Poprzedni temat «» Następny temat
Las
Autor Wiadomość
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-03-24, 23:26   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


| jakoś po bieganiu z Ricky, ale przed eventem

Sam nie wiem, co tu robiłem. Najprawdopodobniej powodem, dla którego znalazłem się w lesie sam na sam, była usilna potrzeba unikania wszystkich obozowiczów, a przede wszystkim Alby, przed którą nie mogłem ukrywać swoich emocji… A te potrafiły nieźle mieszać mi w głowie, zjadać, zniszczyć od środka.
Znowu biegałem, znowu się wściekałem. Pewnie wyrzucałem sobie niektóre sprawki, do czego przed samym sobą się nie przyznawałem, ale, no, bywa, nie? Spierdoliłem nie jedno, tylko kilka, więc jak mógłbym czuć się świetnie? Inni spierdolili mi jeszcze więcej… Wiadomo, jak to działało. Ponownie: jak mógłbym czuć się świetnie?
No, to ten teges… Kiedy na swojej drodze napotkałem niechcianego intruza, kogoś z Bractwa, na dodatek ochroniarkę, szlajającą się po moich samotniach, nie mogłem nie przewrócić oczami i jeszcze bardziej się wściec. Wściekłość jednak wściekłością, bo przecież byłem Bartowskim. Jebaną oazą spokoju.
- Hej. Co robisz, Addams, w lesie?! – zapytałem, upsik, jednak pretensjonalnie. Powinna siedzieć w obozie, a nie zbierać grzybki czy ki chuj tu robiła. Powinna siedzieć tam ze swoją córeczką i cieszyć się życiem, póki miała z kim… Ja miałem co prawda Albę, ale miałem również swoje demony, które niszczyły mnie od środka, nie pozwalały na szczęście, uderzając i uderzając.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Leilah Addams



Justice and Vengeance are One.

Elektrokineza

75%

Ochroniarz





name:

Leilah Addams

alias:
Skyripper

height / weight:
178/74

Wysłany: 2018-03-24, 23:55   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Las to było dobre miejsce na wyładowanie wszystkich negatywnych emocji. Gorzej, że ostatnio stał się chyba nieco bardziej zatłoczony i coraz ciężej było znaleźć tutaj samotność, której niektórzy usilnie poszukiwali. Leilah na przykład uciekała przed wszystkimi, żeby móc się wyżyć i nie musieć sztucznie uśmiechać się do ludzi, kiedy jej głowe zamęczały zmartwienia o córkę.
Sama teraz trenowała różne uderzenia i kopnięcia przez dłuższą chwilę. I również ona nie cieszyłą się zbytnio z faktu, że ktoś nadchodzi i właśnie przerwie jej jedyną czynność, która dawała jej jako takie ukojenie. I ten las to panna Addams uważała, za swoją samotnie, w ogóle czemu ktoś rości sobie do niej prawa? Ona nie chce się dzielić.
Zanim mu odpowiedziała to zadała jeszcze kilka wysokich kopnięć w drzewo po czym się odwróciła i odrzucila swoje zaplecione częściowo w drobne warkoczyki włosy do tyłu i uśmiechnęła się nieco złośliwie.
-Szukałam jakiegoś zboczeńca, ale nie ma nikogo. No chyba, że teraz sytuacja się zmieniła. Ale nie powinienieś miec długiego płaszcza? Czy to po prostu spacer dla zdrowia? nie miała zamiaru przyznawać się przed nikim jak bardzo martwi się o córkę i dlaczego z nią właśnie teraz nie siedzi.
[Profil]
  [AB-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-04-07, 22:42   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


Zacisnąłem wargi. Wspominanie czy też żarty o zboczeńcach-gwałcicielach były w tej chwili raczej ostatnimi, jakie pragnąłem słyszeć. Niemalże od razu przed oczami stanęła mi Vreer wraz ze swoim problem. Nie pozwoliła mi sobie pomóc, a teraz zniknęła, nie odpowiadała na wiadomości, ponownie nie istniała.
Patrzyłem na Leilah. Brzydziłem się przemocą, brzydziłem się gwałtem. Ona pozwalała uchodzić swojej złości poprzez uderzenia, ja wolałem pływać, biegać, ćwiczyć. Cokolwiek, byleby skierować myśli na tę czynność, by z kolei pozwolić im płynąć swobodnie, a ostatecznie zmęczyć się i, kurde, iść spać.
- Wee… Dobre sobie. Czy ja wyglądam na zboczeńca, Leilah?! – odezwałem się do niej w ramach odpowiedzi. Ba!, zapytałem retorycznie urażony, nie chciałem czekać na odpowiedź. Miałem wrażenie, że takowej był nie przetrwał przy aktualnym stanie emocjonalnym. – A ty na chuj bijesz drzewa? Zrobiły ci coś? – zadałem tym razem konkretniejsze pytanie, rozplątując dłonie na piersi i wskazując jedną ręką drzewo, które chwilę wcześniej terroryzowała.
W międzyczasie podszedłem bliżej nieco, by nie wydzierać się na pół lasu.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-16, 17:56   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


