Poprzedni temat «» Następny temat
#3
Autor Wiadomość
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2019-01-05, 00:45   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Ten delikatny cień uśmiechu na twarzy Wallace… W tamtym momencie Will nie mógłby prosić o więcej. Może i właśnie zwycięsko wrócił z pertraktacji z Delgado, ale ta zmiana wyrazu twarzy Matilde - nawet jeśli tylko na krótką chwilę - była dla niego o wiele, wiele większym zwycięstwem. Może jeszcze nie było dobrze, może nie było tak jak zwykle.. ale przynajmniej przez chwilkę było choć trochę lepiej, prawda? I może, jeśli Hopper by się wystarczająco postarał, dałby radę ją z tego wyciągnąć, zobaczyć ją tak niewiarygodnie butną i pyskującą. Cholera, że w ogóle chciał, żeby jego dziewczyna była nieznośna.
Problem w tym, że kiedy ona dalej ciągnęła ten temat… nie potrafił być optymistyczny. Tak, to wszystko się kiedyś skończy, ale kto powiedział, że to oni wygrają? Kto powiedział, że William Hopper dożyje momentu, w którym w końcu nie będzie musiał dalej walczyć? Nie mówiąc już o jego mutacji, problemie który ściągał mu sen z powiek i tych wszystkich rozważaniach jak mógłby zorganizować dla siebie tego typu operację w takiej rzeczywistości - mógł zwyczajnie zginąć po drodzę. Ludzie umierali codziennie, nie mówiąc o ludziach, którzy dosyć często brali udział w strzelaninach. Jakby tego było mało, skoro chciał być wystarczająco ważny, żeby móc kształtować status quo w Seattle - stawał się wystarczająco ważny, żeby zamach na jego głowę był czymś więcej niż rozsądną do rozważenia możliwością. GC, DOGS, kto wie, może i Rebelia… a poza tym, gdzieś tam w głębi kraju cały czas czekał na niego Gardner. Może po śmierci córki straci motywację… ale Hopper nie spodziewał się tego. Tak, dał radę przez tyle lat nie dać się złapać, ale teraz jego ciało nie było już dla niego sprzymierzeńcem, nie mógł też korzystać z pełni swojej mocy. Nic dziwnego, że im dalej brnął, tym miał coraz silniejsze wrażenie, że pętla na jego szyi się zaciska. Rzecz w tym, że to była jedyna droga. Przecież ledwie przed chwilą powiedział to Wallace, nie miał gdzie się wycofać. I jeżeli cokolwiek świadczyło na jego korzyść... cholera, przyparty do muru William Hopper walczył jak diabli. Problem w tym… Nie mógł mieć pewności, że jego bliscy nie dostaną rykoszetem. Ba, właściwie logicznie było się spodziewać, że prędzej czy później ludzie którzy będą chcieli go dopaść, zaatakują ich - je. A on był po prostu zbyt egoistyczny, żeby je ukryć. Potrzebował ich tutaj.
- Wiem - odpowiedział łagodnie, głaszcząc ją po włosach. Nie musiała o tym wszystkim wiedzieć. Potrzebowała nadziei, on nie mógł jej odbierać tych resztek optymizmu.
Bo czy to takie dziwne, że kiedy wiedział o tym wszystkim, po prostu nie potrafił mieć pewności, że przeżyje tę wojnę? Nawet nie potrafił jej udawać przed samym sobą. To nie znaczyło, że miał zamiar się poddać, nawet jeśli nie miałby żadnych szans walczyłby dokładnie tak samo. To była chyba dość dobra wiadomość, choć od jakiegoś czasu miał wrażenie, że jeśli cokolwiek byłoby w stanie wyrwać go z tej ciągłej walki o kolejny dzień, to tylko śmierć. Rzecz w tym, że Wallace… Świadomość, że on nie musi dożyć do szczęśliwego zakończenia - że po prostu nie był w stanie w to uwierzyć, że nie należał do tamtego świata i nie mógł już wrócić - złamałaby ją. Przecież doskonale pamiętał jak zdruzgotana była, kiedy zobaczyła jego nagrobek - chociaż cały czas stał obok niej. Nie był pewien czy w ogóle cokolwiek zapamiętała z tamtej części dnia. Nie mógł jej na to skazać naprawdę.
- Uhm… Mówisz to tylko po to, żeby nasłuchać się jak bardzo was potrzebuję? - zażartował… ale naprawdę ich potrzebował. I po prostu nie byłby w stanie żałować tego wszystkiego, tego co doprowadziło go do tego miejsca i miało go prowadzić dalej. Po prostu… nie wiedział jak to jeszcze może powiedzieć, okay? Czemu po prostu nie mogłaby przeczytać tego w jego myślach? Znaczy, może nie w myślach, nie znosił telepatów… ale po prostu wiedzieć. Musiała to jakoś wiedzieć, przecież to była ciągle ta sama irytująca Wallace, która zawsze wiedziała o nim więcej niż próbował powiedzieć. Przecież gdzieś tam w głębi duszy cały czas musiała być równie zarozumiała i wkładać mu wymyślone słowa w usta, nawet jeśli widział, jak ledwie się trzyma. Kiedy widziała ją w takim stanie, połamaną na miliard kawałków, chciał jej obiecać, że już nigdy więcej nie będzie musiała zrobić czegoś takiego… ale nie mógł. Wiedział, że nie da rady tego dotrzymać. To było straszne, ale nie był w stanie nic z tym zrobić. Na to właśnie się zgodziła, kiedy została w Seattle, wtedy kiedy proponował jej wyjazd do Kanady. Wybrała trudniejszą drogę. Wybrała jego. I jakie to było cholernie złe, że cieszył się z jej decyzji.
- Zrobię wszystko, żebyś nie musiała - odpowiedział bardzo cicho. To mógł jej obiecać. Nie pozwoli je nosić takiego ciężaru, nie kiedy był w stanie wziąć go na siebie. Nie pozwoli, żeby to ją niszczyło. Nie pozwoli jej się stać potworem. I jeśli kiedykolwiek będzie musiała znowu wybierać pomiędzy życiem dwóch bliskich jej osób, wybierze za nią - to samo dotyczyło jego i Josie. Jeśli miała kogoś nienawidzić, to niech to będzie on, nie ona sama. - Wiem. To zawsze wymaga czasu… ale poukładasz to sobie - obiecał, głaszcząc ją po włosach. Przecież dobrze wiedział jak to wyglądało. Dobrze, że miała kogoś przy sobie - nawet jeśli to był dupkowaty William Hopper. Naprawdę dobrze się czuł, kiedy siedziała tak przytulona do niego… ale nie spodziewał się jej nagłej reakcji.
