Poprzedni temat «» Następny temat
Just tryin' to kill the pain, but the pain is killing me.
Autor Wiadomość
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-09-18, 21:35   Just tryin' to kill the pain, but the pain is killing me.
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


// 20 listopada, Dzielnica Ochrony Mutantów.


W normalnych okolicznościach ten dzień wydawałby się piękny. Względne ciepło, jak na tę porę roku, słońce nieśmiało wychodzące zza chmur o samym poranku, spokojne ulice i cisza ledwo budzącego się życia.
Tylko... Czy na pewno?
Zniszczone budynki w tej okolicy, popękane drogi, wybite szyby na najniższych piętrach - łatwo było poznać jeden z najgorszych okręgów w tej dzielnicy. Mogłoby się wręcz zdawać, że same patrole nawet niechętnie tu chodzą - jakby zostawiając sprawy mieszkańców w ich własnych krwawych rękach. Czy to w sumie nie rozwiązywało ich problemów? Jeśli mutanci sami się wybiją, ich praca będzie znacznie spokojniejsza, czyż nie?
Pewnie dlatego przez tak wiele godzin nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Leżałam przed wejściem do klatki, gdzie znajdywała się moja kwatera. Leżałam - nieprzytomna, z twarzą ubrudzoną od krwi, widocznymi siniakami nawet na wychudzonych już dłoniach. Moje włosy były nie tylko potargane, ale i sklejone szkarłatną cieczą, której pierwsze ślady rysowały się przy samych nozdrzach, jak i na wyraźnie rysującej się ranie, pod spuchniętym, lewym okiem. Zniszczenia i kurz na ubraniach wyraźnie rysowały historię, która toczyła się tej nocy, jak i mogły sugerować, że potrzebowałam czyjejś pomocy, by doprowadzić się do tak tragicznego stanu.
Najgorsze jednak chyba było to, że... Żyłam. Że oddychałam względnie normalnie. Że nikt mnie nie dobił, pozostawiając mnie na tym paskudnym padole zwanym życiem, bez pomocy medycznej i szansy na jej uzyskanie. Zostawili mnie - bym się wykrwawiła? Nie... To nie było w ich stylu, nie o to im w tym chodziło. Gdy chodzi o pieniądze, życie jest od nich mniej warte - szczególnie, gdy jest się tak paskudnym śmieciem, bez wizji na jakąkolwiek poprawę.
Może lepiej byłoby dla mnie, gdyby jednak nikt mnie nie znalazł?
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Christopher Varcer



I always had an affinity for lizards. I've always felt somewhat close to them. They're reptiles. I find myself feeling somewhat reptilian at times.

Gadzie atrybuty

80%

D.O.G.S Zwykły mieszkaniec DOM'u





name:

Christopher Varcer

alias:
Reptile

age:
26

height / weight:
192/89

Wysłany: 2019-09-19, 03:10   
   Multikonta: Brak


Ta okolica nie cieszyła się dużą sympatią mieszkańców, będąc kojarzona głównie z brudem, bezprawiem oraz przemocą. Raczej nikt o zdrowych zmysłach się w te rejony nie zapuszczał, no chyba że chciał coś sprzedać na boku, przykładowo narkotyki albo pięść w nos. Nie przyszedłem jednak skorzystać z żadnej z tych ofert.
Heh, co mnie więc tutaj sprowadziło? Byłem wtedy dość nowy w tych stronach i nie do końca świadomy tego, że takie miejsca jak te w ogóle istnieją. Byłem w Dzielnicy Ochrony Mutantów dwóch... może trzech tygodni. Rana po wszczepieniu chipu przestała boleć, w miarę ogarnąłem panujący system, ale wciąż się wszystkiego uczyłem. Chciałem też koniecznie poznać okolicę, więc tego poranka udałem się na przechadzkę w nowe tereny z nadzieją na znalezienie czegoś interesującego. Może jednak mieli tu basen bądź kino? Można było oszaleć od braku jakichkolwiek rozrywek. Każdy dzień zdawał się wyglądać niemal identycznie.
Sam nie wiem kiedy budynki z tych w miarę ogarniętych zaczęły wyglądać jak po jakiejś wojnie. Wybite szyby, graffiti na ścianach... Mimo swej brzydoty to wszystko miało swój specyficzny, całkiem ciekawy klimat. Nawet lubiłem takie miejsca, ale zdecydowanie nie chciałbym w nich mieszkać. Co to, to nie.
Idąc chodnikiem i rozglądając się na wszystkie strony jak typowy turysta, omal nie potknąłem się o dziwny obiekt leżący na ziemi. Gdy tylko się zatrzymałem i opuściłem wzrok, moim oczom ukazała się nieprzytomna, dotkliwie pobita dziewczyna. Była w opłakanym stanie i w pierwszej chwili nawet zwątpiłem w to, że nadal żyje. Utraciła sporo krwi...
Pierw rozejrzałem się, nieco obawiając się o własne bezpieczeństwo, jednak dookoła wiało pustkami i zapewne sprawców od dawna już tutaj nie było. Uklęknąłem na kolanach i sprawdziłem, czy ta dziewczyna oddychała... i ogromnie mi ulżyło, gdy dostrzegłem unoszącą się klatkę piersiową oraz poczułem na policzku jej oddech. Chwila grozy minęła i mój początkowo przejęty wyraz twarzy zniknął, zastąpiony przez lekki uśmiech.
Niepewnie poklepałem palcami nieprzytomną po twarzy, chcąc ją obudzić.
- Hej, heeej, pobudka. Wstawaj zanim ktoś Cię ukradnie. - zawołałem, nie przerywając lekkiego trącania jej twarzy. Liczyłem na jakąkolwiek reakcję z jej strony i gdy tylko dostrzegłem pierwsze grymasy, wyszczerzyłem szeroko kły, wpatrując się w nią intensywnie. To był pierwszy widok, jaki kobieta ujrzała po uniesieniu swych powiek. Dziwnie uśmiechnięty gość o gadzich ślepiach, sprawiający wręcz wrażenie rozbawionego. Trochę głupio, wiem, ale wtedy naprawdę się ucieszyłem, że udało mi się ją wybudzić. Pierw chciałem z nią nawiązać jakikolwiek kontakt. Uznałem, że może dzięki temu dowiem się, co tutaj zaszło i będę w stanie jej pomóc, a jeśli rozmowa niewiele da to od razu zaniosę znajdę do kliniki.
- Ile widzisz palców? Normalnie mam ich pięć. W sensie na jednej dłoni. Na drugiej też tyle mam, ale teraz pokazuję ich mniej. Mówię na zaś, tak dla ułatwienia. - rzuciłem salwą słów, pokazując przed nią swoje trzy palce.
_________________
[Profil]
    [0+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-09-19, 21:25   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Ciemność za moimi powiekami zdawała się być zbawienna. Ból i głód nie miały tu znaczenia, czas przestawał płynąć, zwątpienie nie miało chwili, by wedrzeć Ci się w umysł i rozbudzić niepokój. Wszystkie problemy dnia poprzedniego przestawały istnieć, tak długo, jak nie byłeś ich świadomy w tych "marzeniach sennych". Tylko czy rzeczywiście mogłam tu mówić o śnie?
Byłam daleko stąd, byłam z dala od tego cierpienia. Czy właśnie dlatego pozwalałam sobie na tak wiele odlotów przez prochy? Czy dlatego pakowałam się w kolejne problemy? Bezsenność przestawała być jednym z nich, gdy ktoś pomagał Ci zamknąć oczy na kolejne godziny - szkoda tylko, że kolejna noc mogła być przez to dużo trudniejsza - ale ja dopiero miałam się o tym przekonać.
Gdzieś w tej ciemności, jakby przez zbiornik wodny zaczęłam słyszeć dziwny, zdecydowanie zbyt optymistyczny głos. Od tak długiego czasu nie słyszałam w nikim tak wielkiego optymizmu, że było to wręcz... Niepokojące. Mimowolnie jednak zaczęłam mrugać powiekami, próbując przyzwyczaić się do zdecydowanie zbyt jasnego światła na moje obecne możliwości. Co najgorsze - miałam wrażenie, że z każdym kolejnym mrugnięciem, oko bolało mnie coraz bardziej, a w głowie zaczynało mi wirować. Co do jasnej cholery zrobiłam ostatniej nocy?
Niezgrabnie starałam się odpędzić szturchającą mnie w twarz dłoń, bluzgając dość niewyraźnie pod nosem. Nie potrafiłam się skupić, nie potrafiłam się wsłuchać w jego słowa, gdy rzeczywistość zaczynała mnie przytłaczać swoją obecnością. Gdy jednak w końcu pozbyłam się niechcianej ręki, własnymi palcami zakryłam lewe oko, tym samym dając sobie szansę na otworzenie tego drugiego.
I o rany, jak bardzo zaczynałam tego żałować.
- Co do kurw...?! - Wykrzyczałabym, gdyby obolałe ciało mi na to pozwoliło - zamiast tego jednak zaskrzeczałam mało radośnie, lekko się podnosząc na wolnym łokciu, dociskając plecy do ściany za mną.
Czy to kolejny trik Morisa? Czy teraz nawet koszmary senne zaczął zatrudniać w swoich gangach? Czy to po prostu moje szczęście do przyciągania ponadprzeciętnych osobliwości?
Zadyszałam ciężko, przecierając dłonią skrzepy krwi pod nosem i opierając głowę o beton. Przyrzekłabym, że to machanie łapą przed moją twarzą przyprawiało mnie o paskudne mdłości, co moja moc wyłącznie potęgowała. - Jezu, przestań, oddam Wam tę kasę... - Rzuciłam po chwili, z ledwością przełykając ślinę, i próbując złapać go za dłoń, byle tylko ją opuścić. Byłam gotowa zrobić wiele, byle tylko nie puszczać teraz pawia - mając dziwne wrażenie, że tym razem mogło by to być nad wyraz nieprzyjemne...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Christopher Varcer



I always had an affinity for lizards. I've always felt somewhat close to them. They're reptiles. I find myself feeling somewhat reptilian at times.

Gadzie atrybuty

80%

D.O.G.S Zwykły mieszkaniec DOM'u





name:

Christopher Varcer

alias:
Reptile

age:
26

height / weight:
192/89

Wysłany: 2019-09-20, 00:18   
   Multikonta: Brak


Na wzmiankę o pieniądzach zamrugałem szczerze zdziwiony, spoglądając na nią jak na przybyszkę z innej planety. Gdybym według niej miał być aktorem to nadzwyczaj utalentowanym.
- Kasę? Jaką kasę..? Za budzenie ludzi raczej nikt nie płaci. Poza tym jesteśmy tu tylko my, ale może widzisz mnie dwóch albo trzech, bo nieźle oberwałaś. Miałem coś podobnego, gdy kiedyś spadłem z huśtawki, więc spokojnieeee - to minie! - odpowiedziałem z machnięciem ręką, a moje pozytywne nastawienie nawet na moment mnie nie opuszczało. Nie zdziwiłbym się, gdyby kobieta wtedy wywnioskowała, że efekt tamtego upadku na łeb wcale nie minął.
Zrozumiałem gest dziewczyny i na jej prośbę posłusznie zabrałem dłoń sprzed jej twarzy. Nie za bardzo chciała ze mną współpracować, ale najważniejsze było, że w miarę kontaktowała. Właściwie skoro znajda już siedziała, to ja również usadowiłem się wygodnie na chodniku naprzeciwko dziewczyny, zachowując przy tym odpowiedni dystans. Mój ogon utworzył niewielki okrąg dookoła mnie, a dłonie umieściłem na swoich kostkach. Najzwyczajniejszy siad skrzyżny, ot co. Chciałem w ten sposób pokazać, że nie mam jakichkolwiek złych zamiarów. Nie, żebym był na tyle inteligentny, aby sam na to wpaść. Raczej robiłem do podświadomie. Co prawda mój wzrok nieustannie wgapiony w jej twarz mógł budzić pewien niepokój, ale gdy ktoś mnie dłużej znał to wiedział, że ja już tak po prostu miałem. Wpatrywałem się na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu, aż nagle palnąłem:
- ... Jestem Chris, a ty?! - zapytałem, a właściwie to krzyknąłem entuzjastycznie, uśmiechając się do niej od ucha do ucha. Nim jednak kobieta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, znowu się odezwałem. - Nie, nie, nie, czekaj. W sumie to powinienem cię zabrać do kliniki. Niby opieka tam nienajlepsza i trochę zalatuje tam takimi starymi, gumowymi klapkami, ale jednak trzeba coś zrobić z tymi ranami... Lepiej, aby nikt nie widział cię w takim stanie. Pewnie ktoś się o ciebie bardzo martwi... - powiedziawszy to po raz pierwszy nieznajoma mogła usłyszeć nutę smutku w moim głosie. Podobnie zresztą było go widać na twarzy.
_________________
[Profil]
    [0+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-09-20, 01:46   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Mój umysł wciąż płatał mi figle. Zebranie myśli zdawało się być misją nie do wykonania, podobnie jak podniesienie się do pionu. Czy ja w ogóle dalej żyłam, czy to było moje małe, prywatne piekło?
To by jakoś wyjaśniło te żółte ślepia, które nawet mimo wirowania w głowie, byłam w stanie dostrzec wśród ciemnych plam przed moimi oczami...
- To jakiś głupi żart? Mam stracić czujność i wtedy mnie dorwiecie? - Zapytałam, wciąż dopatrując się w jaszczurzoludzie jednego z osiłków Morisa. No bo... Kim innym mógł być? Nie cieszyłam się popularnością w Dzielnicy, nikt tu nie robił niczego za darmo, nikt się nie pchał na pomoc mutantom, by samemu nie podpaść nieodpowiednim osobom. O co więc chodziło pasiastemu?
Złapałam się za głowę, dociskając ją do betonowej ściany za moimi plecami, by jakkolwiek móc utrzymać prosty wzrok - jednak nadaremnie. Ból pod lewą powieką był niemal nie do wytrzymania, gdy prawe próbowało "zezować", byle wyrównać się z tym pierwszym. Łzy mimowolnie spływały po moim policzku, nawilżając nie tylko erozję na rogówce, ale i ślady po strużkach krwi na mojej skórze. Jęknęłam żałośnie, podkulając pod siebie kolana - bo o wstaniu to dalej mogłam co najwyżej pomarzyć.
Dość szybko miałam być jednak sprowadzona do rzeczywistości, gdzie nie było czasu na dochodzenie do siebie.
- Nie! - Praktycznie krzyknęłam, odrywając się od budynku, by już po chwili zacząć tego żałować. Zakryłam zranione oko dłonią, sycząc nieprzyjemnie (byle tylko nieznajomy nie odebrał tego jako formy komunikacji, bo wolę nie wiedzieć, cóż mogło to oznaczać po gadziemu, poza jakąś bluzgą). - Żadne kliniki. Zrobię co zechcesz, ale nie zaciągaj mnie tam. - Wyrzuciłam z siebie w końcu, nieco ciszej, podpierając się łokciem o własne kolano, a głowę spuszczając w dół - jakbym właśnie chciała podziwiać nierównomierne pęknięcia na płycie chodnikowej.
Za dobrze wiedziałam, jak mogłaby się dla mnie skończyć taka interwencja. Ja... Sprawiałam problemy, nie zależało im na ratowaniu tak bezwartościowych mutantów. Nie miałam też po drugiej stronie nikogo z na tyle wysoką pozycją, by cokolwiek miało się tu zmienić. Miałam za to dalej pokaźną sumkę prochów we własnym organizmie i zdecydowanie za wiele na sumieniu - a ostatnie czego mi było trzeba, to powrót do zamkniętej placówki.
Szybko też do mnie doszło, że może... Może jednak się myliłam? To jak mówił, to jak się zachowywał (nawet, jeśli niewiele byłam w stanie z tego dostrzec) wskazywało, że mógł jeszcze nie poznać siły rządowców.
Oby nigdy nie musiał...
- Sam. - Odburknęłam w końcu, biorąc kolejny głębszy oddech, w odpowiedzi na jego przedstawienie się. Z całą pewnością - w moim głosie brakowało optymizmu. Byłam... Na głodzie. Byłam obolała. Zatraciłam już nadzieję. - I nie mam nikogo. - Dodałam po chwili, z kolejnym syknięciem, gdy próbowałam chociaż wypatrzeć jakiekolwiek charakterystyczne miejsca na tej ulicy. Z jaką ulgą przyszło mi stwierdzić, że to "moje rejony".
Nie mogłam mu też powiedzieć o Brianie, prawda? Już... Już mieliśmy za dużo problemów, a rozgadywanie po mutantach, że mam wtyki u szwadronowców było dalekie od rozważnego. Z resztą... Kersey doskonale wiedział, w jakim jestem stanie. Znaczy... Wiedział, aż do wczoraj. I gdyby nie on i jego nagłe poczucie sprawiedliwości, nigdy nie skończyłabym tak paskudnie. Gdybym tylko miała te prochy - dla siebie, na sprzedaż... Życie byłoby dużo łatwiejsze.
- Jak... Jak chcesz pomóc... Muszę dostać się na górę. - Poprosiłam, raczej z nikłym użyciem charyzmy w swojej wypowiedzi. Ostatnie jednak co miałam w głowie to ładne układanie zdań, gdy tak wiele rzeczy przemawiało przeciwko mnie. Podparłam się jedną z dłoni o schodek, przy którym siedziałam, gdy drugą rękę lekko wyciągnęłam w kierunku mutanta. Mógł dostrzec, jak całe moje ciało drży, a spod skórzanej kurtki, na skórze, rysują się kolejne rany...
Oh, Bartowski. Gdybyś tylko wiedziała, na kogo trafiłaś...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Christopher Varcer



I always had an affinity for lizards. I've always felt somewhat close to them. They're reptiles. I find myself feeling somewhat reptilian at times.