// 3 kwietnia 2018, wczesny ranek

Minął miesiąc. Dokładnie miesiąc i jeden dzień odkąd była tutaj po raz ostatni i... ech, dlaczego przez ten czas wszystko musiało się tak bardzo spieprzyć? Dlaczego wtedy nie wiedziała, jak koszmarna w skutkach będzie jej decyzja? Ich decyzja?
Czuła się bardzo źle z powodu tego, co się stało, a teraz, gdy patrzyła oczami sokoła na to, co zostało z obozu... czuła się nieporównywalnie gorzej. Wszystko, nad czym pracowali przez tyle lat, w jeden dzień zostało praktycznie zrównane z ziemią.
Fay nie przyjeżdżałaby tutaj, gdyby nie musiała. Ale no niestety, sens tajnych skrytek w domku jest taki, że nikt nie ma o nich pojęcia. Nawet Matilda, która zabierając stąd wszystkie rzeczy dziewczyny, przeoczyła sakiewkę z kilkoma tysiącami dolarów ukrytą gdzieś pod podłogą w ich domku. A Fay jak nigdy potrzebowała teraz tych pieniędzy, bo w końcu życie poza bractwem kosztowało i to nie mało. Dodatkowo potrzebowali dokumentów, broni no i środków, żeby znaleźć jakąś rodzinę Penny, co stało się aktualnie jej głównym celem. I mimo, że posiadała znajomości, to niestety, na ładną buzię nikt jej niczego nie chciał dać. Wszystko kosztowało.
Połowę swoich oszczędności miała poza obozem, schowanych w bagażniku swojego auta w garażu Rogera. Drugą część postanowiła mieć przy sobie, jednak nie przewidziała tego, że zaistnieje sytuacja, że wyjedzie stąd i już do tego miejsca nie wróci.
Dlatego też musiała odzyskać tą kasę. Obudziła się wcześnie rano wiedząc, że Ronnie nie będzie szczęśliwy gdy powie mu, co planuje. Zostawiła mu tylko notkę na lodówce tłumacząc wszystko pokrótce i pisząc, żeby zajął się Penny, a jeśli nie wróci do wieczora, wziął małą i zmienił miejsce pobytu. Tak, na wszelki wypadek, bo w końcu chodziły słuchy, że DOGS ma na oku cały teren bractwa. Dla bezpieczeństwa wzięła sokoła, którym po zbliżeniu się samochodem jak najbardziej mogła, zaczęła przeczesywać okolicę w poszukiwaniu ludzi, furgonetek, pajęczaków... czegokolwiek co byłoby oznaką, że rząd nadal czuwa. Na swoje szczęście niczego nie znalazła, chociaż to wcale nie sprawiło, że poczuła się lepiej. Wysiadając z samochodu i tak wsunęła za pasek pistolet, a sokoła trzymała blisko siebie, żeby w razie czego mogła upewnić się, że nikt nie nadchodzi i droga do ich domku jest wolna.
Właściwie to wszystko przebiegło całkiem sprawnie. Do Firwood miała jakieś pół kilometra, co przez potrzebę zachowania ostrożności zajęło jej jakiś kwadrans. Kolejne dziesięć minut zajęło jej ogarnięcie gdzie znajdowała się jaka część domku i odsuwanie strawionych ogniem desek i mebli, żeby móc dostać się w tamto konkretne miejsce. Najważniejsze, że się udało i że ogień nie dostał się pod podłogę, więc już po kolejnej chwili wyciągnęła niewielką czarną torebkę ze swoimi oszczędnościami. Nawet nie sprawdziła, czy wszystko było na miejscu, chciała jak najszybciej opuścić to miejsce i przy odrobinie szczęścia wrócić do ich kryjówki zanim Ronnie zdąży się obudzić.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-06-17, 16:48   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


#3?

