Poprzedni temat «» Następny temat
Ławki nad jeziorem
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-17, 18:19   Ławki nad jeziorem


[Profil]
 
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2017-12-11, 21:17   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


#1

Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość?
Były takie chwile, kiedy jak każdy inny człowiek rozróżniała granicę pomiędzy tym co było, tym co jest, a tym co dopiero będzie. Jednakże czasem ta granica niebezpiecznie się zacierała i sama gubiła się w czasoprzestrzeni. Ona, drobna i niezbyt silna osóbka wrzucona w ocean przyszłych, przeszłych i teraźniejszych zdarzeń. Aby oczyścić umysł często przychodziła nad jezioro. Szczególnie teraz przesiadywała tutaj bardzo często. Śmierć po raz kolejny postanowiła zapukać do jej drzwi, zabierając kolejną osobę, na której jej zależało. Yvonne Marie była dla niej niczym matka, której nigdy nie miała. I to nie taka, która umiera zanim zdąży wziąć cię na ręce albo taka, która chce cię zabić kiedy tylko dowie się o twojej wyjątkowości. To właśnie jej zwierzała się za każdym razem gdy na początku pobytu w obozie, nocami snuła się wypłakując oczy. A teraz jej nie było. I chyba tak jak wszystkim jej brakowała. Również w jej głowie rodziły się różne pytania i wątpliwości. Martwiła się o Colleen. Sally wierzyła w nią całym sercem, jednakże wiedziała doskonale na czym polega ból po utracie ukochanego rodzica, który dzień w dzień stawał się tarczą między tobą, a światem. Może powinna zrezygnować na czas żałoby z roli przywódcy? Z własnego doświadczenia wiedziała, że odseparowanie uczuć nie było łatwą sprawą.
Dlatego siedziała tutaj, podwinęła kolana pod samą brodę, którą zresztą na nich oparła. Objęła nogi rękoma i wpatrywała się w dal. Nawet nie zorientowała się, że gdzieś na horyzoncie majaczyła postać jedynej i niepowtarzalnej Alby!
[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-11, 22:04   
   Multikonta: Lidia Foney


#2 (po wątku w hotelowej restauracji)

