Poprzedni temat «» Następny temat
Mieszkanie #2
Autor Wiadomość
Brian Kersey



...

Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu





name:

Brian Anthony Kersey

age:
35 lat

height / weight:
182/102

Wysłany: 2018-12-05, 00:41   
   Multikonta: Liam, Nicholas, David
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Brian odniósł dziwne wrażenie, że tym pocałunkiem doprowadził do pewnej zmiany osobowości Samanthy. Mimo dziwnego odczucia wewnętrznego, które przypominało stan alkoholowy, wyłączający czasami rozsądne myślenie, był wstanie na ten moment dodać odwagi swojej Małej. Co więcej, dziewczyna odwzajemniła mu pocałunek. Kersey nie przerywał. Zagłębił się wtedy w jej ustach. Objął ją w pasie i przygarnął bardziej do siebie. Drugą ręką wodząc po jej pośladku i udzie. Następnie zszedł niżej by wypieścić jej szyję. A potem znów wrócił ne jej usta. Przerwał, spojrzawszy jej w oczy z pożądaniem. Nie do przesady, ale pragnął jej dzisiaj. Skoro go nie odrzuciła. Położył się z nią na materacu, gdzie leżała pod nim. Jedną ręką podpierał się, zaś drugą wsadził pod jej bluzkę, gładząc delikatność jej skóry pod ubraniem. Pochylił i znów pocałował w usta. Jeżeli nie protestowała, w kolejnym ruszy doszło do stopniowego zdejmowania odzieży. Górnej i dolnej. Nie przystąpił kolejnego, kroku, jeżeli zaprotestowała. Nie pozbywał jej bielizny, jeżeli jakąkolwiek na sobie posiadała. Lecz sunął z pocałunkami od jej ust, przez szyję, biust aż do pępka. Wciąć nie chcąc oderwać dłoni od jej wychudzonego ciała. Starał się być delikatny. I taki był, nie chcąc też bardziej naruszać ran na jej ciele, jeżeli jakiekolwiek posiadała.
[Profil]
  [A+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-12-05, 01:20   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


To było... Takie dziwne.
Nie mogłam pozbyć się tego dziwnego przeczucia, że coś tu jest nie tak. Od tak wielu lat pozwalałam na takie zbliżenia wyłącznie kobietom - czyżbym właśnie dlatego zapomniała, jak delikatna może być też dłoń mężczyzny? Dochodziła też kwestia różnic w naszej aparycji - w końcu Brian nie tylko był wyższy, ale i dużo cięższy. Czułam się przy nim taka maleńka, szczególnie teraz, gdy... Gdy los nas tak dziwnie połączył.
Nie potrafiłam mu zaprzeczyć. Nie potrafiłam odmówić. Nie potrafiłam odtrącić. Nie teraz. Po prostu nie teraz... Moje ciało wciąż pragnęło ciepła, gdy upity umysł nie potrafił już nawet znaleźć logicznych argumentów. Teraz liczyło się tylko jedno - choć raz poczuć się dobrze... Za wszelką cenę.
Od tak długiego czasu marzyłam o tym, by znów móc się położyć przy Kruszynie. Wsłuchać w jej bicie serca, zasnąć wtulona w jej drobne ciało, wąchając zapach jej włosów. Od tak wielu długich tygodni żyłam tą ułudą, by dziś całkowicie o niej zapomnieć - kolejny raz zaprzedając własną duszę.
Czy naprawdę byłam tak paskudnym człowiekiem?
Westchnęłam, czując jego usta na mojej szyi, czując jego dotyk na mojej skórze. Nie protestowałam, z niczym, a reakcje mojego organizmu wręcz mogłyby się wydawać jeszcze bardziej zachęcające - gdy dreszcz obejmował kolejne centymetry skóry, a mięśnie odpowiadały lekkim drżeniem na każde muśnięcie.
Ta krótka chwila, gdy nasze spojrzenia się złączyły... Dopiero to mi uświadomiło, jak daleko to zmierza. Dopiero to otworzyło mi oczy. A jednak... Dalej nie potrafiłam powiedzieć nie.
- Brian, ja... - Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Nie wiedziałam, czemu w ogóle się odezwałam. Wiedziałam jednak doskonale, że był on w stanie wyczuć każdą wystającą kość spod mojej skóry. Wiedziałam doskonale, że moja uroda przeminęła. A jednak... Z jakiegoś powodu tak na mnie spojrzał, prawda? Może właśnie to mnie jeszcze bardzie przekonywało do tego, że jednak... Powinniśmy?
- Nie... Przestawaj... - Wymamrotałam, zbyt cicho, zamykając własne oczy. W końcu... Wciąż wierzyłam, że właśnie tego potrzebowałam, by znów się poczuć sobą.
Pozwoliłam mu na wszystko, czego oczekiwał. Pozwoliłam na wszystko, czego chciał. Aż do czasu, gdy jednak moja bluzka runęła gdzieś obok, całkowicie obnażając moją klatkę piersiową. Już od dłuższego czasu nie nosiłam staników - w końcu jaki był w tym sens, gdy kilogramy uciekały jak szalone? Wstydziłam się tego, kim byłam. Wstydziłam każdej blizny, każdego siniaka i zadrapania. Wstydziłam tych ran, które tak szpeciły moje chude ciało. Czułam, jak mężczyzna próbuje być wobec tego delikatny, to jednak nie zmieniło faktu, że mimo wszystko chciałam się znów skryć. Chciałam zapomnieć o tych wszystkich upodleniach...
A najprostszą receptą na to, by nie widział, było zajęcie go czymś innym. Może właśnie dlatego w pewnym momencie to ja mogłam się wydać inicjatorką, dłońmi obejmując jego twarz, by jednak powrócił do całowania moich ust?
Mój oddech stał się ciężki, gdy próbowałam go objąć. Dłonie wędrowały po jego ramionach, skutecznie pilnując, byle on tylko się nie oddalał. Byle nie widział. Byle tu został...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Brian Kersey



