Poprzedni temat «» Następny temat
Pokój gościnny
Autor Wiadomość
Phil Neumann



Jestem agentem, agentem Lucasa

Szczęście

69%

Call me maybe?





name:

Phil Ashley Neumann

alias:
Agent Lucasa, Lucky, John Smith

age:
33

height / weight:
188/76

Wysłany: 2018-12-18, 22:21   Pokój gościnny
   Multikonta: Aaron Bee
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!




[Profil]
  [AB+]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2019-01-01, 23:37   
  

   1 Rok na Giftedach!


6 grudnia
Seattle wydawała mu się jeszcze gorszą dziurą niż kiedyś. Wdychając chłodne, przesycone spalinami powietrze, przeszło mu przez myśl, że musiał być kompletnym idiotą, że niegdyś osiedlił się właśnie tutaj. Nienawidził tego miasta, nienawidził całego Waszyngtonu. Z czasem przywykł, jednak ostatnie miesiące przypomniały mu jak bardzo tego nie znosił albo napływ tych negatywnych uczuć mogły być odbiciem jego ostatniego humoru. Nie żeby wcześniej był najweselszym mutantem na tej parszywej planecie jednak ostatnie miesiące dały mu wyjątkowo w kość.
Nie wracał do Seattle z dobrymi nowinami. Właściwie to przez myśl przeszło mu, żeby nie przynosić żadnych nowin. To byłoby znacznie łatwiejsze, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że po tym wszystkim jest to winien Fay. Wolał nie przesyłać informacji o Penny drogą elektroniczną, zdawał sobie też sprawę z tego, że nie do końca chciała go też oglądać ( co z kolei było całkiem niezłym argumentem przeciw ich spotkaniu). Mimo to wiedział, że po prostu muszą odbyć tą rozmowę. Wiedząc więc, że już niedługo znów na jakiś czas powróci do Seattle zaczął szukać Fay.
Dowiedział się, że zatrzymała się w posiadłości jednego z członków Rebelii. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że dziewczyna choruje. Po prostu się tam pojawił i szczerze powiedziawszy sam nie miał pojęcia co miał zamiar zrobić.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2019-01-02, 22:26   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


