Poprzedni temat «» Następny temat
#2
Autor Wiadomość
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-11-23, 20:55   #2
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


~*~



30.11

Przez tych dziewięć miesięcy nie spodziewała się, że kiedykolwiek znowu poczuje tą przerażającą, wręcz paraliżującą samotność. Prosiła go, by został. Nie chciała, by odchodził. Potrzebowała go. Potrzebowała go w tamtym cholernym momencie. Nigdy wcześniej nie potrzebowała go aż tak bardzo jak teraz. Nieważne jak bardzo próbował jej to tłumaczyć, nieważne jak bardzo to było ważne, po prostu… nie w tym momencie. Nie teraz. Nie umiała tego zrozumieć, ba! Ona nawet nie chciała tego zrozumieć. Czuła się opuszczona, czuła się niechciana. Czuła się jak… jak ciężar.
Przeszkadzały mu. Ona i Josie mu przeszkadzały w tym całym pierdolonym zbawianiu świata. Nie było tam dla nich miejsca. Nie, kiedy ciągle coś było ważniejsze. Matilde z bolącym sercem obserwowała jak wychodził z pokoju, jak je zostawiał. Wiedziała, że to co zrobiła nie było najrozsądniejsze. Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale chciała się po prostu usunąć. Pozwolić mu robić to co tak bardzo chciał. Postanowiła po prostu nie przeszkadzać. Tak miało być lepiej, czyż nie?
Imari, czy ktokolwiek kogo mógłby przydzielić do pilnowania… to nie miało zadziałać. Nie, kiedy Wallace czuła się tak bardzo zraniona. Nie, kiedy czuła się tak opuszczona. Po prostu założyła na siebie kurtkę, wzięła torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami i upewniła się, że małej Josie jest ciepło. Potem… po prostu zmusiła jakiegoś wolontariusza, by ją zawiózł pod jedyny adres, który przyszedł jej do głowy.
Była w naprawdę kiepskim stanie psychicznym i fizycznym. Śmierć Cass, ten wybuch, to jak razem z Dalem uciekali przed patrolem, wczesny poród, świadomość, że swoim zachowaniem mogła doprowadzić do śmierci Jocelyn… to ją niszczyło. Nie chciała być sama. Nie chciała być samotna. Potrzebowała kogoś. A Imari… Imari nie była tym kimś. Tym kimś była tylko jedna, jedyna osoba, której w tym momencie przy niej nie było.
A David Hopper… nie umiała tego wytłumaczyć. Ale mimo wszystko mu ufała. Ufała mu na tyle, by poszukać u niego schronienia. Przynajmniej na najbliższy czas. Musiała to wszystko przemyśleć. Potrzebowała ciepła. Rodzicielskiego ciepła. Czegoś, czego właściwie nigdy nie doświadczyła. To dlatego zawitała przed jego drzwiami z małą Josie przyciśniętą do piersi. To dlatego postanowiła zapukać do drzwi.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-11-24, 00:45   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas


Dni bardzo szybko upływały. Świadomość o tym że będzie dziadkiem jeszcze nigdy go tak nie uszczęśliwiała. Ale z drugiej strony, też obawiał, czy młodzi sobie poradzą w tych czasach. Ilekroć czyta i ogląda informacje przekazywane przez rząd do publiki, tym bardziej widział jak źle wyglądała sytuacja w kraju. Nie sądził, że on dożyje jakiejś wojny. Póki to miasto było dobrze chronione, nie powinien się niczego obawiać. Lecz nie o to przede wszystkim chodziło. Bał się o swoje dzieci, które są mutantami. Dodatkowo o "synową" którą zechciałby nazywać tak Matildę, jeżeli William zdecyduje ostatecznie ją poślubić. Tego dnia, kiedy przyszli do niego na święto dziękczynienia, nie zapomniał swojego zaskoczenia, na jej widok. Co jednak mogło zostać odebrane inaczej, że jego syn ma kobietę swojego życia. Czyż to nie piękne, że jego synowi się życie układa i założy rodzinę?
Rozmyślając o tym, David był akurat w kuchni, przygotowując sobie kawę. Jednocześnie nasypując karmę do miseczki dla psa. Wtem usłyszał pukanie do drzwi. Pies zaszczekał, patrząc na właściciela.
- Chodźmy zobaczyć kto przyszedł.
