Poprzedni temat «» Następny temat
Sunwoo Yoon
Autor Wiadomość
Sunwoo Yoon



You've set my heart on fire. Where are you now? I'm faded....

Pirokineza

84%

Pianista, raper i złodziejaszek, który szwenda się po świecie





name:

Sunwoo Yoon

alias:
Min Suga; Agust D

age:
26 lat

height / weight:
174 / 56

Wysłany: 2020-12-09, 04:08   Sunwoo Yoon
   Multikonta: No, god please no.


Sunwoo Yoon
Urodzony w Daegu, Korei Południowej 9 marca 1993 roku, nie ma stałego miejsca zamieszkania, praktycznie codziennie je zmienia. Nigdzie też nie przynależy. Dorabia jako raper, pianista lub złodziejaszek. W Seattle od kilku dni. Wizerunku użycza Yoongi Min.
historia
Trzymam właśnie w rękach swój pamiętnik. Tak się składa, że go znalazłem, a leżał i się kurzył. Jest on już trochę stary, podarty i zmiędlony, ostatecznie... zacząłem w nim coś skubać mając niecałe sześć lat. Postanowiłem go trochę... poprawić, przepisać, by brzmiał on dojrzalej, niż był w oryginale i nie miał takiego naiwnego i dziecinnego wydźwięku. Może to idiotyczne, że takowy w ogóle posiadam... Cóż, nie dla mnie. Ja i tak jestem już w oczach innych postrzegany jako odmieniec, więc mi to bez większej różnicy. Właściwie dlaczego podjąłem się pisania go? Podobno miał pomóc w wywalaniu natłoku emocji, głównie stresu, po części też zniwelowania w jakimś stopniu stanów depresyjnych, które męczyły mnie zasadniczo... od zawsze. Miało mi to ulżyć, gdy w sercu panował chaos — ja mogłem się dzięki temu wyżyć i wywalić to co boleśnie ciążyło z siebie, bo przecież nie miałem z kim o tym porozmawiać. Ci bardziej ciekawscy mogliby spytać mnie, czy rzeczywiście się sprawdził. Owszem, okazał się nadzwyczaj zbawczy dla kogoś, kto praktycznie co chwila miał niespożytą chęć ze sobą skończyć. Jak przypuszczam, większej części społeczeństwa w momencie nasunie się coś w stylu: „boże, jak on mógł tak myśleć, to straszne!
Uważam, że po podzieleniu się moimi wspomnieniami z przeszłości każdy będzie w stanie zrozumieć skąd się to tak naprawdę brało i przestanie to być takie zaskakujące. Prowadziłem i dalej sumiennie go prowadzę, gdyż to faktycznie pomaga mi choć na chwilę odciąć się od tego, co negatywne. Przynajmniej do pewnego czasu, a można mi wierzyć — znalazłem coś o większej sile sprawczej, niż sam pamiętnik. A raczej... pewną grupę osób, której aktualnie zawdzięczam najwięcej; rzekłbym wręcz, że dosłownie wszystko. Jednak... do tego dojdę później. Na razie niech może zacznę od samego początku. Oto moja historia:

W takim lekkim skrócie, zanim przejdę do stron ze swojego pamiętnika uwzględnię kilka podstawowych faktów, których akurat nie dałem rady w nim zamieścić.
Urodziłem się dziewiątego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku w Daegu — Korei Południowej. Pochodzę z może nie najbiedniejszej, ale też nie zarabiającej krocie prostej rodziny. Początkowo wydawało się, że zostanę przyjęty ciepło, będę kochany i akceptowany. Gdzie tam... To była jedynie iluzja, moje złudne nadzieje. Tak sobie wmawiałem; chciałem, żeby tak było... Nic nie zapowiadało żadnych tragedii, a normalne życie. Niestety daleko mu do tego było... Ojciec od samego początku krzywo na mnie patrzył, dosłownie z taką pogardą, jakby mnie nie chciał. Matka zaś... sprawiała wrażenie bardziej empatycznej, takiej, która stawi się za mną, będzie mnie chroniła i broniła niczym lew. Kolejna bujda. Samolubna dziwka, która zapomniała o tym, że mnie urodziła. Mimo wszystko — wychowali mnie i choć było im do tego blisko, nie wyrzucili na bruk ani nie oddali do sierocińca, choć tak zapewne byłoby dla nich najprościej. Co im siedziało w głowach, do tej pory nie wiem. Jednak jedno wiem na pewno — ojciec to był kurwa jebany pedofil. Mam nadzieję, że dostał jakiegoś syfa, bądź nabawił się innego gówna i zdechł w wielkich męczarniach. Zasłużył sobie. Tak samo jak i ona.
Przyznaję bez bicia. Byłbym od dawna martwy. Ale jak widać wciąż żyję. Ba, mam konkretny cel. Złożyłem komuś obietnicę i jej dotrzymam niezależnie od kosztów, jakie mogę ponieść.

6 lutego 1999

Zaczęły się dziać wokół mnie dziwne, niewyobrażalne rzeczy. Czyżbym był bardziej inny, niż dotychczas zakładałem...? Mógłbym przysiąc, że... ogień się mnie słuchał, podążał za mną. Zapalniczka taka intrygująca, taka przyciągająca! Polubiłem się z nią. Moja pierwsza zabawka. Tylko ją zobaczyłem i musiałem ją mieć. Tata miał ich sporą kolekcję. Ale cii, muszę ją ukrywać... Chyba nie zorientuje się, że jednej brakuje...? On nie może się o niej dowiedzieć. Zabierze mi ją. Nakrzyczałby do tego na mnie... a ciągle to robi o byle co. Nie chcę. Zbyt dobrze się z nią czuję, choć nie mam pojęcia dlaczego.


9 marca 1999

Dziś są moje urodziny. Powinienem się cieszyć. Powinienem... ale nie potrafię. Oczywiście nic nie dostałem... jak zwykle. Smutno mi. Muszę sobie radzić sam. Od kilku dni od rozpoczęcia nauki próbuję się zaaklimatyzować w nowej szkole. Nie wychodzi mi to specjalnie, bo wszyscy mnie unikają... ale może to moja wina. Jakoś nie mam odwagi podejść ani zagadać, tym bardziej przed kimkolwiek się otworzyć... trzymam się raczej na uboczu i może to dlatego. Ale nie wiem... nic nie rozumiem, uczuć też nie. Nikt mnie tego nie nauczył, a rodzice... ich ciągle albo nie ma, albo tata się na mnie wyżywa, a mama ma gdzieś. Cudowne życie po prostu... Tak czy siak wolę siedzieć nawet dłużej w szkole, bo tam nikt mnie nie ocenia i na mnie nie drze mordy. Nauczyciele są dla mnie mili. Z rówieśnikami coś nie idzie mi złapanie kontaktu. Ale trudno. Jakoś mnie to nie obchodzi. Zapalniczka mym jedynym towarzyszem. Dowiedziałem się o jakichś zajęciach dodatkowych... zainteresowałem się muzyką tak bardziej. Poza niewyjaśnionymi dotąd zjawiskami z ogniem, które mnie jednocześnie rajcują i w niej odnalazłem radość. Powoli zacząłem pisać własne teksty w sekrecie przed wszystkimi. Śpiewać, choć bardziej rapować. Tego dnia nie zapomnę nigdy... pomijając już, że to MÓJ dzień, to... poznałem swoją można powiedzieć pierwszą miłość. Brązowe pianino. Och, jak wspaniale mi się na nim grało... Zauważył mnie jeden z nauczycieli i gdy mnie tylko usłyszał — kazał mi grać dalej. Żebym nie przerywał. Powiedział, że mnie nauczy wszystkiego, bylebym nie zmarnował potencjału. Odkryłem w sobie talent i od tamtej pory... postanowiłem go szlifować. Nie potrzebowałem żadnych wymyślnych prezentów... ono mi wystarczało, mimo że nie było moją własnością. Przynajmniej miałem motywację do czegokolwiek.


22 września 1999

Pianino jest idealną i najlepszą ucieczką od tego, co nieustannie dzieje się w moim domu, którego starałem się unikać i przebywać tam jak najrzadziej. Mógłbym komuś się z tego zwierzyć, może... ktoś by mi pomógł. Lecz nie miałem na to odwagi, myślałem, że mi to niepotrzebne, a mnie wystarczy samo prowadzenie niniejszego pamiętnika. Pomijając już fakt, że im później wracałem, tym większy ochrzan za to dostawałem, ale... machałem na to ręką i nic im nie mówiłem, póki czułem się względnie bezpieczny. Póki pedofil ojciec nie zatracił się już na amen w alkoholizmie — swobodnie przemieszczałem się po każdym pomieszczeniu. Bez lęków i strachu o samego siebie. Długo ten stan rzeczy nie potrwał.
Minęło kilka miesięcy po tym, jak zacząłem podstawówkę. Są wakacje, niedługo rozpocznie się drugi semestr. A u mnie? Nie jest najlepiej. Zaczynam chyba popadać w depresję... Mój ojciec oszalał. Nie mam pojęcia, co w niego wstąpiło, ale zaczął coraz częściej nawiedzać mój pokój... nie zliczę ile razy mi się oberwało i ile razy podniósł na mnie rękę, wykrzykując na mnie najgorsze bluzgi. Dobrze, że nie tak mocno, by zostały mi po tym blizny... Padło nawet z jego ust… nienawidzę cię. Nie popiera kompletnie moich pasji. A moja matka zdaje się niczego nie widzieć. Nie reaguje, kiedy mnie dzieje się jakaś krzywda. Nic. Zupełnie. Jakbym nie istniał. Traktuje mnie jak powietrze. Na domiar złego, nie mogłem chodzić do toalety. *Ja pierdolę, powinienem miską w matkę rzucić, by mogła poczuć co to smród uryny. Może to by pozwoliło jej ochłonąć i zobaczyć, że jestem żywym bytem, które niechciane wypłynęło z jej dróg rodnych. Mogła nie dawać dupska ojcu, wtedy by miała jeden problem mniej. Ale kurwicipa musiała mnie urodzić, by poczuć się lepiej, bo ojciec się na mnie ciągle wyżywał, a mniej na niej. Jebana pizda, chciała po prostu lepiej żyć.*
Szczerze? To był najgorszy dzień w moim życiu... największa trauma, jakiej się nabawiłem.
Przycisnął mnie mocniej niż zwykle. Tym razem ból był tak nieznośny, że mimowolnie przyznałem mu się do tego, gdzie konkretnie chodzę po swych obowiązkowych zajęciach, choć nie chciałem. Nie wiem, co wywołało w nim taką furię. Niby zwykła informacja, a on... wybuchł, jakby to co usłyszał było najgorszą zbrodnią jaką jego jedyny syn popełnił. Niewiele z tego momentu pamiętam... wszystko działo się zbyt szybko. Ledwo zdążyłem zareagować, a on rzucił mną prosto na łóżko niczym szmacianą lalką. Szarpał mną, a ja krzyczałem na całe gardło, wzywając imię mojej mamy z nadzieją, że to coś da, że choć raz się za mną wstawi... Otrzymałem w odpowiedzi głuchą, jakże przygniatającą ciszę.
Obrócił mnie tyłem do siebie i usiłował zerwać ubrania, a sam rozpiął swój rozporek. *teraz już wiem, że chciał mnie zgwałcić... jezu, jaki on miał spierdolony łeb, to się nie dzieje.* Byłem zdezorientowany i nie rozumiałem, co się właściwie dzieje, do czego to zmierza... nie podobało mi się to. Bałem się. Cholernie. *Ugh, co za kawał skurwysyna, powinienem był urwać mu fiuta. Szkoda, że byłem za mały, by to wówczas zrozumieć.*
I wtedy zdarzył się cud... odkryłem, że najwyraźniej umiem panować nad ogniem. Miałem przy sobie zapalniczkę i choć skrytą w kieszeni moich spodni... pod wpływem stresu i innych negatywnych emocji po prostu wytworzyłem wokół siebie płomienie, którymi nieświadomie pocisnąłem po twarzy pedodziada. Przysmażyłem go trochę i to on nabawił się przez to nieodwracalnych śladów. Miał oparzenia trzeciego stopnia. Odrzuciło to go ode mnie nim zdążył mnie dokumentnie zniszczyć. Nim opuścił mój pokój, kawałek jego policzka i włosy wciąż się fajczyły, a ja... cały roztrzęsiony zeskoczyłem z łóżka i schowałem się pod nim, a zarazem skuliłem w pozycji embrionalnej. Nic z zewnątrz niemalże do mnie nie docierało, poza jakimiś bliżej nieokreślonymi dźwiękami. To pewnie on coś pod nosem fuczał i warczał. Mam to gdzieś... wyłączyłem się. Jedyne co zarejestrowałem z tamtej felernej nocy, to jak matka spanikowana wezwała karetkę. Mimo że i ją traktował jak śmiecia... kurczowo się go trzymała i to o niego się troszczyła. Tak jakby była od niego uzależniona, czy coś, bo nie umiała się mu przeciwstawić. Dziwne, ale taka prawda. Jednak mój młody umysł tego nie ogarnia. Dalej nie pojmuję, czemu nic z tym nie robiła. O mnie nie dbała, ale o niego już tak... Gdzie tu logika? Przez długi czas nic się nie działo... by potem rozpętało się prawdziwe piekło. Tak zwana cisza przed burzą. Nie umiem powiedzieć ile to trwało. Znów wrócił. Zostałem okrzyknięty wynaturzeniem, potworem. Ale nie zgłosili tego nigdzie. Nie oddali mnie. Za to mój pokój przekształcił się w więzienie. Na okna założył mi kraty, a drzwi zamykał na klucz. Jedzenia dostawałem tyle co nic, przez co chodziłem niedożywiony i wiecznie głodny... Dobrze, że nie zabronił mi chodzić do szkoły... najwyraźniej grał z matką cały czas, udając, że nic złego się w tej rodzinie nie dzieje, nie chcąc nabawić się kłopotów. Tak, te wakacje były dla mnie okropną torturą... nigdzie nie mogłem wyjść, a jedyne co widziałem to swoje cztery ściany.
Czasem wyglądałem przez okno, by popatrzeć w nocne, rozgwieżdżone niebo. Jedyne co było jakimś lepszym widokiem dla moich oczu. Zapierał mi wprost dech w piersiach. Potrafiłem się w tym zatracić, marząc o wolności.


