Poprzedni temat «» Następny temat
Droga z przystankiem autobusowym
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-08-14, 23:56   Droga z przystankiem autobusowym



[Profil]
 
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-08-15, 21:27   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


/19.04

Mimo, że Matilde pozostawała na linii telefonicznej z Hopperem, to co jakiś czas nerwowo rozglądała się po okolicy, by sprawdzić, czy z daleka nadjeżdża jakiś samochód. Starała się być cierpliwa, ale czy bycie spokojną w tej sytuacji było w ogóle możliwe? Miała wrażenie, że po prostu z każdą kolejną sekundą tylko bardziej się nakręcała. Bardziej się trzęsła, bardziej zanosiła płaczem, bardziej ją wszystko bolało. Z jednej strony nie mogła się doczekać aż Will wreszcie po nią przyjedzie, a z drugiej… co jeśli, kiedy dowie się co zrobiła, to po prostu stwierdzi, że nie chce mieć z nią więcej do czynienia? Wallace podciągnęła kolana pod brodę, obejmując je rękoma. Znowu robiło jej się niedobrze. Ale nie dlatego, że brakowało jej heroiny. Nie, nie chciała heroiny już nigdy więcej. Po prostu się bała. Narastający strach paraliżował ją wręcz od stóp do głów. Wszystko zepsuła, prawda? Wszystko zjebała, a tylko od niego zależało, czy w ogóle jej to kiedykolwiek wybaczy. Przez ciało Wallace przeszedł kolejny spazm bólu. Było jej tak cholernie wstyd. Gdyby tylko mogła cofnąć czas… Matilde z trudem przełknęła ślinę, jednocześnie łykając swoje słone łzy. Było jej zimno i miała wrażenie, że zaraz po prostu osunie się po tej cholernej ławce. Nie obchodziło ją to, jak okropnie teraz wyglądała. Nie obchodziła ją opuchnięta od płaczu twarz, przekrwione oczy, rozcięta warga, zdarta skóra z dłoni, czy zwichnięty nadgarstek. Jedyne na czym jej zależało to, by Will chciał jeszcze z nią w ogóle rozmawiać. I kiedy samochód wreszcie podjechał na przystanek autobusowy, Wallace poczuła, jak coś podchodzi jej do gardła. Mimo wszystko podniosła głowę, by rzucić Willowi krótkie spojrzenie, a potem… po prostu znowu się rozpłakała. Chciała wstać i do niego podejść, ale nie miała na to siły. Nie miała na nic siły. Nie miała siły siedzieć prosto, nie miała nawet siły oddychać. I kiedy tylko Will otworzył drzwi, by wysiąść z samochodu, Matilde wyrzuciła z siebie łamliwym, słabym głosem: – nie zostawiaj mnie samej… proszę.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-08-15, 21:54   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Chciał się znaleźć przy niej najszybciej jak to było możliwe, ale wyglądało, jakby cały świat był przeciwko niemu. Zgubił drogę. Właściwie tylko chwilkę zajęło mu zorientowanie się, że skręcił w złą stronę, nie nadłożył przez to zbyt dużo drogi... ale nie pamiętał, kiedy ostatnio zapomniał, jak powinien jechać. Zawsze pamiętał, nawet nie musiał się nad tym zastanawiać, trasa była oczywista... ale tym razem zapomniał.
Był cholernie zły na siebie. Powinien był przyjechać po nią poprzedniego dnia, ta cała sytuacja nie miałaby miejsca, a teraz, jakby tego było mało, jeszcze to wszystko przeciągnął. Ona tam na niego czekała, zapłakana, a on się pomylił. Nie mógł sobie na to pozwolić, zwłaszcza w takim momencie. Ona na niego liczyła.
W końcu, po całym tym czasie, podjechał pod właściwy przystanek. Matilde... ona wyglądała naprawdę źle. Była cała zapłakana, jeszcze ta rozcięta warga i opuchnięty nadgarstek... Powinien był był wtedy po nią przyjechać. Dlaczego tego nie zrobił?