Sprawdzanie terenu byłego obozu Bractwa teoretycznie nie powinno należeć do zadań ludzi jej podobnych. Była przecież członkiem Genetically Clean, nie zaś oficjalnego oddziału D.O.G.S. Powinna siedzieć u siebie w budynku, zastanawiając się, co dalej ze sobą począć, skoro praktycznie cały jej dotychczasowy zespół - choć nieduży - skończył w piachu. Ona jedna, nieobecna podczas akcji w Black Lake Bible Camp, wyszła z tego cało. Reszta ludzi, których znała? Znalazła się w szpitalu, była poważnie ranna lub wręcz martwa - w znacznej większości. Jane tam nie było. Wykonywała wtedy zupełnie inną pracę, zleconą jej nie przez pracodawców z GC, a przez ludzi w pewnym sensie będących nad nimi. To było rangowo ważniejsze, ostatecznie owocując także, cóż, przeżyciem i pozostaniem w jednym kawałku.
Jednocześnie miała teraz jednak niemały problem. Była sama, musiano dołączyć ją do innego zespołu, wciskając na miejsce kogoś, kto nie przeżył lub musiał wylizać rany. Sytuacja Atwell była zatem cholernie niestabilna, co zaś w znacznym stopniu wpływało na jej morale. Wyjątkowo niskie, jak można się było domyślić. Niechętnie dała się zatem posłać na obchód obozu, działając przy tym jako ktoś w rodzaju samotnego kowboja. Nikt jej nie wspierał, nikt nie towarzyszył, przynajmniej nie w tej części BLBC. Oczywiście, zawsze mogła skontaktować się z kimś, kto patrolował pobliski las lub inny fragment obozu, nie była całkowicie sama, jednak... Cóż, zdecydowanie tak się czuła, przemierzając kolejne ścieżki i rozglądając się dookoła.
Nie mogła powiedzieć, że nie irytowało jej to, że zamiast działać w jakimkolwiek oddziale lub chociaż być do niego przydzieloną... Od tak długiego czasu nie wiedziała, jak to dalej będzie, będąc zbywaną przez wszystkich, których o to pytała. W połączeniu z wyjątkowo uporczywym pomijaniem jej przy jakimkolwiek awansie, zaczynała mieć tego coraz bardziej dosyć, pozostając w GC nie przez poglądy, nawet nie w szczególności przez pieniądze, a przez coś jeszcze... Coś, co odwodziło ją od odejścia. Dosyć skutecznie, bo już od wielu lat, warto dodać. Poza, cóż, aktualnie ostatecznie i tak wykonywała pracę dla rządu, który miał jej za to przyznać dodatkowe profity. Przez umowę pomiędzy organizacjami zdanie, teoretycznie obstawa obozu nie należy do zadań Genetically Clean, traciło swoje znaczenie.
Chwilowo wcale się zresztą nie przepracowywała. To był kolejny dzień bez mutantów wracających do ula, przez co było nawet nudnawo. Ot, prawie jak w biurze, ale bez papierkowej roboty, co było chyba jedyną zaletą takich wypadów.
Robiąc kolejną rundę, przez chwilę zagapiła się na resztki spalonych drzew, dopiero moment później dostrzegając coś kątem oka. Nie zastanawiała się, nie czekała, nie dyskutowała. Nawet jeśli miał być to ktoś z GC czy D.O.G.S., wolała wpierw strzelać, potem sprawdzać i pytać. Dlatego odruchowo wyciągnęła broń z mutazyną, nie ostrzegając, tylko oddając dwa strzały w kierunku pleców kobiety.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-17, 20:36   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Szło dobrze, aż może momentami za dobrze. Ale z drugiej strony była w lesie, znała te tereny praktycznie jak własną kieszeń, a teraz, gdy las obudził się do życia, ubrana w szaro-zielone kolory była w nim praktycznie niewidoczna. W pewnych momentach widziała siebie oczami sokoła, którym raz na jakiś czas robiła rundkę dookoła miejsca, w którym była, żeby upewnić się, czy jest bezpieczna. Mimo to i tak sporo ryzykowała, nie mając pewności, czy czegoś przez przypadek nie przeoczy, albo czy w lesie nie ma poukrywanych pajęczaków.
Na samą myśl momentalnie pochmurniała. I to nie dlatego, że bała się, że jedna z tych metalowych pokrak ją zaatakuje. To znaczy... tego też by nie chciała, ale... kurde no, to był teren obozu. Bezpieczne miejsce, gdzie mutanci mogli znaleźć schronienie. Teraz było niemal zrównane z ziemią, obstawione przez agentów rządu, nie mówiąc już o tym, ile osób straciło tutaj życie. Nic z tych rzeczy nie powinno się nigdy wydarzyć. Nie tutaj.
Trudno było słuchać o tym, jak obóz został zniszczony, jednak być tutaj, widzieć to wszystko na własne oczy... miejsce, które było jej domem przez ostatnie trzy lata, teraz w kompletnej ruinie... wyrzuty sumienia były dotkliwsze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Teraz, wracając do samochodu wcale nie czuła ulgi. Serce biło jej jeszcze mocniej, niż gdy szła w drugą stronę, nie chciała przedwcześnie cieszyć się, że się udało, więc cały czas zachowywała czujność. Sokoła pokierowała, żeby cały czas był gdzieś w pobliżu i ostrzegł ją, jeśli coś zobaczy.
Poleciał gdzieś na prawo, szybko znikając z pola widzenia Fay.
Strzały nadeszły gdzieś od tyłu, z lewej strony, niespodziewane i nie pozwalające na jakąkolwiek reakcję. Murphy usłyszała jedynie huk wystrzału, zanim w jej plecy wbiły się dwie strzałki.
W swoim życiu była postrzelona dwa razy, jednak to... to było coś innego. Ból był ostry, punktowy, oszałamiający, a po chwili w dziwny sposób rozchodzący się po ciele. W pierwszej chwili ściął Fay z nóg, sprawił, że aż musiała oprzeć się o pobliskie drzewo, żeby nie stracić równowagi. Okrzyk bólu jakimś cudem udało jej się zdusić w końcu... już wcześniej zakodowała sobie, żeby zachowywać się cicho, dlatego też teraz udało jej się nie wydać z siebie ani jednego dźwięku.
Odwróciła się w kierunku, z którego dobiegły strzały, jednak w pierwszej chwili nie potrafiła nikogo dostrzec, ani tym bardziej rozpoznać. Dopiero sokół, który poleciał w tamtym kierunku wskazał jej miejsce, na którym powinna skupić swój wzrok. Już na początku nakazała zwierzęciu alarmować, jeśli zobaczyłby jakiś ruch, albo bronić jej w razie potrzeby i teraz najwidoczniej to właśnie robił. Fay mogła jedynie zobaczyć, jak kilkanaście metrów od niej sokół zniża lot i z wystawionymi przed siebie szponami atakuje jakąś blondynkę.
Murphy nie miała zamiaru dłużej czekać, taka szansa na ucieczkę zdecydowanie jej wystarczyła. Może to i lepiej, że nawet nie próbowała wyciągnąć tego, co utkwiło jej w plecach, bo gdyby zobaczyła strzykawki... pewnie byłoby z nią znacznie gorzej. A tak jakoś zebrała w sobie siłę, żeby z powrotem stanąć na nogi, zgarnąć z ziemi paczkę, która wypadła jej przy okazji postrzału i jak najsprawniej potrafiła ruszyć w kierunku samochodu.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-06-19, 20:02   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