Kiedy w tak chłodny dzień, osłaniasz oczy przed słońcem, budzi się w tobie wiara, że oto nadszedł dzień, w którym wszelkie mrozy tego świata rozpłyną się. Zimno wciąż będzie barwić policzki na czerwono, usta dalej odkrywać będą tajemnice białych obłoków, a ty wysuniesz się ze swojego ciepłego domku i dotkniesz uśpionej natury. Taką zimę malowała sobie Alba w najbardziej ośnieżonych marzeniach. Do pełni szczęścia potrzebowała właśnie zatopić się w słońcu i poczuć światło. Światło tak drogocenne zwłaszcza teraz, kiedy nie zdążyło jeszcze się obudzić, a już musiało usnąć, by ustąpić nocy.
Wysunęła się ze swojego domku zaopatrzona w ciepłe, szczelne okrycie. Grube puchate rękawiczki, kaptur i buty, w których można przedzierać się przez śnieżne tunele. Często spacerowała. Bractwo Mutantów nie było wczasami ku poukładania wzburzonych w chaosie zła nerwów. Tutaj działo się wiele. Kiedy do wyjścia odprowadzało się przyjaciół, nigdy nie można było być pewnym, czy jeszcze kiedyś dane będzie nam zamknąć w swoich ramionach. Tu wszyscy wokół przeżywali próbę, odkrywali swoje niezwykłe możliwości i trenowali wewnętrzną siłę, dzięki której być może przetrwają. Alba nie była wyjątkowa. Przeżywała dramaty, pomagała innym przedrzeć się przez własne lęki i niejednokrotnie sama drżała w strachu o jutro. Spacery, konie, poezja – każdy tutaj odnajdywał swoje własne źródła spokoju.
Niepotrzebny jest jednak spokój, niepotrzebna samotność, kiedy spotykamy przyjaciela. Gnamy wtedy przed siebie – jak właśnie teraz gnała Alba, łamiąc pod stopami gałązki. Zarumieniona buzia blondynki rozpromieniała. Wskoczyła na ławkę i usidła naprzeciwko Sally. Nakryła swoimi dłońmi jej łapki i odciągnęła je lekko od kolan. Szukała spojrzenia, które potwierdziłoby, że ta zamknięta poza to rzeczywiście zły znak. Nie chciała jednak rozgrzebywać teraz jej niepokoju. Nie była pewna, czy przyjaciółka będzie miała na to ochotę.
- Sally Halloway, las szepcze, że twoje serce zabiło ostatnio mocniej… - zaczęła dość przejęta, chcąc wzbudzić w niej ciekawość. I, oczywiście, zaspokoić swoją własną.
Na pewno wiedziała, o czy mowa.
Czasami słońce nie chciało, aby wiatr przesuwał chmury i odsłaniał ich promienie.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2017-12-11, 23:16   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Sally najwyraźniej nie przeszkadzał chłód szczypiący ją uparcie w policzki, jakby chciał zwrócić na siebie jej uwagę. A ona uparcie siedziała na drewnianej ławce odmrażając sobie tyłek. Jakoś nie mogła znaleźć innego miejsca, aby oczyścić myśli i zebrać wszystko do kupy, mówiąc poetycko. Po prostu tęskniła. Po prostu, po ludzku tęskniła za przeszłością, której ślady nosiła przy sobie cały czas. Nie rozstawała się z wisiorkiem, który dostała od taty i zawsze miała przy sobie wspólne zdjęcie przed domem. Tęskniła za tym jak przytulał ją na dobranoc. Tęskniła za Alex. Jednak wylizała stare rany, które już prawie wcale nie bolały. A to wszystko dzięki przyjaciołom, których spotkała na swojej drodze. Szczególnie tutaj, w Bractwie. Pokazali jej, że można podnieść się z kolan. I znowu mogła się uśmiechać, nawet jeżeli nocą wypłakiwała oczy. Czy to ważne? Każdy ma chwile słabości.
W planach miała samotność, spokój. To nie znaczy, że kiedy w końcu poczuła dłonie Alby na swoich i zdała sobie sprawę z jej obecności to się jakoś oburzyła. Wręcz przeciwnie, na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech, bo nie spodziewała się jej tutaj dzisiaj spotkać. Blondynka zawsze wywoływała uśmiech na twarzy Halloway. Chyba każdy ma taką osobą na widok, której życie staje się piękniejsze! Bez dwóch zdań mogła nazwać Albę swoim prywatnym słoneczkiem! W każdym razie spojrzała na Albę nieco zdezorientowana. Tym bardziej po jej następnych słowach. Na wszystkie świętości mogła przysiąc, że nie wiedziała o co jej chodzi. Sally nie była raczej osoba na tyle otwartą, aby wdawać się w romanse. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. W rzeczywistości zbyt wiele w swoim życiu straciła, aby po raz kolejny oddawać kawałek swojego serca kolejnej osobie, aby ta została jej zabrana nim zdążył mrugnąć. Zmarszczyła brwi w geście dezorientacji, która dosyć wyraźnie była wymalowana na jej twarzy. - Las? Szepcze? Ale, że co? - wyrzuciła z siebie. Naprawdę była zaintrygowana tym co powiedziała jej przyjaciółka. - Alba? - ponagliła dziewczynę, unosząc jedną brew w pytającym geście. - Wiesz, że cię kocham, ale powiedz mi o co chodzi? - dodała.
[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-12, 00:07   
   Multikonta: Lidia Foney