Gadzie atrybuty

80%

D.O.G.S Zwykły mieszkaniec DOM'u





name:

Christopher Varcer

alias:
Reptile

age:
26

height / weight:
192/89

Wysłany: 2019-09-20, 17:00   
   Multikonta: Brak


Trudno mi to przyznać, ale w tamtej chwili coraz trudniej było mi zachować uśmiech. Dziewczyna fizycznie cierpiała, a na to uśmiech nie był żadnym lekarstwem. Może nawet ją tylko dobijał? Musiałem zdobyć jej zaufanie, a przede wszystkim jakoś jej pomóc. Niby w takim stanie mógłbym zabrać ją do kliniki wbrew jej woli, lecz czy powinienem..? Jej gwałtowna reakcja na samą wzmiankę o tamtym miejscu budziła w mej głowie kolejne pytania. Nie chciała otrzymać jakiejkolwiek pomocy czy z jakiegoś powodu bała się tutejszej kliniki? Zachowanie kobiety, jej nieufność i spostrzeganie obcych jako zagrożenie było dość nietypowe, jednak tłumaczyłem to sobie, że przecież prawdopodobnie została przez kogoś napadnięta i wciąż mogła znajdować się w stanie głębokiego szoku. Szczerze jej współczułem i tym bardziej nie chciałem być wobec niej obojętny.
Dotąd radośnie ruchliwa końcówka mego ogona zamarła, kiedy nieznajoma imieniem Sam wyznała, że była w tym miejscu zupełnie sama. Czyli zapewne nie tylko ja zostałem odseparowany od rodziny i przyjaciół... Wszyscy tutaj kończyli w ten sposób?
- Sam... Ładne imię. - odparłem z cieniem uśmiechu. Mój głos stał się dużo bardziej stonowany niż na początku. Krzyczenie nad uchem to była jedna z ostatnich rzeczy, jakich kobieta teraz potrzebowała. Powinienem tak zrobić dużo wcześniej i było mi szczerze głupio, że tak niedojrzale się zachowałem.
Uniosłem głowę, spoglądając na budynek przed sobą. "Dostać na górę"...?
- Ty... Mieszkasz tutaj? - zapytałem niepewnie. Blok znajdował się w dość opłakanym stanie i aż trudno było mi pojąć, że niektórzy faktycznie mogli tutaj mieszkać. Początkowo zdawało mi się, że ten teren od dawna był opuszczony.
Chwyciłem ranną za rękę, bardzo ostrożnie próbując pomóc jej wstać.
- Jesteś w stanie chodzić? - rzuciłem do niej, dając jej możliwość wykorzystania mnie jako podparcia. Jeśli zajdzie potrzeba i wyrazi zgodę, zaniosę ją, chcąc darować jej trudu wchodzenia po schodach. W takim stanie wolałem mieć ją na oku i obchodzić się z nią jak ze szkłem, nawet jeśli nie będzie się jej to podobać. Dobrze widziałem, że jej ciało było bardzo obolałe i osłabione, a zawroty głowy mogłyby doprowadzić do niebezpiecznego upadku. Zresztą Sam wyglądała na bardzo lekką i zaniesienie jej nie powinno stanowić dla mnie większego problemu.
- Które drzwi? - naturalnie zapytałem, gdy byliśmy już wewnątrz budynku. Klatka schodowa wcale nie wyglądała lepiej niż elewacja, co akurat ani trochę mnie nie zdziwiło. - Masz w mieszkaniu coś, czym mógłbym odkazić albo chociaż opatrzyć rany? - dodałem po chwili, zaczynając mówić nieco bardziej z sensem. Często zgrywałem idiotę, to fakt, ale gdy trzeba było to potrafiłem myśleć z głową. Takie obrażenia w połączeniu z pyłem i brudem mogłyby przyczynić się do infekcji, więc warto było przynajmniej przemyć skórę i założyć opatrunek. Chociaż tyle mógłbym dla niej zrobić...
_________________
[Profil]
    [0+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-09-24, 21:07   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Gdyby mój umysł był w stanie dziś jakkolwiek myśleć... Pewnie zastanawiałabym się, czy nieznajomy wciąż wykazywałby wobec mnie tyle zrozumienia, gdyby wiedział, co miałam na sumieniu? Jak wiele osób przeze mnie cierpiało, w jak ciemne interesy się mieszałam, jak... Nie miałam szacunku wobec "swoich". Jak łatwo sprzedałam siebie, całe FPTP, innych mutantów. Jak nie podjęłam walki, jak nie ratowałam tych, których kochałam. Jak oglądałam śmierć i staczanie się moich bliskich, nie reagując w żaden, logiczny sposób.
Jak pozwalałam temu światu zatonąć we własnej nienawiści.
Czy dalej by mi wtedy współczuł i pragnął mi pomóc? Czy mógł być odzwierciedleniem tego, czego w moim życiu brakowało?
Prychnęłam jednak, słysząc jego jakże wyszukany komplement. W moim obecnym stanie, w niczym nie potrafiłam dostrzec niczego pięknego - przede wszystkim - nie w sobie samej. W sumie... Nie wiem, czy dobrze zrobiłam podając mu swoje prawdziwe imię. Może jednak powinnam była na poczekaniu wymyślić cokolwiek, co odbiłoby się echem między tymi uliczkami, nigdy nie będąc skojarzonym ze mną? Teraz... Teraz jednak było za późno na zmianę.
Szczególnie, jeśli miał mi pomóc w dostaniu się do mojej klitki.
Kiwnęłam głową na jego pytanie, przełykając po raz kolejny głośniej ślinę. Samo to, jak je zadał sprawiło, że poczułam nieprzyjemny ścisk w żołądku. To... Niedowierzanie. Czyli był w jednym z lepszych okręgów. Dobrze dla niego... Dobrze dla niego...
- Bądź grzecznym mieszkańcem, albo też tu skończysz. - Wysiliłam się na odrobinę czarnego humoru, wyginając usta w nieprzyjemnym grymasie. Nie powinno mnie to bawić, ale... Te wszystkie emocje, które mną targały budziły we mnie tę ciemną stronę, której nigdy nie chciałam okazywać. Agresja, przez tyle lat skrywana gdzieś tam w środku, żal, gniew, ból... To wszystko wypływało, nie znajdując już innego ujścia.
Nie mogłam tu usiąść do maratonu przed maszyną na kilkanaście godzin. Nie mogłam się uwalić w trupa, wyrzygując kolejne bolączki następnego ranka przy moralniaku. Nie mogłam... Znaleźć dla siebie wyjścia.
Gdy jednak moja prośba nie poszła na marne, a pod własną dłonią poczułam jego uścisk - nie mogłam z tego nie skorzystać. Przy krótkich syknięciach, lekkim zachwianiu i krótkich zawrotach w głowie, w końcu postawiłam się do pionu - o ile ten masakryczny garb można było tak nazwać. Nie przestawałam też podpierać się o barierkę, a moje paliczki z całą pewnością zmieniły kolor na biały, od tego uścisku. Czego jednak Christopher mógł być pewien - niezależnie od moich słabości, nie chciałam ich po sobie pokazywać. Nie przed obcymi. I nawet nie, gdy byłam tak upodlona.
- Dam radę. - Mruknęłam jedynie, próbując zachować pozory twardości, ale przecież wyraźnie czułam każde żebro z osobna, każdy siniak rozlewający się pod skórą, każde zadrapanie szczypiące od pocierania skrawkami materiału... I piekielnie czułam te przeklęte oko, które pewnie już do końca życia będzie mi dawać o sobie znać.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek przejście tych kilku metrów będzie takim wyzwaniem. Kto by pomyślał, że przed kilkoma miesiącami twierdziłam, że ten postrzał w nogę mógł być najgorszym, co mnie w życiu spotkało. Mimowolnie, zaczęłam cicho, nerwowo chichotać pod własnym nosem, gdy łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Ja... Nie wiedziałam, jak sobie z tym radzić. Nie puszczając jednak balustrady, odnajdywałam chwilę, by zgodnie ze swoją pamięcią, pokierować nowo poznanego mężczyznę do moich czterech ścian. On - czy tego chciałam czy nie - przynajmniej na teraz musiał być moim wzrokiem.
- Na piętrze, pierwsze po lewej... - Wyrzuciłam z siebie, stawiając małe kroczki, jeden za drugim, aż w końcu jedna z desek skrzypnęła w ten charakterystyczny, aż nazbyt mi znajomy sposób. Czy to dziwne, że wyuczałam się nawet takich rzeczy o tym miejscu?
Próbowałam też zrozumieć jego motywy, w końcu... Takie zachowanie nie było tu codziennością.
- Czemu.. To robisz? - Zapytałam, wymigując się od odpowiedzi na jego pytanie, gdy tylko drzwi zatrzeszczały przy otwieraniu, a ja poczułam ten paskudny zapach stęchlizny z wnętrza mieszkania.
No tak. Byłam w domu...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Christopher Varcer