Nie trzeba było być mutantem, aby wiedzieć, do czego byli zdolni. Nie trzeba było mieć styczności z najgroźniejszymi jednostkami, aby być świadomym, że nawet najmniej groźnie wyglądająca osoba mogła posiadać najbardziej mordercze talenty. Skręcać karki, wyginać kości, rzucać innymi o ściany, drwić z praw natury… Te wszystkie moce, jakie uzyskali, prawdopodobnie nie śniły się nawet największym filozofom i tak się składało, że - niestety - nie były też wypisane z tyłu głowy każdego, u kogo aktywował się gen X. To zaś niewątpliwie sprzyjało zasadzie najpierw strzelaj, później pytaj, a Jane zdecydowanie nie zamierzała zachowywać się inaczej.
Choć jeszcze jakiś czas wcześniej odbyła z jednym z dowódców GC rozmowę dotyczącą poniekąd właśnie tego, jak głupi byli ci, którzy zabijali swoje ofiary bez wcześniejszego przepytania ich… A właśnie teraz sama strzeliła do kogoś, kto mógł przekazać jej potencjalnie istotne informacje, wcale nie miała się za hipokrytkę. Nie bez powodu wyciągnęła przecież pistolet z mutazyną, nie zaś bardziej morderczą broń. Chciała złapać, może zranić, ale nie zabić. Zdecydowanie bardziej opłacało jej się przyprowadzić mutantkę do siedziby Genetically Clean lub wręcz do D.O.G.S., które przecież zleciło łapanie niedobitków z Bractwa.
W przeciwieństwie do ludzi pracujących w rządowych oddziałach, nie miała kiepskiego oka. Wręcz przeciwnie, oba z jej strzałów trafiły w potencjalnego przeciwnika… Mogła się z tego cieszyć, mogła czym prędzej skierować się w stronę swojej ofiary, mogła kontynuować wcielanie własnego planu w życie… I pewnie by to zrobiła, gdyby nie ciemny kształt, jaki nagle znalazł się w jej polu widzenia.
Zareagowała odruchowo, odskakując w bok, nim tak właściwie zidentyfikowała zagrożenie, jednak niewiele jej to dało. Nim zdążyła wyciągnąć broń, praktycznie na oślep strzelając w wielkie ptaszysko, poczuła, jak jego ostre szpony przesuwają się po jej prawym policzku, dosłownie rozdzierając delikatną skórę. Nie mogła nie krzyknąć, jednocześnie wymierzając ostateczny - tym razem na tyle celny, aby pozbyć się ptaka - strzał w zwierzę.
Nie przyglądała się sobie. Zagryzając usta praktycznie do krwi, przetarła twarz wierzchem ręki, starając się zignorować rwący ból. To nie był pierwszy raz, gdy go czuła. Nie był też najgorszy. Praktycznie nie mógł równać się z tym wszystkim, co przeżyła w przeszłości. A ona? Musiała nie tylko ustać teraz na nogach, lecz także rzucić się w kierunku, w którym zbiegła uciekinierka. Nie mogła dać jej rozpłynąć się w powietrzu, nie po tym wszystkim. Teraz to była już zupełnie inna, bardziej personalna kwestia. I choć Jane teoretycznie mogła przecież zwyczajnie skorzystać z własnych zdolności, nie zamierzała tego zrobić.
Ruszając biegiem za mutantką, tym razem nie mierzyła do niej z pistoletu na mutazynę. Tym razem strzelała nie po to, by unieszkodliwić czy ogłuszyć. Chciała zabić.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-19, 22:41   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie patrzyła, czy ptak zrobi swoje, właściwie trochę się dziwiąc, że to w ogóle się udało. Bo przecież szybko domyśliła się, że to, co trafiło ją w plecy wcale nie było kulą, w przeciwnym razie już leżałaby na ziemi martwa. Dodatkowo to uczucie... tak, oberwała mutazyną, była tego prawie pewna. Czuła ból związany z rozchodzeniem się leku po ciele, czuła to lekkie otumanienie i rozkojarzenie wskazujące na utratę jej mocy. I teraz albo mutazyna nie zaczęła jeszcze dobrze działać, albo Fay właśnie dowiedziała się czegoś nowego o swojej mocy. Mianowicie tego, że pewne nakazy, te jednorazowe, bez nawiązywania połączenia, mogły działać nawet po tym, gdy lek cofał jej zdolności. Ciekawa teoria, chociaż mogła być błędna.
Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać, gdy usłyszała huk kolejnego wystrzału, definitywnie z innej broni niż miało to miejsce poprzednim razem. Mogła się tylko domyślić, że kula została wystrzelona w akcie obrony przed sokołem, a skoro huk był tylko jeden, okazał się skuteczny. To z kolei świadczyło o tym, że mogła nie mieć wiele czasu.
Przebierała nogami jak szybko mogła, jednak nie było to łatwe, gdy jednocześnie chciała biec nieco skulona, żeby przy usłyszeniu kolejnych strzałów móc postarać się zrobić unik. No i plecy... uciążliwy ból towarzyszył jej niemal przy każdym ruchu i o ile do jednego miejsca postrzału potrafiła sięgnąć i wyciągnąć tkwiącą tam strzałkę, tak drugie nie było już takie przystępne.
Nie wiedziała, ile zostało jej do samochodu, ale miała wrażenie, że całkiem niewiele. Kwestia kilkuset metrów, o ile po drodze nie natknie się na kolejnego członka dogs czy gc. Wciąż trzymając to, po co tu przyszła mocno w lewej dłoni, przyciskając pakunek do ciała, żeby na pewno go czuć i nie zgubić, prawą dłonią zaczęła grzebać w kieszeni w poszukiwaniu kluczyków do auta, które już gdzieś tam zaczęło się przebijać między drzewami. Grunt, żeby się go niego dostać, to już będzie stanowiło całkiem niezłą ochronę przed kulami, które pewnie miała ochotę władować w nią tamta kobieta.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-06-20, 23:21   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