- Co? Tak, wszystko w porządku - odpowiedział jej automatycznie, sięgnął dłonią do swojego czoła… I wtedy sobie uświadomił. - Kurwa mać - wyrwało się z jego ust, już po angielsku, zanim wstał z łóżka. Nie czuł się chory, może zmęczony, ale to było w jego przypadku normalne… Rzecz w tym, że nie był chory co najmniej od roku… a przynajmniej nie zauważył że był chory. Nie brał niczego przeciwzapalnego, ale przecież działanie metabolitów opioidów mogłoby ukryć większość infekcji, a przecież teraz w Bractwie szalała ta epidemia… ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że zachowywał się, jakby nie był chory. - Nosiłem ją na rękach - powiedział nerwowo. Przeszedł kawałek po pokoju, przejechał ręką po włosach. Ten wirus wykańczał dorosłych ludzi, a Josie była ledwie noworodkiem. Powinien był pomyśleć. Kurwa mać, jak mógł być tak nieodpowiedzialny?!
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-06, 18:42   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Jeśli ktoś zechciałby w jednym wyrażeniu zawrzeć to jakim człowiekiem była Matilde Wallace to mógł śmiało zacząć się rozwodzić nad jej nieustępliwością, która coraz częściej zakrawała o wręcz ordynarną upierdliwość. Sama Wallace pewnie nawet nie potrafiłaby wyjaśnić skąd to wszystko się w niej brało. Przecież od dziecka mówiono jej, że nie była wystarczająco dobra, że mogłaby zrobić coś o wiele, wiele lepiej, że mogłaby się bardziej postarać. W jej rodzinnym domu nie było miejsca na zapieranie się rękami i nogami. To co trzeba było robić – po prostu robiła. A przynajmniej na początku. Starała się bardziej, robiła lepiej, tylko po to by być chociaż odrobinę wystarczająca. A jednak mimo tych wczesnych lat spędzonych na byciu stłamszoną, gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi przytykami o tym jak wielkim nieporozumieniem była, nauczyła się w końcu postawić na swoim. Nauczyła się nie ustępować. Nauczyła się nie odpuszczać. Nauczyła się doprowadzać ludzi do szału. I to uczucie spodobało jej się do tego stopnia, że nie była w stanie bez tego funkcjonować. Nawet w momentach takich jak ten. Zwłaszcza w momentach takich jak ten. Nie umiała odpuścić. To nie leżało w jej naturze. I nie umiała porzucić tego tematu, który niczym trucizna zatruwał jej mózg. Jedna myśl powodowała powstanie drugiej, druga powodowała powstanie kolejnych trzech, trzecia mnożyła się w jeszcze bardziej zatrważającym tempie.
– A wtedy jedyne co będziesz miał to my – dodała po prostu, nawet nie próbując odgadnąć jakie myśli musiały teraz krążyć po jego głowie. I może nawet lepiej, że nie wiedziała. Ale mimo wszystko musieli brać koniec wojny jako jakąś – nieważne jak mało prawdopodobną – ewentualność. Co wtedy? Będą po prostu żyli długo i szczęśliwie? To nie pasowało do ludzi, jakimi byli. Nieważne jak bardzo Wallace by tego chciała, po prostu nie pasowało. Wojna się skończy, nie będą musieli się więcej ukrywać, nie będą musieli walczyć, a jego jedynym osiągnięciem będzie… dziewczyna z dzieckiem. To z pewnością nie było czymś o czym marzył tak świetny umysł. I choć nie miała żadnych wątpliwości co do uczuć Willa, bo przecież widziała jego zaangażowanie, to nie potrafiła nie czuć się w jakimś stopniu zagrożona. Sytuacja w jakiej się znaleźli nie pasowała do tego typu osoby. Wallace przeniosła wzrok na twarz Hoppera, posyłając mu przeciągłe spojrzenie. I kiedy tak zażartował w tym swoim starym, niezbyt dobrym (przecież jeśli chodzi o dogryzanie nigdy nie miał osiągnąć jej poziomu) stylu, Matilde… po prostu prychnęła pod nosem. Być może to była kolejna dobra oznaka. To również było w jej stylu. Może jednak miała kiedyś wrócić do normalności.
– Nie musisz i tak wiem, że za mną szalejesz – odpowiedziała po prostu, wzruszając ramionami. Nie udało jej się jednak zmusić do tego typowego do wypowiadanego zdania uśmiechu. Zawsze tak robiła, prawda? Wyolbrzymiała pewne rzeczy, wkładała mu słowa w usta, by zobaczyć te pokraczne próby – których nie zamierzała brać pod uwagę w tych drobnych bataliach – odwrócenia kota ogonem. Lubiła te sprzeczki, lubiła te dogryzania i wypierania się jakichkolwiek uczuć. Lubiła gdy tak bardzo dawali sobie do zrozumienia, że mają siebie głęboko w poważaniu i że przebywanie razem w jednym pomieszczeniu to męka. I lubiła gdy jednocześnie to dziwne napięcie w powietrzu, ta chemia nie pozwalała im się od siebie oderwać. Ale w tym momencie to nie wyszło tak jak powinno. Była na to w zbyt kiepski stanie, więc cokolwiek… Hopper po prostu mógł czerpać satysfakcję z zwycięstwa. I tak… wiedziała. Ale tego dnia, kiedy kwestionowała nawet własne istnienie, chyba po prostu musiała słuchać tych wszystkich przebrzydle słodkich i czułych słów. I kiedy słyszała zapewnienie Willa… tak. To też wiedziała. Robił wszystko, by ją chronić. By czuła się bezpieczna. I może w tym tkwił cały problem..? Może to to było tą cholerną wadą, która nie pozwalała zrealizować wszystkich planów.
– Nie – powiedziała w końcu. Zgodziła się na to. Wybrała sobie takie życie. I z całą pewnością nie żałowała. Czuła się teraz jak najgorsza osoba na świecie, nie potrafiła nawet spojrzeć w lustro, ale przecież zrobiłaby to drugi raz. Bez wahania. Dla nich było warto. – Nauczysz mnie robić wszystko lepiej – sprostowała to nagłe zaprzeczenie. Kiedy była z nim, była bezpieczna. Ale zdarzały się sytuacje… taka jak kilka dni temu, gdzie była zdana tylko na siebie. Musiała umieć sobie radzić w trudnych sytuacjach. Musiała w razie czego umieć obronić Jocelyn. Zadbać o nią. Nawet w tak okrutnym sensie. – Nie jesteś w stanie być przy mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę, Will. A my… jesteśmy jej rodzicami, musimy ją chronić przed tym całym syfem. Oboje.