...

Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu





name:

Brian Anthony Kersey

age:
35 lat

height / weight:
182/102

Wysłany: 2018-12-05, 01:52   
   Multikonta: Liam, Nicholas, David
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Pozwoliła. Zgodziła się by kontynuwał. Nie protestowała. Wręcz przeciwnie. Chciała tego doznać. Czegoś zupełnie innego, ze strony mężćzyzny, jako że do tej pory miała przed sobą kobietę. Tutaj tego nie mogła mieć, bo nie było jej ukochanej osoby. Był on i nie zamierzał póki co, szybko wychodzić.
Po pozbycu się jej urań, całował każdy możliwy zakamarek jej ciała. Każdy siniak otrzymał jednego buziaka od niego. Każda mała rana, każe dotknięce bólem widocznym miejsce. Ale ona nie chciała już by to robił. Ujmując jego twarz w swoje dłonie, kierując do siebie. By od siebie ucałować jego usta. Odwzajemnił pocałunek, zabierając dłoń z jej ciała, ujmując zaraz jednąz jej dłoni. Przerwał pocałunek, by po chwili ucałowiać wierch jej dłoni. Odchylił się i rozpiął a następnie zdjął górny mundur, odkładając na bok. Następnie pozbył się swojej koszuli, ukazując jej pełnię swojej klatki piersiowej z blizną pooperacyjną na lewym boku. Jak tylko pozbył się górnej odzieży, wrócił do zajęcia się przyjemnościami Sam. Pocałunkie, delikatne pieszczoty, wodzenie dłonią po jej ciele, sprwiło że wsunął się palcami pod jej spodnie. Rozpiął je sprawnie. A następnie zdjąl je z niej, odkładając na bok. W tej chwili nie były jej potrzebne. Rodził dłonią po jej intymnym miejscu, drażniąc czuły punkt. Obserwując jej reakcję. Pochylił się na powrót by pocałować ją przy tym w usta, czule, namiętnie i głęboko. Rozkręcając początek tego, co miało nadejść później.
Słyszał jej słowa. Nie miał przestawać. Chciała tego.
Gdy osiągnęła szczyt, dał jej odpocząć. Dał jej zaczerpnąć powietrza. Uspokoić ciało, nerwy, rozkoszę. A kiedy tak się stało i była gotowa na więcej, Rozpiął swój pasek. Rozpiął także swoje spodnie. Delikatnie i powoli , wsunął swój wagonik w odpowiednią szparkę Samanthy, by poczuła się inaczej. Lepiej. Przyjemniej... Rozkręcając lokomotywę w jej tunelu.
[Profil]
  [A+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-12-05, 02:47   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Zapomnienie tak łatwo ogarniało otumaniony umysł...
To... Trwało. To miało być jak porządna butelka dobrego alkoholu - która tak łatwo wchodzi, powoli się wykańczając w zdecydowanie zbyt krótki wieczór, by następnego dnia odpowiedzieć paskudnym kacem. I byłam tego świadoma. Byłam całkowicie świadoma, jakie poniesie to za sobą konsekwencje...
Przecież... Wiedziałam, co do mnie czuje. Wiedziałam, że w ten sposób dam mu nadzieję. A nie potrafiłam odmówić... Wiedziałam, że ranię tak wszystkich - ale jednocześnie stawiałam swoje potrzeby ponad tym. Kolejny raz ja było ważniejsze od innych.