Wysiadł z tego przeklętego samochodu i podszedł bliżej niej. Ta jedna prośba sprawiła, że coś ścisnęło go za gardło. Podszedł kolejne kilka kroków, zanim przykucnął przed nią i delikatnym ruchem odgarnął jej włosy za ucho.
- Nie mam zamiaru - obiecał cicho. - Już wszystko dobrze - dodał.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-08-15, 22:17   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Całkowicie straciła poczucie czasu. Na dobrą sprawę nawet nie wiedziała, że minęło stanowczo za dużo czasu niż powinno. W żaden sposób nie odczuła jego pomyłki, bo sama myśl, że on zaraz tu przyjedzie, jakoś trzymała ją do przy dalszym funkcjonowaniu. I w końcu przyjechał, prawda? Tak jak obiecał. Ale kiedy tylko go zobaczyła, Matilde poczuła jakby ktoś wymierzył jej policzek. Nie była w stanie powstrzymać kolejnego wybuchu płaczu. Okłamała go. Zawiodła go. Zniszczyła wszystko, a on mówił, że wszystko jest dobrze. Nie, nie było dobrze. I kiedy wreszcie to zrozumie, po prostu stąd odjedzie. Matilde zaczęła się trząść, zupełnie jakby dostała ataku paniki. Coraz ciężej jej się oddychało, coraz trudniej przychodziło panowanie nad emocjami.
– Oni tam byli… Z Bractwa…Robili zamach… Zaczęli nam grozić… Chcieli strzelać, jeśli… jeśli się nie przyłączymy i… – mówiła nieskładnie, zaczynając z nerwów niemal do krwi wbijać paznokcie w skórę swojej drugiej dłoni. O ironio, ten ból był taki kojący. – Był wybuch… Chciałyśmy tylko uciec, ale oni… zaczęli strzelać i… nawet nie wiem kto został ranny… po prostu… uciekłam i… Sam-mantha. Wyrzucili ją z domu… chciałam jej pomóc i… Och, Will – nawet jeśli do tej pory udawało jej się jakimś cudem nie płakać i wypowiadać słowa bez niepotrzebnego zanoszenia się płaczem, to w tej części po prostu nie dała rady. Kilkakrotnie otwierała usta, by coś dodać, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust. Dlatego zamiast dalszych prób, po prostu podwinęła rękaw lewej ręki i pokazała mu to, co powinien zobaczyć.
– Nie chciałam, naprawdę nie chciałam – dłońmi, które do tej pory trzymała na kolanach, teraz objęła zapłakaną twarz. Bolał ją nadgarstek, ale ignorowała ten dyskomfort. – Proszę, nie odchodź, Will… Nigdy więcej tego nie zrobię, naprawdę, tylko… tylko… – ale nie dokończyła. Wpatrywała się w jego twarz, jednocześnie zdając sobie sprawę, ze gdyby odszedł… nie miałaby do niego żadnych pretensji.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-08-16, 00:00   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Sięgnął dłonią do jej przedramienia, kiedy tylko zaczęła się trząść. Chciał coś zrobić. Cholernie chciał to jakoś naprawić... ale nie wiedział jak. Nie potrafił, był w tym wszystkim fatalny, więc po prostu w milczeniu słuchał jej słów. Ludzie z Bractwa? Obecnego czy jedni z tych, którzy nie wrócili nigdy po ataku DOGS? Musiał dowiedzieć się o tym zamachu jak najwięcej, a miał przed sobą naocznego świadka... ale to mogło poczekać. Na razie, był po prostu cholernie szczęśliwy, że była cała. Może zapłakana, ale w jednym kawałku. Nie powinien był puszczać jej samej. Przecież nie puszczał nikogo samego, o ile nie był łowcą ani informatorem. Rzecz w tym, że ona nie miała być sama, może nie poszedł z nią nikt z Bractwa, ale miała z nią iść...