Przecież da sobie radę, a dobro Josie było tutaj najważniejsze. Wallace w całym swoim życiu radziła sobie z dużo gorszym syfem. Trudno, najwyżej dalej będzie siebie tak okropnie nienawidzić, ale przynajmniej wciąż we trójkę będą razem. Tylko to właściwie się liczyło. I była w stanie poświęcić resztki swojej niewinności. Nie spodziewała się jednak, że to wszystko znowu potoczy się w tak złym kierunku. Dotknęła go właściwie tylko po to by poczuć bijące od niego ciepło, które zawsze potrafiło ją uspokoić i postawić na nogi. Tylko to wcale nie było tym wytęsknionym remedium na całe zło świata. Nie było ciepła, był gorąc. Cholernie niepokojący gorąc.
– Obudzisz ją – powiedziała cicho, słysząc wydobywające się z ust Willa słowa. Ona również się denerwowała. Ta choroba była tak cholernie wyniszczająca. I jeśli Jocelyn to załapie, nie miała żadnych szans. Była tak krucha, tak maleńka… Wallace bała się jej zrobić krzywdę samym dotykiem, a co dopiero jakąś zmutowaną bronią biologiczną. Mimo wszystko potrząsnęła głową, idąc w kierunku Hoppera.
– W Bractwie są chorzy, jeśli miała się zarazić, zaraziła się kiedy tylko ją tam zawieźliśmy – to było marne pocieszenie, ale nie chciała, by się obwiniał. Doskonale zdawała sobie sprawę o jego tendencji do wyrzutów sumienia. To go wyniszczało. Może o wiele bardziej niż ta cholerna grypa. – Ale myślę, że jest podobna do swojego taty nie tylko z wyglądu. Będzie walczyć – dodała, przełykając cicho ślinę. Zachrypnięty, słaby głosik powoli ustępował temu o wiele bardziej przypominającego Matilde. W tej sytuacji nie było miejsca na jej rozpaczanie i depresyjne stany. – Musimy ją ochronić, wysłać w jakieś bezpieczne miejsce, a potem wrócimy do Bractwa i się tobą zajmiemy… – zaczęła, kładąc rękę na jego nadgarstku. Nawet nie wiedziała skąd w niej było tyle spokoju, bo wewnętrznie panikowała. Przerażało ją to co miało się dziać z Hopperem, przerażało ją to, że Josie też mogła to podłapać, przerażało ją, że nie wiedziała co robić.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2019-01-19, 02:49   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Może Wallace nie była tak zawzięta pomimo tego skąd pochodziła. Może była właśnie przez to skąd pochodziła. Jakoś musiała to przetrwać, prawda? Najwidoczniej gdzieś głęboko w niej to wszystko czaiło się przez lata. Rzecz w tym, że na początku próbowała się dostosować, potem miała to w dupie… a teraz, miał wrażenie że czasami jej jedynym życiowym celem było irytowanie Williama Hoppera. Hej, ale przynajmniej potrafiła się trzymać swoich założeń, nie ważne jak irytującą ją to czyniło. To zawsze coś.
W pewnym sensie, on też był cholernie zawzięty… ale tylko w jednym świecie. Tym który tak doskonale znał, w którym potrafił się poruszać, na który był skazany od jedenastu lat. I im dłużej o tym myślał, tym bardziej docierało to do niego, że dla niego tak naprawdę nie było innego życia. Mógł udawać, że on i Wallace byli tacy sami… ale nie byli. Ona przez lata żyła na granicy społeczeństwa, buntując się życiu, które prowadzili jej rodzice. On żył poza społeczeństwem. Dziesięć lat temu po raz pierwszy zabił człowieka z zimną krwią, po czymś takim nie było już powrotu. Nie chciał jej okłamywać, ale nie chciał jej też martwić. Cholera, dla niego nie było po wszystkim, nie było kiedy wojna się skończy. On nie miał już nigdy wrócić do normalności, czuł to głęboko w kościach. Były tylko dwa rozwiązania: zginie przed końcem tego wszystkiego albo dla niego to się nigdy nie skończy. Dlaczego wcześniej tego nie widział? Cholera, miał te jakieś absurdalne wizje domu z białym płotem rodem z serialu z początku wieku, ale to przecież nie było dla niego. Jak mógł tego wcześniej nie widzieć? I jeśli to wszystko się skończy - jak miał dalej utrzymywać tę rodzinę w jednym kawałku? Cały czas mówił o większej grze, o myśleniu na dłuższą metę… ale najwidoczniej, wcale tego nie robił. Ale chyba najgorsza była świadomość, że tak naprawdę się oszukiwał. On i Mattie nie byli tacy sami, nie ważne jak podobni się wydawali. Byli zepsuci w inny sposób. Dla niej ciągle istniała droga z powrotem, dla niego nie. I jeśli miejsce, w którym żyła się nie zmieni, długo tak nie zostanie… a jakaś jego część chciała na to pozwolić. Żeby znowu odzyskać to poczucie, że byli tacy sami… że nie był w tym wszystkim sam.
Ale nie mógł tego zrobić. Nie mógł jej powiedzieć, co o tym myślał, cholera, ta dziewczyna miała już wystarczająco dużo zmartwień na głowie. Zamiast tego, uśmiechnął się i powiedział:
- Zapominasz o mojej powalającej inteligencji, seksownych bliznach i G35. To, co nas łączy jest naprawdę wyjątkowe, Wallace.
Cholera jasna, nie miał pojęcia co ona miała z tymi bliznami. Ale to było w ich starym, dobrym stylu. Świeżo po pokonaniu potwora, świadomi całej armii czekającej za rogiem, ale równie cyniczni, jak zwykle. Wszystko na swoim miejscu, tak jak powinno być, nawet jeśli to prychnięcie nie było równie pełne przekonania co zwykle. Przynajmniej próbowała wrócić do tego, co mieli w zwyczaju: on robił z siebie błazna, a ona miała go dość. Dopóki w pełni do tego nie wrócą, nie ma co mówić o zwycięstwach.
Odpowiedź Wallace go zdziwiła. Cholera, jak miała tego nie zrobić? On jej obiecuje, że zrobi wszystko, żeby znowu nie musiała przechodzić przez koszmar… a ona stwierdza nie. Ale kiedy zaczęła rozwijać, co miała na myśli, nie mógł zapanować nad unoszącym się kącikiem ust. Chciała umieć strzelać, więc dlaczego nie walczyć? Właściwie, to kiedyś nawet byli umówieni. Gdyby tylko parę rzeczy nie stanęło na ich drodzę… kto wie, może Wallace potrafiłaby mu skopać tyłek. Paradoksalnie, to nie zmieniało tego wszystkiego, co powiedział wcześniej. Wszystkie trudne decyzje - brał to na siebie.
- Okay - pokiwał głową.