I always had an affinity for lizards. I've always felt somewhat close to them. They're reptiles. I find myself feeling somewhat reptilian at times.

Gadzie atrybuty

80%

D.O.G.S Zwykły mieszkaniec DOM'u





name:

Christopher Varcer

alias:
Reptile

age:
26

height / weight:
192/89

Wysłany: 2019-09-26, 15:18   
   Multikonta: Brak


Byłem prostym człowiekiem, który zawsze mówił to, co myślał, bez niepotrzebnego, poetyckiego koloryzowania słów na podstawie cytatów z nudnych książek. Komplement się jej nie spodobał, ale wcale mi na tym nie zależało. Właściwie to jej prychnięcie nawet mnie w duchu rozbawiło, jednak nie dałem tego po sobie jakkolwiek poznać. Co poradzić, że czasem czerpałem satysfakcję, widząc reakcje tego typu. Szczególnie od kobiet. Wydawało mi się to doprawdy urocze, nawet jak kierowały się one złością i chęcią walnięcia mnie w twarz.
Słowa Sam przepełnione jakże czarnym humorem wymalowały na mojej twarzy lekkie zakłopotanie. Przekaz nieznajomej był dość jasny i dawał do zrozumienia, że wcale nie była taką niewinną, bezbronną istotką jak początkowo mógłbym przypuszczać. Nie skomentowałem tego jednak w jakikolwiek sposób, nadal nie rezygnując z chęci udzielenia jej pomocy.
Nieznajoma mimo swojego tragicznego stanu zdrowia chciała pozostać niezależna najbardziej jak to tylko możliwe, nie przyjmując możliwości zaniesienia jej do mieszkania. Muszę przyznać, że w tamtym momencie mi to zaimponowało, jednakże widziałem, że Sam znosi to wszystko z wielkim trudem. Jej chichot wcale nie skrywał łez, jakie spływały po jej policzkach. Zagryzłem dolną wargę. Naprawdę chciałem ją jakoś pocieszyć, ale nie wiedziałem jak. Znaliśmy się zbyt krótko. Nic o niej nie wiedziałem. Nic. No może poza imieniem, które wcale nie musiało być prawdziwe. Może i dobrze, że prawdopodobnie nie widziała jak mój ogon znajdował się blisko jej pleców, czujnie ograniczając ryzyko upadku, gdyby z braku sił puściła się barierki i straciła równowagę. Jeszcze by to źle odebrała. Naruszanie przestrzeni osobistej i tym podobne. Z kobietami to nigdy nie wiadomo...
Gdy drzwi się uchyliły, poczułem nieprzyjemną woń stęchlizny. Musiała być bardzo silna, skoro mój osłabiony zmysł węchu był w stanie ją wychwycić. Mimowolnie zmarszczyłem nos. Jak można było tak mieszkać? Od razu wykluczyłem opcję, że kobieta sama dopuściła do tego stanu swoją kitkę. Warunki bytowania praktycznie wszystkich mieszkańców pozostawiały wiele do życzenia. Chciałbym móc to jakoś zmienić, ale odkąd wszczepiono mi chip, stałem się niczym więcej niż tylko kolejnym numerem.
Pierw chciałem, by Sam znalazła wygodne miejsce, nim zaczniemy rozmawiać... o ile takie w ogóle było. Nie wypominałem zapachu ani ogólnego stanu kitki. Komentarze w tym przypadku były absolutnie zbędne.
- Robię tylko to, co do mnie należy. - odparłem na pytanie neutralnym tonem. Sam mogła spostrzec, że mój ton głosu oraz zachowanie uległo lekkiej zmianie, odkąd zniknęliśmy z pola widzenia ewentualnych świadków naszego spotkania. Stało się nieco poważniejsze i przestałem przypominać totalnego dziwaka. Przykrywka? Można było to tak nazwać, ale wcale nie odbiegała tak bardzo od mojej osobowości.
Właściwie bez uprzedzenia i pytania o zgodę oddaliłem się od dziewczyny i zacząłem przeszukiwać różne zakamarki z zamiarem znalezienia czegoś do opatrzenia ran. Mogło być z tym ciężko, ale warto było przynajmniej spróbować. Byłem głuchy na wszelkie ewentualne protesty ze strony dziewczyny.
- Powiedzmy, że moja pomoc nie jest tak całkiem bezinteresowna. - zacząłem, zerkając na nią kątem oka i przerywając dotychczasową czynność.
- Wiem, że pewnie nie będziesz chciała jakiemuś obcemu mutantowi o sobie opowiadać ani tym bardziej o tym, czemu tu trafiłaś. Uszanuję to, aczkolwiek... chcę zadać inne pytanie. - kontynuowałem, zastanawiając się jak dobrać to w odpowiednie słowa. - Kto cię tak urządził? - rzuciłem, odwracając się do niej przodem. Moje lekko zmarszczone brwi i zmrużone złote ślepia jednoznacznie wskazywały na to, że chętnie bym z tym damskim bokserem pogadał twarzą w twarz.
_________________
[Profil]
    [0+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-10-02, 19:52   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Wszyscy byliśmy tu tylko numerami, rysującymi się na chorym planie Rządu. Nie mieliśmy znaczenia - getta powstały przecież tylko po to, żeby pokazać jak "dbają o bezbronnych", jak "walczą z zarazą". Ale czy naprawdę byliśmy tylko straszną chorobą, która niebezpiecznie się rozprzestrzeniała?
To nie od nas zależała liczba wzrastających mutacji - to ten chory kraj do tego doprowadził. Kolejne ataki, kolejne zamachy, kolejne traumy. To te wszystkie popieprzone emocje sprawiły, że dziś znaleźliśmy się w tym miejscu. I bynajmniej - z chorobą to miało niewiele wspólnego.
Oh, jak bardzo chciałabym to rozumieć będąc kilka lat młodsza... Może tak naprawdę to wszystko to tylko mściwa karma, próbująca mi udowodnić, jak wiele mam na swoim sumieniu? Szkoda, że nie potrafiłam wyciągnąć z tego wniosków, brnąc coraz dalej w to przeklęte gówno...
Oparłam się o szafkę przy samym wejściu, by po chwili - idąc wzdłuż jej brzegu i nie puszczając jej krawędzi - dobić do jednej ze ścian, przy której mogłam w końcu opaść na ziemię - podpierając się plecami o łuszczącą się farbę. To było w sumie dziwne - nie powinnam odbierać tego miejsca jako swojego, nie powinnam czuć się tu jakkolwiek bezpiecznie. Przecież to była pieprzona klatka, pułapka bez żadnego wyjścia. A jednak - czułam się tu lepiej niż na ulicy. To był mój mały skrawek świata, gdzie kamery nie dochodziły, gdzie mogłam schować swoje małe, szemrane tajemnice. A słysząc odpowiedź nowo poznanego jegomościa - bez problemu byłam w stanie stwierdzić, że nie tylko ja takowe posiadam. Do moich uszu dochodziły też wyraźne dźwięki grzebania we wszelkich szparagałach trzymanych na tym mieszkaniu, na co miałam wręcz ochotę prychnąć. Jeśli liczył, że da radę coś stąd ukraść, był w poważnym błędzie. Brian już wyraźnie zadbał o to, żeby nic wartościowego tu nie zostało. No, może poza tą butelką czystej wody i dwudniową kanapką, którą przyniósł ostatnim razem...
Na nic jednak zdawało się moje powstrzymywanie przed jakimikolwiek reakcjami. Mężczyzna... Zadawał wyjątkowo dziwne pytania jak na to miejsce. Chociaż w sumie czy mogłam go o to winić? W końcu sama... Podobnymi pytaniami znalazłam sobie tę "pracę".
- A co? Też chcesz zarobić w zęby? - Zapytałam, przymykając swoje powieki i podpierając się głową o tę nieszczęsną ścianę, która teraz wydawała się wyjątkowo miękka. - Czy chcesz po prostu zarobić? - Dodałam po chwili, już bez nuty szydery we własnym głosie. To chyba nie była tajemnica, że w tak patologicznym środowisku musiało dojść do wytworzenia się szarej strefy, gangów i podziemia. Moim błędem było skręcenie nie w tę odnogę, za co dziś musiałam ponieść karę. - Nie wydajesz się złą osobą, nie mieszasz się w takie sprawy. - Wyrzuciłam z siebie w końcu z ciężkim westchnieniem, walcząc po raz kolejny z nieprzyjemnym wirowaniem w głowie. Chyba powinnam już zapamiętać, że otwieranie chorego oka wcale nie przynosi ze sobą niczego dobrego...
Może jednak powinnam zostać piratem?
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Christopher Varcer



I always had an affinity for lizards. I've always felt somewhat close to them. They're reptiles. I find myself feeling somewhat reptilian at times.

Gadzie atrybuty

80%

D.O.G.S Zwykły mieszkaniec DOM'u





name:

Christopher Varcer

alias:
Reptile

age:
26

height / weight:
192/89

Wysłany: 2019-10-10, 20:59   
   Multikonta: Brak


W mieszkaniu Sam brakowało... właściwie wszystkiego. Nie musiałem nigdzie głęboko grzebać, bo i tak wszędzie świeciło pustkami. Niegdyś zawsze kojarzyłem kobiety z nawyku trzymania tony ubrań i kosmetyków, o których istnieniu same zapominały, a otwieranie u nich wielkich szaf często groziło ryzykiem wywołania ubraniowej lawiny. Nie spodziewałem się, by nieznajoma miała taki luksus i mogła sobie na to wszystko pozwolić. Żaden tutejszy mutant go nie miał. Nie była wyjątkiem... Może więc dlatego w tamtej chwili nawet przez myśl mi nie przeszło, że mieszkanie zostało dodatkowo okradzione jeszcze przed moim przybyciem. Wtedy bym chyba na dobre wyszedł z siebie.
Odpowiedź kobiety niespecjalnie mnie zaskoczyła. Już wcześniej wątpiłem, by ot tak zechciałaby nawiązać ze mną współpracę, ale uznałem, że warto było chociaż spróbować. Jej odzywki z jednej strony wydawały się oschłe, zimne, a z drugiej... niektórzy byli obdarzeni tym specyficznym poczuciem humoru, które nie każdy mógł zrozumieć. Może w ten sposób próbowała walczyć z bólem i poczuciem własnej bezradności, kto wie...
Nieco zrezygnowany rozluźniłem mięśnie twarzy, uwalniając jednym głębokim westchnięciem negatywne emocje, które kłębiły się wewnątrz mnie. Chciałem być jak najbardziej profesjonalny i opanowany w kontakcie z poszkodowaną, ale wyraźnie brakowało mi w tym wprawy. Ewidentnie kierowały mną moje własne, osobiste pobudki i chęć własnoręcznego wymierzenia sprawiedliwości. Moja anielska cierpliwość często kończyła się właśnie tam, gdzie krzywdy doznawali inni ludzie... a już szczególnie kobiety.
Rozpiąłem swoją kurtkę i powoli zsunąłem ją ze swych ramion. W mieszkaniu nie było ogrzewania i z pewnością bym się w nim nie zagotował, ale brak opatrunków pod ręką zmusił mnie do wymyślenia czegoś innego. W tym właśnie momencie Sam przyznała, że jej zdaniem dość daleko było mi do typa spod ciemnej gwiazdy, który by się mieszał w jakiekolwiek niebezpieczne porachunki. Wywołało to u mnie lekki uśmiech. Uniosłem dłoń na wysokości mej twarzy i w kilka sekund ludzka, męska dłoń, była gęsto pokryta zielonymi łuskami. Pazury perfekcyjnie ostre, z pewnością zdolne wyrządzić całkiem sporo szkód. Kończyna już nie przypominała niczego, co ludzkie.
- Zauważyłaś, że czasami mutacje tak bardzo pasują do charakteru ich posiadaczy? Mam blisko siebie sąsiada o wręcz ognistym temperamencie, który ma kontrolę nad ogniem i ciągle sprawia kłopoty. Wybuchowy typ. - nie mogłem ukryć swojego rozbawienia, ale szybko ono zniknęło, gdy postanowiłem kontynuować. - Czasem zastanawiam się czy mój wygląd nie oddaje mojego prawdziwego "ja". Może wszystkie mutacje są kwestią przypadku, a może jednak coś jest na rzeczy. Wciąż mało o nich wiadomo... - podczas rozmowy zdążyłem rozpruć pazurami fragment swojej czarnej koszulki. Materiał wyglądał na bardzo czysty i świeży, a to dzięki temu, że mój organizm nie wydzielał potu. Sam nie powinna więc narzekać, gdy go wykorzystam w roli opatrunku.
- No dobra, nie ruszaj się przez chwilę. Może boleć. - od razu urwałem poprzedni temat, mając pod ręką fragment koszulki oraz butelkę świeżej wody. Zamoczyłem materiał i zacząłem ostrożnie oczyszczać twarz Sam z krwi oraz pyłu. Wolałem zająć się tym powoli, ale porządnie. Skoro nieznajoma tak uparcie nie chciała udać się do kliniki to chciałem mieć pewność, że nie dojdzie do żadnych niebezpiecznych powikłań.
Kiedy uznałem, że skończyłem, ponownie rozprułem kolejny fragment koszulki i wykorzystałem go jako opatrunek na chore oko. Wilgoć zamoczonej tkaniny powinna na jakiś czas uśmierzyć ból. Może miałem jednak zdolność telepatii i potrafiłem czytać w myślach Sam? Już pirata przypominała. Czarna opaska jak się patrzy.