// 6 grudnia 2018

Nigdy by nie pomyślała, że w ciągu zaledwie czterech dni stan jej zdrowia aż tak bardzo się pogorszy. Było zupełnie tak, jakby znowu miała kilkanaście lat i jej zdolności były błędem, za który świat postanowił ją ukarać. Tak samo jak wtedy była słaba, praktycznie nie wychodziła z łóżka, tylko tym razem było to spowodowane nie preparatami mutazynowymi, a chorobą, która ogarnęła część miasta. Chociaż podjęła środki ostrożności padło także i na nią i... rozwinęło się w zastraszającym tempie.
Zaczęło się od niewinnego bólu głowy kilka dni wcześniej, który raczej zignorowała. Migrena, nic więcej. Potem, gdy przyjechała do Phila doszły do tego dreszcze, wysoka gorączka, która nie odpuszczała przez cały ten czas sprawiając, że nie miała ochoty na nic innego, jak tylko na spanie. A nawet, jeśli jakimś cudem udało jej się zmagazynować nieco energii okazywało się, że jej moc zaczyna szwankować. Resztki sił szły więc na przypadkowe połączenia z Bono, od których nie potrafiła się w żaden sposób uwolnić. A zwierzaka przecież nie można było wyrzucić. Nie miał się gdzie podziać tak samo, jak ona.
Teraz też spała. Przynajmniej do momentu, gdy nie usłyszała dzwonka do drzwi. Hmm, Phil? Chyba powinien mieć klucz... Ile czasu minęło, od kiedy wyszedł? Właściwie to biorąc pod uwagę to, że wybrał się po mutazynę, wcale nie wyczekiwała z utęsknieniem jego powrotu. To znaczy... doceniała chęć pomocy, ale to wciąż była mutazyna. Wciąż igły. Wciąż była na nie.
No ale cóż, przecież nie będzie mu kazać z tego powodu czekać pod drzwiami, odmawiając wpuszczenia do własnego domu. Wygramoliła się spod kołdry, na koszulkę zestawioną ze spodniami dresowymi naciągnęła jeszcze sweter i nie podejrzewając nic zeszła na dół.
Jak w każdej szanującej się rezydencji i w tej był zapewne domofon z kamerką pokazującą, kto stoi po drugiej stronie drzwi. A widząc tam postać Ronniego... z jednej strony radość i ulga były natychmiastowe i przeogromne, jednak chwilę potem nie mogła już przestać myśleć tylko o tym, co on do cholery robi w mieście ogarniętym epidemią. Lubiła wyobrażać sobie, że jest gdzieś daleko, żywy, chociaż trochę bezpieczniejszy nić tutaj. A tymczasem zjawiał się jakby nigdy nic i... co? Miała mu teraz otworzyć? Chciała, tak cholernie chciała, ale jeśli był zdrowy, równało się to z podpisaniem na nim wyroku. Bo przecież wszyscy wiedzieli jak kończyli ci w getcie. Po kilku tygodniach martwi.
Chwilę zastanawiała się, czy w ogóle się odezwać, nawet przez domofon. W ogóle to skąd wiedział, że tu była? Kolejne sekundy po prostu stała z palcem położonym na guziczku, zbierając się na odwagę, żeby go wcisnąć i... niestety pokusa usłyszenia jego głosu po tylu miesiącach była zbyt duża. Nie potrafiła tego nie zrobić. Przycisnęła przycisk sprawiający, żeby mógł usłyszeć jej słowa.
- Ronnie... gorszego momentu na powrót nie mogłeś sobie wybrać - powiedziała, mimo znaczenia słów tonem nie dającym poznać, że jest tu niemile widziany. Był wyjątkowo pozytywny, na końcu nawet przechodzący w krótki, cichy śmiech, bo... ciężko było jej w tym stanie lepiej wyrazić to, jak bardzo cieszyła się na jego widok. I to, że wszystko z nim w porządku. Chociaż też miała ochotę ukatrupić go za niedawanie znaku życia przez cały ten czas. Tak samo mocno jak rzucić mu się na szyję i nie puszczać przez tyle samo czasu, ile minęło odkąd wyjechał.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2019-01-14, 23:25   
  