Ale przecież wszystko nie mogło być w porządku zbyt długo, prawda? Wiadomość, że był chory i wszystko co się z nią wiązało uderzyło w niego jak rozpędzony pociąg. Mógł coś zrobić Josie. Mógł coś zrobić Josie. Ta choroba była naprawdę poważna, a ona była tylko malutkim dzieckiem, wcześniakiem! Nie rozumiał, jakim cudem Wallace może być taka spokojna, kiedy on nie był w stanie nawet wysiedzieć w miejscu. Powinien myśleć o tym, żeby jej nie obudzić, ale kurwa mać, jej mogło się coś stać, a on… Kolczyk pomiędzy deskami w podłodze, Wallace na motelowej podłodze, krew na dłoni naciskającej tłok strzykawki… Nie mógł na to pozwolić. Wszystko musiało być w porządku, ale przecież nie miał jak się upewnić, że właśnie tak będzie.
- Och, bo to taka zajebista wiadomość. Naprawdę mi ulżyło, Wallace - stwierdził nerwowo. Bo to miało takie kurewskie znaczenie przez kogo dokładnie będzie umierać Josie. I gówno znaczyło czy będzie walczyć i po kim miałaby to mieć. Ona była noworodkiem, wcześniakiem. Ta choroba nawet nie miała leku. Jak miała to przeżyć?!
Stop. Musiał się uspokoić, musiał myśleć trzeźwo żeby znaleźć rozwiązanie, ale jak miał to zrobić, kiedy możliwość że Josie… Przejechał dłonią po twarzy. To nic nie da, Hopper. Nie mógł dać się temu porwać, musiał mieć jakiś plan…
- Nie - stwierdził twardo, słysząc plan Wallace. I dopiero kiedy sięgnęła po jego nadgarstek, dotarło do niego, że ona też nie powinna się zbliżać. Cholera, co on najlepszego zrobił? Odsunął się o krok. - Mam się kurewsko dobrze, Wallace. Powinnaś zostać tutaj, z Josie, jestem pewien że mój ojciec was przenocuje… To najlepsze rozwiązanie. - Josie potrzebowała kogoś, poza tym Matilde… powinna się trzymać od tego syfu z daleka. Jeśli cokolwiek się stanie...
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-21, 22:42   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Być może i Hopper był niesamowicie inteligentnym człowiekiem, być może jego mózg był odrobinę większy, być może znał się praktycznie na wszystkim i być może nie było rzeczy, której właściwie nie potrafiłby zrobić. Ale jego zdolność analizowania… cóż nie była nieomylna. Nie w przypadku Wallace. Bo do czego niby miałaby wrócić, huh? Do spania w melinie? Do kilkutygodniowych ciągów? Do notorycznego przedawkowania? To życie jakie teraz wiodła przy jego boku… może i była wojna, może i było niebezpiecznie, ale tak naprawdę nigdy nie była szczęśliwsza. I nigdy nie miała odzyskać stanu przed tym wszystkim. Każdy dzień, każdy czyn… to ją piętnowało. Nieodwracalnie zmieniło. A teraz? Niech tylko na nią spojrzy. Właśnie zamordowała człowieka. Czy naprawdę sądził, że kiedykolwiek się po tym otrząśnie? Nie, to nie było możliwe. Ale w zasadzie miała to gdzieś.. I gdyby mogła, pewnie nie cofnęłaby nawet czasu. Bo jeśli byłaby taka potrzeba, sprzedałaby dla niego swoją duszę. Po prostu… Nie chciała innego życia. Nieważne, jak złym człowiekiem miałaby się stać po drodze.
– Cóż, mamy razem dziecko, Hopper. Myślę, że żadna zabaweczka nie może tego przebić – wzruszyła niby obojętnie ramionami, unosząc ten cholerny kącik ust. W takich momentach jak ten miała wrażenie, że nieważne co złego będzie się działo, tak długo jak między nimi było okej… tak długo będzie w stanie to wszystko znosić. Była w rozsypce, była wrakiem człowieka. A jednak, to jak bardzo irytujący i wkurzający był – to podtrzymywało ją na duchu. I mieli jeszcze kilka długich lat. To chyba było w stanie wynagrodzić jej wszystko. Kilka lat, a potem… potem coś wymyślą. Matilde po prostu skinęła głową. Nie sądziła, że się zgodzi, ale w zasadzie… czemu miałby się nie zgadzać? Był pieprzonym Hopperem. Miał paranoję. Na pewno chciał, by potrafiła się bronić. By nie dała sobie zrobić krzywdy.
Ale wtedy tak po prostu w ułamku jednej pierdolonej sekundy wszystko znowu się spieprzyło. To nie byłoby ich życie, gdyby chociaż raz coś poszło po ich myśli, prawda? Nigdy nie szło po ich myśli. Kiedy przez kilka miesięcy żyli w stagnacji, czekali na nadejście dziecka, sam poród okazał się być bombą. A teraz… teraz wszystko się komplikowało o wiele bardziej. A Wallace? Wallace tak jak to miała w swoim zwyczaju – zaczynała się na niego irytować. Na niego i to irracjonalne zachowanie. Kiedy wypowiedział te słowa, miała wrażenie, jakby po prostu ją wmurowało. Świdrowała go wzrokiem, nie bardzo wiedząc co na to wszystko odpowiedzieć. W normalnych okolicznościach pewnie, by prychnęła i powiedziała jak wielkim był idiotą, ale to nie były normalne okoliczności. To było cholernie poważne. Tu chodziło o Josie…
– To nie jest twoja wina, okej? – wyrzuciła z siebie nerwowo, nie będąc w stanie zapanować nad tym wściekłym głosem. Ale nie chciała go jeszcze bardziej irytować. Po prostu odpuszczała. A przynajmniej... Przynajmniej myślała, że odpuszczała, bo wtedy on zaczął przechodzić samego siebie. Widząc to jak się od niej odsuwa, jak cofa się przed jej dotykiem… brwi Wallace mimowolnie wzniosły się do góry. Serio, Hopper? Ty się nazywasz geniuszem?