Jak wiele razy jeszcze powtórzę ten błąd?
On na to nie zwracał uwagi. Dał się ponieść - dokładnie jak ja. Dając mi to, czego potrzebowałam. Przez te chwile poświęcając mi całą swoją uwagę, przez tę chwilę zapominając o granicy, jaka powinna nas dzielić. Teraz... Liczyłam się ja. I nie wiedziałam, czy lepiej mi było przez tę świadomość, czy jednak przez doznania cielesne.
To było inne. Nie tak delikatne. Nie tak subtelne. Inne. Ale na pewno nie gorsze. Bo czy można porównywać tak różne doznania do siebie? Oddałam się mu, całkowicie. Pozwoliłam na wszystko, odpowiadając jedynie kolejnymi westchnieniami i rozlewającym się rumieńcem na twarzy. Oddech szalał, a ciało zapominało o bólu. Naturalne środki jak zwykle działały najlepiej...
I nawet wstyd mi w tym wszystkim nie przeszkadzał.
Osiągnął, czego chciał. Nagły skurcz wyrywający mnie z tych chwil mi poświęconych, przymknięte powieki, z których łzy już się nie lały i ciężki, nieregularny oddech z całą pewnością o tym świadczyły. A on na tym nie chciał skończyć.
Od dawna tego nie czułam. Od dawna tego nie znałam. A jednak wbiłam kruche paznokcie w jego ramiona całkowicie się temu oddając. Splecione ciała próbowały odnaleźć wspólny rytm, choć umysły wciąż nie były przejrzyste. Gdyby były... Do tego w życiu by nie doszło. Głód przemawiał w tej chwili przez nas oboje - mimo, że kierowany był różnymi pobudkami. Oddechy się gubiły, pojękiwania stapiały w jedno a temperatura wzrastała - mimo, że przecież warunki tu panujące wcale nie miały na to pozwalać...
A chwila trwała...
Trwała, dopóki ciała nie opadły zmęczone, na ten sam, paskudny materac. Trwała, póki każda ze stron nie była usatysfakcjonowana. Dopóki... Dopóki byliśmy...
Moja moc chyba zelżała, gdy próbowałam kolejny raz uspokoić swój oddech. Gdy próbowałam zapanować nad własnymi reakcjami. Gdy doszło do mnie...
Co my zrobiliśmy...
Nie miałam sił tego komentować. Nie miałam sił się odezwać. I... Tak bardzo się wstydziłam. Wstydziłam tego, kim byłam. Tego, co zaszło. Wstydziłam się wszystkiego. Nie potrafiłam spojrzeć mu teraz w oczy - w końcu sama go do tego zachęciłam. Zwinęłam się więc kolejny już raz dzisiejszego dnia, w małą kuleczkę, mimo wszystko jednak kładąc głowę na jego klatce piersiowej, szukając schronienia pod jego ramieniem. Mimo wszystko... Czułam się bezpieczna. Pierwszy raz, od tak długiego czasu, czułam się bezpiecznie.
I mimo negatywnych myśli - stosunkowo dobrze.
Zostawało mi tylko wierzyć, że i w niego nie uderzą takie wyrzuty sumienia. Wtedy... Wtedy jakoś się ułoży, prawda? Będzie jak dawniej. Gdy problemy skrywasz pod skorupą, na zewnątrz pokazując tylko to, co inni chcą widzieć...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Brian Kersey



...

Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu





name:

Brian Anthony Kersey

age:
35 lat

height / weight:
182/102

Wysłany: 2018-12-05, 23:47   
   Multikonta: Liam, Nicholas, David
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Brian tego czynu nie żałował. Kochał ją i pragnął by byli razem. Lecz świadomość, że ona nie odwzajemnia takich samych uczuć, nieco go bolała. Przejmował się tym? Raczej nie. A tutaj, pozwolił sobie na przekroczenie pewnej granicy, w której pomagała też moc Samanthy. Nieświadomie, bo nawet Kersey nie pomyślał, że tak może działać moc Samanthy.
Nie przestawał. Nie przerywał swojej trasy w jej tunelu. Starał się być delikatny, lecz później sytuacja nabierała prędkości. Pieścił jej ciało, całował. Czuł jej paznokcie na swoich ramionach. Odczuwał przyjemność, spełnienie i to, że może robić z kobietą którą kocha. Nie zmuszał jej, mogła odmówić, odepchnąć go. Nie uczyniła tego. Zgodziła na wszystko oddając mu się.
Patrząc na nią, zauważył że i ona czuła podobnie co on. A Brian miał wrażenie, że ona tego potrzebowała. Tyle, że teraz robiła to z mężczyzną. Z nim.
Kiedy dojechali na szczyt i go osiągnęli, padli na materacu starając się opanować swoje oddechy. W pewnym momencie Brian spojrzał na Sam, która skuliła się, kładąc głowę na jego klatce piersiowej. Objął ja ramieniem. Patrząc przed siebie w sufit. Leżał na plecach. Rozważał, choć nie żałował tej chwili. Był wręcz szczęśliwy, że w danym momencie są sami, że Samantha jest z nim. Chciałby, a wręcz może i pragnął, aby ta chwila trwała wiecznie. Rzeczywistość jednak była brutalna. I lada moment, będzie musiał ją zostawić. Obowiązki. A ona znów pozostanie sama. Zapewne będzie próbował jeszcze zajrzeć do niej później, wieczorem, a na pewno dnia następnego.
Przytulił ją bardziej do siebie i spojrzał na nią z uczuciem. Na tę małą kruszynkę.
[Profil]
  [A+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-12-09, 02:42   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie chciałam myśleć o rzeczywistości. Nie chciałam myśleć o tym, co miało nadejść. Utknęłam, w tej krótkiej chwili, w której wszystko przestało mieć znaczenie.
Dosłownie wszystko...
Przestało się liczyć wszystko, w co wierzyłam. Przestały się liczyć narzucone normy. Liczyła się tylko ta chwila. Liczyło się to, że przez te krótkie chwile się się nie martwiłam. Że przez te chwile się nie bałam...
Trwałam więc w tym. Trwałam, nie zmieniając swojej pozycji. Wciąż skulona, wciąż poszukująca ciepła, wciąż u jego boku. Przestałam liczyć czas, przestałam na chwilę żyć. Po prostu... Byłam.
Westchnęłam ciężko, przecierając własną dłonią swoje powieki. Nie wiedziałam kiedy jeden z bandaży się poluzował, teraz prezentując wciąż babrzące się rany. Zawiesiłam na krótką chwilę w nich wzrok, kląc na samą siebie w duchu. Jeszcze wczoraj chciałam się posunąć do tak radykalnego kroku, jeszcze wczoraj... Mogłam przestać istnieć.
Dziś wcale nie było lżej. Ale przynajmniej czułam, że mam dla kogo żyć. Że choć jedna osoba wciąż we mnie wierzy. Że choć jednej osobie wciąż na mnie zależy.
- Dziękuję... - Mruknęłam tylko, nawet nie podnosząc swojej głowy. Zamiast tego objęłam go jednak, dociskając własne przedramię do jego klatki piersiowej - byle tylko ten paskudny opatrunek bardziej się nie luzował. I przecież... Wiedziałam, że to nie będzie trwać wiecznie. Że zaraz się stąd ulotni. Że niebawem znów zostanę tu sama. Ale jakoś... I tak było mi lepiej.
Przeszedł mnie jednak dreszcz. Chłód tego pomieszczenia coraz bardziej dawał o sobie znać - tym bardziej, gdy emocje już opadały. - Zimno... - Szepnęłam, już samej nie wiedząc, czy do samej siebie, czy jednak do niego...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Brian Kersey



...

Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu





name:

Brian Anthony Kersey

age:
35 lat

height / weight:
182/102

Wysłany: 2018-12-09, 12:20   
   Multikonta: Liam, Nicholas, David
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Brian chciałby, aby ta chwila była wieczna. Chciałby z nią być cały czas. Lecz nie mógł. Nie tutaj. Nie pomyślał, że tak bardzo będzie mu na niej zależeć i nie ważne, że ona jest mutantem. Nie wybierała tego. Nie chciała przecież. Prawda?
Obejmował ją nadal, wpatrując się w sufit, rozważając jakby wyglądało ich życie, gdyby jej tutaj nie było. Gdyby była na wolności. Może wtedy mieszkaliby razem? Niezależnie od tego, czy kochałaby jego czy tamtą kobietę. Ale byliby blisko siebie.
Usłyszał jej dziękuję. Co zwróciło mu uwagę na jej osobę, z czułością. Więc pomógł. Jakoś mu się udało, nawet niespecjalnie tak planując polepszyć jej stan psychiczny. Ale widocznie tego potrzebowała.
- Ubierzmy się.
Stwierdził, kiedy oznajmiła że jej zimno Podniósł się i jeżeli uczyniła to samo, to zauważył że poluzował się jej bandaż. Poprawił go zatem i dał jej jeszcze buziaka w usta. Po prostu nie mógł się za bardzo oprzeć.
Następnie pozbierał jej ubrania i podał, aby mogła włożyć na siebie. Później to samo zrobił ze swoimi. Choć spodni nie zdejmował, to chociaż je zapiął i ubrał na siebie odzienie górne.
- Muszę wracać do pracy. Ale zajrzę do Ciebie wieczorem.
Oznajmił. I kiedy był ubrany, pochylił się jeszcze nad nią i pocałował na do widzenia w usta. Potem wyszedł. Zostawiając ją samą z tymi przyjemnymi wspomnieniami.
Wieczorem wrócił i przyniósł jej ciepły koc. Co by nie zmarzła mu tej nocy i następnych.
W kolejnych dniach również ją odwiedzał. Z tą różnicą, że raz dziennie i zakatarzony, przeziębiony jakby łapała go grypa. A gdy przyszedł koniec listopada i początek grudnia. Brian się już nie pojawi. Najwyraźniej, choroba przejęła nad nim kontrolę do takiego stopnia, że nie mógł pracować....


[z/t x2]
[Profil]
  [A+]
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-01-09, 18:30   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


//5 grudnia, wieczór.

To nie mogła być prawda.
Po prostu nie mogła...
Od czasu powrotu ze szpitala, gdzie zmuszono nas do tych przeklętych badań krwi, nie wyściubiłam nosa poza próg tego żałosnego mieszkania. Nie mogłam. Nie miałam sił - zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Jednak nawet w tych biednych czterech ścianach nie mogłam znaleźć chwili spokoju - moja współlokatorka, do tej pory praktycznie nieobecna również zaniemogła. Prawdopodobnie i ją dopadła ta paskudna grypa, o której ostatnio było tak głośno... Co gorsza - ona to znosiła dużo gorzej, niż ja.
A może po prostu dłużej?
Nie wiedziałam. Nie chciałam o tym myśleć - nie, gdy nawet poczucie czasu mnie opuściło. Byłam obolała, ciężko mi się oddychało, z moich oczu coraz częściej ciekły szkarłatne łzy. Czułam się ciężka, opuchnięta, wpadałam w panikę za każdym razem, gdy usłyszałam choćby najmniejsze skrzypnięcie na klatce schodowej. Do tego... Miałam to paskudne poczucie, jakby kac mnie nie opuszczał. Wyczulenie na zapachy, światło, dźwięki... To nie było nic przyjemnego - tym bardziej, gdy za cienką ścianą bez problemu szło usłyszeć jęki Vivien...
Nie wiedziałam zbytnio, co robić. To przecież... Przecież... Nie wróżyło nic dobrego, nie w moim obecnym stanie. I jak bardzo siebie nienawidziłam, jak bardzo nienawidziłam własnego życia - nie mogłam skazać i nowego życia, tego rozwijającego się gdzieś tam wewnątrz mnie na potępienie. Nie byłam aż tak okrutna.
Chyba... Chyba nie.
No i Dale. Ricky. Brian... Nawet, jeśli od wielu dni go już nie widziałam, nawet, jeśli mnie ignorował. Nie mogłam o nich zapomnieć. Nie mogłam się poddać, jak bardzo mój otumaniony umysł próbowałby mi to wmówić.
Obróciłam się na własnym materacu. Łzy wciąż ciekły z moich oczu. Byłam w kropce. I nawet się nie spodziewałam, jak najbliższe minuty mogą przesądzić o moim losie...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Ostatnio zmieniony przez Samantha Bartowski 2019-01-28, 19:12, w całości zmieniany 1 raz  
[Profil]
    [AB-]
 