Nawet jeśli ktokolwiek był w stanie dosłyszeć odgłosy strzałów, zapewne większość z patrolującego towarzystwa była zdecydowanie za daleko, aby móc dotrzeć do niej wystarczająco szybko, żeby pomóc Jane złapać uciekinierkę. Wyznaczone szlaki obchodu tej okolicy nie nachodziły na siebie przecież w praktycznie żadnym stopniu. Chodziło o to, by w jak najmniejszej obstawie móc sprawdzić jak największą powierzchnię w Obozie Bractwa i wokół niego, nie o to, by nawiązywać kontakty z pozostałymi nieszczęśnikami oddelegowanymi do tego zadania. Chcąc czy nie, Atwell była zdana praktycznie tylko na samą siebie.
Może to zresztą i lepiej? Nawet czując rwący ból na twarzy i gęstą wilgoć spływającą po policzku, wciągając w nozdrza charakterystyczny, metaliczny zapach krwi czy smakując krew w ustach, była wystarczająco zdeterminowana, by podążać za mutantką. Chciała ją dorwać, choć zastrzelenie także wchodziło już w grę. Nie planowała być nadmiernie delikatna wobec osoby, która nie była taka w najmniejszym stopniu w stosunku do niej. Teraz to było oko za oko… Prawie dosłownie, bo choć ptaszysko nie uszkodziło oka Janine, zdecydowanie było tego bliskie. Poza tym… Dostarczenie obiektu badań do D.O.G.S. czy GC - nawet w postaci martwego ciała - brzmiało dobrze. Naprawdę dobrze.
Paradoksalnie, nigdy jakoś specjalnie nie chciała udowadniać szefostwu tego, ile była warta. Może z początku kariery wydawało jej się to trochę kuszące, jednak czas robił swoje. Odkąd zorientowała się, że nikt tak naprawdę nawet nie myślał o tym, aby awansować ją za to wszystko, co zrobiła dla Genetically Clean, nie wysilała się zbyt mocno, żeby wchodzić tym ludziom w tyłki. Robiła swoje, nie chciała przecież stracić pracy, ale zdecydowanie nie miała ochoty poświęcać się dla idei, których przecież nie wyznawała. Zarobki były dobre, obowiązki przyzwoite, nawet jeśli gonitwa po lesie nie należała do najprzyjemniejszych.
Strzelanie do ofiary zdecydowanie działało na jej korzyść, choć wymagało skupienia i zabierało czas, jaki mogłaby poświęcić na przyspieszenie biegu. Ostatecznie, to tej drugiej kobiecie sprawiało jednak większy kłopot, spowalniając ją. Jane dostrzegała te wszystkie uniki, kulenie ramion, wyraźną trudność w trzymaniu dystansu pomiędzy nimi… I chociaż nie czerpała satysfakcji z samego polowania, nie czuła także wyrzutów sumienia spowodowanych tym, iż doprowadzała kogoś do tego stanu. To nigdy nie była i nie miała być równa walka. Zawsze ktoś miał mieć przewagę, nawet niewielką.
Ta zaś niewątpliwie zwiększała się z każdym kolejnym ruchem mutantki, która jednocześnie zaczęła najwyraźniej czegoś szukać. Nawet jeśli miała to być broń… Uwaga kobiety została częściowo przeniesiona na wspomnianą czynność, a to dało Jane mobilizację ku temu, aby wycisnąć z siebie jeszcze więcej. Aż wreszcie całym ciężarem ciała rzuciła się wprost przed siebie - na nieznajomą, przewracając ją wprost na ziemię i wymierzając jej cios pięścią w sam środek prawego policzka…
Oko za oko, twarz za twarz.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-21, 23:03   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


No właśnie, odglosy wystrzałów. To martwiło Fay najbardziej zaraz po blondynce, która starała się ją dopaść. No bo wychodziłoby na to, że jeśli ona tego nie zrobi, to zaraz może się tu pojawić dziesięć innych osób jej podobnych, a wtedy... wolała nawet nie myśleć, co wtedy. Jedno było pewne, do dogs nie miała zamiaru wracać.
Nie oglądała się za siebie. Już teraz była przerażona jak cholera i widok zbliżającej się do niej kobiety wcale nie działałby na korzyść pod tym względem. Wolała skupić się na tym, żeby przebierać nogami i dopaść do samochodu, w którym mogłaby się schronić i uciec. To był cały plan na tą beznadziejną sytuację.
Nie miała pojęcia, kiedy kobiecie udało się ją dogonić. Miała wrażenie, że w bieganiu była calkiem niezła, w końcu gdy bractwo jeszcze istniało, kilka razy w tygodniu robiła sobie poranne treningi, przemierzając kilometry tych lasów, żeby chociaż odrobinę zwiększyć swoją wytrzymałość. Być może ból ją spowalniał, a być może nie chciała popełnić błędu Rickona uciekającego przed Ramsay'em i jednak odrobinę wykorzystać rosnące na ich trasie drzewa.
Lądowanie było twarde, szczególnie gdy miało się na sobie ważący o dziesięć kilo więcej od niej samej balast, trzymający i uniemożliwiający ruchy. Zbyt dobrze pamiętała bliskie spotkanie z mechanicznym pajęczakiem, który przygniótł ją twarzą do ziemi, by teraz dopuścić do takiej samej sytuacji. Odwróciła się, jednak czy dobrze na tym wyszła, gdy niemal od razu poczuła silne uderzenie w twarz? Przegrywała, czuła to razem z oszołomieniem, bólem i posmakiem krwi, który pojawił się jej w ustach pewnie przez to, że z tego wszystkiego przypadkowo przygryzła sobie wargę.
To już przestała być tylko próba ucieczki, a zaczęła być rozpaczliwa walka o uwolnienie się. Po dojściu do siebie, mając zajęte ręce, Fay zaczęła używać nóg, kopiąc prawie na oślep i robiąc wszystko, żeby tylko kobieta ją puściła. Lewą ręką wciąż trzymała saszetkę z pieniędzmi, a prawą... już nie szukała kluczy. Sięgnęła za pasek, gdzie miała wetknięty pistolet i... właściwie jeszcze do końca nie wiedziała, co chciała nim zrobić. Nie podjęła ostatecznej decyzji, ale nie zmieniało to faktu, że nie tracąc czasu wycelowała go w głowę kobiety, po chwili odbezpieczając.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-06-22, 01:10   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