W takim razie były dwoma promyczkami. W swoim towarzystwie iskrzyły się, jedna wypełniała dobrą energią drugą. Tak właśnie trwały w symbiozie. Może dlatego, że sporo ich łączyło? Wcale nie były tak silne i odporne, jak tego od siebie oczekiwały. Albie zdawało się, że Sally tak dobrze ją rozumie, czuje, co się w niej dzieje i to bez kontrolowania myśli, fizjologii czy tych przejmujących emocji. Świat był przeciwko ludziom takim jak one. Świat ich ludźmi już nie nazywał. Grupki mutantów musiały się więc chronić i trwać razem. Za wszelką cenę.
Jednak ci mutanci. Te wybryki natury, nieludzie, złodzieje, mordercy i szatańskie kreatury – bo tym teraz dla większości byli – to jednak wciąż ludzie. Ludzka natura wcale nie znikła, kiedy pojawiała się jakaś niezwykłość w genach. A może dopiero wtedy właśnie się objawiała? Tak czy inaczej, plotka to rzecz tak naturalna jak słodkość dżemu truskawkowego. Mutanci czy nie – wszyscy pozostają ciekawscy. Alba święta też nie była. Kiedy tylko dowiadywała się, że nad którąś z bliskiej jej osób fruwają takie urocze serduszka, natychmiast chciała znać szczegóły. Potrzebowała czuć wokół szczęście swoich przyjaciół. Jeśli zatem pogłoski były prawdą, to być może kochana Sally czuła w sercu to cieplutkie łaskotanie. Jednak coś jej mówiło, że nic tam nie łaskotało lub, ewentualnie, coś z tym łaskotaniem było nie tak. Wyglądała na smutną. Gdzie te rozkoszne ogniki przepowiadające wielką ekscytację? Sally Halloway była przygaszona, ale mimo to Albie najwyraźniej udało się ją zaintrygować. Ucieszyła się jej reakcją. Tylko czy naprawdę Sally była taka niedomyślna?
- Podglądają ciebie i Ronniego – wyjaśniła, wciąż właściwie niczego nie wyjaśniając. - Ktoś stwierdził, że on za tobą wodzi oczami – mówiła dalej, pocierając jednocześnie jej zimne dłonie. - A te oczy podobno są pełne tęsknoty. - No dobra, to ostatnie to już sama dopowiedziała, ale czy nie na tym polega plotka? Zresztą po samym tonie głosy Sally mogła się tego domyślić. - Wiesz, odwzajemniam twoją miłość, Sally, ale jestem zobowiązana wybadać konkurencję – powiedziała całkiem poważnie.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2017-12-12, 00:48   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Podobno każdy ma gdzieś tam swoją bratnią duszę. Prawdopodobnie tak było z Albą i Sally. Znalazły się gdzieś na tym wielkim, okrutnym świecie, gdzie za każdym rogiem czyhało na nich niebezpieczeństwo. Nie tak silne jakby tego chciały, nie tak silne jak powinny. Ale jednak nadal żyły. Mogły cieszyć się każdym oddechem, każdym odbieranym bodźcem bo żyły. Tak po ludzku. Chociaż Sally czasem zastanawiała się czy miała jeszcze prawo nazywać się człowiekiem. Owszem, wierzyła w ideę koegzystencji ludzi i mutantów, ale wiele razy nawiedzało ją pełne obrzydzenia spojrzenie macochy, które z upływem czasu wcale nie traciło koloru. Cały czas tak samo wyraźne.
A mimo to wszystko co odczuwała było tak bardzo ludzkie. Niczym nie różniło się od tego co przeżywali inni. Z takim samym podekscytowaniem czekała na przyjście świętego Mikołaja. Jej łzy były tak samo gorzkie, kiedy tato zabronił jej zjedzenia ulubionej czekolady przed obiadem. Te same motylki latały w jej brzuchu, kiedy korytarzem tuż obok niej przechodził kapitan szkolnej drużyny koszykarskiej, czyli największe ciacho w szkole. I czuła ten sam strach. Za każdym razem kiedy zamykała oczy. No bo skoro zabrali im Yvonne, to czy ona mogła czuć się bezpieczna? A najgorsze jest to, że czuła się taka bezradna. Teraz jednak dominowała ciekawość. Naprawdę, w kim też według ogółu ich małego społeczeństwa mogła zakochać się Salome Halloway? Naprawdę nie wpadłaby na Ronniego. Uniosła brwi wyglądała jakby krztusiła się własnym śmiechem.
- Że niby ja? I Ronnie? Że my? -naprawdę wydawała się być rozbawiona tym faktem. Jasne, żywiła dosyć silne uczucia do Hendersona. Przede wszystkim była mu ogromnie wdzięczna. Przecież gdyby nie on już dawno wylądowałaby w ośrodku jako obiekt badań, ale on postanowił wziąć pod swoje skrzydła młodszą siostrę ukochanej i doprowadził ją tutaj, do bezpiecznej przystani dla mutantów. - Wodzi, bo chyba cierpi na syndrom nadopiekuńczego samca alfa - stwierdziła, patrząc uważnie na Al całkowicie wyrwana ze swojego melancholijnego nastroju. - Tęsknota, co? Sama to wymyśliłaś, czy tylko zasłyszałaś od tajemniczego źródła? - mruknęła, kręcąc głową. Nawet jeżeli tęsknota znajdowała się w spojrzeniu Hendersona to zapewne nie tęsknota za Sally, a za jej starszą siostrą, Alex, z którą kiedyś był związany. - Obiecuję ci Albie, że jeżeli jakiś przedstawiciel płci męskiej będzie chciał zabrać kawałek mojej miłości do ciebie to z pewnością cię o tym poinformuję - zapewniła i mocniej ścisnęła dłoń, którą trzymała Alba.
[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-12, 19:39   
   Multikonta: Lidia Foney