27 luty 2000

Uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą i z jawnym rozczarowaniem zrozumiałem... że ani jedno ani drugie mnie nigdy nie kochało. *serio, niech zgniją za to jak mnie traktowali w piekle* Obiecałem sobie, że stamtąd ucieknę jak tylko osiągnę pełnoletność. Nie pocieszało mnie, że do tego była bardzo daleka droga... lecz starałem się jakoś przetrwać, zacisnąć zęby. Nie było łatwo...
Ktoś by pomyślał, że to nienormalne, że można lubić chodzić do szkoły. Dla mnie było to nieukrywanym wybawieniem. Powrót do szkoły przyniósł ulgę i porządniejsze posiłki. Żeby nie nasłuchiwać się niewygodnych pytań, starałem się ukryć swoją chorowicie wychudzoną sylwetkę. Bałem się komukolwiek powiedzieć o tym horrorze, z jakim muszę się codziennie mierzyć. Zresztą nikomu nie ufałem na tyle, by móc się tym podzielić. Nie chciałem też narobić sobie niepotrzebnych kłopotów. Powoli nauczyłem się kraść, co przychodziło mi z automatu. Czy to jakieś drobniaki, czy kawałek kanapki. Nie wiem jak to robiłem, może... to wszystko dlatego, jak mimo wszystko walczyłem z zażarciem o swoją marną egzystencję. Z jednej strony nie chciałem zniknąć z tego świata. Z drugiej... nie miałem dla kogo żyć, dla kogo się starać, a sam byłem chodzącym cieniem — wrakiem człowieka z postrzępioną duszą i psychiką. Wątpię, by ktoś był w stanie zrozumieć to, przez co przechodzę, a do tego zaakceptować mnie w pełni. Skoro moi właśni rodzice mnie nienawidzą... to z jakiego powodu miałoby komuś innemu na mnie zależeć? Nieustannie atakowały mnie myśli samobójcze. Może tak byłoby lepiej, a ja bym ulżył sobie w cierpieniu i to wszystko by się wreszcie skończyło? W mych myślach prezentowało się to niby tak banalnie. Lecz tego nie zrealizowałem, mimo że wyobrażałem sobie na wiele sposobów jak mógłbym zginąć. Iskierka nadziei pojawiła się wraz z pewnym chłopcem, którego zaintrygowała moja gra na pianinie. Z otwartą buzią wsłuchiwał się w utwór, który akurat wystukiwałem na klawiszach tego cudnego majestatycznego instrumentu. Wydawał się być w porządku. Niewiele mówiłem, ale jemu to nie przeszkadzało. Zapytał mnie nagle, czy nie nauczyłbym go gry na pianinie. Coś mi podpowiadało, bym się nie godził... czułem to całym sobą. Miałem wątpliwości odkąd usłyszałem tę niby niewinną prośbę. Nie chcąc jednak wyjść na kompletnego dzikusa zgodziłem się tylko pod jednym warunkiem. Miał mi udowodnić, że jest tego warty. A przede wszystkim czy aby na pewno to jest coś, czego pragnie. Szybko się przekonałem, że... chciał mnie jedynie perfidnie wykorzystać. Do tej pory nie odkryłem jego prawdziwych celów. W sumie to nawet nie chcę ich znać. Wystarczyło, że pewnego dnia wyśledził mój adres zamieszkania, a ja czułem się obserwowany. Dostrzegłszy go przez okno przyglądającego się w cały budynek z obrzydzeniem to był przedostatni raz, kiedy go widziałem. Następnego dnia doszło między nami do agresywnej kłótni. Stwierdziłem, że całe szczęście, iż mu nie udzieliłem ostatecznie tych lekcji, usiłując wyciągnąć, po co za mną łaził i czego tak naprawdę ode mnie chciał, bo wyglądało na to, że coś jest na rzeczy. Wyparłem tę ostrą wymianę słów z mojej pamięci; mam luki, ta scena utkwiła w mojej głowie zamglona, pełna dziur. Jednak to, co było z tego najważniejsze i czego nijak nie wyprę, choćbym chciał — zawiodłem się na nim całkowicie i po tym... zamknąłem się w sobie tylko mocniej. Dlaczego los się tak na mnie uwziął? *A ten chujek to niech mi się na oczy nie pokazuje nawet... nogi mu z dupy powyrywam jak gdziekolwiek zobaczę, przysięgam.*


9 marca 2012

Moja moc była jedną z tych lepszych aspektów przez te wszystkie lata, które były dla mnie mordęgą. Przyjąłem ją, uznając za dar, przyjaciela który przecież tyle razy uratował mi dupę. Tak, już doskonale wiem czym jestem. Mutantem. Dlatego chciałem poczytać o tym więcej, zainteresować się bardziej, by móc coś więcej z tym zdziałać i zapanować nad ogniem, wytrenować choćby trochę, by go świadomie używać. Pod tym względem już absolutnie nie mogłem na nikogo liczyć. Ach, nic nowego. Co mi za różnica. Musiałem uważać, by nikt mnie na tym nie przyłapał. Już wystarczy mi paskudne traktowanie przez rodziców, nie potrzebuję więcej krzywych spojrzeń rzucanych w moim kierunku. Niestety nic nie mogłem na ten temat znaleźć, co mnie jedynie gorzej frustrowało. Musiałem sobie radzić na własną rękę i robić to na tak zwanego "czuja", tak jak mi intuicja podpowiadała.
Ale przynajmniej... ojciec przestał robić ze mnie worek treningowy. Myślę, że to wynikało ze strachu. Ilekroć próbował mnie uderzyć, za każdym razem mu pogroziłem, że jeśli jeszcze raz spróbuje mnie choćby w minimalnym stopniu skrzywdzić, to go na tyle oszpecę, by nie potrafił rozpoznać samego siebie. Odpuścił i jakimś cudem nie sprzedał mnie rządowi, choć mógł tyle razy. Miałem dzięki temu święty spokój. Tak, w dalszym ciągu tkwiłem w zamknięciu, żyjąc z jakichś pierdolonych resztek, które często ledwo wywalczyłem... ale bez dodatkowych gorszych ekscesów.
Udało mi się też skończyć wszystkie szkoły. Może nie byłem prymusem, ale za przeciętniaka też nie można było mnie uznać. Z niczym się nie ujawniałem. Czekałem tylko na ten wymarzony dzień, w którym będę mógł poczuć smak wolności. Choć raz. A potem... było mi już wszystko jedno, co się ze mną stanie. Przypuszczałem, że popadnę w zapomnienie. Na to się zapowiadało. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. I tak nic nie czułem. I tak dla nikogo nie istniałem.
W dniu moich dziewiętnastych urodzin niewiele myśląc zacząłem pakować wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Parę ciuchów, oszczędności, które udało mi się uzbierać z kradzieży i jakiś prowiant, który wyciągnąłem z lodówki i zajebałem tym patafianom od siedmiu boleści. Sam nie miałem oczywiście nic do jedzenia, a żeby wyruszyć w taką podróż musiałem mieć cokolwiek. Wcisnąłem to co mogłem w średniej wielkości plecak, który zwykle nosiłem do szkoły. W środku nocy, gdy te łachudry spały podjąłem decyzję o ucieczce, wyrwaniu się stąd raz na zawsze. Mogłem to zrobić. Oni nie mają już nade mną kontroli, nie muszą mnie już więcej utrzymywać. Musiałem się jeszcze jakoś pozbyć tych przeklętych krat tkwiących w oknie, albo częściowo je zredukować, bym mógł się przez nie przecisnąć. Nauczyłem się kilka sztuczek. Mogłem podpalić szczeble i tak też uczyniłem. Chwyciłem za dwa z nich, koncentrując się na nich i przy pomocy mojego jedynego źródła, tu zapalniczki nagrzałem je do dostatecznie wysokich temperatur, aby je zwyczajnie stopić w tych konkretnych miejscach. Wiem, że na którymś poziomie opanowania mocy mógłbym samoistnie wytwarzać ogień bez jakichkolwiek pomocy. Ale wciąż... pozostawałem niedoświadczony, zbyt młody, by to osiągnąć. Może będzie mi to dane, może nie...
Byłem tak chudy, wręcz anorektyczny, że nie musiałem się z tym długo cackać, ani jakoś dużo spalać tych krat. Kiedy już zapewniłem sobie wyjście, w błyskawicznym tempie niczym wąż wyślizgnąłem się przez powstałą dziurę, łapiąc się najbliższych gałęzi. Chwała temu drzewu, które tam stało! Słodka, cudowna i upragniona wolność. Poczułem w tamtej chwili, że w końcu oddycham pełną piersią. Napawałem się wszystkim, co mnie otaczało. Nie wiedziałem, dokąd iść, ale i to nie było ważne. Wsiadłem w pierwszy lepszy pociąg. Wysiadłem na jakimś zadupiu po środku niczego. Tylko dotąd mogłem dojechać przez ograniczone środki. Właściwie... i tak dość długo jechałem. Byle zostawić daleko za sobą to okropne miejsce, którego domem nie mógłbym nazwać. Ruszyłem przed siebie. Zdążyłem w drodze wypić i zjeść dosłownie wszystko co miałem. Nie zostało mi już ani grama, a ja czułem jak opadam z sił z każdym kolejnym krokiem. Odwadniałem się, nie wspominając o totalnym niedożywieniu, za sprawą czego energia ze mnie wyparowywała w znacznie szybszym tempie. Niemniej... nie musiałem dłużej patrzeć na te parszywe gęby swoich znienawidzonych rodziców. Byłem gotowy umrzeć... bo spełniłem swoje dziecięce marzenie. Nie miałem już żadnego innego marzenia, ani niczego, ani nikogo, więc... jaki był sens w dalszym trwaniu? Tu miała zakończyć się moja wędrówka. Moje wyczerpane ciało odmówiło posłuszeństwa. Padłem bezwładnie na jakiejś ścieżce, a ciemność całkowicie mnie ogarnęła. Nie widziałem już niczego poza nią.