Sięgnięcie po krótkofalówkę i wezwanie wsparcia byłoby dosyć logiczną opcją, jednakże zajęłoby przy tym stanowczo zbyt cennego czasu, przynajmniej jak na standardy Jane. Dlatego też nie pozostało jej nic, jak tylko własnoręcznie zająć się całą sprawą. Zarówno w przenośni, jak i - cóż - naprawdę dosyć dosłownie, ponieważ już wkrótce jedna z jej pięści wylądowała na twarzy przewróconej kobiety, uderzając w policzek mutantki. To był zaś dopiero początek, gdyż Atwell nie miała wątpliwości, co do tego, iż druga kobieta nie podda się bez walki. Ona sama by tego nie zrobiła. Z mocą czy nie.
I faktycznie, zaledwie chwilę później na tej - częściowo mokrej od niedawnego deszczu, częściowo przesuszonej tam, gdzie gałęzie tworzyły zbyt nieprzepuszczalną kopułę - twardej, kamienistej ziemi rozpętało się małe piekiełko. Jane nie miała zamiaru odpuszczać, nawet jeśli szarpanina sprawiała, że rozkrwawiony, rozorany pazurami policzek piekł ją prawie do omdlenia. Duma i zapalczywość nie pozwalały jej tak po prostu odpuścić, zwłaszcza że znajdowała się przecież na górze, a co za tym stoi - to była jej rozgrywka, jej wygrana walka, nie dziewczyny szamoczącej się pod nią.
Przynajmniej tak właśnie sądziła, ale… Czy pewność siebie nie bywała najbardziej zgubną cechą? Czy zbytnia wiara w to, iż miało się wszystko pod kontrolą, nie prowadziła do największych błędów? A nadmierna brawura? Zapewne także przyczyniła się do tego, iż zaledwie chwilę później wszystko dosyć spektakularnie jej się spierdzieliło.
Pistolet, ten pieprzony pistolet, o którym przecież pomyślała, nagle znalazł się tuż przed jej oczami, wycelowany prosto w głowę. Czy tego właśnie chciała? Ryzykować życie dla D.O.G.S., GC czy ich wspólnego burdelu? Stracić je, bo komuś nie chciało się zwiększyć obstawy w Obozie? Nie, bez dwóch zdań - nie. A jednak… Nie odpuściła, wciskając zwiniętą pięść w brzuch blondynki tak, aby ta nie była w stanie zbyt wiele zobaczyć. Dobry blef nie był zły, przecież na tym właśnie po części opierała się ideologia Genetically Clean - loży kłamców, morderców, manipulatorów i szyderców, maniaków…
- Tylko spróbuj… - Wysyczała zdecydowanie zdecydowanym, pewnym tonem głosu, spoglądając dziewczęciu prosto w twarz. - Wtedy żadna z nas stąd nie wyjdzie. Już nikt cię nie ocali. - Martwi są w końcu… Martwi. Nawet dziecko to wiedziało.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-24, 01:07   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wszystko działo się szybko, tak, że zanim Fay zdążyła dostatecznie otrząsnąć się po jednym uderzeniu, tym w twarz, zdążyła otrzymać kilka kolejnych, mniejszych, w różne części ciała. To samo zresztą wychodziło od niej... w pewnym momencie już nawet nie patrzyła gdzie kopie czy próbuje uderzyć. Liczyło się tylko to, żeby kobietą ją puściła, a gdy to nie działało, postanowiła posunąć się o krok dalej, do wyciągnięcia broni. Liczyła, że już samo to zmusi blondynkę do odwrotu, ale niestety, ta wciąż nie dawała za wygraną.
Teraz już leżała nieruchomo, jedynie z wyciągniętą lekko przed siebie bronią. Czuła też, że coś uciska jej boleśnie w brzuch i tylko mogła się domyślać, że to nóż albo pistolet, które tamta miała przy sobie.
Nawet teraz, patrząc w twarz kobiety, ta nie wydawała jej się w żaden sposób znajoma. Ale zresztą co się dziwić, ostatni raz widziała swoją siostrę gdy miała trzynaście lat. Pamięć bywała zawodna, a lata potrafiły zmienić człowieka nie do poznania. Nie mówiąc już o tym, że twarz miała ubrudzoną krwią, co także nieco przeszkadzało w odbiorze całości.
Głosu także nie poznała. Był dla niej kompletnie obcy, w żaden sposób nie przypominający tego cienkiego, dziecięcego. W dodatku przemawiał do niej w sposób, w jaki nigdy nie mówiłaby Sophie. Dlatego Fay nawet nie pomyślała, nawet nie przyszło jej do głowy, żeby utożsamić kobietę przed nią ze swoją siostrą. Liczyło się tylko, żeby się wydostać.
- Jeśli tak stawiasz sprawę... - zaczęła lekko drżącym głosem. Dłoń trzymająca pistolet też była niepewna, trzęsła się, bo ostatecznie... Fay nie chciała tego robić. Nie chciała pociągnąć za spust - Nie wrócę tam - dodała po krótkiej chwili, chyba... chyba podejmując decyzję. Nie mogła dać się złapać, w końcu narażała tym samym Ronniego i Penny. Wiedziała, gdzie są, a te informacje w jakiś sposób dogs mogło spróbować od niej wyciągnąć. Niby zostawiła Hendersonowi notkę, jednak i tak nie chciała ryzykować. A skoro ucieczka i złapanie nie wchodziły w grę to zostawało tylko jedno wyjście. Zresztą... czy jedno odebrane życie robiło jej jakąś wielką różnicę, gdy już i tak była współwinna śmierci tylu osób?
Po prostu w pewnym momencie zamknęła oczy i pociągnęła za spust.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-06-24, 02:17   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