Kiedy zewsząd napływała nienawiść ku naszej odmienności, każda drobnostka, każdy mały, pozytywny promyk stawał się ogniskiem radości. Niewiele jednak było powodów do szczęścia. Zwłaszcza teraz, kiedy nie było już wielkiej mentorki i przywódczyni – musieli wzajemnie wydobywać z siebie pokłady sił, wciąż podsycać nadzieje i trzymać się razem. Jak nigdy wcześniej. Alba nie chciała nawet myśleć o tym, co będzie, kiedy rząd odkryje ich kryjówkę. Dobrze wiedziała, że w końcu ktoś popełni błąd, rozproszy się i doprowadzi tutaj wroga. Oby byli na to przygotowani.
To jednak nie pora, by snuć wizję krwi i smutku. Nie teraz, kiedy ta śliczna buźka zerkała na nią taka rozbawiona. Naprawdę się dziwiła? Nawet Alba zauważyła, że często rozmawiają. Niby nie było w tym nic podejrzanego, bo przecież członkowie Bractwa byli solidarni i tworzyli rodzinę. Słyszała historię o tym, jak Sally została sprowadzona tutaj przez Ronniego. Ją przecież też właśnie on tutaj przyprowadził. Ją, jak i wielu innych mutantów, których traktuje jak swoich braci i siostry. Może wcale nie było żadnych motylków ani serduszek, ale trochę pofantazjować przecież mogły. Szczypta irytujących ploteczek przyjemnie ogrzeje przyjaciółkę.
- Tak, właśnie tak. Henderson tak ładnie się tobą opiekuje. - Bo i była to prawda. Dobry obserwator mógłby dostrzec, że rzeczywiście był bardzo troskliwy wobec niej. Owszem, o innych też dbał, ale… A może tylko jej się to wszystko wydawało w obliczu takiej wizji? - Każdy samiec potrzebuje… - Jakoś słowo samica w kontekście partnerki nie chciało jej przejść przez usta, choć pasowałoby wprost idealnie. Albie kojarzyło się jednak zbyt zwierzęco, by powiedzieć je w kontekście Sally. - Ukochanej kobiety, przy której mógłby trwać, kiedy nie podobijałby wściekłego świata naszych zwolenników.
Od Ronniego biła siła. Przy nim Alba przestawała się bać. Dobrze pamiętała, jak sprowadził ją do Bractwa. Chyba rzeczywiście nigdy nie widziała go z żadną potencjalną partnerką. Może był jednym z tych mężczyzn, którzy nie potrzebowali kochać? W sumie, mimo wielu długich przegadanych godzin, tak naprawdę nie wiedziała o nim zbyt wiele.
- Więc on w ogóle ci się nie podoba, Sally? - zapytała tak od niechcenia, zerkając niewinnie w bok. - Wiesz, jako mężczyzna. - Tak, bo rzeczywiście przyjaciółka nie załapie, o co jej chodziło.
Zupełnie dobrze się czuła, pozwalając sobie od czasu do czasu na kilka głupiutkich rozmów w babskim klimacie. To między innymi one przypominały jej i Sally o tym, że nie są żadnymi robotami, że nie muszą ciągle walczyć. Że mają serca i zupełnie ludzkie odruchy.
Niech ognisko nigdy nie zgaśnie, bo wtedy mogliby utracić swoją największą siłę.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Sally Halloway



I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had

wizje astralne

50%

powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie





name:

Sally Halloway

alias:
vision

age:
25

Wysłany: 2017-12-23, 11:18   
  

   Wygrała, bo Ronnie nie patrzył


Sally poniekąd czuła się odpowiedzialna za przyszłość Bractwa. Chyba jako jedyna mogła przewidzieć to co stanie się w przyszłości. Na jej nieszczęście moc zachowywała się naprawdę bardzo kapryśnie i nie pojawiała się kiedy Sally jej potrzebowała, tylko gdy moc miała na to ochotę. Było to frustrujące. Ciągle bała się tego, że wizja nie pojawi się przed czymś bardzo ważnym. A przecież w przypadku realnego starcia Sally nie miała wiele do zaoferowania. Oprócz ewentualnego omdlenia w ferworze walki. Do dzisiaj nie może pogodzić się z tym, że nie przewidziała tego jakie niebezpieczeństwo spadnie na Yvonne. Dlatego naprawdę bardzo ciężko pracowała, trenując swoje umiejętności. Co do niej i Ronniego to prawda była taka, że sprowadziła ich Nancy, z którą przez długi czas okupowali "nawiedzoną elektrownię" i to Sally namówiła Ronalda do dołączenia do Bractwa. Wydawało jej się, że tam może zaznać chociaż odrobinę spokoju i stabilizacji. A mimo to kurczowo trzymała się obecności Hendersona od czterech lat. Jakby ciągle się czegoś bała. Prawda też była taka, że był jej najbliższą osobą. Halloway mimo szerokiego uśmiechu była osobą bardzo smutną w środku. Przeżywała śmierć ojca, nie mogła nawet odwiedzić jego grobu. Ciągle martwiła się o Alex. Nadzieja, którą miała w sercu na jej ocalenie zgasła już dobry czas temu i w myślach pochowała również siostrę.
Sama myśl, którą przedstawiała jej Alba wydawała się być absurdalna. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Może Sally cały czas na uwadze miała to co łączyło go kiedyś z jej siostrą? W zasadzie ciągle widziała ich obrazek przed oczami. Alex była wtedy taka szczęśliwa... - To chyba bardziej skomplikowane, Al - wbrew pozorom nie miał być to wcale taki lekki temat, jak mogło się na początku wydawać. Mimo wszystko, zmuszało ją to do rozgrzebywania dosyć bolesnej przeszłości. - I jestem pewna, że kiedyś jakąś znajdzie - rzuciła, uśmiechając się już szerzej. Naprawdę życzyła mu wszystkiego co najlepsze. Chyba jednocześnie bała się tego, że kiedy znajdzie się jakaś nowa, tajemnicza panna, która zawładnie jego sercem, to ona pójdzie w odstawkę. Bała się straty ostatniej osoby, przy której czuła się tak pewnie i bezpiecznie. Poza tym nie chciała też, aby znowu cierpiał. Na jej pytanie wzruszyła ramionami. - Uważam go za przystojnego faceta, ale co to ma do tego? - zapytała, szczerząc zęby. Nie miała zamiaru sprzedać jej żadnych sercowych rewelacji, bo prawda była taka, że ona ich nie miała. Może Delgado lepiej odczyta jej uczucia do Ronniego. - Dobra, blondie! Co tam jeszcze ptaszki ci ćwierkały? - zagadnęła, unosząc jedną brew ku górze, chcąc troszeczkę zmienić temat. Jednak nie sądziła, żeby Alba dała się zwieść.
[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-26, 00:20   
   Multikonta: Lidia Foney


Smutek jest jak siniak. Możemy go zignorować, zapuderować i przykleić rozkoszny uśmiech, bo przecież niczego nie widać, a więc nic nie ma, prawda? Możemy żyć z tym siniakiem i nie przyciągać zaciekawionych spojrzeń. Do czasu aż go nie dotkniemy. Dotyk ujawnia ból, a ból zmaże każdą maskę. Tak to działało w świecie i wszystko funkcjonowałoby dalej w taki sposób, gdyby nie gen X. Przekleństwo i dar.
Dla Alby ludzie wbrew swej woli pozdejmowali maski. Odczuwała ich prawdziwe twarze, choć wcale nie pragnęła tego. Jednak takie było jej przeznaczenie. Kiedy wszyscy pozostawali nadzy, kiedy każda próba ukrycia się była nieudana okazywało się, że nie istnieją dusze pozbawione siniaków. Teraz Alba już to wiedziała.
Sally to smutne stworzenie. Delgado wcale nie musiała grzebać w jej uczuciach, aby dojść do takich wniosków. No dobra, coś tam wyczuwała, ale w większości przypadków to była kwestia jej nieumiejętności blokowania tych najsilniejszych emocji. Czy ktokolwiek, kto poznałby jak naprawdę wygląda taka moc, chciałby ją na okrągło wykorzystywać? Bardzo wątpiła.
Wierzyła, że kilka niewinnych, słodkich fantazji i wizji miłosnych aniołków odgoni mgłę i zarumieni troszkę policzki Sally. Wokół nich było tak wiele zła, niepewności i tęsknoty – potrzebowały się odciąć i najzwyczajniej w świecie się pośmiać. Śmiech był taki ludzki, prosty i często najbardziej pierwotny, a jednak leczył.
- Proszę, nie mów mi, że nie chciałabyś kochać – zaczęła, wzdychając lekko. Opuściła głowę. Ostatnio słuchała tylko o tym, jakie to jest niepoprawne i w ogóle takie beee. Pojmowała ciężar, ból i ryzyko, jakim była miłość, ale jednocześnie czuła chęć jej odczuwania. Jak smakuje to zaintrygowanie? Jak pachnie ta niecierpliwa tęsknota? Jakiś czas temu podzieliła swoje życie na dwa etapy. Przed i po. Przed to stan zero – żadnych emocji, tylko milion pytań, które nie zostaną nigdy wypowiedziane. Tak przynajmniej jej się wydawało. Po – to teraz, kiedy trzymała dłoń Sally i oddawała jej część siebie. Swoje oddanie i nadzieję.
- Może odnajdzie ją właśnie w tobie, pięknej i mądrej Sally Halloway – stwierdziła z uśmiechem, a gdzieś tam przemknął jej obraz zakochanej przyjaciółki. Albo raczej jej odczuć. - A jeśli nie… To, wiesz, zawsze mamy siebie. I myślę, że i bez facetów podbijemy świat. W końcu nie może wiecznie chodzić tylko o nich…
Tak, właśnie to jej ptaszki ćwierkały.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-04-15, 18:00   

