jak do tej pory. Colleen ma prawo być wściekła i niech będzie wściekła, jeśli tylko to ma ją zmotywować do działania. Bo ja jestem gotowy. - wzruszył ramionami, posyłając jej ciężkie spojrzenie. Oczywiście, że chciał zemsty. Chciał zemsty za to, że polowali na niego jak na szczura. Że zabili mu siostrę, zabrali Alex, za każdego mutanta, którego skrzywdzili. Chciał, żeby żałowali. Ale oprócz tego chciał, żeby po prostu przetrwali.
Skrzywił się nieznacznie, gdy stwierdziła, że to nie była jego wina. Oczywiście, że to nie była jego wina. To była wina tych, którzy skrzywdzili dzieciaka. On po prostu był jednym z tych, którzy mogli temu zapobiec.
Chrząknął słysząc jej słowa. Chyba nie chciał poruszać tego tematu. Nie chciał wiedzieć czy tęskniła za Danielem. Czy coś do niego czuła. Same myśli o tym sprawiały, że robiło mu się niedobrze, więc nie chciał słyszeć tego z jej ust. Blake naprawdę go wkurzył swoją ucieczką, tym co zrobił dla Sally, tym że ją zranił. Po latach jednak był po prostu jedną z wielu postaci pobocznych w tej historii. Nie miał pojęcia, że jeszcze wróci i… co? Sally na nowo się w nim zakocha? Pogalopują razem w stronę tęczy? Ta głupia myśl, która narodziła się w jego głowie, sprawiała że miał ochotę zwymiotować. - Trzymasz się jakoś.. z tym? - zapytał, niby to obojętnie.
Wiedział, że gdyby przysunął się do niej bardziej z pewnością oboje by tego pożałowali. Mimo dziwnego uczucia, że wszystko jest na swoim miejscu, wiedział że to tylko iluzja. Wiedział, że w realnym świecie, kobiety takie jak Sally powinny trzymać się z daleka od mężczyzn takich jak Ronnie. Nie chciał podkopywać jej zaufania. Nie chciał być facetem, który chciał coś w zamian. Jak bardzo by nie chciał, żeby do czegoś po prostu doszło, nie mógł pozwolić sobie na to, żeby ją stracić. Więc można nazwać to tchórzostwem, ale uważał, że bezpieczniej będzie zostać w miejscu, w którym byli. Jak bardzo nie korciło go, by sprawdzić czy nie chciała tego samego co on.
- Oczywiście. Problem w tym, że nie wiem czy bym do końca potrafił. Nie pamiętam nawet co to oznacza “normalnie”. Zaciągnąłem się od razu po szkole. - mruknął, przyglądając się swoim dłoniom. - Ale tak. Myślałem. Moglibyśmy przedostać się przez granicę. Przed powrotem do Stanów zatrzymałem się na trochę w Cancún. Spodobałoby ci się. Tam moglibyśmy żyć normalnie. Poradzilibyśmy sobie jakoś. - wygiął usta w uśmiechu, lekko zaciskając dłoń na jej ręce. Nie zabrał jej, chociaż powinien.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 5