   1 Rok na Giftedach!


Nigdy nie spodziewał się tego, że coś tak błahego jak grypa może zaszkodzić mutantom. Według jego nieco posranej ideologii byli tą lepszą rasą. Silniejszą. Tymczasem mutanci zapadali jeden po drugim na tą chorobę i nie chciał być pesymistą (chociaż nim był), jednak wydawało mu się że będzie tylko gorzej. Nie dało się przejść obojętnie obok informacji, że na chorobę zapadają tylko oni. Najmniej spodziewał się jednak tego, że nawet on poczuł nagłe pogorszenie się stanu zdrowia. Nawet nie pamiętał jak to było być chorym. Ból poobijanych kości, zadrapania, otwarte rany. To znał aż za dobrze, a jednak najgorsze z tego wszystkiego wydawało się być zwykłe przeziębienie. Pamiątki wojenne mógł przynajmniej nosić z dumą, tymczasem symptomy grypy były po prostu irytujące i poniekąd poniżające. Przynajmniej dla niego. Wszakże nie ma nic straszniejszego niż kichający mutant.
Sam nie wiedział czego oczekiwał od tego spotkania. Duma nie pozwalała mu odezwać się do niej wcześniej. Po prostu. Nie chciał być tym, który dzwoni pierwszy, który przyznaje rację drugiej stronie czy, broń boże, przeprasza i przyznaje się do błędu. Wręcz przeciwnie dalej był bardzo mocno przekonany, że to właśnie on miał wtedy rację, a nawet dalej ją miał, a Fay miała przecież nadal szansę zastosować się do jego (mądrych) zaleceń.
Co więc tutaj robił? Nie miał zamiaru przeprosić. Przyznać się do błędu czy nawet pójść na mały kompromis i stwierdzić, że oboje zachowali się głupio. Na to był zbyt arogancki. Odpowiedź była dość głupia i zbyt sentymentalna, by mógł się do tego przed sobą przyznać. Więc znalazł dobry i niezbity argument, by wytłumaczyć sobie przyjście do niej. Przykre, że wykorzystywał w taki sposób śmierci Penelope. Pomijając to jednak, musiał przecież jej powiedzieć prawda? Nie listownie. Nie podając informację przez kogoś innego. Musiał to zrobić osobiście. Był jej to winien. Nawet jeśli sądził, że Murphy nie za bardzo chce się z nim widzieć. Cichy głosik podpowiadał mu, że może lepiej sobie odpuścić. Jednak zanim Ronnie wziął pod uwagę jego słowa nacisnął przycisk domofonu.
Wydawało mu się, że to trwa wieki.
W końcu usłyszał głos w domofonie. Wydawało mu się, że jest na to przekonany, ale słysząc Fay, zdał sobie sprawę, że nie był ani trochę. Założył, że zanim porozmawia z nią będzie musiał przejść przez jakąś ochronę czy chociażby porozmawiać z właścicielem tego przybytku.
Przesunął palcami po głowie, kompletnie zapominając o tym, że nie zostało mu wiele włosów do przeczesania. Przyzwyczajenie. - Przeszkadzam ci w czymś? - zapytał nieco podejrzliwie w końcu. Oh, był małym człowieczkiem. Ale czy nie taka myśl jako pierwsza wykluła się w jego głowie? Była w gigantycznym domu innego faceta. Wnioski wyciągały się same. Chociaż… Czy miał w ogóle prawo się złościć? Sam je sobie zabrał. - Przyszedłem porozmawiać. Nie zajmę ci dużo czasu - mruknął, opierając się głową o domofon. Cieszył się, słysząc jej głos. Naprawdę cholernie się cieszył, chociaż niekoniecznie to okazywał. Był małostkowy. Za bardzo. Jeszcze się nie nauczył, że powinien doceniać to co ma, bo przecież tak łatwo było to stracić. Już przecież stracił tak wiele.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2019-01-15, 14:18   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Z jej strony cała ta sytuacja sprzed kilku miesięcy przedstawiała się zupełnie inaczej. Owszem, na początku była na niego mocno wkurzona o to, że był taki uparty i nie pozwalał jej o sobie zadecydować. Bo to nie była pierwsza taka akcja. Uważał, że wie lepiej i koniec, nie dało rady przegadać, żadne argumenty nie działały. Rzadko się kłócili, ale jak już to ostrzejsze wymiany zdań wynikały właśnie z tego faktu.
Po jednej takiej kłótni zrobił to, co zapowiadał i wyjechał na południe, a Fay... no cóż żałowała, że tak to się wszystko potoczyło praktycznie od razu gdy to się stało. Nadal sądziła, że powinna jechać z nim, ale z drugiej strony już poszłaby na jakąś ugodę żeby tylko nie rozstać się w ten sposób. Nie jechał na wakacje, tylko w prawdopodobnie jeszcze bardziej niebezpieczne miejsca od Seattle i jakaś część niej zwyczajnie bała się, że więcej go nie zobaczy. W związku z tym nie minęło kilka dni jak chciała to naprawić i odezwać się do niego. Jako pierwsza, tak, bo podejrzewała, że jak ona tego nie zrobi, to żadne z nich się za to nie zabierze. Pod względem uporu niestety Henderson wygrywał, a Fay za bardzo na nim zależało.
Chciała zadzwonić, ale nie mogła. Nie wiedziała, czy to Ronnie czy zwyczajnie sieć albo zasięg siadł, co coraz częściej się zdarzało. Nie dawało rady i koniec. Została sama z wyrzutami sumienia i brakiem informacji. Na całe cztery długie miesiące.
Aż do tego momentu. I... co miała teraz zrobić? Otworzyć? Phil jakimś cudem był odporny na chorobę, ale czy mogła tak ryzykować z Ronnim? Lekarstwa jak nie było tak nie ma, więc trudno było tu mówić o czymś innym, jak o tymczasowym podpisaniu wyroku śmierci.
- Nie... oczywiście, że nie - odparła praktycznie od razu, bo przecież nie to miała na myśli przy swoich poprzednich słowach. Po prostu wrócił gdy nie za dobrze się działo i tyle. Parę tygodni temu może byłaby dla nich szansa, a teraz... cóż, wszystko w rękach tych, którzy próbowali pomóc zarażonym.
Słysząc jego kolejne słowa znowu się zawahła. W pierwszym odruchu oczywiście, chciała mu otworzyć, ale potem... postanowiła zrobić dokładnie to, w czym on był taki dobry. Dla jego dobra zadecydować dla niego.
- Ronnie, nie wiem, czy to dobry pomysł... ja... trochę się zmieniło odkąd wyjecha... - zaczęła, ale chociaż bardzo starała się brzmieć normalnie, gardło coraz bardziej jej wysiadało, a głos słabł. Aż w końcu, właśnie przy ostatnich słowach zanikł całkowicie, przeradzając się w ostre, wymuszające kaszel kłucie w gardle. W ostatniej chwili udało jej się sięgnąć do kieszeni spodni po chusteczkę, żeby móc zakryć usta. Gdy skończyła, pojawiły się na niej krwistoczerwone plamy, a oczy miała całe załzawione.
- Jak mówiłam... lepiej będzie jak już sobie pójdziesz - powiedziała, znowu przyciskając guziczek, niestety nie potrafiąc jednoznacznie stwierdzić, czy zwolniła go przed tym, jak to się zaczęło. Bo jeśli coś usłyszał... to już nieważne, bardzo łatwo mógł ją teraz przejrzeć, mógł się domyślić. Cholera.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Imari Blanc