11 marca 2012

Przetrwałem. Choć myślałem, że dusza opuściła me ciało... to kiedy rozchyliłem swe powieki, ogarniając półprzytomnym wzrokiem otoczenie szybko stwierdziłem, iż znajduję się w przyjaznym dla oka pomieszczeniu; bardzo przytulnym. Czułem pod sobą miękki materac, co było... naprawdę przyjemną odmianą. Ja nie miałem takich luksusów. Moje łóżko było niemiłosiernie twarde, a z moimi odstającymi kośćmi... wszystko mnie napierdalało i pulsowało. To na czym leżałem... było tego totalnym przeciwieństwem. Aż nie chciało mi się z niego ruszać. Czułem się tak błogo... nawet nie zdawałem sobie sprawy, że straciłem przytomność na bite dwa dni. Nie to jednak mnie dziwiło... raczej prędzej to, że wciąż oddycham. W żołądku mnie ssało i skręcało; wydawał z siebie głośne i dźwięczne burki. Nieźle kontrastowały z uroczym mruczeniem… białego kota, który leżał obok mnie i był wtulony w moje wystające żebra. Ładny koncert z tego powstał, nie ma co. Zaraz... a ten tu skąd...? Dziwne, że tak do mnie lgnął, zwłaszcza że wyglądałem jak półtora nieszczęścia, do tego byłem totalną amebą emocjonalną. Być może coś we mnie wyczuł, o czym istnienia sam nie miałem pojęcia i dlatego z miejsca mnie polubił. W momencie burczenie przebiło już każdy inny dźwięk i stało się to tak intensywne, że się musiałem złapać za brzuch, a moja mina mówiła wszystko. Umierałem z głodu. Wtem do moich nozdrzy dotarł słodki zapach, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Powoli obróciłem twarz w bok, aby namierzyć źródło tych apetycznych aromatów. Musiałem wyglądać żałośnie, a jednocześnie dość komicznie kiedy moje oczy na widok talerza z mnóstwem nieznanych mi rarytasów zrobiły się wielkie niczym pięciozłotówki. Nikogo poza futrzakiem chwilowo nie dostrzegałem. Nie byłem pewien o co chodzi i czy mogę ich spróbować, ale... było to silniejsze ode mnie. Zgarnąłem ten talerz i zacząłem pałaszować. Jezu, jakie to było pyszne... byłem wniebowzięty, delektowałem się dosłownie każdym kęsem. Już chciałem włożyć takie kolorowe okrągłe coś z wystającym patykiem do ust *lizaka* i wtedy... pojawiłeś się Ty. Ryung. Mój wybawiciel. Wyglądałeś jak jakiś anioł, który spadł mi z nieba i wyratował z opresji. Zatkało mnie i zaniemówiłem odkąd zarejestrowałem Twoją obecność. Po raz pierwszy moje serce zabiło mocniej. Z wrażenia upuściłem tego lepkiego cukierka, spuszczając głowę, od razu przepraszając Cię za moje zachowanie i to zachłanne jedzenie. Przygotowałeś to specjalnie dla mnie, więc Ci to nie przeszkadzało. Uśmiechnąłeś się do mnie czarująco. Zapytałem Cię, dlaczego tak właściwie przejąłeś się moim losem. Było mi dziwnie, że ktoś się mną zainteresował i nie pozwolił mi się ostatecznie przekręcić. Do tego przygarnąłeś pod swój dach. Nikt nigdy dla mnie taki nie był, ani nie zrobił tyle co Ty... byłem Ci dozgonnie wdzięczny, więc zwierzyłem Ci się z tego, co we mnie siedziało. Złapaliśmy wspólny język niemal od razu, właściwie rozumieliśmy się bez słów. Gdy ujrzałeś swojego pupila przy mnie, rozczuliłeś się i przytoczyłeś mi jej imię — Moon. Poczułem, że... mogę Ci zaufać. Wyjątkowo. Sam nie wiedziałem, czemu się na to zdobyłem, ale to jakoś tak samo przyszło. Jak to usłyszałeś... zrobiło Ci się mnie szkoda, współczułeś mi tego, przez co musiałem przejść. Pewnych szczegółów nie przytaczałem, bo jeszcze nie byłem na nie gotowy. Lecz jak tak się utrzyma, pewnie kiedyś się na to odważę. Zrobiłeś coś, czego bym się nie spodziewał. Przysunąłeś się do mnie dość nieśmiało i przygarnąłeś do siebie, obejmując ramionami. To było takie miłe, takie rozkoszne... coś czego też nie dane było mi kiedykolwiek zaznać. Biło od Ciebie takie ciepło; po moim ciele przeszło miliony prądów, a ja byłem zdezorientowany co się ze mną dzieje. Niepewnie, a zarazem nieporadnie również delikatnie Cię objąłem i tak się do siebie przytulaliśmy dość długo. Uspokoiłeś mnie, że na razie nie muszę się niczym martwić, a Twoja mama nie jest takim potworem jakimi byli moi rodzice. Niestety ojca straciłeś w pewnym okresie swego życia, ale z tego co wiem, również był dobrą jednostką. Kobieta postanowiła Ci pomóc się mną zająć, toteż mogłem się u Ciebie na jakiś czas zatrzymać. Mieliśmy więc sporo czasu na przemyślenia.