// 28.02.2018

Irmina Dymitrov:
W całym bractwie wrzało - mieliśmy pełne ręce roboty, zmagaliśmy się z żałobą, brakiem leków i kończącymi się zapasami. Wylizywaliśmy rany, których tak wiele nabawiliśmy się przed kilkoma dniami. Bolało mnie to niesamowicie. Nasze życie nigdy nie było proste, jednak od początku tego roku składało się wyłącznie w pasmo nieszczęść.
Najgorzej w tym wszystkim znosiłam fakt, że i ja nie mogłam nic na to poradzić. Nie potrafiłam walczyć, byłam zbyt słaba, nie wychyliłam nosa poza bractwo od lat. To właśnie dlatego wybrałam to miejsce na spotkanie z Ricky i jej przyjacielem. Wiedziałam już, że i Aaron miał z nim do czynienia, i czułam, że nasz nowy kolega wcale nie przypadł mu do gustu. Całe szczęście, nie miały na mnie wpływu opinie innych osób - sama potrafiłam wyczuć, co kieruje duszą i sercem każdej napotkanej przeze mnie osoby...
Właśnie dlatego Colleen mi ufała i właśnie dlatego to na mnie przekazała brzemię akceptowania nowych braci, odkąd Nancy nas zdradziła.

Siedziałam więc, na jednej z ławeczek, opatulona w stary, flauszowy płaszcz. Liczyłam, że Roseberry ze swoją nową partią się nie spóźni, bo wciąć miałam wiele obowiązków do wykonania przy naszej dowódczyni. Tym bardziej, że ostatnio po obozie krążyły słuchy o dość dużej i nieplanowanej akcji. Musiałam więc to osobiście sprawdzić...
[Profil]
 
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

85%

wolontariusz w Bractwie





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-04-16, 09:53   
   Multikonta: Conor
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wiedziałam, że tak to będzie wyglądało, ale w głębi duszy miałam nadzieję że nie pomyliłam się co do Andiego. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Przez ostatnie dni mogłam mieć dość zamroczone oczy, ale coś mi podpowiadało że nawet jeśli ona go nie zaakceptuje, to pomogę mu odnaleźć rodzeństwo. Bo przecież wpaść na ten trop jego siostry nie było tak trudno jakby mogło się wydawać. Jak zawsze wolałam pomagać innym niż sobie, ale tak ma chyba każdy.
Dzisiaj to właśnie dzisiaj byliśmy umówieni z Dimitrov. Ciarki mnie przechodziły na samą myśl spotkania z nią. Nie to że jej nie lubiłam, ale zawsze czułam do niej respekt i wolałam trzymać się od niej z daleko. Nie mówiłam Andiemu o niej, powiedziałam mu jedynie że musimy się spotkać z jedną osobą w sprawie dołączenia do bractwa. Nie chciałam go nastawiać na cokolwiek. Powinien stawiać na improwizacje niż próbować nas oszukać. Zwłaszcza że Irmina wyczuje jego intencje gdy tylko będzie ego chciała. Westchnęłam sama do siebie ostatni raz czując się spokojnie. Moje ciało zareagowało dość gwałtownie, gdy spojrzałam na ławeczkę. Siedziała tam i czekała widocznie na nas. Zerknęłam na zegarek. Byłam akurat na czas. Zerknęłam na mojego towarzysza i uśmiechnęłam się słabo.
- Chodź. - powiedziałam i skierowałam się w stronę kobiety. Stanęłam w pewnej odległości od niej i spojrzałam na jej twarz. Skinęłam jej lekko głową.
- Irmina. To jest Andy. - przedstawiłam ich sobie i w ciszy czekałam na reakcję którejś z tej dwójki. Nie chciałam być nie miła czy coś w ten deseń po prostu ja byłam tu tylko po to by ani jej ani jemu nie stała się krzywda. Przynajmniej w tym momencie musiałam być skupiona na nich. Gdyby Andy coś odwalił musiałabym się ja grubo tłumaczyć dlatego też stanęłam odrobinkę bardziej po stronie kobiety żeby w razie czego nałożyć na nią tarczę.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
    [A-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Nefryt

57%

Rebel





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-04-16, 21:00   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Ehh.. Kolejny dzień dniem straconym. Ale czy na pewno? Cóż.. Dzisiaj mógłby być jeden z tych dni, w których można by rzec, że czuję, że żyję. Mimo tego, czułem się jakoś nieswojo. Miałem wrażenie, jakbym nagle - z buta - próbował dostać się w szeregi czegoś, co pozornie mogłoby się wydawać niedostępne dla większości istnień. Tutaj byłem niezmiernie wdzięczny Ricky za to, że zdołała zaaranżować to spotkanie. Ciężko to przyznać, ale i Inferno również miał w tym swój udział, choć niespecjalnie mi się to podobało.