Universal Person



We are the one

...

co sobie wymarzysz





name:

Universal Person

alias:
UP

age:
przedwieczny

height / weight:
x

Wysłany: 2019-01-09, 18:49   
   Multikonta: x


Vivien

Czas nie leciał wcale aż tak szybko, jak mogłoby jej się zdawać. Wbrew pozorom, pomiędzy względnie dobrym życiem Vivien a całkowitym rozsypaniem się wszystkiego, w czym kiedykolwiek pokładała swoją nadzieję, nie upłynęło wiele lat... A zaledwie kilka miesięcy - ot, nieco ponad pół roku. Kobieta miała jednak całkowicie inne wrażenie, czując się coraz bardziej staro, nawet jeśli jeszcze jakiś czas wcześniej wręcz promieniała.
Teraz już tak nie było. Wystarczył moment, by jej czteroletnie małżeństwo legło w gruzach, ukochany mężczyzna odszedł, a ona sama została złapana i wtrącona wprost w najgorsze miejsce, w jakim kiedykolwiek przebywała - do getta. I choć wspomnienia tamtych szczęśliwych dni mogłyby podnieść ją na duchu, zdawała się je wypierać. Przynajmniej po części - z dnia na dzień odnosząc coraz silniejsze wrażenie, że żadne z nich nie należało do niej.
Ta ona, jaką poznawała za murami Dzielnicy Ochrony Mutantów, była całkowicie inna. Robiła różne rzeczy, by przetrwać... I zapomnieć o człowieku, którego niegdyś kochała. W getcie była wojowniczką, a stawką całej tej walki - jej życie. Zatrudniając się w okolicznym domu uciech, całkowicie odcinała się od tego, co tam robiła. Nie chciała tego pamiętać. Stosunkowo szybko odnalazła także pocieszenie w ramionach dobrotliwego sąsiada, to w tamtym mieszkaniu - nie własnym - spędzając najwięcej czasu...
Ale teraz już go tam nie było. Pozostał wyłącznie jego współlokator, który podczas ostatniej wizyty dosłownie nakaszlał jej w twarz. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jakie przyniesie to skutki, ale teraz? Teraz czuła, że jest coraz gorzej. Gorączka dosłownie pożerała jej ciało, a krwawy pot sprawiał, iż skóra nieprzyjemnie się lepiła, pachnąc niczym przetrawiona rdza. I nikt... Nikt nie przychodził, by jej pomóc. Nikt nie chciał podać Vivien chociażby jednej szklanki wody.
Wreszcie po prostu musiała podźwignąć się na nogi, aby spróbować podejść do zlewu. Nie sądziła tylko, że będzie to takie ciężkie, a drgawki ponownie ogarną jej ciało, zmuszając ją do niekontrolowanego osunięcia się na uchylone drzwi do prowizorycznego pokoju jej współlokatorki. Po prostu przytrzymała się klamki, padając na kolana... A świat przed jej oczami tak bardzo przy tym wirował.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-01-09, 19:54   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