15 października 2012

Doszedłem do siebie i nabrałem nieco ciała. Nie wyglądałem już jak chodzący szkielet. Wprawdzie nadal byłem bardzo szczupły, ale przynajmniej nie przypominałem kogoś, kto spierdolił ledwo z jakichś obozów koncentracyjnych. W końcu miałem co jeść. Moją słabością stały się słodycze.
Przedstawiłeś mnie swojej paczce kumpli i zabrałeś do Waszej sekretnej kryjówki. Od tamtej pory było nas siedmiu. Miałem przeczucie, że im też mogę zaufać i jakoś o dziwo łatwo przychodziło mi otwieranie się także przed nimi. Jednak to z Tobą lubiłem najbardziej spędzać czas. Okazało się, że wszyscy nadawaliśmy na tych samych falach, mimo odczuwalnych różnic przynajmniej z mojej strony. Wszystko przez to, że nie umiałem odczuwać pozytywnych emocji. Jednak powoli mnie tego uczyliście, a ja faktycznie zaczynałem się zmieniać. Mieliście tam różne rzeczy, w tym kilka instrumentów, nawet pianino. Kiedy je zobaczyłem od razu się do niego dorwałem, co wynikało już z przyzwyczajenia i moich starych nawyków. Oczarowałem Was swoją grą. Najbardziej Ciebie mój drogi Ryu i Kookiego. Tak, nadałem mu taką ksywkę, jakoś mi do niego pasowała. Bardzo chcieliście bym Was nauczył grać na pianinie. Działaliście na mnie tak, że nie potrafiłem Wam odmówić i zgodziłem się bez najmniejszego zawahania. Pamiętam jak sięgnąłem odruchowo po papierosa i Ty siedziałeś obok mnie. Zabrałeś mi go i podsunąłeś pod nos lizaka, mówiąc że to będzie lepsze na odstresowanie niż to śmierdzące gówno. Nie lubiłeś gdy jarałem. Nie gniewałem się na Ciebie, bo nie umiałem. Poza tym miałeś rację. To był paskudny nałóg i ciężko było mi się go pozbyć. Jednak się starałem, a zarówno Ty jak i reszta pomagaliście mi w rzuceniu go.
Aktualnie tylko Wy znacie moją prawdziwą tożsamość. Chcąc odciąć się całkowicie od przeszłości i wszystkich aspektów z tym związanych postanowiłem zmienić nazwisko, tak na wszelki wypadek. Zresztą... lepiej dmuchać na zimne. Pomogliście mi w tym i dla reszty świata byłem Min Sugą. Jednak nie miałem problemu z tym, byście zwracali się do mnie Yoonie, albo Sunwoo. W Waszych ustach brzmiało to melodyjnie i przyjemnie, dzięki czemu nie miałem złych skojarzeń. Tylko do jednego się nie przyznałem. Że jestem mutantem. Bałem się, że tak jak moi spierdoleni rodzice odwrócicie się ode mnie i zaczniecie patrzeć z nienawiścią. Nie zniósłbym tego, zwłaszcza że odkąd Was poznałem minęło kilka miesięcy, a ja czuję się wspaniale. Nocowałem często u każdego z Was w miarę możliwości. Tak na co dzień fundowaliście mi pokój w hotelu, nie najdroższy, ale też nie najgorszego sortu. Taki w sam raz i to mi wystarczało. Staliście się moją nową rodziną. Byliście mi jak bracia, do tego nierozłączni. Cholera, tyle mi daliście, a ja nie miałem niczego, czym mógłbym się za Waszą dobroć sowicie odwdzięczyć. Przyrzekłem samemu sobie, że jeśli nadarzy się okazja, na pewno się Wam ładnie za wszystko co dla mnie zrobiliście zrekompensuję. Żeby mocy nie stracić, trenowałem dalej na uboczu i w sekrecie. Szczerze bardzo mnie korciło, by Wam ją pokazać... ale przez traumę, która wciąż zalegała w mojej psychice nie byłbym w stanie się zebrać i tego podjąć. Tak czy inaczej był to nowy rozdział w moim życiu, które zaczęło być dzięki Wam dużo szczęśliwsze. Ja nareszcie miałem powód, by żyć i dla kogo. Poczułem się kochany, chciany i akceptowany taki jakim jestem.
Wy chodziliście razem na studia taneczne; tak, taniec to była Wasza największa pasja. Ja się czułem przy Was beznadziejny, ale chciałem się też nauczyć. Pomagaliście mi w międzyczasie i uczyliście podstawowych układów, zabieraliście czasem ze sobą i to mi wystarczało. Ja natomiast poszedłem na studia muzyczne, w końcu najbardziej ciągnęło mnie do pianina. Chciałem lepiej rozwinąć swoje umiejętności, a przecież dwóch kierunków bym nie udźwignął. I tak widywaliśmy się codziennie, więc nie odczuwałem jakoś mocno rozłąki, kiedy siedzieliśmy na swoich zajęciach.
Pewnego październikowego dnia kiedy zasiedzieliśmy się w naszej kryjówce, postanowiliśmy tam przenocować. To był pierwszy raz, jak się na to wszyscy zdecydowaliśmy. My po prostu trzymaliśmy się coraz częściej razem i ciężko było nam się rozstawać, dlatego wykorzystywaliśmy każdy moment, by móc być jak najbliżej siebie. Było naprawdę późno, środek nocy. Zagadaliśmy się strasznie i gdyby nie zmęczenie, wytrwalibyśmy może i do rana. Lecz każdy niemalże poległ. Sam miałem się kłaść spać, gdy zauważyłem, że niebo było wtedy naprawdę piękne. Nie potrafiłem się powstrzymać i chciałem je zobaczyć w całej okazałości, tym razem bez tych obleśnych krat, które miałem kiedyś w pokoju. Wgramoliłem się na dach i położyłem na plecach, układając sobie ręce pod głowę. Miliony jasno świecących gwiazd mieniło się wśród ciemności, oświetlając okolicę, do tego ten pełny księżyc. Jako iż byłem w stanie zasnąć w każdej pozycji i wszędzie, zacząłem przysypiać, powoli odpływając do krainy snów. Już prawie usypiałem, kiedy nagle poczułem czyjś dotyk. To byłeś Ty Ryu. Przyszedłeś do mnie z pytaniem, czy zamierzam tu spać i czemu się oddzieliłem. Ja Ci odpowiedziałem, że lubię podziwiać i zachwycać się nocnym niebem. Zaśmiałeś się słodko i powiedziałeś, że masz tak samo i... chciałeś mi potowarzyszyć. Zapanowała między nami taka niezręczna cisza. Nie przeszkadzało to nam. Patrzyliśmy w górę leżąc tuż obok siebie w milczeniu. Nie musieliśmy mówić nic. W zasadzie gesty wyrażały wtedy więcej niż tysiąc słów. Jakaś niewyjaśniona siła mocno mnie do Ciebie popychała, a ja nic z tego nie kumałem. Przysuwałem się o kilka milimetrów bliżej Twojego ramienia. Na tyle było mnie stać. Kątem oka zerkałem na Ciebie. Czułem, jak policzki zaczynają mnie palić od gorąca. Chyba nabrałem czerwonych kolorów... och, jak to dobrze, że nie było to aż tak widoczne. Twoja ręka również poczęła przysuwać się do mojej. I choć kusiło mnie, by Cię za nią chwycić... Ty mnie wyręczyłeś. Najpierw delikatnie dotknąłeś mojej skóry, aby po chwili całkowicie ująć moją dłoń w swoją. Pozwoliłem sobie spleść swe palce z Twoimi. Nie oponowałeś. To było dla mnie takie… nowe, ale bardzo przyjemne doznanie. Serce napierdalało mi niczym młotem i gdyby mogło, wyrwałoby mi się z piersi. *Tak, byłem w Tobie zakochany, ale w tamtej chwili jeszcze to do mnie nie docierało, choć coś tam świtało, ale nie do końca.* Wyglądało na to, że Ty też musiałeś czuć podobnie, nawet jeśli dla mnie nie było to wcale oczywiste. Ale jak mogło, skoro byłem zacofany pod tym względem...? Moja głowa opadła na Twoje ramię i tym sposobem zasnęliśmy w tej nadzwyczaj cudownej romantycznej scenerii.


16 października 2012

Och mój biedny Ryu... Byłeś nieprzyzwyczajony do spania w tak chujowych warunkach. Dla mnie to było nic, więc następnego dnia nie odczuwałem żadnych skutków ubocznych. Ale Ty... pochorowałeś się. Czułem się z tym źle. Zaopiekowałem się Tobą i cały czas czuwałem przy Twoim łóżku, przynosząc różne ciepłe posiłki i inne rzeczy, w tym leki, które pomogłyby Ci szybciej wyzdrowieć. Stopniowo... zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej i podobne tego typu sytuacje wzmacniały jedynie naszą więź.


13 czerwca 2014

Nadal miewałem różne humorki, choć i tak już mocno się poprawiłem jeśli chodzi o wyrażanie uczuć. Potrafiłem nawet przyznać przed samym sobą, że to co we mnie rozkwitło to miłość, którą Cię od dłuższego czasu obdarzałem. Problem tkwił w tym, że... z ciągłego nieustającego lęku o kolejne niepowodzenia, wolałem to w sobie kisić, bojąc się, że jak się przyznam, to zmienisz o mnie zdanie. Owszem, było mnóstwo sytuacji, które jawnie pokazywały, iż Tobie również na mnie zależy w wysokim stopniu. Jednakże... czy rzeczywiście mógłbyś pokochać kogoś takiego jak ja...? Albo okazałoby się jeszcze, że kręcą Cię laski, albo ktoś z pozostałej piątki zawładnął Twoim sercem, a nie ja. Pewne zdarzenie niejako potwierdziło moje obawy. *Pozornie, bo wcale tak nie było, ale ja sobie tak ubzdurałem. Och, jaki ja byłem głupi.*
Zaprosiłeś mnie i całą resztę do naszej kryjówki aby pograć w gry. Jakoś nie byłem w nastroju do jakiejkolwiek zabawy, przez co z początku odmówiłem. Ostatecznie... stwierdziłem, że co ja będę siedział i się kisił w swoim pokoju na górze. Zebrałem dupę w troki, zlazłem po schodach na dół i ruszyłem do głównej sali, w której się znajdywaliście z zamiarem zrobienia Wam niespodzianki. Zdążyłem lekko uchylić drzwi, kiedy... zastygłem w bezruchu, patrząc z rozdziawionymi ustami i zszokowaną miną w odbywającą się scenę. Zalała mnie cała gama emocji naraz w jednym czasie, do tego czułem jak moje serce roztrzaskuje się na miliony drobnych kawałeczków. *To była po prostu... zazdrość.* Nie wierzyłem własnym oczom. Mój Ryu... całujący w usta Kookiego. Może nie miałbym z tym takiego problemu, gdyby nie fakt, jak głębokie uczucia się we mnie ukształtowały. Byłem zdruzgotany, a jednocześnie wpadłem w olbrzymi szał. Nie umiałem nad tym zapanować, straciłem kontrolę zarówno nad swoim ciałem jak i mocami. Nic nie widziałem i w tamtej sekundzie nie obchodziły mnie konsekwencje. Tym samym... po raz pierwszy uświadczyliście to, do czego jestem zdolny. Sami byliście w niemałym szoku *co było krótkotrwałe* i nie ogarnialiście czemu tak wybuchłem. Ogień zaczął szaleć dookoła mnie, omal nie niszcząc wszystkiego, co dostało płomieniami po drodze. Na szczęście szybko opanowaliście sytuację, podbiegając do mnie. Uspokoiliście mnie i zgasiliście jakoś powstały ogień, usiłując mi przemówić do rozsądku i pokazać, że to nie było nic takiego. To była tylko gra, w której się wydurnialiście. Gdy ochłonąłem jako tako, byłem bliski utraty przytomności, bo jednak sporo mnie ten pokaz kosztował energii i wysiłku. Ku mojemu zaskoczeniu nie byliście jakoś wielce skonfundowani tym co zobaczyliście. Bardziej powodem mojego wkurwienia. Od razu przyznaliście się, iż jesteście dosłownie identyczni, z taką różnicą, że każdy z Was posiadał inną umiejętność. Wyjawiłem Wam, czego się tak bałem i dlaczego tak z tym zwlekałem. Może lepiej wyszło... przynajmniej nie zostałem przez Was odtrącony, a w zamian za to otrzymałem wsparcie i chęć pomocy w opanowaniu mojej pirokinezy. Od teraz... nie mieliśmy przed sobą absolutnie żadnych sekretów.
Spytany o to, czy moje furiackie zachowanie wyszło z zazdrości, oczywiście z automatu zanegowałem. Oświadczyłem, że mam ochotę zostać sam, aby móc poukładać rozbiegane myśli. Wróciłem do swego pokoju znajdującego się wyżej na piętrze naszej kryjówki, opadając na łóżko. Z jednej strony cieszyłem się, że mnie nie potępiliście i okazało się, że tak jak ja jesteście mutantami, a z drugiej... myśl, że kochasz innego mnie niszczyła. Byłem cały roztrzęsiony i rozdygotany. Parę minut później rozległo się takie trochę ciche pukanie. Otworzyłem i zobaczyłem, że to Ty; trzymałeś w swoich rękach Moon. Powiedziałeś, że wpadłeś na chwilę i przyniosłeś mi swego kota, który miał na mnie zbawczy wpływ, a przynajmniej Ty to tak postrzegałeś. Zresztą taka prawda. Nie chciałeś mi przeszkadzać, dlatego dałeś mi znać, bym jutro zszedł na dół do Was później, gdyż szykujecie coś specjalnie dla mnie. Przytaknąłem, odbierając od Ciebie futrzaka. Wróciłem na swoje poprzednie miejsce. Tak naprawdę... marzyłem, byś mnie zwyczajnie przytulił, właśnie został dłużej, mimo moich wcześniejszych słów, które były przeciwieństwem tego czego z całego serca pragnąłem. Nie zrobiłeś nic w tym kierunku. Równie dobrze mogłem sam wyjść wreszcie z inicjatywą i Cię przygarnąć do siebie. Niemniej... sam nie umiałem zebrać w sobie wystarczających pokładów odwagi... Posłałeś mi delikatny, acz rozbrajający uśmiech, który za każdym razem sprawiał, że nogi się pode mną uginały. Pomachałeś na pożegnanie i wyszedłeś, zamykając za sobą drzwi. Ból, jaki odczuwałem wewnątrz był coraz gorszy, wprost nie do zniesienia. Delikatnie odłożyłem kotkę na pościel i udałem się do sklepu po alkohol. Tony alkoholu. Dotychczas gardziłem wszelkimi trunkami ze względu na ojca pijaka. Nie chciałem stać się taki jak on. Jednak pomyślałem, że jak raz zatopię w nim swe smutki, nic mi nie grozi. Musiałem na własnej skórze przetestować, czy to zadziała i choć w minimalnym stopniu mi ulży. Najebałem się w pięć jak nie więcej dup. Procenty rozchodzące się po moim organizmie w zastraszającym tempie pozornie odebrały całe moje cierpienie, jakby go tam w ogóle nie było. Prędko przekonałem się, że efekt jest odwrotny, a ten cały cholerny alkohol jedynie na krótki czas je stłumił. Ledwo trzymałem się na nogach i właściwie padłem bardzo szybko na materac, odpadając w błyskawicznym tempie. Nazajutrz skończyłem z przeszywającym na wskroś bólem rozsadzającym mi łeb, a wszędzie walało się mnóstwo pustych flaszek porozrzucanych po podłodze. Wcale nie było mi lepiej. Czułem się fatalnie, a ból się tylko nasilił. Nie wytrzymałem i nie patrząc na zegarek, ruszyłem do Was. Nadal się lekko chwiałem i miałem problem z chodzeniem, ale jakoś dotarłem do celu. Udało mi się jakoś nigdzie nie wyjebać w trakcie tej eskapady. Znowu wszystko opacznie odebrałem. Ujrzałem Ciebie wyginającego się w dość dwuznaczny sposób z Kookiem; najwyraźniej świetnie się bawiliście, tańcząc razem... To było dla mnie za wiele. Przerosło mnie. *Gdybym albo się posłuchał i przyszedł na odpowiednią godzinę, albo wiedział, że to takie ćwiczenia, gdyż chcieliście mi się pochwalić nowym układem tanecznym, którego zamierzaliście mnie też nauczyć... obyłoby się od tych jakże absurdalnych scen, jakie potem odstawiłem... Nie myślałem logicznie, wyłączyłem się i taki skutek.*
Wybiegłem ze łzami w oczach, trzaskając za sobą drzwiami z takim hukiem, że mógłbym obudzić tym rabanem nieboszczyka. Włożyłem w ów czynność mnóstwo siły. Nie oglądałem się nawet za siebie. Momentalnie na nowo wszystko straciło dla mnie najmniejszy sens. Zahaczając o stację benzynową, zarąbałem butlę z benzyną. Po co za nią płacić, skoro i tak miałem zaraz zniknąć z tego przeklętego padołu...? Z impetem wpadłem do swego pokoju na górze spłaszając tym Moon. Biedna uciekła i schowała się pod stół. Nie chciałem jej wystraszyć. Otworzyłem okno, aby mogła w razie co wyjść przez nie, kiedy wszystko stanie w ogniu. Niczemu nie zawiniła. Odkręciłem kurek i zacząłem rozlewać śmierdzącą przezroczystą ciecz po całym pomieszczeniu. Nie byłem do końca pewny, czy uda mi się spłonąć — a co jeśli jestem odporny na ogień...? Zaryzykować mogłem. Najwyżej dym mnie wykończy, a na to już nie powinienem mieć odporności. Po rozlaniu co do ostatniej kropli, usiadłem po środku łózka, schylając się w dół. Tak zgarbiony, wyciągnąłem swoją nieustraszoną zapalniczkę. Zacząłem nią pstrykać, powtarzając ten proces co rusz. Półotwartą i palącą się cisnąłem daleko przed siebie, a sam używając siły woli rozprowadziłem płomienie po każdym możliwym zakamarku. Cały pokój zaczął się fajczyć. Kątem oka dostrzegłem ogon Moon, znikający w ciemnościach panujących za oknem. Na chwilę zerwałem się na równe nogi, pozwalając płomieniom mnie pochłonąć. Właściwie tak chciałem... lecz praktycznie nadużywając już swojej mocy niespodziewanie upadłem do tyłu opadając zupełnie z sił, rozkasłując się na dobre. Czekałem na to aż albo żar zniszczy moje ciało, albo wszechogarniający mnie dym wykończy moje płuca.