Szczerze to nawet był zaskoczony tym, że ktoś postanowił odwiedzić jego osobę. Odstawił worek z karmą na stole, po czym wyjechał wózkiem z kuchni do przedpokoju i skierował do drzwi wejściowych. Jego Alec stał już przy drzwiach i węszył. Ale nie stwierdził nikogo obcego, rozpoznając zapewne zapach kobiety. David zbliżając się do drzwi, odsunął psa i pierw otworzył drzwi, lekko uchylając. Nie ukrywał zaskoczenia, że zobaczył Matildę. Zamknął drzwi, zdjął zamek i otworzył szerzej, odjeżdżając na trochę do tyłu.
- Matilde... Nie spodziewałem...
Nie dokończył. To co ujrzał na jej rękach, było sporą niespodzianką. Czy ona trzymała dziecko? Urodziła już? Jak dobrze pamiętał, miała termin na grudzień.
- Wejdź.
Zaprosił ją od razu. Zauważył też zupełnie inny wyraz na jej twarzy. Coś widocznie nie działo się dobrego.
Jeżeli Wallance skorzystała z zaproszenia, David zamknął drzwi i zaprosił ją do salonu. Pies oczywiście zainteresowany gośćmi, łaził za nimi. Kusiło go zapytać o dziecko, ale powstrzymywał się, zapewne chcąc pozwolić by to ona mu coś powiedziała.
- Wszystko w porządku?
Zadał pytanie ogólnikowe z troską, by wybadać jej sytuację i powód przybycia akurat do niego. Czego nie ukrywał, że bardzo cieszył że go odwiedziła.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-11-24, 18:34   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Właściwie to nie wiedziała czego się spodziewać po Davidzie. Gdzieś w głębi serca chyba nawet się bała, że jej nie przyjmie. Nie byli rodziną, nie była właściwie dla niego nikim bliskim. Ale… potrzebowała go. Potrzebowała ojca, nieważnie jak głupio to zabrzmiało. Niesamowicie zazdrościła Hopperom tego co mieli. Ona nigdy nie mogłaby liczyć na swojego. A David… był niezwykle ciepłym człowiekiem. Tego typu człowiekiem, którego w tym momencie potrzebowała. Czuła się żałośnie z tym wszystkim. Narzucała się kolejnej osobie, od kolejnej osoby wymagała niemożliwego, ale była tak bardzo tym wszystkim zmęczona… Tak bardzo wykończona… Tak bardzo samotna…
Kiedy mężczyzna otworzył drzwi, nie wahała się nawet przez chwilę. Po prostu przekroczyła próg, udając się we wskazane miejsce. Panowała tutaj taka ciepła atmosfera, było tak… tak domowo. Matilde nawet nie zauważyła, kiedy jej oczy tak niebezpiecznie się zaszkliły. Nie miała jednak siły, by to uryć. Po prostu przeniosła wzrok na twarz mężczyzny i lekko skinęła głową. Nie, nic nie było w porządku, ale on nie musiał o tym wiedzieć. Nie chciała zrzucać na niego swoich problemów, swoich urojeń. Już wystarczyło to, że przyszła z taką gigantyczną prośbą.
– Czy… – jej głos nieco zadrżał. Nie potrafiła prosić. Była w tym beznadziejna. Ale nie miała innego wyjścia. – Czy możemy u pana zostać? Na kilka dni?
Dopiero wtedy sobie przypomniała, że David właściwie nie wiedział o tym, że już urodziła. Wallace przełknęła gigantyczną gulę w gardle. Nie miała siły, a nogi się pod nią wręcz uginały, ale mimo wszystko ciągle stała w tym samym miejscu. Brunetka spuściła wzrok na malutką Jocelyn i wykrzywiła kąciki ust w nikłym, niesamowicie smutnym uśmiechu.
– Urodziła się dwa dni temu – powiedziała po prostu, powracając wzrokiem do twarzy mężczyzny.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-11-24, 22:23   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas


David z kolei nie spodziewał się zastać dnia dzisiejszego Matildy. Jej pojawienie się przed drzwiami jego domu było zaskoczeniem. A najbardziej wyraz jej twarzy jak i trzymane na rękach dziecko. Coś musiało się stać. I jeżeli winnym tego stanu jest jego syn, to dostanie porządny ojcowski wykład.
Nie zastanawiając się dłużej, zaprosił "przyszłą synową" z dzieckiem do środka, zamykając za nią drzwi na zamek. Mieszkał sam, więc musiał się zabezpieczać jakoś. A jak wiadomo, na zewnątrz w tych czasach nie dzieje się zbyt dobrze.