Nawet nie przeszło jej przez myśl, że mogła przecież potencjalnie znać kobietę, z którą przyszło jej teraz walczyć. Nawet z tak bliska, bo przecież przez dłuższą chwilę patrzyły sobie prosto w oczy, nie poznała zupełnie niczego, co mogłoby doprowadzić ją do tej myśli. Obraz młodszej siostry, jaki jeszcze miała w pamięci, malował się zupełnie inaczej. Ten sam kolor tęczówek, jednak inny kształt oczu. Inny nos, odcień włosów, sposób układania ust, bardziej okrągła, dziecięca twarz… Gdyby spojrzała na to wszystko z całkowicie innej perspektywy, być może byłaby w stanie dostrzec, że tak naprawdę nie różniło się to od siebie aż tak bardzo, że po prostu miała przed sobą dorosłą, nie trzynastoletnie dziecko.
A jednak… Nie miała ku temu okazji. Takie a nie inne okoliczności wymusiły na niej szybkie, bezlitosne działanie. Albo ona, albo mutantka pod nią. Nie była altruistką ani tym bardziej bojowniczką o prawa osób takich jak - o ironio - ona sama. Mając na szali własne życie albo życie kogoś, kto w praktyce zupełnie nic dla niej nie znaczył i dodatkowo odpowiedział atakiem na atak…
To był nadzwyczaj prosty wybór. Być może nawet trochę za łatwy, pozbawiony pewnej części ludzkich odruchów, ale nie zamierzała się przed kimkolwiek tłumaczyć. Nie urodziła się taka, to koleje losu wymusiły na niej dostosowanie się do coraz bardziej brutalnego otoczenia. Walcz albo giń. Taka była rzeczywistość, nawet jeśli czasami dało się uniknąć bezpośredniego starcia.
Ból twarzy? Wyrwane włosy? Obicia? Uderzenia i powoli tworzące się siniaki? Otarcia od szorowania ciałem po ziemi, gdy przeciwniczka na chwilę przejęła kontrolę nad sytuacją? Guzy, zadrapania, ślady po wbijanych paznokciach? Czerwone smugi? Pistolet wycelowany prosto w jej głowę? Nic z tego nie było nowością. Choć nigdy wcześniej Jane nie zaatakowało dzikie ptaszysko, krew nie po raz pierwszy zalewała jej oczy.
Bo takie właśnie było teraz życie… Nie poukładane, bezpieczne, pełne szczęścia i ciepła. Srogie, ale warte zaangażowania. Choćby nawet w to, co się robiło. Na koniec dnia… Przynajmniej z jednej rzeczy mogła czerpać jakąś satysfakcję, nawet jeśli na pozostałych gruntach nie było śpiewająco.
Słysząc odpowiedź, nie skupiała się zbyt mocno na słowach. Te nie miały aż takiego znaczenia wobec tego, co robiła kobieta. A pistolet wycelowany wprost w głowę Atwell, cóż, robił pewną różnicę i miał pewne znaczenie. Jeśli Janine wiedziała jedno, to to, by nie dyskutować z pojmanymi mutantami. To w końcu nigdy nie przynosiło pożądanego efektu. Zawsze ostatecznie ci próbowali się wymknąć, przyzywali wsparcie albo robili coś równie opłakanego w skutkach.
Tyle razy próbowano ją zabić… Miała dwadzieścia osiem lat, liczba prób doprowadzenia Jane do śmierci była prawdopodobnie większa niż trzykrotność jej wieku. A jednak wciąż tu była. Najwyraźniej częściowo dzięki własnemu wyczuciu, bowiem w chwili, w której druga mutantka pociągnęła za spust, Janine instynktownie uchyliła się w dół, jednocześnie pociągając za niedostrzegalne więzi. Nie planowała korzystać z mocy, gdy nie było to konieczne, jednakże teraz sytuacja diametralnie się zmieniła. A Jane bez wahania wyrzuciła właścicielkę ciała na tylne siedzenie, przejmując kontrolę i mierząc się z pierwszą falą uderzających w nią przypadkowych wspomnień... Tych z jakiegoś powodu ważnych dla nieznajomej.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-24, 22:42   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Zamknęła oczy, żeby nie widzieć tego, co właśnie miała zamiar zrobić. Nie chciała, była na to za słaba. Pociągnęła za spust, żeby strzelić w głowę, żeby zabić, chociaż w żaden sposób nie była gotowa na to działanie. Psychicznie gotowa, bo pociągnięcie za spust nie było aż tak wielkim problemem. Tylko co potem? Martwe ciało kobiety opadnie na nią, z jej głowy krew zacznie lać się strumieniem, a Fay... może będzie lepiej, gdy w tym samym momencie także zarobi kulkę? Mimo, że chciała wrócić i to bardzo. Do Penny, do której tak bardzo się przywiązała... Do Ronniego.
Nic więc chyba dziwnego, że to te dwie twarze pojawiły się zaraz po tym, jak odpłynęła, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Nie miała pojęcia, co się dzieje, po prostu przed jej oczami zaczęły pojawiać się różne obrazy, sceny z jej życia, wspomnienia... kilka dotyczyło pewnie obozu i ludzi z nim związanych, jednak większość sięgnęła dalej.
Niektóre migawki może i były... nic nie znaczące, błahe. Bo pewnie nikt, kto by to oglądał, nie uznałby za ważny widok biegającego po łóżku chomika. Jednak dla Fay, której wtedy po raz pierwszy udało się wytworzyć stabilne połączenie i stracić podczas niego przytomności było czymś przełomowym.
Dalej pojawiały się już tylko urywki, pojedyncze sceny. Ból terapii, gdy pewnej nocy obudziła się okropnie wysoką gorączką i w dziwny sposób mrowiącą ręką, nauka jazdy samochodem, któreś urodziny, które wyjątkowo dobrze zapamiętała, ze względu na to jak wspaniały prezent na nie dostała. Rodzice kupili jej wtedy rower. Duży, w pastelowych kolorach, bez bocznych kółek... potem na tym samym rowerze ścigała się z Sophie, dając z siebie jak najwięcej potrafiła. W pewnym momencie z podjazdu od jednego z ich sąsiadów na ich drogę stoczyła się piłka i Fay, chcąc ją ominąć, skręciła kierownicę, tym samym zajeżdżając drogę siostrze. Obie straciły panowanie nad pojazdami i obie skończyły na trawniku, zaplątane w koła i szprychy. Sophie wtedy pierwszy raz w życiu złamała sobie rękę, Fay rozcięła podbródek i straciła dwa mleczaki. Ich matka była bliska zawału, gdy zobaczyła je obie w tym stanie.
W pewnej chwili wszystko po prostu się skończyło. Na nowo zapanowała ciemność i dopiero, gdy powoli zamrugała oczami była w stanie dojrzeć malujący się nad jej głową las.
Czuła się, jakby była na kacu. Lekko oszołomiona, z dziwnym kręceniem w głowie. Jakby obudziła się z jakiegoś długiego snu, którego nawet nie potrafiła przywołać w pamięci. Dopiero dwie czy trzy sekundy później dotarło do niej, co się działo, gdzie była i... panika pojawiła się na nowo. I strach. I próby wydostania się spod leżącej na niej kobiety.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-06-25, 03:45   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