W momencie, gdy współlokatorka dosłownie wpadła do mojego pokoju, nie miałam pewności, czy dzieje się to naprawdę, czy tylko w mojej wyobraźni. Wzdrygnęłam się jednak - chyba głównie ze strachu. Realizm zdawał się rozmywać, podsuwając przed moje oczy niestworzone obrazy, zmęczony umysł nie był w stanie ich odpowiednio przetworzyć a wycieńczony organizm chciał się poddać. Gdy jednak sylwetka kobiety nie rozmyła się na tle tej brudnej ściany, a jej ciało zareagowało kolejnymi drgawkami... Zwątpiłam.
Nie wiem co mną kierowało. Zmartwiłam się o tę całkowicie obcą kobietę? Sama przecież nie byłam w najlepszej formie. I mnie choroba coraz mocniej ogarniała. Ale widok jej zakrwawionej skóry, to cierpienie na jej rozmazanej twarzy...
Podniosłam się, mimo że niemal natychmiast ścisnęło mnie w żołądku. Zapach, który brunetka ze sobą zdecydowanie mi nie służył - tym bardziej teraz, gdy na każdy bodziec byłam tak wrażliwa. No i... Czułam się tak dziwnie. Jakbym była na haju, jakby to wszystko wcale nie działo się na jawie.
- Hej. - Mruknęłam do niej zachrypniętym głosem, gdy w końcu samej udało mi się postawić na nogi. Czułam w nich ból i chciałam jak najprędzej wrócić na swój materac. Ale chyba... Chyba nie potrafiłam być tak bezduszna.
Przełknęłam głośniej ślinę, zbliżając się do współlokatorki i klękając przy niej. Choć odrobina ulgi. - Hej, co jest? - Zapytałam tępo, nie bardzo wiedząc, co robić. Wszyscy chorowali. Wszyscy się źle czuli. Wszyscy wykazywali podobne symptomy. Tu nie mogło być inaczej, prawda?
Prawda?!
- Pomogę Ci wrócić do Ciebie, ok? - Z moich ust padło kolejne, jakże taktowne pytanie. Prawdopodobnie traktowałam to zdecydowanie zbyt pochopnie, bazując na przypadkach osób, które do tej pory spotykałam. A teraz przecież nie mogło być inaczej, no nie?
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Universal Person



We are the one

...

co sobie wymarzysz





name:

Universal Person

alias:
UP

age:
przedwieczny

height / weight:
x

Wysłany: 2019-01-09, 20:45   
   Multikonta: x


Nawet jeśli jeszcze przed momentem wiedziała, gdzie się znajduje i co się z nią dzieje, wystarczyła chwila, by kobieta całkowicie utraciła jakiekolwiek połączenie z rzeczywistością. Po prostu telepała się na podłodze, coraz bardziej uderzając ciałem o drzwi i podłogę, i... I pozostawiając otarcia na swojej wysuszonej, wrażliwej skórze. Jej krew coraz mocniej plamiła wszystko dookoła, a Vivien... Nie miała pojęcia, gdzie teraz była. To zaś powodowało, iż w jej ustach rodził się krzyk.
Ten sam - przeraźliwy, paniczny i głęboki - jaki wreszcie wydobył się z gardła kobiety, gdy ta dostrzegła klękającą obok niej Samanthę. Nie rozumiała tych wszystkich słów, tych kolejnych pytań, ale wiedziała jedno. Musiała ją ostrzec. Musiała złapać Sam za brzeg koszulki, desperacko zmuszając ją do jeszcze mocniejszego nachylenia się... A kiedy Bartowski wreszcie to zrobiła, Vivien spojrzała na nią zamroczonymi, przerażonymi oczami, po czym poruszyła ustami.
Nie mogła jednak przekazać towarzyszce tego, co chciała jej powiedzieć. Nawet jeśli tak bardzo tego chciała, z jej ust wydostał się wyłącznie gulgot... Wpierw stłumiony, chwilę potem znacznie głośniejszy i o wiele wyraźniejszy. I choć już wcześniej krwawiła praktycznie ze wszystkich otworów na ciele, teraz z jej ust wydostała się krwawa piana - zupełnie tak, jakby ktoś nagle nacisnął na brzuch chorej, sprawiając, że obrzydliwa, śmierdząca, spieniona maź znalazła się również na podłodze, ubraniach czy twarzy współlokatorki Viv.
Ciało tej wygięło się natomiast w nieludzki, praktycznie niemożliwy do wykonania łuk. Gruchot kości, jaki temu towarzyszył, prawdopodobnie miał długo prześladować przerażoną Samanthę, ale... Ale nie Vivien... Vivien opadła na ziemię niczym szmaciana lalka, a jej oczy jeszcze bardziej zaszły bielą... Nie oddychała... Już nie musiała.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



When there's nothing left inside, there's still a reason to fight...

Alkokineza

3%

Mieszkaniec DOMu





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2019-01-10, 22:42   
   Multikonta: Vera. 3Ch0, Marcos
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!