Gdy znaleźli się w salonie, pytanie z jej ust było dość również zaskakujące. Nie ukrywał tego, że również zaniepokoił jej sytuacją.
- Oczywiście. Mam wolny pokój gościnny.
Nie miał nic przeciwko temu, żeby Matilde zamieszkała tutaj z dzieckiem. Co jak później się okazało, to była dziewczynka.
- Usiądź.
Wskazał na kanapę, widząc w jakim jest stanie. A dodatkowo miałby też lepszą możliwość ujrzenia jej dziecka. Swojej wnuczki.
- Zechcesz mi powiedzieć co się stało?
Były dwie niepokojące opcje. Albo William źle zaczął dziewczynę traktować, albo coś poważnego mu się stało o czym nawet nie chciał myśleć. Jego mutacja była, że tak powiedzmy - mordercza, ale jakimś cudem udało mu się ponoć ją zatrzymać? Nawet nie zagłębiał się w to jakim cudem, a jedynie cieszył, że syn żyje. Czy teraz miało być inaczej?
Jego pies Alec usiadł niedaleko na podłodze i jedynie obserwował.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-11-27, 19:04   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Nie spodziewała się zbyt wiele. Właściwie to nie zdziwiłoby ją, gdyby David ta po prostu jej odmówił. Nie miałaby mu nawet tego za złe. Nie umiałaby. Nie miałaby prawa. A jednak. A jednak pan Hopper tak po prostu wyraził zgodę. Tak po prostu dał jej dach nad głową. Matilde… Matilde sama nie wiedziała co dokładnie wtedy poczuła. Z jednej strony jakiś gigantyczny kamień spadł z jej serca. Ulga. Tak bardzo tego potrzebowała. A z drugiej… gula w gardle zdawała się znacznie powiększać z kolejną upływającą sekundą. Była rozbita. Była w rozsypce. Mimo wszystko, usiadła tak jak poprosił ją o to mężczyzna, a potem ręką delikatnie odsłoniła kremowy kocyk, by ułatwić mężczyźnie widok na twarz małej Jocelyn. Ale potem to pytanie… Matilde odwróciła wzrok, by przenieść go na leżącego na podłodze Goldena Retrivera, a łzy… tak po prostu spłynęły po jej policzku. Nawet nie próbowała ich odgonić, czy wycierać. Nie było sensu. Była na to zbyt zmęczona.
– Dwa dni temu – zaczęła łamiącym się głosem. Chyba właśnie znalazła się na skraju, gdzie już nawet nie potrafiła dłużej grać skrytą i nieufną. Po prostu potrzebowała teraz kogoś. I zdecydowanie nie zamierzała okłamywać Davida. – Był wybuch… W Seattle… I ja tam byłam… To dlatego urodziła się szybciej i… – kolejna łza spłynęła po policzku Wallace. Nie potrafiła nawet spojrzeć w oczy Davidowi. Było jej tak cholernie wstyd. – Mogła zginąć… przeze mnie i… jak niby mam się nią zająć, kiedy wszystko…niszczę. Ale nie była w stanie dokończyć tego zdania. I bynajmniej nie było to spowodowane kolejnym strumieniem łez. Po prostu malutka Josie nagle zaczęła stękać, co momentalnie otrzeźwiło Matilde. Brunetka odwróciła swój zamyślony wzrok od psa, po czym przeniosła spojrzenie na córeczkę i zgięciem wskazującego palca pogłaskała ją po policzku.
– Will... z Willem wszystko w porządku – powiedziała po chwili, bo dopiero teraz zdała sobie sprawę, że najpewniej tylko na takiej informacji zależało Davidowi. – Po prostu jest w pracy – dodała, chcąc uspokoić mężczyznę. Poza tym, nie przyszła się skarżyć na Hoppera. Nie miała na co. Kochał ją. Kochał Josie. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Po prostu… potrzebowała go. Dzisiaj. Teraz. A jego nie było.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-11-29, 23:55   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas


David nie mógłby zostawić dziewczyny swojego syna w potrzebie, zwłaszcza po tym jak poznał prawdę o niej. Była przecież w ciąży a obecnie trzymała dziecko na rękach. Urodziła śliczną córeczkę. Oficjalnie mógł już awansować na tytuł dziadka. Jednakże mimo tego szczęścia, martwił się o matkę swojej wnuczki jak i swojego syna. Nie bez powodu zapytał tez o Williama, wiedząc jak kłopotliwa jest jego mutacja.