15 czerwca 2014

Doznałem istnego deja vu. Tak jak wtedy obudziłem się w Twoim domu, w pokoju gościnnym. Zarówno Moon, jak i talerz ze słodyczami już tam na mnie czekały. Jedyna różnica była taka, że... siedziałeś na krześle obok, kurczowo ściskając mnie za dłoń. Ledwo się ocknąłem, a Ty na mnie na wstępie najechałeś, że jestem kretynem i żebym Ci tak więcej nie robił, bo tego nie zniesiesz. Opowiedziałeś mi, jak to pod wpływem złego przeczucia za mną popędziłeś i jak wyciągnąłeś mnie z płonącego pokoju. Przyznałeś w zdenerwowaniu jak cholernie Ci na mnie zależy i nie chcesz mnie stracić. Dalej krzycząc usiłowałeś ze mnie wyciągnąć, dlaczego chciałem ze sobą skończyć i o co mi do jasnej cholery chodzi, a przede wszystkim — czemu zachowuję się w taki popierdolony sposób. Dłużej nie mogłem się z tym kryć. Nie mając nic do stracenia i stawiając wszystko na jedną kartę wyznałem Ci, że zasadniczo odkąd Cię ujrzałem to się w Tobie zabujałem. Wyszło mi to dość uroczo i nieudolnie, bo wciąż nie umiałem przytoczyć tych dwóch słów — kocham Cię. Lecz nie musiałem; Ty i tak załapałeś co mam na myśli. Nie mówiąc nic wsunąłeś się obok mnie do łóżka, uniosłeś podbródek i... złożyłeś na mych ustach czuły, przepełniony ciepłymi uczuciami pocałunek tym samym pokazując, że odwzajemniasz moją miłość do Ciebie. Zaczynało nas coraz bardziej ponosić, ale gdy przykułeś moje nadgarstki do łóżka i chciałeś ściągnąć ze mnie koszulkę... zesztywniałem, patrząc na Ciebie z przerażeniem. Wynikało to z tej pieprzonej traumy, której nabawiłem się przez pedozjeba. Myślałem, że udało mi się już o tym zapomnieć, wyprzeć to z pamięci i wymazać. Niestety dało to o sobie znać i nic nie mogłem z tym zrobić. Najadłem się przy okazji nagłych obaw, że Cię to do mnie zniechęci. Na szczęście z nas nie zrezygnowałeś. Ba, nie miałeś mi tego za złe i sam nieco spanikowany spytałeś czy to Ty zrobiłeś coś nie tak. Zaprzeczyłem i tym samym zdradziłem Ci ostatnią rzecz, którą nie mogłem się wcześniej podzielić. Wiedziałeś już o mnie wszystko. Wierzyłem, że z Twoją pomocą pokonam swoje demony z przeszłości i przestaną mi się włączać te cholerne opory przed bliższymi zbliżeniami. Poprosiłeś, byśmy nasz związek ukrywali przed resztą, przynajmniej dopóki nie poczujemy się pewniej i będziemy gotowi na przekazanie im tej pięknej nowiny. Odpowiadało mi to jak najbardziej.


2 kwietnia 2015

W końcu udało mi się dowiedzieć prawdy o mutantach. Z mediów. Usłyszałem o zamachu w marszu podczas Święta Niepodległości, co było jeszcze w lipcu 2014 roku. Wtedy zacząłem grzebać i to mi sporo ułatwiło, a także pozostałym przyjaciołom. Mogliśmy się w tym wspierać i nieco łatwiej zrozumieć nasze moce i całą resztę.

Stopniowo stawałem się coraz silniejszy i pozwalałem Ci na coraz więcej. Stałeś się moim największym skarbem. Wiedziałem, że już nikogo poza Tobą nie chcę. Pragnę i kocham tylko Ciebie. Wprawdzie musiał minąć z rok, bym stał się prawdziwie wolny od wszystkich swych lęków i traum, ale myślę, że to co wydarzyło się tego pamiętnego dnia było warte czekania. Siedziałem w naszej kryjówce, którą zarezerwowałem specjalnie dla mnie i dla Ciebie na dwa dni i grałem na pianinie, ćwicząc piosenkę, którą dla Ciebie napisałem. Zwykle jak już miałem używać głosu, to rapowałem, gdyż jakoś lepiej mi rap wychodził. Lecz w tym przypadku postanowiłem zaprezentować to w nieco inny sposób i Ci zaśpiewać stworzony przeze mnie utwór. Chciałem podarować Ci prezent za Twoją cierpliwość i dobroć, a to jedyna rzecz, jaką mogłem Ci zaoferować. Przybyłeś o wyznaczonej przeze mnie godzinie. Gestem ręki wskazałem Ci siedzenie obok byś się do mnie przysiadł. Byłeś zachwycony i bardzo wzruszony moim występem... Jak skończyłem natychmiast porwałeś mnie na swoje kolana i mocno przytuliłeś, przykładając czoło do mojego. Pod wpływem wzmożonych emocji i tego jak silnie mnie to ogarnęło... tak, powiedziałem Ci wreszcie, że Cię kocham. A ty mnie. I... wszystko puściło. Mogłem zburzyć mur, który mnie blokował, dzięki czemu całkowicie Ci się oddałem, pozwalając Ci robić ze mną wszystko co zechciałeś. Po naszych seksualnych igraszkach cóż... pomieszczenie wyglądało jakby co najmniej przeszedł po nim huragan, a nasze ciuchy były porozrzucane po kątach w całkowitym nieładzie. Zaliczyliśmy każde możliwe miejsce, w każdej istniejącej pozycji, kończąc na pianinie, na którym też zasnęliśmy. Nie należało to do najwygodniejszych pozycji, lecz mi to wciąż różnicy nie robiło. Miałem przy sobie Ciebie i nie potrzebowałem nic więcej. Wiedząc, że Ty w przeciwieństwie do mnie jesteś przyzwyczajony do luksusów, ja leżałem wbity plecami w wystającą część obudowy instrumentu tak nad klawiszami, robiąc za Twoją jakby poduszkę. Wiem, że pewnie też nie do końca było Ci wygodnie, ale na pewno lepiej niż na dachu. Otulałem Cię ramionami i kocem, byś mi się nie przeziębił i jakoś to było. Z tym dniem dawaliśmy upust swym fantazjom i się nieźle rozszaleliśmy, ale co się dziwić... mieliśmy do tego prawo, a ja mogłem ofiarować Ci od siebie znacznie więcej. Do tego uzupełnialiśmy się ze swoimi mocami i jak razem ćwiczyliśmy, niezaprzeczalnie wychodziły nam z tego ciekawe połączenia. Byłem najszczęśliwszym chłopakiem na świecie i nie miałem już wątpliwości, iż jesteś moją bratnią duszą, zaginioną połówką, której nie zamierzałem nikomu oddać, pilnując niczym smok swojego najcenniejszego skarbu.