- Przynajmniej możemy to nieco zakryć. Teraz wyglądasz o niebo lepiej. Przyznaję, że nawet dodaje tobie charakteru. - powiedziałem, nawet całkiem dumny ze swojego małego dzieła.
_________________
[Profil]
    [0+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-10-14, 04:35   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie potrzebowałam ratunku. Nie potrzebowałam pomocy - a przynajmniej dalej głęboko w to wierzyłam. Byłam moją własną trucizną i to miało mnie zgubić. Moje własne złe wybory, przed którymi nikt nie mógł mnie ocalić.
To ja musiałam znaleźć drogę na prostą, choć dziś wydawała się tak odległa i nieosiągalna.
Ale kto wie? Może na dzień dzisiejszy to dla mnie lepiej? Normalnie pewnie bym się przeraziła mutacji jaszczurowatego jegomościa, a teraz... Teraz jej nawet nie byłam w stanie do końca dostrzec, bo cały rozmywał się wyłącznie w jedną, pasiastą plamę w dwoma żółtymi punktami gdzieś na czubku głowy. To chyba miało się okazać dla mnie... Nieoczekiwanym ratunkiem.
Albo moją zgubą.
Na wieść o sąsiedzie o ognistym temperamencie i we mnie się zagotowało. Moje ciśnienie znacznie się podniosło, dłonie zaczęły drżeć a na twarzy pojawił się kolejny grymas, gdy próbowałam się podnieść z ziemi.
- Coś Ty powiedział?! - Niemal wykrzyczałam, czując jak w mojej głowie na nowo zaczyna wirować od tego wysiłku, co na nowo przyszpiliło mnie do ściany. Nie, nie, nie, to nie mogła być prawda. To przecież... Aż za bardzo pasowało do Aarona. Ale on... On nie mógł tu być, nie mógł być zamknięty, nie mógł być ich więźniem. On... On powinien być wolny!
- Jak on wygląda, mów! - Zażądałam, sycząc z bólu gdy przyłożyłam własną dłoń do chorego oka, wierząc, że jakikolwiek ucisk zelży mi w cierpieniu. Ale to.. To w niczym nie pomagało. W tym wszystkim zignorowałam moment rozrywania jego koszulki - choć przecież jeszcze kilka miesięcy temu dźwięk rozdzieranego materiału przynosił mi tak wielką ulgę. Teraz jednak moje myśli kotłowały się wokół rzekomego sąsiada mojego nowego... Znajomego.
Czułam, jak moc przejmuje nade mną kontrolę. To w sumie zabawne, że właśnie teraz musiał wspomnieć o dopasowaniu mocy do człowieka, czyż nie? Bo czy moja się na mnie nie odbiła? Na tym chorym alkoholiku, który nie potrafił znaleźć swojego miejsca we wszechświecie? Czy ta mutacja nie zniszczyła mojego życia szybciej, niż sama byłabym zdolna upijając się do nieprzytomności? Promile mnożyły się w moim krwiobiegu i chyba pierwszy raz od dłuższego czasu byłam za to wdzięczna. Bo w świecie gdzie żadne środki przeciwbólowe nie były dostępne - "upicie się" mogło się okazać niezbędne dla przetrwania.
- To nie może być Aaron... - Wybełkotałam, zapewne już nieco mniej zrozumiale, gdy chłopak przystąpił do tej nieprzyjemnej misji oczyszczania mojej twarzy z krwi. Co jednak wyraźnie mogło go zadziwić - również i ta czysta woda, którą przecież osobiście wylewał na materiał na swojej dłoni zaczęła w końcu nieprzyjemnie śmierdzieć, niczym kiepsko rozrobiony spirytus. Ale hej, do odkażania jak znalazł, czyż nie?
Przy niektórych ranach, których dotykał bawełniany materiał zdarzało mi się syknąć, ale... Nie wyrywałam się, nie przeszkadzałam mu - tak długo, jak utrzymywał mój komfort psychiczny na względnie dobrym poziomie. Tak długo, jak mogłam mieć nadzieję, że mój ćwok jednak jest wolny...
W tym wszystkim... Gubiłam siebie. Mój stres, moje zdenerwowanie wyraźnie się na mnie rysowało - gdy zaciskałam palce na własnych udach i starałam się utrzymać jakąkolwiek przejrzystość umysłu. Ostatnie czego teraz chciałam to odlecieć przez nadmiar alkoholu we własnym organizmie. - Oh, żamnyj sze... - Wydukałam po chwili w odpowiedzi na jego dziwnej natury komplement, gdy sama poprawiłam założoną przez niego "opaskę" na moim oku, nieco ją poluźniając.
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Christopher Varcer