Łzy nie opuszczały Matildę. Z tego względu David przesunął się wózkiem bliżej ławy by sięgnąć pudełko z chusteczkami i podsunął bliżej Wallace. A nawet podał jej, by miała czym otrzeć swoje łzy. Tym bardziej nie zamierzał jej zostawić bez dachu nad głową, kiedy ledwie opowiedziała mu w skrócie co się wydarzyło.
W Seattle widocznie sytuacja nie poprawiała się i bywało coraz gorzej, skoro Matilde znalazła się w nieodpowiednim miejscu, przez co doszło do przyspieszonego porodu. Wnętrze jego uspokoiło się znacznie bardziej, kiedy powiedziała, że z Williamem wszystko w porządku. Ale żeby był w pracy? Chyba nie poszedł w ślady swojej matki? Oby!
- Matilde. Spójrz na mnie
Powiedział spokojnie patrząc na zapłakaną i zasmuconą dziewczynę. Poczekał też, aż Matilde uczyni to o co prosi.
- Najważniejsze, że Tobie i małej nic się nie stało. Że jesteście całe i zdrowe. Dobrze? Nie obwiniaj się, bo nie jesteś niczemu winna. Możecie zostać tutaj tak długo jak chcecie. Miejsca jest dużo. Na moją pomoc możesz liczyć.
Chciał ją uspokoić, by niczym się nie przejmowała. Zaczął traktować ją jako kolejną córkę. Licząc, że może kiedyś ona z jego synem wezmą ślub, bowiem dziecko nieślubne to w jego głowie się nie mieściło. Jednakże, czasy się zmieniły i młodzież myśli od końca przy zakładaniu rodziny. Musiał to zaakceptować. Nie mógł im niczego narzucać. To był ich wybór, jak będą żyć jako rodzina.
- Powiedz mi jeszcze. William Cię tutaj przysłał? Wie, że tu jesteś?
To było również ważne. Czy William wie, że ona tutaj jest. Czy to z jego polecenia tutaj przyjechała. Coś mu jednak mówiło, że sytuacja wyglądała znacznie inaczej. Syn zapracowany, zostawiający samotną matkę, która potrzebuje akurat jego obecności, ciepła i wsparcia.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-12-01, 20:05   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Potrzebowała tego. Naprawdę tego potrzebowała. Ciepła. Jej ojciec… jej ojciec nigdy nie byłby do tego zdolny, a pan Hopper? On po prostu był tutaj, wysłuchiwał jej żałosnych płaczów i podawał jej tą marną paczkę chusteczek. Matilde przełknęła cicho ślinę, by wziąć jedną do ręki i wytrzeć swoje policzki, ale bądźmy szczerzy… to nic nie dało, bo nowa fala łez pojawiała się znikąd. Jak niby miała mu spojrzeć w oczy? Jak niby miałaby komukolwiek spojrzeć w oczy? A jednak… pomimo okropnego bólu, podniosła podbródek, by wbić wzrok w twarz Davida i poczuć się naprawdę, naprawdę podle.
– Moja… przyjaciółka… umarła – wydukała z siebie, znowu zanosząc się płaczem. Och, gdyby tylko wiedział, że to tak naprawdę była jej wina… Te jego słowa tak niewiele teraz znaczyły. Pocieszał ją, to było naprawdę miłe, ale przecież nie znał prawdy. Prawdy, która była tak przerażająca. Pociągnęła za spust. Zabiła człowieka. Zabiła swoją najlepszą przyjaciółkę, a mała Josie… Wallace spuściła głowę, wykrzywiając usta w grymasie pełnym bólu. Użycie chusteczek nie miało tutaj już żadnego sensu. Nie w tym stanie. Matilde wpatrywała się w twarz córeczki i… tak bardzo na nią nie zasługiwała. Jocelyn… Jocelyn była idealna. Była perfekcyjna. Była czymś, czego nawet Wallace nie była w stanie zepsuć, a teraz… to ją przerastało.
Ciepło skóry dziecka, jej zapach, jej miękkie policzki… Tak bardzo chciała, żeby był tutaj Will. Tylko przy nim się czuła jak osoba. Jak ktoś, kto jest wart czegokolwiek. A to pytanie… Zabolało. Było niczym wymierzony policzek. Wallace przymknęła oczy, by po chwili potrząsnąć głową. Nie, Will nie wiedział gdzie była.