– Może i jesteś przywódcą Bractwa, ale dlaczego do cholery myślisz, że masz nade mną jakąkolwiek kontrolę? – wyrzuciła z siebie przez zaciśnięte zęby, coraz bardziej tracąc cierpliwość, kiedy zaczął jej wręcz rozkazywać. A potem mocniej wyciągnęła rękę, by dopiąć swego i go dotknąć. Zdawała sobie sprawę, że niczego nie ułatwiała, trudno. – Sekundę temu mnie przytulałeś, a teraz nagle boisz się o jakieś jebane zarazki? Słuchaj, Hopper, bo coś ci się zaczyna przestawiać w tym twoim chujowym mózgu – okej, jednak nie była w stanie się dłużej kontrolować i po prostu pękła. Wallace potrząsnęła głową, przesuwając rękę po jego ciele, ale tylko po to by go jeszcze bardziej wkurwić. Po prostu. – Jeśli myślisz, że zostawię cię samego, kiedy to gówno panuje, to jesteś naprawdę głupi. Josie będzie bezpieczniejsza z dala od nas, dlatego trzeba zapewnić jej schronienie. A ja się zamierzam tobą zająć. To jest najlepsze wyjście – dokończyła głosem nieznoszącym sprzeciwu, ale z każdym kolejnym wypowiadanym słowem, jakby miękła. Martwiła się o niego i nie chciała się z nim kłócić, kiedy właściwie nie było o co. Ale ta jego irracjonalność była nie do przeskoczenia. Matilde westchnęła cicho. – Nie zostawię cię, Will.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2019-01-26, 11:23   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


I właśnie to go martwiło. Wallace przekroczyła tę linię, po której nie ma już powrotu, zabiła kogoś. Co będzie kolejne? I jak daleko zabrnie, zanim ta wojna się skończy? To się już stało z nim, nie mógł pozwolić, żeby skończyła tak samo. Wierzył, że ona ciągle jeszcze może wrócić. Tak, była zniszczona - ale w ten sposób, w jaki bywają zniszczeni ludzie, którzy przynależą do normalnego świata. Ilu narkomanów wychodzi na prostą? Ba, sama Wallace przecież była czysta od miesięcy. Zakładała rodzinę, miała córeczkę. A ilu zbiegów i morderców potrafiło z powrotem żyć normalnie? Zwykli weterani mieli z tym problem, a dajmy spokój, ilu ludzi oni tak naprawdę zabijali? Mogli liczyć na swój oddział, mieli jednego, określonego wroga, nie musieli walczyć sami przeciwko światu. I przede wszystkim - kiedy mieli dość, mogli wrócić do rzeczywistości, w której już nikt nie próbuje ich zabić. Oni nie mieli tych wszystkich luksusów. Hopper wiedział jak to niszczyło innych mutantów - wiedział jak to niszczyło jego. Wallace mogła jeszcze się wycofać… ale czy naprawdę? Jeśli chciała przy nim zostać, nie miała wielu opcji. Ale przecież nie mógł pozwolić, żeby to spadło na nią! I musiała umieć się bronić. Czemu to zawsze musiało być tak skomplikowane?
- Znowu próbujesz ją obrazić, Wallace? - rzucił zaczepnie. Och, obrażanie tak morderczej istoty nie było najmądrzejszy posunięciem. Jeszcze raz, czemu on zadawał się z kimś tak niewiarygodnie głupim? Pewnie to miało coś wspólnego z tym, że nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc unoszący się kącik ust Wallace. Przejechał po nim kciukiem, opierając resztę dłoni na jej brodzie. Dobrze było ją widzieć taką.

Ledwie chwilę później, wszystko zaczęło się sypać. Powinien się wcześniej zorientować co się działo. Cholera, jak można się nie zorientować, że od co najmniej kilku dni jest się chorym na coś, co zupełnie rozkłada wszystkich naokoło?! I co w ogóle miały znaczyć słowa Wallace?! On się martwi czy ich córka przeżyje chorobę, którą najprawdopodobniej właśnie ją zaraził, a ta mu mówi, że to nie jego wina. Kogo, kurwa, w tym momencie obchodzi czyja to wina?! Chciał tylko, żeby z Josie było wszystko w porządku. Ona była taka malutka… Jak miała sobie poradzić z czymś takim? Przerażało go to. Ona nie mogła być chora. Musieli znaleźć jakieś rozwiązanie, na pewno dało się coś zrobić…
A Wallace, zamiast zająć się czymkolwiek istotnym, wolała mówić mu, że to nie jego wina. Cudownie! Nawet nie wiedział czemu go to tak zirytowało. Pewnie przez jej ton. Na pewno przez jej ton. To z pewnością nie miało nic wspólnego z tym, że od razu odgadła o czym pomyśli Hopper i przyłapała go na gorącym uczynku.
- Tak, bo w tym momencie to jest najistotniejsze! Nie sprawdzenie czy wszystko z nią w porządku, nie jakiś plan działania, tylko czyja to jest pieprzona wina - wyrzucił z siebie zdenerwowany. Musiał się uspokoić. Skoro Wallace nie miała zamiaru nic robić, sam musiał wymyślić jak poskładać to do kupy.
Ale to co zrobiła moment później… Jak on miał być spokojny, kiedy ona była tak głupia? Czasami zapominał, że taki poziom był dla kogokolwiek osiągalny, ale na szczęście, Wallace przychodziła wtedy z pomocą, aby na nowo stracił wiarę w rasę ludzką.
- To jest twój plan? Zarazić się potencjalnie śmiertelną chorobą, żeby udowodnić mi, że nie mam nad tobą władzy? - spytał ostro, zanim zaczął… klaskać. - Gratuluję, świetny pomysł. Powiedz mi, jak dałaś radę wpaść na coś równie błyskotliwego? Nie mogę wyjść z podziwu. Upewnię się, żeby wyryli ci to na nagrobku. Matilde Wallace, zmarła na skutek śmiertelnej głupoty.
Mógłby tak mówić przez dobre piętnaście minut - coś takiego zasługiwało na wyjątkowe owacje na stojąco. Jeszcze trochę, a będzie mieć szansę na nagrodę Darwina. Powinien wspierać ją w tym pierdolonym konkursie, jak to na ludzi w związku przystało. Będzie cholernie cieszył się jej osiągnięciem.
- Nie chcę się wymądrzać, ale to może mieć związek z tym, że sekundę temu nie wiedziałem, że właśnie zarażam cię niebezpieczną chorobą - odrzucił ostro. I kiedy zaczęła się wesoło bawić, jeżdżąc po nim dłonią, nie wytrzymał. Mocno chwycił ją za nadgarstek i osiągnął jej rękę. - To nie jest jakaś pierdolona zabawa, Wallace - zaczął, głosem równie przyjemnym co lodowaty kubeł wody wylany jej prosto w twarz. - Możesz umrzeć. Josie może umrzeć. A kiedy mówię, że czuję się kurewsko dobrze, czuję się kurewsko dobrze - wycedził. - Ona może potrzebować twoich mocy. Ja nie. Dam sobie radę sam. Ona nie. Rachunek jest kurewsko prosty, Wallace.
Widział jak mięknie, jak nie jest w stanie się na niego złościć, bo się martwi. On ciągle był równie lodowato wściekły. Nie powinna rezygnować z siebie dla niego. W najgorszym możliwym scenariuszu któreś z nich musiało przeżyć, żeby Josie miała chociaż jednego rodzica, pomijając już to, że ją kochał. Nie mógł pozwolić, żeby coś jej się stało, żeby cokolwiek się stało którejś z nich.
- Kiedyś będziesz musiała - zauważył zwyczajnie. Nawet jeśli nie byłoby wojny, nikt by go nie ścigał, nawet jeśli uda mu się załatwić operację, która pozwoli mu przeżyć więcej niż kilka lat… Ile mógł dożyć ze skłonnościami do wylewów? Cokolwiek by się nie działo, to on umiera pierwszy.