2 lipca 2016

Było nam ze sobą cudownie. Powoli przygotowywaliśmy się do tego, by powiedzieć o naszym związku pozostałej piątce. Umówiliśmy się standardowo tam gdzie zawsze i to właśnie między innymi tego dnia zdecydowaliśmy im się ujawnić. *Nie wyszło…. Nie zdążyliśmy. Los znowu mi dopierdolił. Ach jakże on mnie wkurwia, bo jak zwykle robi mi na złość... czemu akurat do mnie musiał się tak uczepić...? Nie dość wycierpiałem...?*
Znowu się zasiedzieliśmy prawie do rana, odwalając różne zwariowane akcje, grając w rozmaite gry *tak, wliczając w to „prawdę i wzywanie”, w której na mnie padło, bym pocałował Kooka, więc... byliśmy kwita!* i wygłupialiśmy się równo, w co zaliczało się wspólne okupywanie do połowy wypełnionej wanny wodą. Kolory naszych czupryn również mówiły same za siebie. Sam zaszalałem i walnąłem się na miętowo, a Ty zaś na pomarańczowo. Niezły czad, nie?
Nie zorientowałem się, gdy odpłynąłem znajdując się tuż obok Ciebie. Przykre jest to, że... to był ostatni raz, kiedy Cię widziałem. Jak to ja, spałem jak zabity niczym kamień, nic nie mogło wyrwać mnie przedwcześnie ze snu. Zostałem całkiem sam... po tym jak się obudziłem nikogo z Was nie było, a obok mnie leżała Moon z krótką notką. Było na niej napisane, że wyszliście do sklepu po kilka rzeczy i nie mieliście serca mnie budzić, dlatego daliście mi znać, bym się nie martwił. Liścik mnie uspokoił. Na parę godzin... Byłem rozlazły i nieszczególnie chciało mi się cokolwiek robić. Jak to miałem w zwyczaju dorwałem się do pianina w oczekiwaniu na Wasz powrót. Straciłem rachubę czasu, a Wy w dalszym ciągu nie wracaliście... Wtem zadrżał mi telefon, który miałem schowany w kieszeni tuż obok zapalniczki. *Tak, to też jedna z tych rzeczy, którą mi podarowałeś.* Napisałeś mi krótką wiadomość, w której nakazałeś mi zostać w kryjówce, przynajmniej póki się na zewnątrz nie uspokoi, a jako że nie będziesz korzystał więcej z tego numeru… zostawiłeś mi list pod konkretnym adresem, a właściwie… zakopanego w ziemi. Nie miałem bladego pojęcia co się święciło, ani o co chodziło. Brzmiało to tak, jakbyś przed czymś lub kimś uciekał, będąc w niebezpieczeństwie i robiłeś wszystko na szybko. Kilka razy próbowałem się do Ciebie dodzwonić. Usłyszałem to pieprzone „nie ma takiego numeru” i tak w kółko. Zdenerwowałem się nie na żarty. Założyłem, że... ktoś Cię porwał, tak samo jak resztę. Najgorsze scenariusze również przeszły mi przez myśl, typu ktoś Was nakrył i zabił... nie chciałem jednak w to wierzyć i wolałem trzymać się tej pozytywniejszej wersji. Uznałem, że wyruszę po to co mi napisałeś dwa dni później. Wyściubiłem nos za drzwi i kiedy doszedłem do wniosku, iż jest spokojnie... Odnalazłem ten punkt, gdzie miał być list od Ciebie. Drżącymi rękoma wyciągnąłem go z ziemi i otrzepałem z piasku.
Poprosiłeś mnie w nim, bym niezależnie od wszystkiego się nie poddał i trwał dalej, ale... nie mogłeś mi podać żadnych detali. *Widocznie chodziło o to, by i mnie nie dorwano.* Podkreśliłeś żebym pod żadnym pozorem nie próbował sobie odebrać życia, bo nie chcesz mojej śmierci, a ja mam na Ciebie czekać. Obiecałeś mi, że wrócisz do mnie najszybciej jak to możliwe, tylko nie wiesz ile Ci to zajmie… Skwitowałeś go tym oto zdaniem: Już za Tobą cholernie tęsknię i pamiętaj, zawsze będę Cię kochał. To się nigdy nie zmieni.
Był w tym pożegnalny wydźwięk, a jednocześnie... dający mi nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i znów Cię zobaczę, a naszej miłości nie zniszczy nic. I jeśli rzeczywiście zostałeś porwany, tak samo jak pozostali... pewnie chcieliście mnie ochronić, a znając moją delikatną konstrukcję wolałeś pominąć drastyczniejsze aspekty póki miałeś ku temu sposobność. Tak przedstawiało się to w moich oczach i tak z tego wywnioskowałem, biorąc pod uwagę te trochę lepsze scenariusze. Zdawałem sobie sprawę, że możliwości było multum i tylko jedno z nich było prawdziwe. Tyle pytań przewijało się przez mój umysł, a odpowiedzi na nie brak.


2 lipca 2019


Wyglądało na to, iż zniknęliście na dobre. Mijały miesiące, a po Was ani śladu. Próbowałem Was odnaleźć, pytałem kogo się dało. Nikt nic nie wiedział, Wasi rodzice też nie. Przekazałem im, że jak mi się uda czegokolwiek dowiedzieć, na pewno ich o tym poinformuję. Co do Ciebie mój kochany Ryu... zaopiekowałem się Twoją kotką, bo tylko ona mi po Tobie została. Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, bym podczas Twojej nieobecności się nią zajął.
Było mi coraz ciężej... znowu czułem się samotny, powoli popadając na nowo w sidła depresji. Pamiętam jak frustracja osiągnęła zenitu i nie mogąc tego znieść, wpadłem w amok i zacząłem rozwalać różne przedmioty, w tym niektóre instrumenty. Pianino też trochę oberwało. Tym razem nie straciłem panowania i nie wznieciłem ognia, tylko po prostu... pełen irytacji potrzebowałem się na czymś wyżyć. Omal nie straciłem gardła, gdy zacząłem wydzierać się na cały regulator z tej rozpaczy i bezsilności. Upadłem na zimną, podziurawioną podłogę podtrzymując się roztrzęsionymi dłońmi podłoża. Pozwoliłem łzom spływać po moich policzkach nie powstrzymując ich. Wyryczeć też się musiałem. Nie umiałem się z nikim tak zgrać jak z Wami... Nikomu nie zaufałem tak jak Wam. Nikogo nie mogłem nazwać swoimi przyjaciółmi, tym bardziej uznać za rodzinę. Mój piękny i idealny świat, który z Wami stworzyłem runął niczym domek z kart. Straciłem to, co dla mnie najcenniejsze. Przy życiu trzymały mnie jedynie Twoje słowa z listu... gdyby nie to, raczej bym popełnił samobójstwo. Usilnie wierzyłem w to, że gdzieś tam jesteś i potrzebujesz mnie. Tak mocno, jak ja Ciebie. Sumiennie trenowałem swoją moc, ażeby nabierać więcej sił i doświadczenia, w końcu jeśli będę musiał Ciebie i pozostałych naszych kumpli wyrwać z łapsk jakichś skurwysynów... nie mogę sobie pozwolić na żaden błąd, nawet najmniejszy. Muszę być wystarczająco silny, by móc Was uratować. Zdarza mi się coś ukraść, choć dorabiam sobie gdzieniegdzie jako pianista i raper, zdobywając niemałą rzeszę fanów, aczkolwiek staram się zbytnio nie wychylać ze swymi talentami. Sława mogłaby być dla mnie zgubna i niebezpieczna. Aż tak ryzykować nie mogłem, zwłaszcza że już i tak mutanci mają przejebane w tych czasach. Trzymałem się na uboczu, nie chcąc zwracać na siebie przesadnej uwagi, co wychodziło mi perfekcyjnie. I jakoś... życie toczyło się dalej.
Minęły trzy lata, a Was wciąż nie ma. Powinienem stracić już dawno resztki nadziei, ale coś uporczywie podpowiadało mi, że żyjecie. Wyrosłem na nieskromnie mówiąc nieziemsko przystojnego mężczyznę. Miałem powodzenie głównie u płci pięknej. Lecz ja... pozostawałem Ci wierny i lojalny. Nie umiałem na żadną spojrzeć w taki sposób jak na Ciebie. Ktoś mógłby powiedzieć, że się uparłem i wmówiłem sobie to wszystko.; że mi to minie. Bynajmniej. To co do Ciebie poczułem od samego początku jest prawdziwe i szczere, a wraz z tym niesamowicie głębokie, mocne. Z Twojej strony było tak samo. Nigdy nie wątpiłem w Twoje uczucie, które było równie niezniszczalne jak to moje i nic nie było na siłę ani z żadnej litości. Wiem, że taka miłość trafia się tylko raz, a Ty byłeś i jesteś tym jedynym. Moim przeznaczeniem... Nie potrafię sobie wyobrazić siebie z kimś innym. Tęsknię nieustannie. Wiesz, ja nadal czekam. Tak bardzo Cię kocham. Moje serce Cię potrzebuje i usycha bez Ciebie. Obiecuję Ci, że niezależnie od kosztów odnajdę Cię i zrobię co w mojej mocy, abyś był bezpieczny. To będzie moja rekompensata za to wszystko, co dla mnie zrobiłeś.

Westchnąłem ciężko, oddając się wspominkom. Zamknąłem swój pamiętnik i wcisnąłem go do plecaka, łącznie z resztą najpotrzebniejszych rzeczy. Poczułem się na tyle pewnie, by rozpocząć wielką tułaczkę po świecie. Byle odnaleźć zaginionych kumpli, a w tym ukochanego Ryu. Nie spocznę, dopóki nie dowiem się, co się z nimi stało. Byłem przygotowany na najgorszą prawdę. Najwyżej tym razem umrę już tak na amen. Trudno. Ale... muszę wiedzieć. To mi nie da spokoju. Jakie było moje zdziwienie, kiedy to w lutym 2019 roku ujrzałem w wiadomościach twarz jednego z mych najlepszych przyjaciół. Padła tam nazwa miasta... Seattle. Czyli mój aktualny cel. To był już jakiś konkretniejszy trop, a przy okazji jedno było pewne... przynajmniej Ryung żyje, ale pewnie ma kłopoty. Tak założyłem. Naturalnie zabrałem ze sobą Moon i załatwiłem wszystko tak, by mogła mi towarzyszyć i nie musiała kisić się w głupiej klatce ani nic z tych rzeczy. Lecę samolotem wyglądając przez niewielkie okno i wpatrując się w znajdujące za nim widoki. Co mnie tam czeka? Ma się to dopiero okazać...


[Profil]
  [A-]
 
Sunwoo Yoon



You've set my heart on fire. Where are you now? I'm faded....