Gdybym tylko wiedziała, jakie przedstawienie odstawi mi za chwilę Vivien, pewnie nigdy bym nie wstała z własnego materaca, wmawiając sobie kolejne dzikie wizje. Odcięłabym się, byłabym bezpieczna, gdzieś zakamuflowana we własnym umyśle otępionym bólem. Zamiast tego, akurat teraz, akurat dziś musiałam zareagować.
Nawet przez mętny i niewyraźny wzrok widziałam, jak szkarłat obejmuje coraz większą powierzchnię - jak brudzi się podłoga, brudzą się ściany, a jej skóra coraz mniej zaczyna przypominać jakikolwiek odcień beżu czy brązu. Co gorsza - czułam też na własnych ubraniach to specyficzne ciepło i lepkość, a do moich nozdrzy dochodził ten paskudny, metaliczny zapach. Czułam wręcz, jak mój żołądek ściska się coraz mocniej, jak robi mi się niedobrze, jakbym miała za chwilę zwymiotować...
Uczucie to jednak szybko ustąpiło - zastąpione strachem i szokiem, gdy poczułam to pociągnięcie koszulki, gdy krzyk wydarł się z jej gardła, gdy charczące słowa nie mogły przybrać żadnej jednolitej formy... Z całą pewnością, w tej krótkiej chwili i moje ciśnienie się podniosło, wywołując krwawienie i z mojego nosa. Gdybym tylko mogła, gdybym miała siłę... Odsunęłabym się, jak najdalej. Ale ta choroba... Pożerała i mnie...
Co najgorsze - przez to, że brunetka zmusiła mnie do tego nachylenia, wyraźnie widziałam jej twarz - dotąd tak rozmytą, odległą, nieprzypominającą ludzkiej. Teraz za to... Widziałam ten ból, widziałam cierpienie, widziałam krew i widziałąm... Człowieka. Konającego człowieka.
Z moich ust mimowolnie zaczęły lecieć łzy, również przybierające kolor szkarłatu. Bałam się. Tak piekielnie się tego bałam. A przecież nawet nie znałam tej kobiety. Nie spodziewałam się jednak, że koszmar może dopiero nadejść...
Czując jej ślinę na swojej twarzy, mimowolnie podniosłam dłonie, by ją z siebie zetrzeć - a panice, ocierając się o rękawy własnej koszulki, próbując niemal zdrapać każdą możliwą plamkę ze swojej skóry. Jednak nawet, gdy oczy miałam przysłonięte przez własne palce - słyszałam. Słyszałam to łamanie kości, słyszałam każdy gulgot... A gdy tylko znów otworzyłam oczy... Widziałąm ją. Lężącą we własnej krwi, ale z twarzą... Twarzą kogoś zupełnie innego.
Alison.
Ile już miesięcy minęło? Przestałam tu liczyć czas. Nie wiedziałam nawet, jaki mamy dzień tygodnia czy miesiąca. Wciąż jednak czułam się odpowiedzialna za śmierć blondynki, tam, na ulicy. Wciąż plułam sobie w brodę za to, że nie zareagowałam. Że nie spróbowałam. Że moja własna ułomność mnie powstrzymała przed pomocą komuś, na kim mi zależy.
A teraz... Teraz zamiast wykrzywionej od cierpień twarzy Vivien, widziałam właśnie pannę Blake. Zalaną krwią, z oczami wyrażającymi zawód i rozczarowanie skierowanymi prosto na mnie...
Krzyknęłam i zalałam się łzami, tym razem już odpychając się od ciała kobiety. Sama wylądowałam na plecach i uderzyłam głową o podłogę, co wywołało kolejny jęk. Gdy jednak znów spojrzałam w kierunku tego spoczywającego ciała - nie widziałąm już Alison. Jej już tam nie było...
Mimo wszystko nie mogłam się opanować. Nie mogłam przestać płakać. Nie znalazłam siły, by wstać i stąd wyjść. Nie znalazłam też siły, by móc ją dotknąć... Po prostu przewróciłam się na brzuch, próbując się doczołgać do własnego materaca, gdzie dalej powinien był leżeć mój telefon.
Wiedziałam, że nie powinnam. Że to było niebezpieczne. Ale... Teraz tak bardzo potrzebowałam kogoś, kto mi pomoże....
Niemal z automatu wystukałam na klawiaturze rozpaczliwego smsa. Najpierw jednego, potem drugiego i trzeciego. Nie wiedziałam, ile czasu już minęło w tej wieczności. ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. Kolejne smsy, kolejne połączenia, aż po drugiej stronie nie usłyszałam abonent niedostępny...
Zostałam z tym sama...
I dopiero całkowite wykończenie organizmu pozwoliło mi się od tego odciąć, gdy przed moimi oczami gościła już wyłącznie czerń, a telefon nie odpowiedział ani jedną wibracją...

//z/t
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5