Powinien stąd wyjść. Zakończyć tę niedorzeczną dyskusję, nie zostawiać jej wyboru, nawet jeśli miała zrobić wszystko na odwrót. Ale nie wyszedł.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2019-01-26, 19:53   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas
  

   1 Rok na Giftedach!


Pozwoliwszy Williamowi zajrzeć i wejść do pokoju, gdzie przebywała Matilde z dzieckiem, David udał się do kuchni z powrotem. Sięgając tam po pusty kubek, stojący na stole, zauważył że na jego dłoniach pojawiły się dziwne plamy. Blade. Zmarszczył brwi, nie mając pojęcia skąd się to wzięło. Może to od kremu jaki ostatnio stosuje? Nie miał pojęcia. Na razie zignorował ten fakt.
Przez czas, w jakim William rozmawiał z Tildą, słyszał jedynie to, że udało im się uspokoić dziecko. Skoro rozmowy w pokoju przebiegały w miarę spokojnie, Pan Hopper włożył kubek do zmywarki i udał do salonu, gdzie zajął chwilowo psem. Niestety, długo spokojnie nie było, kiedy usłyszał podniesiony głos swojego syna. Zmarszczył brwi, mając dziwne uczucie, ze tam coś się dzieje. Jeżeli nie sprawdzi, to nie wiadomo też do czego tam dojdzie.
Wyjechał wózkiem z salonu i skierował się w stronę pokoju, gdzie przebywali. A im bliżej był, tym lepiej słyszał słowa jakie do siebie kierowali. Potem było klaskanie, ale już sama treść ich rozmowy nie wydawała się mu być pozytywna. Syn wspomniał o jakiejś chorobie. Czyżby było coś, o czym on, jego ojciec nie wiedział?
David dotknął klamki, ale wstrzymał się z tym, by otworzyć drzwi. Na swojej dłoni dostrzegł, jakby różowe zabarwienie skóry stało się wyraźniejsze. Nie do przesady, ale było widoczne. Jakby "alergia na krem" zdawała się dziwnie zachowywać. Nie miał pojęcia, że jego organizm był odporny na chorobę, którą "przenosił" jego syn. Że tak to reaguje. Nie to jednak było ważne w tej chwili. Bez pukania, a z poważną dość miną, otworzył drzwi do pokoju, zastając tam Williama i Matildę chyba w niezbyt dobrej sytuacji? Ich spojrzenia wszystko mogło mówić, a odbiorca mógł zinterpretować to tak, a nie inaczej. Chłód z oczu syna skierowany do zaniepokojonego spojrzenia Matilde.
- Nie chcę się wtrącać, ale chyba zapominacie że macie córkę.
Wjechał do pokoju, zatrzymując się blisko łózka, by sprawdzić czy Jose śpi czy jednak podniesiony głos Willa ją obudził. Po czym spojrzał na młodych dość poważnie.
- O jakiej chorobie mówicie? Will, o czymś nie wiem?
Nie będziemy ukrywać, że i Davida niepokoiło to co słyszał w ostatnich słowach, ale chciał jakiegoś wytłumaczenia by zrozumieć o czym mówili. Nie podsłuchiwał ich. Ale kiedy zrobili się za głośno, musiał zareagować.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-26, 21:21   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Och cudownie, bo zamartwianie się i mówienie o tym, jak bardzo się zamartwia, z pewnością miało przynieść jakąkolwiek korzyść. Cholera, to z pewnością było lekiem na całą tą badziewną chorobę. Tak, nie było żadnych wątpliwości. A Hopper po raz kolejny wzbił się na wyżyny swojego geniuszu i odnalazł to upragnione przez wszystkich remedium.
– Nie ma temperatury, je normalnie i nie płacze. Nie wiem jak jeszcze niby mam sprawdzić, czy wszystko jest okej – odpowiedziała chłodno, mierząc go wściekłym spojrzeniem. Przez chwilę miała wrażenie, jakby zarzucał jej, że nie przejmuje się wystarczająco. Że nie jest odpowiednią matką dla Josie. Jak niby miała mu udowodnić, że umierała wewnętrznie na samą myśl o tym wirusie? Jak niby miała mu udowodnić, że nie wiedziała co przyniesie jutro? Czy jak się rozpłacze i zacznie panikować to będzie dla niego wystarczające? Czy wciąż nie? – Ale to ty tu jesteś pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi, więc musisz znać jakiś sposób, nie? – wyrzuciła z siebie, nie przebierając w słowach. I tak, w tym momencie chciała mu wbić szpileczkę. Chciała go wkurzyć tym całym poczuciem bezradności, jakie musiał teraz czuć. Ale był dupkiem i zasłużył sobie na to. Zwłaszcza po tym co jej przed chwilą powiedział.
– Moim planem jest doprowadzenie do zdrowia największego dupka jakiego kiedykolwiek widział świat – odpowiedziała, zaraz potem uśmiechając się cynicznie. A kiedy zaczął jej klaskać? Och cudownie. Wkurwił ją. Czego oczekiwał, że mu się ukłoni. Wallace z trudem powstrzymywała się przed pokazaniem mu swojego prawdziwego oblicza, ale w zasadzie… po co to robiła? – Rozumiesz, to gatunek na wymarciu. Trzeba go zachować dla potomnych – dokończyła przez zaciśnięte zęby. Och, cudownie. Kolejne słowa o jej głupocie? Czy myślał, że to jeszcze na nią działało? Doskonale zdawała sobie sprawę co o niej myślał. Była tylko głupią ćpunką, trudno. Jakoś się z tym pogodziła. – I dla twojej informacji już jest nagrobek Matilde Wallace, więc się spóźniłeś, Hopper.
Czy można było być bardziej irytującą osobą od Hoppera? Poważnie? Nie wydawało jej się. Ten człowiek powinien zgarnąć wszystkie możliwe nagrody. Z nim się nie dało żyć. Huh. A ona, co już dawno sobie ustalili, była okropną masochistką, wciąż się w to wszystko pchając.
– Och, czyli jak rozumiem sekundę temu nie było czegoś takiego jak zarazki, huh? – to myślenie, ta logika… to przerastało Wallace. Próbowała go zrozumieć, ale z każdą kolejną sekundę był coraz bardziej absurdalny i irracjonalny. Po prostu się poddawała. Bo najwidoczniej ta cała choroba mu wyżerała już mózg. Ale kiedy Hopper odciągnął jej rękę, Wallace po prostu parsknęła nieprzyjemnym, lodowatym śmiechem. To był cios poniżej pasa. Nie zamierzała mu jednak tego popuścić, więc po prostu zaczęła mocno napierać całym swoim ciałem na niego. Mógł sobie to nazywać molestowaniem, proszę bardzo. Miała to gdzieś. Tak samo jak jego kolejne słowa, dopóki nie wkroczył na temat dotyczący Jocelyn.