Gardner.
Czego on się właściwie spodziewał? Przecież to była jedna, pieprzona rodzina. Kiedy wszystko zaczęło się sypać, Wallace musiała ją przestać obchodzić w ciągu ułamka sekundy. A tymczasem ona potrzebowała kogoś. Kogokolwiek. Cholera, dlaczego go tam nie było? Powinien był o tym pomyśleć. To była jego moc, myślał o rzeczach, które innym nigdy nie przyszłyby do głowy, a o których ktoś musiał pomyśleć. I znowu zawiódł.
Chyba się tego spodziewał. Że wczoraj znowu wzięła. Dała mu aż za dużo wskazówek, żeby o tym nie pomyślał, a mimo wszystko jakoś uderzył w niego ten widok. Nijak tego nie skomentował, po prostu się podniósł, usiadł obok niej na ławce i objął ją ramionami. W pewien sposób, wcale nie było tak chujowo, huh? Przynajmniej tym razem nie stwierdziła, że było warto.
Na prawdę nie rozumiał, czego się po nim spodziewała. Tak, był zły, ale ciągle nie wiedział w jakim stopniu na siebie, a w jakim - na nią. Z resztą, jak miałby się wściekać, kiedy siedziała tutaj cała zapłakana i przez kilka minut go przepraszała? Nie był pewien czy w jakiś sposób go to nie dotknęło. Nie miał siły się nad tym teraz zastanawiać. Po prostu, cieszył się, że była cała, że nic jej się wczoraj nie stało i że nic sobie potem nie zrobiła. Mogłaby się nie obudzić, nawet jeśli by tego nie planowała, a wtedy... wtedy to on by nie wiedział, co zrobić.
- Nigdzie się nie wybieram - odpowiedział jej tylko. Myślała, że tak łatwo się go pozbędzie, huh? Zapomniała, jak bardzo był uparty?
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-08-16, 00:51   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Nie potrafiła się uspokoić. Nawet wtedy, kiedy Will dotykając jej przedramienia, chciał w jakimś stopniu załagodzić całą sytuację. Bo jak mogłaby się teraz uspokoić? Teraz, kiedy dzieliły ją dosłownie ułamki sekund od zaprzepaszczenia wszystkiego? Nie umiała sobie nawet wyobrazić tego co dalej miałoby się z nią dziać, gdyby Will postanowił się od niej odwrócić. Tu nie chodziło tylko o to, że by sobie nie poradziła. Po prostu… ona nie chciała sobie radzić bez niego. Nie po tym ile razem przeszli. Wallace nie spuszczała wzroku z jego twarzy, nie chcąc przegapić reakcji na to co mu pokazała. Chyba… chyba wolała wiedzieć od razu. Nieważne jak genialny był, tego nie można było ukryć, prawda? I sama do końca nie wiedziała czego oczekiwała. Zawodu? Obrzydzenia? Wściekłości? Odrazy?
Nie miałaby do niego pretensji. Naprawdę. Jedynie pewnie powiedziałaby mu, że ona teraz nienawidziła siebie bardziej niż on mógł, ale… z niewytłumaczalnego powodu nie musiała tego mówić. Bo on z zamiast wstać i odjechać tym cholernym samochodem, po prostu usiadł koło niej i objął ją ramionami. Matilde znowu zaniosła się płaczem. Była zbyt rozbita, by nad tym zapanować. Ale świadomość, że on wciąż tutaj był, że nie odszedł, kiedy miał możliwość, sprawiła, że brunetka poczuła się chociaż odrobinę lepiej. Przynajmniej jak na sytuację, w której się znalazła.