I always had an affinity for lizards. I've always felt somewhat close to them. They're reptiles. I find myself feeling somewhat reptilian at times.

Gadzie atrybuty

80%

D.O.G.S Zwykły mieszkaniec DOM'u





name:

Christopher Varcer

alias:
Reptile

age:
26

height / weight:
192/89

Wysłany: 2019-10-17, 01:28   
   Multikonta: Brak


Niemal wywróciłem się na podłogę, gdy nieznajoma tak gwałtownie zareagowała na luźną wzmiankę o mężczyźnie mieszkającym blisko mnie. Przez krótką chwilę jąkałem się, nie mogąc wydusić z siebie żadnego sensownego zdania, ale ostatecznie zamilkłem, skupiając się na oczyszczeniu ran. To był priorytet. Dałem jej do zrozumienia, że w ten sposób się nie dogadamy i ma grzecznie przeczekać cały zabieg. Pewnie byłbym mniej odważny w swoich poczynaniach, gdyby nie opłakany stan dziewczyny. Po prostu wiedziałem, że nawet jakby chciała, nie miała możliwości przymusowego wyciągnięcia posiadanych przeze mnie informacji, na których jej tak dziwnie zależało...
W czasie całego procesu opatrywania trudno było nie zauważyć, że Sam zdawała się odpływać. Przynajmniej tak to dla mnie wyglądało Zbyt poważne obrażenia, przemęczenie...? Z pewnością potrzebowała dużej ilości odpoczynku, jednak równie dobrze mogła właśnie słabnąć na moich oczach. To szybko zmusiło mnie do zmiany zdania i podjęcia z nią rozmowy na temat wybuchowego osobnika, jak tylko zrobiłem opaskę i rzuciłem komplementem.
- Nie przyglądałem się mu jakoś specjalnie, ale... Ten cały piroman jest dobrze zbudowany i całkiem wysoki. Ciemne włosy... w niektórych miejscach chyba ma tatuaże. Zawsze trzyma się z boku i nie widziałem, by rozmawiał z innymi mieszkańcami. Najwyraźniej preferuje samotność. - powiedziałem, próbując sobie jak najlepiej przypomnieć wizerunek mężczyzny, który tak często sprawiał problemy pod moim blokiem. W moim głosie słychać było niechęć wobec tego typa, ale kiedy tak mówiłem i przyglądałem się Sam, coś szczególnie zwróciło moją uwagę.
- W sumie... nawet trochę przypomina Ciebie. - dodałem po chwili namysłu. Wtedy jak na zawołanie lekkie zawroty głowy, jakie mi wcześniej zaczynały towarzyszyć raptownie się nasiliły, a mój wzrok pobłądził w dół, nie mogąc skupić się na jednym punkcie przed sobą.
- Pójdę uchylić drzwi i wpuszczę nam trochę tlenu... - wydukałem, powoli wstając i oddalając się od Sam o te kilka kroków. Kiedy uchyliłem już drzwi, oparłem się ręką o klamkę i czekałem, myśląc, że za chwilę to minie i nam obu zrobi się lepiej. Może zapach stęchlizny stał się nie do zniesienia, a może mutacja tak zareagowała na zapach "spirytusu" z butelki. Niby miałem gorszy węch, lecz wciąż potrafiłem wyczuć i odbierać zapachy inaczej niż ludzie. To, co dla innych pachniało, u mnie mogło wywołać mdłości. To, co ktoś wyczuwał doskonale, ja mogłem nie wyczuwać wcale i odwrotnie. Bywało to problematyczne, ale... nie aż tak. Robiło się naprawdę... dziwnie. Zaczynałem mieć złe przeczucia i nawet myślałem czy aby nie powinienem zostawić dziewczyny i wrócić do siebie.
Stałem tak przez minutę lub dwie, nie reagując na ewentualnie słowa Sam. Gdy się jednak w końcu do niej odwróciłem, na mojej twarzy widoczny był uśmiech rozbawienia. Skąd? Żebym to ja wiedział...
- W ogóle po co pytasz o tego typa? Mówiłaś, że nie masz nikogo, a zachowujesz się jakby był twoim chłopakiem czy coś... ten "Aaron". - rzuciłem z udawaną pogardą, lecz zaraz zaśmiałem się sam z siebie, chwytając się za głowę i pocierając palcami włosy. - Słuchaj... naprawdę zaczynasz mi się podobać. Taka ostra, drapieżna... niby dwa różne światy, a coś nas jednak łączy. Moglibyśmy stanowić całkiem zgrany duet. - zacząłem, powoli do niej podchodząc.
_________________
[Profil]
    [0+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5