Pirokineza

84%

Pianista, raper i złodziejaszek, który szwenda się po świecie





name:

Sunwoo Yoon

alias:
Min Suga; Agust D

age:
26 lat

height / weight:
174 / 56

Wysłany: 2020-12-25, 05:18   
   Multikonta: No, god please no.


charakter
Co mogę o sobie powiedzieć? Cóż, jestem cholernie niestabilny. Ciężko mnie tak właściwie wyczuć. Na przestrzeni lat sporo się zmieniłem i nawet teraz raczej nic nie jest stałe. Zresztą jak mogłoby być...? Nie da się utrzymać nieustannie tego samego temperamentu przez dłuższy czas. Prędzej czy później coś się zmieni w większym bądź mniejszym stopniu. Człowiek się rozwija, stara się poprawić te cechy, które jednak są uciążliwe, zawadzają i wiele utrudniają w funkcjonowaniu. Szczerze mógłbym siebie określić jako okropnie chaotycznego, gdyż... nie da się przewidzieć, co mi może gwałtownie strzelić do głowy. Z głębokiej depresji nagle mogę się śmiać jak idiota z byle czego. Może to żałosne, ale wciąż nawiedzają mnie samobójcze myśli, zwłaszcza w tych gorszych momentach, kiedy samotność zbyt mocno we mnie uderzy. Włączając w to tęsknotę za ukochanym i piątką najlepszych przyjaciół... Ale z drugiej strony jestem do niej przyzwyczajony. Ostatecznie samotność od zawsze mi towarzyszyła. Nikogo nie miałem i musiałem sobie jakoś z tym radzić; na rodziców liczyć nie mogłem w ogóle. Dopiero szóstka chłopaków na mnie wpłynęła; to oni wyciągnęli te wszystkie pozytywne cechy, które były głęboko we mnie schowane. Nie przeczę, było to dla mnie niemałym zaskoczeniem, że jestem zdolny do odczuwania czegoś takiego. Bycia tak wrażliwym. Los nie był dla mnie łaskawy w większości przypadków i teraz męczę się ze swoimi demonami z przeszłości. Tak, udało mi się je zwalczyć przy pomocy Ryu i reszty, ale odkąd zniknęli... znów stawiam im na nowo czoła. Jednak tym razem jestem silniejszy i nie daję się im tak łatwo jak dawniej. Niemniej... staje się to trudniejsze z każdym kolejnym dniem trwania w niewiedzy... czy jeszcze ich kiedykolwiek zobaczę.
Moja psychika w dalszym ciągu jest niezwykle krucha. Do tego mocno poszargana z odciętym na niej piętnem, zaś dusza postrzępiona, a serce ma mnóstwo blizn i ran. Niektóre z tych ran otworzyło się na nowo; wszystko krwawi i we mnie krzyczy. Cierpię wciąż, ale mimo wszystko trwam dalej, bo obiecałem to Ryu. Myśl, że mnie kocha, że żyje i gdzieś tam jest... pomaga mi nie popełnić najgorszej głupoty. Głupoty, jakiej mógłbym się podjąć, gdyby nie moja determinacja i wewnętrzna wiara w to, że go w końcu odnajdę i mocno przytulę już nigdy nie wypuszczając z ramion. I jeśli faktycznie jest w jakimś zamknięciu... że będę dostatecznie silny, aby go uratować. Staram się być jak najbardziej wzmocniony i wytrwały. Dla niego. Nic innego mi nie pozostało. Zasadniczo nie mam nic do stracenia.
Do nowych znajomości podchodzę nadzwyczaj nieufnie i ostrożnie. Nie potrafię ot tak się przed kimś otworzyć. Lecz gdy już przychodzi do tych, na których mi najbardziej zależy... jestem w stanie oddać wręcz za nich życie. O moją drugą połówkę jestem chorobliwie zazdrosny. Moja zazdrość przedstawiała się wybuchami istnej wściekłości, doprowadzających też niekiedy do utraty kontroli nad moją mocą. Mimo spotykanych ludzi po drodze od czasu wszczęcia mych poszukiwań, nie byłem w stanie się z nikim zaprzyjaźnić. Boję się, że mógłbym się na kimś przejechać, albo znowu kogoś stracić, a więcej nie udźwignę. Wątpię, bym był w stanie znieść kolejną dawkę cierpienia, do tego tak potężnego. Przerosłoby mnie to już zdecydowanie. I tak się ledwo trzymam... Może wychodzę na jakiegoś odludka, ale... jakie to ma znaczenie. Tak było od zawsze, więc mi bez większej różnicy. Jeśli nie odnajdę swych „zgub”, albo poznam najgorszą z możliwych prawd... przynajmniej będę miał świadomość, iż próbowałem cokolwiek zdziałać. Najwyżej będzie to wówczas mój prawdziwy koniec.
Ale wiecie co? I tak jestem niesłychanie wdzięczny, że dostałem chociaż tych parę lat prawdziwego szczęścia. Przede wszystkim, że mogłem przeżyć tak wielką miłość, która mi bynajmniej nie minęła i nie minie, i że przez ten okres mogłem być całkowicie spełniony. Co za tym idzie udało mi się zapomnieć o bólu z przeszłości, ciesząc się z małych rzeczy. Tych wszystkich wspaniałych chwil, które dzieliłem z najcudowniejszymi ludźmi, którym zawdzięczam wszystko. To jest najważniejsze i choć brakuje mi ich, tęsknię za nimi niemiłosiernie... nigdy im tego nie zapomnę, ani tego co dla mnie zrobili. Mam nadzieję, że dane będzie mi się im prawowicie odwdzięczyć za ich dobroć. Tak, na to właśnie liczę.
Nazwałbym siebie spokojnie... chodzącą, tykającą bombą, która w każdej chwili może wybuchnąć. I zależnie od tego, co mnie czeka w najbliższej przyszłości... okaże się, dokąd mnie to doprowadzi i czy będzie ze mną gorzej, a może lepiej? Tego nie przewidzę.
opis mocy
PIROKINEZA — czyli zdolność, dzięki której Sunwoo może korzystać z ognia, a wraz z tym go kontrolować. Natomiast na wyższych poziomach — tworzyć jego różne formy, a nawet samemu jakby „stanąć” w płomieniach i stać się czymś w rodzaju ludzkiej pochodni. Zależnie od użycia mocy i jej formy, może doprowadzić do oparzeń nawet i trzeciego jak nie wyższego stopnia, skutkując też nieodwracalnymi zmianami na skórze ofiary. Przy mocnych spaleniach może wręcz zwęglić ludzkie ciało, doprowadzając człowieka do śmierci.

Poziom 1 (0% — 35%):
— Użytkownik może kontrolować ogień początkowo jedynie przy pomocy przedmiotów, które temu sprzyjają takich jak między innymi zapalniczka, gdyż samemu nie jest w stanie jeszcze wytworzyć ot tak płomieni z niczego. Jest to wszystko chaotyczne, ciężko mu nad tym panować, ale im wyższy procent mocy, tym powoli zaczyna się stabilizować.
— Ciało zaczyna być odporne na ogień, aczkolwiek w niewielkim stopniu. Wciąż można zaznać jakichś oparzeń, choć nie na tyle destrukcyjnych, by pozostawiło po sobie jakiekolwiek ślady na ciele używającego.
— Możliwość zwiększania i zmniejszania płomieni w świeczkach, zapalniczkach i innych przedmiotach, które wytwarzają choćby minimalny płomień.

Poziom 2 (36% — 66%):
— Organizm niemalże uodpornił się na oparzenia, choć wciąż nie do końca, a on ma coraz większą świadomość z istnienia mocy, coraz łatwiej idzie mu ją kontrolować, choć wciąż ma z tym niemałe problemy.
— Im bardziej odczuwa emocje, głównie te negatywne, tym moc coraz intensywniej się objawia. W jego przypadku niesiony zazdrością, strachem, czy olbrzymią furią. Przy takich skrajnych emocjach o wiele ciężej mu to wszystko kontrolować i zazwyczaj traci panowanie nad mocą i sobą, co może nieść za sobą niszczycielskie konsekwencje, w najgorszym przypadku do wybuchów o ile w pobliżu znajdują się łatwopalne substancje.
— Już bez większych problemów może zgasić płomień w świecach i tym podobnych, a także je zapalać. Ponadto zaczyna powoli kontrolować mniej stabilne źródła, jak choćby ognisko, czy pożary (do średniej wielkości pomieszczeń, maksymalnie do pojemności domku jednorodzinnego).
— Początki tworzenia mini kul z ognia rzucanych na niewielkie odległości (maksymalnie do 5 metrów), czy innych prostych form, wciąż przy pomocy przedmiotów, w jego przypadku przeważnie zapalniczki. Im częściej ćwiczy, tym coraz fikuśniejsze kształty udaje mu się wytworzyć.

Poziom 3 (67% — 90%):
— Całkowita odporność na ogień. Może już też wytwarzać go ze swego organizmu i powoli stawać w płomieniach, zależnie od tego, jaki procent opanowania mocy posiada. Im wyższa, tym jego ciało ma możliwość wytworzenia samoistnym płomieni, a tym samym siła powstającego żaru też jest coraz dalsza i może nawet ciskać rozmaitymi formami, które sobie akurat stworzy, maksymalnie na 10 metrów.
— Tworzenie coraz większej ilości kształtów z ognia, może także ciskać nim z rąk, nie potrzebując już do tego żadnych przedmiotów wspomagających.

Poziom 4 (91% — 100%):
— Użytkownik może już przybrać ognistą formę w pełni stając w ogniu, będąc z niej wręcz stworzonym (naturalnie podczas tego procesu ciuchy spalają się w popiół i nie są już zdatne do użytku), a tęczówki w jego oczach zmieniają kolor na czerwono pomarańczowe. Ugasić go jedynie może olbrzymia ilość wody (choćby mutant posiadający hydrokinezę). Ma coraz większą swobodę w formowaniu z ognia wszystkiego, co tylko dusza zapragnie. A w tym doprowadzanie do coraz większych eksplozji.
Dodatkowo może uniknąć obstrzału. Jednak wiąże się to z innymi konsekwencjami. Jeśli nie odmieni się na czas a zostanie oblany wodą, może zginąć. Ograniczenie trwania bycia w ognistej formie wynosi do jednego postu, natomiast odpoczynek od 4 do 5 postów.
— Na tym poziomie może też wchłaniać ogień z otaczającego go świata. Nie może też się już zatruć dymem.
— Zaczyna stopniowo panować nad wybuchami, a także je niwelować, zwiększać, bądź zmniejszać ich moc. To samo tyczy się płonących budynków. Rzecz jasna żeby do tego jakkolwiek doszło, potrzebuje wciąż łatwopalnych substancji.

Atuty:
— Możliwość stania się tak zwaną „ludzką pochodnią” przy osiągnięciu niemalże pełni mocy.
— Kontrolowanie ognia i manipulowanie nim, a także wytwarzanie różnych kształtów. Może w zależności od siły i wielkości danego tworu doprowadzić do różnych skutków, włączając w to także śmierć jak już porządnie da komuś popalić.
— Odporność na poparzenia.

Skutki uboczne:
— Im więcej używa mocy, tym więcej energii traci, aż do takiego jakby uśnięcia, a jego ciało odczuwalnie jest coraz bardziej zwiotczałe. Takiej utraty przytomności, ale też nie do końca. Zależnie od ilości zużytej mocy, Sun odsypia daną liczbę godzin i musi odpocząć dłużej bądź krócej.
— Przy początkowych poziomach, możliwość poparzeń, a także zatrucia dymem.
— Niemożliwe jest też panowanie nad ogniem w miejscach, gdzie są bardzo niskie temperatury, leje deszcz, bądź są silne podmuchy wiatru. Dopiero opanowując całkowicie swą moc będzie takie coś możliwe w pełni, a przy początku poziomu czwartego — można zacząć mieć minimalną możliwość opanowania tego żywiołu podczas trudniejszych warunków.