– Josie potrzebuje ojca – zakończyła tą jego cudowną przemowę, podnosząc głos. Doskonale zdawali sobie sprawę, że Hopper nie będzie w stanie o siebie zadbać. Nie, kiedy to cholerstwo całkowicie go rozłoży. Kochała swoją córkę. Kochała do tego stopnia, że zamierzała zrobić wszystko, by miała możliwość poznania swojego dupkowatego tatę. A bez niego to wszystko miało się zawalić. Jak niby miałaby dać radę. Sama? Nie, nie pisała się na to. Właściwie otwierała usta, by mu to wygarnąć, kiedy usłyszała z jego ust kolejne słowa, a to… to ją zmroziło. Matilde na krótką chwilę odwróciła wzrok. Nie chciała, by zobaczył to jak jej tęczówki niebezpiecznie zabłyszczały.
– Nie – powiedziała, kręcąc głową – Nie zostawię cię – powtórzyła, wbijając wzrok w jego oczy, po czym zrobiła sobie sekundową pauzę. A kiedy kolejne słowa wydobyły się z jej ust, wargi Wallace wykrzywiły się w niesamowicie smutnym uśmiechu: – ty to zrobisz.
Tak to miało w końcu wyglądać, prawda? Ona miała być przy nim do samego końca. Miała go kochać, każdego dnia coraz bardziej, a los miał zamiar i tak go od niej zabrać. A Matilde… nie miała tego przeżyć. I doskonale o tym wiedziała. Nieważne ile rzeczy miało trzymać ją przy życiu, nie chciała tego wszystkiego bez niego. Po jej policzku spłynęła łza, ale wtedy usłyszała otwierające się drzwi, wiec szybko wytarła policzek wierzchem dłoni. Było jej tak niesamowicie głupio. Przez chwilę zapomniała gdzie była, że był tutaj ktoś jeszcze. Wallace posłała Davidowi przepraszające spojrzenie. Nie chciała, by tak wyszło. Po prostu… tak bardzo się martwiła. Nie umiała tego okazać w inny sposób. Po prostu nie umiała. Tak samo jak nie umiała odpowiedzieć na pytanie pana Hoppera.
– Mógłby się pan zająć Josie przez kilka dni? – wypaliła po prostu, nawet nie patrząc na Willa. Podjęła decyzję. Mógł jej nienawidzić, ale ona za bardzo go kochała, by zostawić go w tak fatalnym stanie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2019-02-10, 22:45   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


To że wcześniej nie miała temperatury, nie znaczyło że właśnie jej nie zaraził, kilkanaście sekund wcześniej. Co to za absurdalny argument? Mogła coś zrobić, nie rozsiewała tego zasranego wirusa, powinna coś zrobić. On nie mógł, więc to spadało na nią. Niech coś zrobi. Może potrafiła jakoś sprawdzić swoją mocą czy wszystko w porządku, nie miał zasranego pojęcia. Nie mogła tak po prostu stać. Bezradność była najgorszym, co mogło ich spotkać, dlatego musiała coś robić. I dlaczego nagle musiała być cholernie logiczna? Ona tak nie robiła. Powinna panikować martwić się razem z nim.
Jej kolejne słowa, absolutnie nie pomogły, ba, były jak oliwa dolana do ognia. Ile zasranych razy to już słyszał?
- Świetny pomysł, Wallace, zwal to na mnie. Zawsze działa, huh? - Może nie powinien na to pozwalać, może nie powinien rozwiązywać wszystkich jej problemów za nią. Po co ona w ogóle miała się nimi martwić, skoro Hopper musi znać sposób. Miał już tego kurewsko dość. Rozwiązywał zagadki niemożliwe do rozwiązania od pierdolonych jedenastu lat i miał już tego dość. Był zmęczony i zasługiwał na chwilę spokoju, gdzie to nie on musiał ratować sytuację… Ale przecież jej nie dostanie, prawda? Ktoś musiał wymyślić sposób, żeby Wallace i Josie były bezpieczne, choć mógł je zarazić w dowolnej sekundzie - o ile jeszcze były w ogóle zdrowe.
- Już Ci to mówiłem. Mam się dobrze. Umiem sam o siebie zadbać - kontynuował. W końcu, ile razy był zdany tylko i wyłącznie na samego siebie? Żadna choroba go nie zabiła, nawet kiedy jeszcze żył na ulicy. Ta nie była wyjątkowa.
Ale Wallace nie musiała mu przypominać o tym, że umierał. Wiedział. Od niemal dwóch lat myślał o tym bez przerwy. Co on miał z tym zrobić?! Na ten moment, nie mógł więcej. Potrzebował wygranej wojny, a przede wszystkim - potrzebował nie martwić się o nie. A do tego - uwaga, uwaga - nie mogły najpierw umrzeć na jakąś zasraną, tajemniczą chorobę.
- Dzięki że mi przypomniałaś, zapamiętam, żeby wrzucić twoje ciało do jakiejś nieoznakowanej, zbiorowej mogiły - odrzucił zgryźliwie.
I tak, oczywiście, że istaniała istota bardziej irytująca od Hoppera - nazywała się Matilde Wallace. Naprawdę, Will szczerze jej współczuł, że musiała sama ze sobą cały czas wytrzymywać.
- Och, tak, oczywiście. Jestem skończonym idiotą, bo próbuję trzymać się pierdolonej nadziei, że jeszcze was nie zaraziłem, więc najlepiej zrównać to z ziemią i upewnić się, że wszyscy skończymy martwi. Jak to szło? Każdy kiedyś umrze? - odrzucił gniewnie. Ciągle świetnie pamiętał tamtą rozmowę, to było jeszcze kiedy jego moc działała, szczegóły się przez to tak nie rozmywały.
Nie rozumiał jak można być tak głupim i upartym. Wiedziała, jak to może się skończyć, a mimo wszystko dosłownie pchała się na niego, byle tylko mu udowodnić, że może sobie robić na co ma ochotę. Ile ona miała lat, siedemnaście czy dwadzieścia siedem? Była na niego wściekła, więc miała zamiar sprawić, że on też będzie na nią wściekły… ale najwidoczniej i to jej chujowo szło, bo kiedy zaczęła mówić o Josie, jakby nieco zszedł z tonu.
- Wiem - powiedział tylko. Miał tę świadomość, czuł ciążącą na nim odpowiedzialność. Musiał upewnić się, że cała ta rodzina przeżyje - a jakby nie patrzeć, on też do niej należał. Najlepiej da sobie radę z tą przeklętą chorobą, kiedy nie będzie musiał się martwić o swoje dziewczyny.