Jeśli była w stanie powiedzieć coś z całkowitą szczerością, to to, że naprawdę nie lubiła tego pierwszego momentu. Tych paru chwil - w czasie realnym porównywalnych do dosłownego mrugnięcia okiem, jednak jej samej zdających się prawdziwą wiecznością - zaraz po pierwszym nawiązaniu połączenia z daną osobą albo raczej… Cóż, po wtargnięciu do ciała. Wiedziała, że to jej pomagało, że dzięki temu mogła tak naprawdę wykorzystać swoją moc, jednakże to niczego nie ułatwiało. Zwłaszcza wtedy, gdy nie chciała pomóc swojej ofierze, gdy nie planowała wyłącznie jej wykorzystać, a chciała skrzywdzić, zranić, zwieść na śmierć.
Pomimo swojej ogólnej postawy, nie była przecież całkowicie nieludzka. Miała uczucia, nawet jeśli przez większość czasu starała się jak najgłębiej je ukrywać. Zmagając się z tym, co dochodziło do niej od strony ludzi, nad którymi przejmowała kontrolę, nie zyskiwała wyłącznie pozytywów w postaci ich umiejętności, sposobu zachowania, charakterystycznych gestów i tików, lecz także to, co czasem autentycznie ją raniło. Ich radości, smutki, doświadczenia…
Na początku było znacznie trudniej, ale obecnie także niewiele się zmieniło. Po prostu w większym stopniu starała się nie dopuszczać tego aż tak głęboko do własnego umysłu. W końcu wszystkie te obrazy i tak miały wyparować z chwilą, w której opuści przejęte ciało. Miała pamiętać wyłącznie te najważniejsze rzeczy, ale nie szczegóły. Nie sposób, w jaki ktoś patrzył na swoje dziecko, nie intensywność uczucia do partnera, nie palący smutek po stracie kogoś bliskiego. Wyłącznie czyste informacje. Póki jednak wykorzystywała moc, póty czuła to wszystko. Nawet jeśli próbowała się odciąć.
Zazwyczaj miała więcej czasu, by się na to jakoś przygotować. Na pierwszą, najgorszą falę, po której przychodziła większa stabilność, po której mogła robić swoje, kontrolując członki, w pewnym sensie na chwilę stając się tym kimś. Teraz? Zrobiła to instynktownie, chcąc ratować własną skórę i nawiązując dosyć kruche, niestabilne połączenie, przez co poczuła się jeszcze gorzej - zupełnie tak, jakby te wszystkie obrazy walnęły ją jak obuchem w głowę. Nim jeszcze zdołała otrząsnąć się po jednym, nadchodziło kolejne… I kolejne… I jeszcze następne…
I to był ten moment, w którym słaby, ulotny wpływ mocy całkowicie zniknął, sprawiając, że Jane - otwierając już własne oczy - dosłownie odchyliła się w tył, czując, jak żołądek zaczyna podchodzić jej do gardła. Jednocześnie rozumiała wszystko i nic, i tak naprawdę nie chciała musieć tego wszystkiego teraz weryfikować, przyswajać, radzić sobie z tym. To nie był dobry moment, nawet jeśli tak naprawdę żadna chwila nie miała być idealna.
Dopiero szamocząca się pod nią kobieta sprawiła, iż Jane odzyskała głowę, insynktownie znowu pociągając za sznurki, tym razem nie musząc już mierzyć się z falą obrazów i nie próbując ich w żaden sposób poszukiwać. Nie zastanawiając się wiele, zrzuciła z siebie - a może raczej z Fay; z siebie-Fay - własne ciało, już dosyć proste do przesunięcia. Pozostawiając pistolet na ziemi, zgarnęła kluczyki do auta, odpalając niedaleko stojący samochód i po prostu ruszając… Oczekując, aż połączenie między nimi osiągnie granicę i zostanie zerwane. Miała tylko nadzieję, że nagłe wybudzenie się kierowcy nie poskutkuje uderzeniem w któreś z drzew. Tego nie mogła już jednak kontrolować...
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5