Skutki nadużycia mocy:
— Podczas odczuwania silniejszych emocji i mniejszego opanowania mocy, kompletna utrata kontroli nad sobą i wytwarzanym ogniem, a przy poziomie krytycznym, kiedy już nadużyje wszystkiego naraz... utrata przytomności na kilka dni, maksymalnie pięć.
— Odwodnienie, przez co musi potem uzupełnić braki, wlewając w siebie duże ilości płynów.
— Uczucie pieczenia skóry, jakby się paliła.
ciekawostki
🔥 Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, najlepiej sobie radziłem z wychowania muzycznego, plastyki i techniki i wychowania fizycznego. Choć nie przepadam za ćwiczeniami i tak ten przedmiot zaliczał się do tych, z których miałem najlepsze oceny. Najbardziej lubiłem grać w koszykówkę i do tej pory potrafię piłką trafiać celnie do kosza, również z dalszych odległości. I choć początkowo wyglądałem mizernie, teraz wyrobiłem sobie lepszą sylwetkę i mogę się pochwalić ładnie zarysowanymi mięśniami na brzuchu, czy ramionach. Nogi dalej wyglądają strasznie szczupło, ale zaakceptowałem ten stan rzeczy i nie przeszkadza mi to. Właściwie żeby było śmieszniej, wiele przedstawicielek płci pięknej mi ich zazdrości.
🔥 Piszę własne teksty piosenek i dalej coś sobie w zaciszu tworzę kiedy mi się nudzi, albo nagle ogarnie mnie natchnienie. Mogę o sobie spokojnie powiedzieć, iż jestem wirtuozem pianina. Nie ma takiej melodii, której nie umiałbym na nim zagrać. Sam bawię się niekiedy klawiszami i coś oryginalnego z tego powstanie. Dzielę się mym talentem z ludźmi odwiedzając jakieś zwykłe kluby czy bary, choć jednocześnie staram się zbytnio nie wychylać. Nie potrzeba mi rozgłosu ani sławy. Wystarczy mi kilka wiernych słuchaczy, których wzruszam swoją grą. Owszem, osiągnąłem w tym praktycznie perfekcję, mógłbym zawojować świat. Ale nie mam takiej potrzeby. Po prostu. Jak mi to pasuje i się zgrywa, również podczas przesuwania palcami po klawiszach coś zaśpiewam, co zdarza się rzadziej, gdyż lepiej czuję się rapując. Nadałem sobie ksywkę specjalnie, by nie być z nikim konkretnym kojarzony. Kiedy występuję jestem Agustem D i każdy kto uświadczy moich koncertów, zna mnie właśnie pod takim pseudonimem. I z tego aktualnie głównie żyję.
🔥 Został mi ten brzydki odruch sięgania po coś, co mi się spodoba a nie należy do mnie i akurat znajdzie w zasięgu mojej ręki. Mam tak odkąd musiałem sobie radzić bardziej na własną rękę. Zdarza mi się kraść i bywa, że wciąż zwędzę komuś parę groszy, czasem... wręcz setek, czy coś innego równie wartościowego. Czy męczą mnie po tym wyrzuty sumienia? Otóż nie. Nie potrafię nad tym zapanować i jest to silniejsze ode mnie, nawet pomimo faktu, iż zacząłem zarabiać wystarczającą ilość pieniędzy na swoje utrzymanie.
🔥 Potrafię porozumiewać się biegle głównie po Koreańsku, ale żeby łatwiej dogadać się z innymi, skoro postanowiłem ruszyć w świat nauczyłem się Angielskiego. Sumiennie go szlifowałem, przez co rozwinąłem się z niego na tyle, bym mógł swobodnie się nim posługiwać tak, jak swoim rodzimym językiem. Można powiedzieć „liznąłem” odrobinę Japońskiego, acz na poziomie podstawowym — znam parę podstawowych zwrotów, słówek i mogę też i piosenkę jakąś ogarnąć, lecz by go opanować do komunikatywnego poziomu szczerze powiedziawszy jest mi... dalej niż bliżej. Więcej języków znać mi w sumie nie potrzeba.
🔥 Miałem dwie lewe nogi jak przychodziło do tańca; byłem fatalny, a deptanie po stopach było z mojej strony na miejscu dziennym. Jednak żyjąc wśród sześciu chłopaków, którzy potrafili niezwykle i niesamowicie tańczyć, co było jedną z ich największych pasji... nauczyli mnie co nieco i dzięki temu przestałem być z tego tak beznadziejny. Udało mi osiągnąć niezły poziom, aczkolwiek w życiu bym im nie dorównał. Nie jestem w stanie robić tego w tak finezyjny i efektowny sposób jak oni, ale i tak jest dobrze. Mam się czym pochwalić, o tak powiem.
🔥 Oprócz tego mój ukochany Ryu nauczył mnie walki wręcz, a także się bronić, tym bardziej że wcześniej trenował Taekwondo. Może sam nie rozwijał się w tym dalej i miał czarny pas z dwoma danami, ale to i tak było wystarczająco, by w razie co umieć wybrnąć z jakiejś krytycznej sytuacji, gdybym przykładowo nie mógł użyć swojej mocy. To też bardzo przydatna umiejętność.
🔥 Odkąd poznałem smak słodyczy... nie ukrywam, uzależniłem się od nich i lubię się nimi zajadać. Najbardziej ukochałem sobie lizaki. Może to dlatego, że moi przyjaciele, w tym głównie Ryu próbując mi pomóc w pozbyciu się mojego innego paskudnego nałogu — palenia papierosów, za każdym razem kiedy zobaczyli wystającego peta z ust, zabierali mi go i w zamian wręczali jakiegoś lizaka. Sprawdzało się, jak najbardziej. Tylko im na to pozwalałem. A teraz odkąd zniknęli...? Smutno mi to mówić, ale nie ma mi kto o tym przypominać i w tak kochany sposób dać mi o tym jasno do zrozumienia. Poza tym dodatkowy stres i nerwy swoje zrobiły i na nowo zacząłem jarać. Może nie jak smok, jednak pozwala mi to chociaż w minimalnym stopniu się nieco wyluzować. Wiem, że to sztuczne i bardziej szkodliwe, ale głód nikotynowy zwycięża i nie umiem go sam pokonać.
🔥 Dalej nie przepadam za alkoholem, niemniej zdarza mi się w gorszych momentach wypić go więcej. I choć wiem, że to mi nie pomoże pozbyć się bólu i cierpienia do końca, właściwie przynosząc na drugi dzień do tego potwornego kaca... to i tak odrobinę łatwiej mi funkcjonować i radzić sobie bez swoich przyjaciół i ukochanego chłopaka. W innych okolicznościach... raczej bym go unikał. To taka moja mała ucieczka od przygnębiającego świata, który w moich oczach jest coraz mniej kolorowy z każdym kolejnym dniem.
🔥 Zostawiłem sobie wszelkie zdjęcia i filmiki, które kiedyś masowo nagromadziłem ze swoją paczką najlepszych przyjaciół. Głównie tych, które robiliśmy razem z Ryu... Z czasem kiedy ból w sercu przestał być aż tak dotkliwy, mogłem do nich niekiedy wrócić i powspominać te piękne chwile, w których byłem prawdziwie szczęśliwy. Oprócz nich trzymam jeszcze list od ukochanego, który wraz z jego kotem mi po nim pozostał.
🔥 Należę do artystycznych dusz. Poza muzyką i tańcem, umiem też całkiem nieźle rysować i malować. Już od małego mazałem i bazgrałem po kartkach kredkami i ołówkami, bo przynajmniej na to rodzice mi pozwalali i to mogłem mieć w pokoju, czego mi wyjątkowo nie zabraniali. W to też uciekałem, bo co mi innego pozostawało? Nie miałem w tym moim więzieniu nic lepszego do roboty. Poza odrabianiem lekcji to też było takim sposobem na wyżycie się i tak zwane zabicie czasu. I tak oto po latach takiego ciągłego rysowania stworzyłem wiele dzieł, jak można się domyśleć większość z nich dotyczyła najbliższych memu sercu ludzi. Nikt nie wie o istnieniu tych, które były związane ze mną i Ryu, a chodzi mi o te bardziej intymne. Byłoby inaczej, gdybyśmy tylko zdążyli pozostałej piątce przyjaciół powiedzieć o naszym związku... ale jak wiadomo nie wyszło. Były takim drobnym prezentem dla niego, szczególnie ten malunek, który miał upamiętnić nasz pierwszy raz przy pianinie. Trzymał go u siebie w pokoju w znanym tylko jemu i mnie miejscu... a odkąd ślad po nim zaginął, zabrałem go ze sobą.
🔥 Iced Americano życiem. Bez choćby jednego kubka dziennie się nie ruszę. W innym wypadku byłbym chodzącym zombie. Mam zresztą problemy z niskim ciśnieniem, więc kawa jest w moim przypadku wprost zbawcza. Zazwyczaj budziłem się później od reszty i tak szczerze sporo spałem, ciężko było mnie wyrwać z kamiennego snu. Nie wynika to z lenistwa żeby nie było... po prostu widocznie tak już mi zostało. Stawiam, że jest to jeden ze skutków ubocznych traumatycznych przeżyć z przeszłości i takie pozostałości po depresji i samobójczych myślach, które potrafią wciąż mnie nawiedzać. Takie ciągłe spanie też można powiedzieć zalicza się do takiej trochę ucieczki od rzeczywistości.
🔥 Fascynuje mnie wszechświat, planety, gwiazdy i wszystko to, co jest z tym związane. W rozgwieżdżone niebo mógłbym gapić się godzinami. Miałem tak odkąd pamiętam... i to był ten jeden czynnik, który jako jedna z nielicznych rzeczy umilała mi najgorszy okres w moim życiu, gdy byłem zamykany w swoim pokoju. Uwielbiałem też leżeć z moim chłopakiem i wraz z nim podziwiać ten nadzwyczaj niesamowity widok. Dodawał romantyzmu trzeba przyznać. Obecnie jak nastaje noc i obserwuję nieboskłon, za każdym razem myślę o moim Ryu. Przymykam oczy i staram sobie wyobrazić, że jest obok mnie. To nie to samo, ale zawsze coś... Chyba już zawsze będzie mi ta czynność przypominać o moim ukochanym...
🔥 Co mnie najbardziej wyróżnia z tłumu? Moja twarz przypomina takiego jakby kota, a nawet czasem wydawane przeze mnie dźwięki, równie pasujące do tego zwierzaka. Często ci, których spotykam na swej drodze określają mnie mianem lil meow meow, więc chyba coś w tym jest... Mam od cholery koczyków w uszach, lubię też nosić rozmaitą biżuterię taką jak wisiorki, pierścionki czy bransoletki. Do tego mój uśmiech także ma charakterystyczne miano... gummy smile, który wygląda niezwykle nietypowo jak już zdarzało mu się pojawić na mojej facjacie. Jeśli mam być szczery... w sumie nikt poza Ryungiem i moimi kumplami go nie uświadczył. Od ich zniknięcia nie umiem się już tak uśmiechać, bo nie mam jakoś powodu. Może kiedyś wróci, o ile w ogóle...


_________________
[Profil]
  [A-]
 
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2021-01-05, 19:24   

Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 84%

Rodziny się nie wybiera, jednak przyjaciół już owszem. Twoje wczesne lata dzieciństwa były przepełnione bólem i samotnością. Żyłeś jak ptak w klatce, lecz w wieku 19 lat rozpostarłeś swoje skrzydła. Uciekłeś z tego piekła i zacząłeś nowe życie u boku grupy, która wkrótce stała się dla Ciebie nową rodziną. Nie trać nadziei. Odnajdź tych, którzy nadali nowy sens Twojemu istnieniu. Ochroń ich, tak jak oni chronili Ciebie. Jeszcze nie jest na to za późno.

Twoja grupa krwi to:
A-
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 5