Dochodząc do jeziora, z daleka dostrzegłem ławki. Przyznam szczerze, że przydałaby się chwilka odpoczynku. Po kroku Ricky jednak zdawałem sobie powoli sprawę, że zbliżamy się do miejsca umówionego spotkania. I szczerze? Pomimo faktu, że od dłuższego czasu moim celem jest dołączenie do bractwa - czułem spokój. Nie rozumiałem, dlaczego. Przecież w takich momentach czuje się strach, stres i inne tego typu gówna. Tutaj jednak spokój.. Może to tylko cisza przed burzą?

Wtem mym oczom ukazała się ona. Kobieta w płaszczu. Wyglądała... Dość normalnie. Ej, serio. Kto to jest? Ona nawet nie wyglądała na mutanta. Chociaż może to i dobrze. W końcu muszą się ukrywać i tak dalej. Wiadomo, życie w bractwie do łatwych nie należy.
-Okej. - Odpowiedziałem Ricky. Powoli zbliżaliśmy się do kobiety. Utrzymując stoicki spokój w końcu stanęliśmy przed nią. Mając chwilę nie przepuściłem okazji, by dokładnie się jej przyjrzeć. Swoją drogą, nie była wcale z najgorszej partii. Spojrzałem na Ricky. W momencie, w którym przysunęła się do kobiety, odetchnąłem głęboko. Ona na prawdę myślała, że ktoś tu kogoś skrzywdzi? Jest jak otwarta księga. No, ale zacznijmy show. Skoro chciałem się dostać do "drużyny wybranych", musiałem na tę chwilę odrzucić swoje aroganckie wybryki. Ehh, szkoda, ale trudno się mówi. Przybierając maskę z wesołym uśmiechem, przywitałem się, wyciągając rękę.
- Yo. Jestem Nefryt. - Krótko, treściwie, ale na temat. Trzeba w końcu jakoś zacząć, a taki początek wydawał się całkiem wporzo. Chyba..
[Profil]
  [A-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-04-16, 21:30   

Widząc zbliżającą się ku mnie parkę, wstałam z ławki, poprawiając swój płaszcz. W końcu bardzo niekulturalne było witanie się na siedząco, czyż nie?
- Hej, Roseberry... - Odpowiedziałam na jej skinienie głową, po czym spojrzałam na tego chłopaczka, co to nam go przyprowadziła. Zrobiłam ku niemu kilka kroków i sama również wyciągnęłam swoją dłoń. - Irmina. - Rzuciłam lekko, chyba nawet się uśmiechając przez krótki ułamek sekundy. Nie puściłam jednak jego ręki - tak w sumie, to jeszcze poprawiłam uścisk drugą ręką, a swój wzrok całkowicie skupiłam na oczach Darka. Zapewne... Z boku musiało wyglądać to dość dziwnie, może nawet niepokojąco? Ale co mogłam poradzić, że właśnie takie było działanie mojej mocy?
- Oh, bufon z Ciebie. - Stwierdziłam z lekkością w głosie, nie odrywając od niego wzroku - Nie boisz się mnie. To dobrze. Jesteś spokojny - to też dobrze. Jesteś pewny siebie i zarozumiały - a to już gorzej. - Dodałam po chwili, przymykając powieki i puszczając w końcu dłoń Andy'ego. - Nosisz w sobie mrok. Coś przykrego Cię niegdyś spotkało. Coś... Coś, co do dziś sprawia Ci ból. Czujesz żal? Złość? Zawód? Tęsknotę? - Zapytałam chyba bardziej retorycznie, wracając na swoją ławeczkę. Mogło to trochę wyglądać, jakbym nie traktowała mężczyzny poważnie. Jednak tak naprawdę... Zbierałam swoje myśli o nim. A tych teraz... Miałam bardzo wiele. - Pewny siebie, może nawet Pan Świata? Czujesz się lepszy od innych, czyż nie? - Kontynuowałam swój wywód, niczym najlepsza wróżka w mieście, podpierając swój łokieć o kolano, a brodę o dłoń. - A to wszystko skrywasz pod maską błazna? Rany, Roseberry, co Ty za ziółko tu sprowadziłaś... - Westchnęłam w końcu znowu przymykając oczy. Czułam, że ma jakieś prywatne pobudki, inne niż większość z nas. On... On nie szukał schronienia. On nie był odrzucony. To jego odrzucili? Nim mogłam kontynuować swój monolog, musiałam zebrać w całość wszystkie te emocje i stany, które starałam się interpretować - a wbrew temu, co mogło się wydawać - to wcale nie było takie łatwe...
[Profil]
 