– Will jest w pracy – powtórzyła po prostu, bezradnie wzruszając ramionami i znowu… znowu łkając. Nawet nie miała siły, żeby było jej wstyd. Zachowywała się tak żałośnie… ale nie miała siły.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-12-01, 23:55   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas


Tego się nie spodziewał. Nie dość, że była w centrum ataku, urodziła wcześniej córkę to jeszcze nie żyje jej przyjaciółka. Normalnie przybrał wyraz twarzy współczującego człowieka. Czy gorzej nie mogła już mieć? Do tego przyszła do niego, bo nie miała gdzie iść. Jakby tego było mało, jego syn okazał się być... dupkiem.
David podjechał bliżej i sięgnął po jej torbę, którą zapewne postawiła na podłodze i przesunął bliżej ławy. Wykręcił tak wózkiem, by znaleźć się przy kanapie od takiej strony by mieć bliżej siebie Matildę. I jeżeli siedziała na brzegu, objął ją by przytulić do siebie. Niczym córkę, która potrzebowała wsparcia rodzica.
- Przykro mi, że straciłaś przyjaciółkę.
Rzekł i o więcej już nie pytał. Matilde nie była w stanie teraz normalnie myśleć i mówić. Potrzebowała wyrzucić z siebie sporo emocji a on nie zabraniał jej tego. Wypłakanie się czasami pomaga. Gładził jej ramię, jeżeli w ogóle pozwoliła by ją przytulił w ojcowskim objęciu.
Po chwili stwierdził, że dobrze będzie jeżeli zaprowadzi ją do pokoju, by tam odpoczęła i zajęła córką.
- Pokażę Ci Twój pokój. Dobrze? Odpoczniesz z małą. Prześpisz się i później porozmawiamy.
Zaproponował. To w tej chwili było lepsze rozwiązanie by uspokoiła się. A sen często pomaga.
- Jeżeli będzie potrzeba, zajmę się małą.
Nie poznał jeszcze imienia swojej wnuczki, ale na razie nie chciał o to męczyć Matildę, która wyglądała na prawdę na wykończoną, smutą, przygnębioną.
Jeżeli się zgodziła, puścił ją i podjechał wózkiem po jej torbę, którą podniósł o położył na swoich nogach. Wyjechał z salonu i skierował się w stronę zamkniętych drzwi do pokoju, które otworzył. Wjechał do środka i przy łóżku się zatrzymał, stawiając torbę na ziemi. Gestem dłoni zaprosił Wallace do środka.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-12-03, 20:28   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Nie chciała, by pan Hopper myślał o Williamie w ten sposób. Nie powinien. Nikt nie powinien. Nikt oprócz niej. Chciał dobrze, na pewno miał dobre intencje. Rzekomo robił to dla ich wspólnego dobra, ale… nie umiała tego zrozumieć. Nie, kiedy tak bardzo go potrzebowała. Nie, kiedy jej świat się tak po prostu sypał. Ruina. Tylko tyle z niej wkrótce zostanie, a ona… nie sądziła, że kiedykolwiek będzie potrafiła się z tego podnieść. O ironio, miała skończyć dokładnie tak samo jak jej matka. Coś przed czym tak bardzo się broniła. Coś, co sobie obiecała, że nigdy się nie wydarzy. Jocelyn… mała Josie zasługiwała na kogoś znacznie lepszego.
A on… on tak po prostu ją przytulił. Wallace poczuła się nieswojo, nawet nie wiedziała jak zareagować. Powinna coś powiedzieć? Odwzajemnić to przytulenie? Nie była do tego przyzwyczajona. Jej rodzice… jej rodzice nigdy nie byli zdolni do takich gestów. Pewnie uznaliby to wszystko za jej kolejną fanaberię, którą należy zignorować. A teraz ktoś okazywał jej serce. Ktoś zupełnie obcy. Powinna się odsunąć. Powinna się zachować niczym spłoszone zwierzę… Ale tym razem… tym razem nie miała siły. Matilde wtuliła policzek w ramię Davida, zanosząc się płaczem. Potrzebowała tego. Potrzebowała tego przez całe swoje pierdolone życie. Nie wiedziała ile to wszystko trwało. Po prostu usłyszała głos pana Hoppera i połknęła kolejną porcję słonych łez, by odsunąć się od niego i przywrócić ten okropnie raniący dystans.