Go all the way, have you fun, have it al. It will take you down.

support/rozwój mocy innych

60%

Trener





name:

Imari Blanc

alias:
Tara/Marceline Hopper

age:
25

height / weight:
173/48

Wysłany: 2020-03-19, 21:20   
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


/z opuszczonej fabryki, po ataku na DOM

Imari przysypiała w samochodzie, gdy tylko wyjechali z fabryki. Bezsenność bezsennością, ale równocześnie padała na twarz, po całym tym stresie, zapieprzu, wszystkim naokoło. A tutaj.. czuła się bezpieczniej. Gdy wjechali do miasta przyglądała się budynkom, ale oczy często jej się zamykały.
Phil nie odpuścił sobie wjechania do marketu, by kupić jej lody - może nawet ze swoim szczęściem kupił jej dokładnie taki smak, jaki chciała? To było całkiem możliwe. Imari jednak nie jadła ich w samochodzie, bo pewnie skończyła by z twarzą w lodach. Zakupy lezały więc bezpiecznie w bagażniku, w termo-torbie.
Mimo, że trasa nie była krótka, to jednak nie dłużyła się jej, bo Imari dawno nie miała możliwości przyjrzeć się tak miastu. Zastanawiała się czy Phil specjalnie nie jedzie jakąś okrężną trasą, ale nie zamierzała pytać.
W końcu jednak dotarli na miejsce i mogli wysiąść, by udać się do rezydencji, w której Imari nigdy nie była. Rozglądała się teraz naokoło jak zauroczona, czując się.. cóż, w sumie kompletnie nie na miejscu. Mieszkała w tak spartańskich warunkach, że.. to było aż dziwne. Splotla ręce na piersi, przechadzajac się w skarpetkach po pokoju gościnnym.
- Wracasz po Lucasa, tak? - obejrzała się na meżczyznę, pytając.
_________________
do you look into the mirror to remind yourself you're there
[Profil]
  [A-]
 
Phil Neumann



Jestem agentem, agentem Lucasa

Szczęście

69%

Call me maybe?





name:

Phil Ashley Neumann

alias:
Agent Lucasa, Lucky, John Smith

age:
33

height / weight:
188/76

Wysłany: 2020-03-21, 12:19   
   Multikonta: Aaron Bee
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


| 4 kwietnia 2019 roku, poranek

Hello, Seattle! – wesoło witali ludzie z radia innych ludzi w mieście i na świecie. Zastanawiałem się, czy w pierwszych wiadomościach usłyszę o ataku na D.O.M., czy może jednak chwilowo nie będą chcieli tak tego rozgłaszać. Bądź co bądź, ludzie spanikują. Niebezpieczni mutanci znowu byli na wolności! Zgroza!
A my, jak gdyby nigdy nic, przemykaliśmy budzącymi się do życia ulicami miasta. Mijaliśmy kilka patroli policji. Machnąłem nawet jednemu znajomemu mundurowemu. Niekiedy lubił mnie dla żartu legitymować, pogadać, ale tym razem jedynie odmachnął i pojechał dalej. Wcześnie było, sennie i jeszcze zapewne mieli całe ręce roboty. Uśmiechnąłem się pod nosem. Jakiś sukces, nie? Miałem nadzieję, że do tego czasu udało im się poblokować sygnały.
Skręciłem w kolejną uliczkę. Spoglądałem od czasu do czasu na Imarkę. Była zmęczona, zasypiała. Z tego względu za wiele nie rozmawialiśmy, ale też wiele się działo przez ostatni czas. Myślę, że musieliśmy się nieco wyciszyć. I wyspać.
- Tak, wracam po Lucasa i sprawdzić, czy wszystko dopilnowane – odparłem, zbliżając się do niej i ją przytulając. Nie wiem, czy moją pierwszą myślą było to, że mogła tego potrzebować czy raczej to ze mną było coś nie tak. Cieszyłem się, że tu jest. Była tu bezpieczniejsza. Odetchnąłem z ulgą i roześmiałem się nawet cicho na widok jej min. Dla mnie przebywanie w skrajnie różnych warunkach – od wypindrzonych pałaców po najbardziej brudne, opuszczone magazyny, ale dla Imari było to najwyraźniej coś nowego.
- Czuj się tu jak u siebie w domu. Zaskoczenie czy też skrępowanie zostaw na jutro, a właściwie na później, kiedy ujrzysz salon popołudniowym świetle – odparłem, głaszcząc ją czule po ręce, po czym westchnąłem. Obowiązki, organizacja, sprawy ważne i ważniejsze. – Pewnie chcesz wziąć prysznic, kąpiel? Łazienka masz tam za rozsuwanymi drzwiami. Zaraz poszukam jakiejś piżamki dla ciebie i jakichś ciepłych skarpetek – stwierdziłem, klękając przed komodą. Jeśli się nie myliłem, to coś powinienem tu znaleźć… - To pokój gościnny… i, jeśli znajdziesz tu jakieś damskie rzeczy, to wiedz, że to żadne kochanice Phila tu mieszkają, tylko moje córki, kiedy im się o mnie przypomni – stwierdziłem i w sumie zamilkłem, bo nie miałem pojęcia, czy jej o tym wspominałem. Wzruszyłem ramionami sobie i zaraz wyjąłem jakiś śmieszny komplet w chmurki…
- W sumie może lepiej, byś sama wybrała, w czym ci będzie wygodniej – stwierdziłem, odwracając się w jej kierunku z błękitną koszulką w białe obłoczki. – Bo ja bym ci osobiście wcisnął coś bardziej sexy niż to – stwierdziłem nieco rozmarzony i uśmiechnięty niczym rasowy zwyrol.
_________________
Phil Ashley Neumann
[Profil]
  [AB+]
 
Imari Blanc



Go all the way, have you fun, have it al. It will take you down.

support/rozwój mocy innych

60%

Trener





name:

Imari Blanc

alias:
Tara/Marceline Hopper

age:
25

height / weight:
173/48

Wysłany: 2020-03-21, 13:54   
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Przytuliła się do Phila bez żadnego zawahania, brakowało jej tego okropnie, ale doskonale wiedziała, że są obecnie inne rzeczy do zrobienia niż nie puszczanie Neumanna ze swoich objęć. Trudno, to będzie musiało poczekać.
Odsunęła się od niego niechętnie.
- Odzwyczaiłam się myślę.. od normalnego życia - przyznała, patrząc jak klęka przed komodą by znaleźć dla niej piżamę. - Kąpiel..? Tu jest wanna? - oczy jej się zaświeciły wyraźnie. - Wieki nie leżałam w wannie - chyba zrobił jej też tym niezłą niespodziankę, choć tego pewnie nie planował. A jednak! Kto by nie chciał usiąść w wannie pełnej gorącej wody po tak męczącym.. chciało by się powiedzieć dniu, ale tak naprawdę to wszystko trwało o wiele dłużej. W końcu kiedy pierwszy raz zobaczyła Williama po tej przerwie? Półtora roku temu? Rok? Nawet nie liczyła.
- Córki? - uniosla brew na moment - ah, tak. Mówiłeś - przypomniała sobie, patrząc jak się podnosi z koszulką w chmurki. Uśmiechnęła się.
- Coś bardziej sexy możemy przedyskutowac później. Na razie wolę białe obłoczki - sięgnęła po koszulkę z jego rąk, podeszła jeszcze te półtorej kroku bliżej i cmoknęła go w nos, stając na palcach.
- Jedź po niego, masz jeszcze trochę spraw do ogarnięcia - nie chciała trzymać go za długo - Umyję się i poczekam aż wrócicie. - cofnęła się. - Dalej, dalej. To kawał drogi.
_________________
do you look into the mirror to remind yourself you're there
[Profil]
  [A-]
 
Phil Neumann



Jestem agentem, agentem Lucasa

Szczęście

69%

Call me maybe?





name:

Phil Ashley Neumann

alias:
Agent Lucasa, Lucky, John Smith

age:
33

height / weight:
188/76

Wysłany: 2020-03-24, 20:35   
   Multikonta: Aaron Bee
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Nie pomyślałbym, że wieść o kąpieli – o wannie! – mogłaby kogokolwiek tam ucieszyć, a gdybym wiedział, że Imarkę tak ucieszy, to już dawno bym ją porwał i zamknął w tym pokoju! Dla niej by to sama frajda była, a ja miałbym zabezpieczone jej zdrowie psychiczne i fizyczne. Wszyscy byliby zadowoleni, a tak?! Kolejne rany, kolejne złe doświadczenia… Nadal mnie mierziło, kiedy tak o tym pomyślałem, jak wpadam tam i widzę ją taką biedną, spętaną. Bestie, kurwa! Bestie!
- A mówiłem, zamieszkaj ze mną, to nieee… A kąpiele są, woda jest ciągle, ciepła, zimna. Bąbelki też. Sole. W łazience Lucasa znajdziesz ich więcej – stwierdziłem i miałem przy tym na myśli te wszystkie różne proszki, olejki i takie tam, które dodawałem mu do kąpieli. Tu, cóż, też powinna coś dla siebie wybrać. – U mnie zresztą też coś jest… Wszędzie – dodałem tak bardziej do siebie na głos. Takie, o!, głośne myślenie. Też byłem już zmęczony, ale walnę zaraz kawkę i będzie jak znalazł.
- I się nie stresuj, księżniczko. Ty wskocz sobie… powoli do wanny, a ja przygotuję ci… gorącej czekolady? Nie będziesz miała po niej koszmarów? – zapytałem tak kontrolnie, bo co organizm – tak myślę – to obyczaj. – I zaraz tu wrócę, jeśli pozwolisz, bo muszę dopilnować, byś mi się tu nie utopiła! – odparłem rozbawiony, ale naprawdę się o to obawiałem. Teraz przysypiała, całą drogę tu i ogólnie była wcześniej zmęczona, a co dopiero mowa o wkroczeniu swoim całym ciałem do rozkosznie gorącej wody? Ja to znałem z doświadczenia! Chyba nic tak nie koiło i nie usypiało…
- A kiedy znajdziesz się bezpieczna w kołderce, wtedy pojadę, a ty będziesz mogła na mnie czekać – podsumowałem swoje plany na dzisiejszy poranek. Wątpiłem, by Imarka doczekała się mojego powrotu, jednakże miałem przeogromną nadzieję, że wszystko jakoś okej się potoczy. Ale potoczy! Przy odrobinie szczęścia, rozwalę wszystko!
_________________
Phil Ashley Neumann
[Profil]
  [AB+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 5