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

85%

wolontariusz w Bractwie





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-04-18, 22:46   
   Multikonta: Conor
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Dobra spoko przecież nie przyprowadziłam Andiego na ścięcie głowy, ale miałam głupie wrażenie. Okej intencje miał czyste przynajmniej tak mi się wydawało, jednak Irmina nigdy nie sprawiała jak dla mnie wrażenia osoby do przyjaźni trzymałam ją zawsze na dystans, bo bałam się tego co odnajdzie we mnie. Jasne sprawdzała mnie i pamiętam to do tej pory jak z obojętnością do niej podeszłam, ale przemilczała niektóre fakty za co wtedy jej dziękowałam i byłam w siódmym niebie. Może po prostu nie poruszała tematów prywatnych? Może... ale jakoś nie grało to dla mnie głównej roli. Wróciłam myślami do rzeczywistości, gdy ta zaczęła o nim opowiadać. Słuchałam z ciekawością, ale również trochę zażenowana tym jak szybko odkryła to po co ona tu przyszła. Uśmiechnęłam się do siebie, gdy go oceniła jako Pana Świata. Pamiętam że takie zdanie miałam o nim gdy spotkałam go w hangarze. Nie był przyjemny i to właśnie wtedy udawał właściciela tego burdelu. Hah.... Był nieugięty. Do momentu. Spojrzałam na kobietę gdy ta zwróciła się do mnie.
- Takie że próbował mi grozić. - parsknęłam śmiechem, ale po chwili spoważniałam zerkając na Andiego. Zmierzyłam go wzrokiem, a ręce skrzyżowałam na wysokości klatki piersiowej.
- Trzeba go utemperować jak każdego, z resztą wzbudził moją sympatię. Nie wiedzieć czemu. - ostatnie zdanie dodałam bardziej do siebie ściszonym głosem. Przewróciłam oczami i usiadłam na ławeczce przyglądając się im. Byłam ciekawa co też oni tu wymyślą, ale przecież ja nie byłam tu zbytnio potrzebna prawda? Przynajmniej nie w tym momencie. Miałam jedynie nadzieję, że chłopak nie wybuchnie po tym jak Irmina odkryła jego karty bo na to też byłam przygotowana. W każdej chwili mogłabym go zamknąć, ale w głębi ducha wiedziałam że nie byłby na tyle głupi.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
    [A-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Nefryt

57%

Rebel





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-04-22, 13:01   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Stałem, jak wryty. Każde jej słowo, każde spojrzenie, grymas na twarzy. Wszystko wyglądało tak, jakby przejrzała mnie przez jedno dotknięcie. Nie potrafiłem opisać tego, jak się wtedy czułem. Coś, co starałem się ukrywać przed światłem codzienności, teraz wyszło jak gdyby nigdy nic. Mrok? Co ty możesz wiedzieć o mroku. Mrok dopiero może nadejść. Pan Świata? Maska taka, jak ta błazna. Gdybym miał kierować się swoimi prawdziwymi emocjami, ciągnąłby się za mną odór śmierci. Nie chciałem, żeby inni to słyszeli. Jeszcze Ricky tu była. Mów co chcesz, wyciągnij moje brudy na światło dzienne. Jednak zrób to tylko w mojej obecności. Kto Ci dał prawo, byś wygarniała na głos wszystko, co skrywam?

Głowa opadła mi w dół. Chciałem ją zabić. Tak o, po prostu zabić. Wiedziałem jednak, że nie wróżyłoby mi to dobrze, patrząc w przyszłość. W dodatku gdybym pewnie coś zrobił, Ricky wtrąciłaby się bez wahania. Pff.. Oderwałem rękę, nim ta zdążyła mnie puścić. Pieprzona Irminka - Zdążyłem pomyśleć, nim moja twarz przybrała wesołych barw. Tak, założenie kolejnej maski było tutaj wskazane. To konieczność, którą musiałem spełnić, by osiągnąć cel.
- Jeej. Całkiem dobra jesteś. - Dodałem, uśmiechając się do niej. Może i na zewnątrz wyglądałem spokojnie i dobrze, jednak wewnątrz aż gotowało się we mnie od chęci mordu.
- Więc? Co dalej? - Zapytałem. W sumie właśnie. Co teraz? Da złoty bilecik do bractwa, czy wykręci jeszcze jakiś numer?
[Profil]
  [A-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5