W momencie, w którym zobaczył reakcje Wallace, od razu pożałował swoich wcześniejszych słów. Czemu on w ogóle to powiedział? Nie musieli poruszać tego tematu, a już z pewnością nie teraz. Nie chciał patrzeć, jak bardzo ją to zabolało.
- Przepraszam - powiedział cicho. Sięgnął do jej twarzy, chciał wytrzeć tę jej łzę… Cholera, czemu on w ogóle jej to powiedział?
W momencie, kiedy w pokoju pojawił się jego ojciec, zrobiło mu się niewiarygodnie głupio. Nie powinien pozwalać sobie na to wszystko. Mimo wszystko, nie odpowiedział na jego pytanie, nie chciał poruszać tego tematu, nawet nie miał pojęcia jak to zrobić - więc najlepiej było tego nie robić.
- Też powinnaś zostać - dodał. Martwił się o nią, po prostu… Choć, jeśli miała być chora, jeśli właśnie się od niego zaraziła, może nie powinna być przy Josie.. Cholera.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2019-02-12, 20:19   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas
  

   1 Rok na Giftedach!


Sytuacja jaka miała miejsce w tym pokoju była wręcz zastanawiająca i nie wydawała się mówić niczego dobrego. Co mógł wywnioskować David, patrząc na syna i Matilde. Kobieta miała oczy mokre od łez. Will nawet nie odpowiedział na jego pytanie. Czy on zdaje sobie sprawę z tego, że jego ojciec chce wiedzieć co się dzieje i że ma do tej wiedzy prawo? O jakiej oni chorobie mówili? Nawet nie zwracał uwagi na to, że na jego dłoniach przebarwienia stały się widoczne. Nie to było teraz ważne. Pytania Matilde nie zignorował. Ale spojrzał na małą Josie.
- Oczywiście. Zaopiekuję się nią, tylko wyjaśnijcie mi co się dzieje?
Zapytał ponownie i spokojnym tonem ale bardzo poważnie, przenosząc na nich swoje spojrzenie zaniepokojonego ojca. Nie miał nic przeciwko temu, że zostawią pod jego opieką swoją córkę. Mimo inwalidztwa, da sobie radę z jej wychowaniem i opieką na te kilka dni. Jeżeli i Matilde ma zostać, żaden problem. W końcu użyczył jej dachu nad głową i dostała swój pokój.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-02-12, 21:00   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Och tak, rzeczywiście lekiem na jej wszystkie zmartwienia był pierdolony najgenialniejszy człowiek na ziemi. Cudownie, że miał o sobie tak wielkie mniemanie, ale gówno wiedział. Miała jednak po dziurki w nosie tej całej bezsensownej wymiany zdań, więc po prostu parsknęła ironicznym śmiechem. Po prostu uwielbiała tego człowieka. Czy dało się w ogóle być bardziej…? Huh, przynajmniej wiążąc się z tym dupkiem, nie mogła narzekać na nudę. Bo te poronione pomysły, jakie rodziły się w jego głowie nadawały się do naprawdę złożonych badań psychologicznych.
– Tak samo dobrze jak rok temu? – zapytała zgryźliwie, bo doskonale pamiętała jego dbanie o siebie i to jak w środku nocy żałośnie do niej dzwonił z jakiegoś zadupia. Och tak, zdecydowanie potrafił się sobą zajmować. Takie tam, prawie przez to umarł, ale drobny szczegół. Najważniejsze, że miał pierwszorzędną opiekę, nie? W momentach takich jak ten, po prostu go nie znosiła. Miała ochotę wziąć pierwszy lepszy przedmiot i przywalić nim Hopperowi w głowę. Jak można było być takim człowiekiem, huh? To powinno być prawnie zabronione. Zdecydowanie powinni dopisać do konstytucji taki artykuł. I kiedy usłyszała jego cudownie zgryźliwą odpowiedź, Matilde jedynie wywróciła oczami. Za jakie grzechy, huh? Z jakie grzechy los postawił jej na drodze takiego idiotę? Dlaczego zmuszono ją, by go… eh… pokochała? To była jakaś pieprzona ironia losu.
– Bardzo się cieszę, że wreszcie się do tego przyznałeś – wycedziła przez zaciśnięte zęby. I serio? Naprawdę zamierzał teraz kierować jej własne słowa przeciwko niej? Była za bardzo na niego zła, by wyjaśnić mu różnicę między każdy kiedyś umrze, a Hopper kiedyś umrze. Niby był taki mądry, a dlaczego tego nie pojmował? To przecież zmieniało cały jej światopogląd. Każdy mógł sobie umierać, miała to gdzieś. Ale nie on. Nie on. I nie, żeby miała wysokie mniemanie o sobie, ale powinien być wdzięczny, że związał się z kimś takim jak ona. Może i była uparta i irytująca, ale przynajmniej naprawdę się o niego troszczyła. I nie zamierzała mu pozwolić na jakieś głupoty.
– Okay – odpowiedziała ciszej. Nie wiedziała, czy zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, ale odkąd pojawiła się Josie, nie było tutaj miejsca na egoizm. Musieli robić te wszystkie rzeczy dla małej. A ona… ona potrzebowała Willa chyba jeszcze bardziej niż potrzebowała Matilde. Wystarczyło zobaczyć jak reagowała, kiedy tylko Hopper był w pobliżu. I nie, Wallace nie chciała jego przeprosin. Powiedział, co myślał. A ona była dużą dziewczynką i miała to jakoś przełknąć. A ból… cóż… tak to już z nim było. Domagał się, by go odczuwano. Matilde wiedziała, że kiedyś nadejdzie ten czas. On tylko zrobił jej przysługę i wylał jej zimny kubeł na głowę, przypominając jej o tym bezlitosnym czasie. Kiedyś odejdzie, a jej życie straci cały sens. Kiedyś odejdzie, zabierając jej całą chęć do życia. Kiedyś odejdzie, zostawiając w jej sercu ogromną pustkę.
– Już podjęłam decyzję, Will – wyrzuciła z siebie nieco zachrypniętym tonem głosu. Nieistotne było ile zamierzał ją przekonywać, Matilde była na to zbyt uparta. Jechali razem na tym samym wózku. I miała zamiar się nim zaopiekować. Zawalczyć o tą rodzinę. Nie mógł jej tego odebrać.
– Will złapał grypę, to wszystko – odpowiedziała panu Davidowi, wzruszając lekko ramionami. Grypa była dość niebezpieczna dla noworodków, prawda? Zwłaszcza dla wcześniaków. Koniec historii. Przynajmniej miała taką nadzieję, bo wciąż nie wiedziała jak to miało się rozwinąć. Matilde posłała Willowi znaczące spojrzenie, a potem skierowała się znowu do pana Davida, by wytłumaczyć mu wszystko odnośnie opieki nad małą…

[zt dla wszystkich]
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6