– Dziękuję – powiedziała po prostu, chociaż to i tak nic nie znaczyło. Nigdy nie miała mu przekazać jak wiele to wszystko dla niej znaczyło. To co robił. Wallace skinęła głową, ale nie zamierzała mu oddawać małej. Nie dlatego, że mu nie ufała, po prostu… lepiej się czuła, kiedy Josie była przy niej. Jakby wciąż miała motywację do dalszej walki. Matilde podniosła się z krzesła, by ruszyć za mężczyzną. A kiedy znaleźli się w drzwiach do jej pokoju, Wallace przystanęła, przenosząc wzrok na Davida.
– Nazywa się Jocelyn Dahlia.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-12-04, 23:59   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas


Nie myślał o Williamie źle, ale w takiej sytuacji, nie mając pojęcia co tak na prawdę się wydarzyło między nimi, mógł pomyśleć wszystko. Może i jego syn nie traktował źle Matildę, ale coś w tym musi być, skoro kobieta nie powiedziała swojemu ukochanemu gdzie jest. Na razie nie będzie pytał o więcej, widząc zachowanie dziewczyny i reakcje. Lepiej dla niej będzie, jeżeli odpocznie. Prześpi się. Zregeneruje umysł. Wtedy może będzie chciała na spokojnie porozmawiać. David musiał wiedzieć, czy ma powiadomić syna o tym, że ona tutaj jest. Więc zanim zostawi ją już samą w pokoju, zapyta o to, ale w odpowiednim momencie.
W przeciwieństwie do ojca Matilde, David potrafił kochać swoje dzieci. Otaczał je miłością ojcowską, czułością, wsparciem i nauką. Mimo iż Matilde nie jest jego córką, to jednak należy do rodziny. Jako ukochana jego syna i matka ich dziecka. Tak też w takiej sytuacji, David zaakceptował ją już jako nowego członka rodziny. Czemu więc, miałby traktować ją inaczej?
Pozwolił jej wypłakać się. Przez ten dłuższy czas także nic nie mówiąc. Najwyraźniej potrzebowała tego. Po tej chwili zaś zaproponował jej pójście do pokoju. By wiedziała gdzie ma nocować. David jeszcze nie był świadom tego, jak wiele jej teraz dał, jak jej pomógł ojcowskim objęciem i przygarnięciem pod swój dach.
Gdy znajdowali się w pokoju, który pokazał Wallace, usłyszał imiona wnuczki. Jocelyn Dahlia.
- Piękne imiona.
Pochwalił z lekkim uśmiechem, szczęśliwego młodego dziadka. Jak widać, młodzi musieli dużo czasu spędzić nad szukaniem imion dla dziecka. A i tak wybrali pięknie.
- Odpocznij. Gdybyś czegoś potrzebowała, wołaj.
Oznajmił, kierując się wózkiem do wyjazdu z pokoju. Wolał teraz dać jej czas dla siebie, by ochłonęła. A jeżeli chciała, by został, to zostanie.
Przy okazji, pomyślał właśnie też o tym, że pewnie dobrze będzie załatwić łóżeczko dla dziecka. Mógłby zabrać to stare z ich dawnego domu, ale nie było gwarancji by się jeszcze nadawało. Miało swoje lata. Nowe byłoby idealne.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-12-05, 19:49   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Matilde posłała Davidowi blady uśmiech. Nie wiedziała za bardzo co odpowiedzieć. Nie umiała się wysilić na nic sensownego. To była naprawdę skomplikowana sytuacja i było jej chyba głupio, że postawiła go w takiej pozycji, ale… nie miała gdzie pójść. Nie miała nikogo. Za kilka dni może uda jej się znaleźć coś sensownego. Jakiś pokój w motelu, czy cokolwiek na co było ją stać. A z tym mogło być całkiem krucho. Odkąd nie pracowała w salonie tatuażu, nie miała praktycznie żadnych pieniędzy. Coś się jednak wymyśli. Może, może zniży się do takiego poziomu i poprosi o pomoc Phila. Ale nie chciała za bardzo o tym myśleć. Nie teraz.
– Powiem, jak będę czegoś potrzebowała – powiedziała po prostu, chociaż i tak już zrobił dla niej wystarczająco. Nie chciała go prosić o jakieś dodatkowe przysługi. Wallace po prostu weszła do tego pokoju, kładąc Jocelyn na łóżku, a potem znowu zwróciła się w kierunku Davida.
– Nie będę sprawiać kłopotów – obiecała jeszcze, a potem zamknęła za sobą drzwi i ściągnęła buty i sweter, po czym położyła się na boku, wlepiając wzrok w Josie. Nieważne co, by się stało – tego jednego nie była w stanie spieprzyć…

/zt x2
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 6