– Nie chciałam tego, musisz mi uwierzyć – wyjąkała z siebie, mocno przyciskając głowę do jego ramienia. To nie tak, że mówiła teraz to co chciał usłyszeć. Naprawdę tego nie chciała. – Próbowałam… próbowałam z tym walczyć, ale… – nie mogła. Po prostu straciła kontrolę nad własnym ciałem. To było naprawdę okropne doświadczenie. Matilde wciąż drżała, ale przynajmniej nie było jej już aż tak zimno.
– Ja… już nigdy już nie wyjdę z Bractwa – powiedziała cicho. Chodziły plotki o przepustkach, czy o czymś takim. Ona nawet tego nie chciała. Mogła wrócić do szpitaliku, mogła się słuchać Irminy, cokolwiek tylko chciał, to zrobi to. Bez żadnych dyskusji, ani niczego co miała w zwyczaju. – Tylko… pozwól… proszę… pozwól mi wrócić...
Może i mówił jej, że nigdzie się nie wybierał, ale… nie umiała w to uwierzyć. Nie po tym co zrobiła. Matilde przełknęła cicho ślinę, znowu połykając kolejną falę słonych łez. Jeszcze mocniej wtuliła policzek w jego ramię, zupełnie jakby to miało powstrzymać Willa przed odejściem. A potem znowu zaczęła przepraszać. Nie potrafiła przestać.. Po prostu to głupie „przepraszam” ciągle i zupełnie niekontrolowanie wydobywało się z jej spierzchniętych ust.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-08-23, 20:22   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Will nawet nie miał pojęcia co robić. Przecież wiedziała jak fatalny w tym był, musiała wiedzieć, że był najgorszą możliwą osobą, która mogła próbować ją pocieszyć. Ale tylko on tutaj był, nie było nikogo innego, kto by ją uspokoił. Właściwie... to nieszczególnie ktokolwiek taki w ogóle istniał. Kogo ona miała? Hopper nie miał pojęcia jak właściwie wyglądała sytuacja między Wallace a Gardner czy Fay, ale był pewien, że daleko temu było do jakiejś szczególnie ścisłej przyjaźni. Jej rodzina składała się z ludzi, którzy już lata temu z niej zrezygnowali... Tylko on tutaj był. I znowu ją zawiódł, chociaż w tym motelu obiecywał sobie... Powinien tam być z nią, powinien do niej pojechać, ale tego nie zrobił. Był jedyną osobą, na którą mogła liczyć i tego nie zrobił. To chyba było to, w czym był dobry, zawodzenie ludzi.
- Wiem - odpowiedział jej łagodnie, chociaż nawet nie był pewien czy jej wierzył. Była uzależniona od heroiny, czego mógł się spodziewać? Że znowu nie sięgnie po narkotyk. Może gdyby cały czas miał ją na oku... Ale cholera, przecież wiedział, że to tak naprawdę nie miało znaczenia. Wiedział jak wyglądają uzależnienia, wiedział jak wygląda to uzależnienie. Przez ostatni rok robił wszystko, żeby w nie wpaść, tyle czasu spędził na zbyt słabych lekach... Może powinien na nowo zacząć się tym przejmować, skoro już wiedział, że to wszystko nie skończy się za parę miesięcy? Nie był już w stanie funkcjonować bez metadonu lub mocy Wallace, która była zbyt wyniszczająca, żeby to ciągle było jakąkolwiek opcją. Trudno, pomyśli o tym później. To nie miało zabić go ani Wallace, więc mogło poczekać.
Nie miał pojęcia co zrobić z tą jej niekończącą się falą przeprosin i z tymi jej absurdalnymi obietnicami. Dlaczego w ogóle miałby jej nie pozwalać wracać? Czego ona się po nim w ogóle spodziewała? Nie zostawił jej poprzednim razem, dlaczego tym razem, kiedy przynajmniej nie stwierdzała że było warto i nie mówiła mu, jak bardzo go nienawidziła, miałby zrobić coś innego?
- Wallace, spójrz na mnie - zaczął cicho. Jeśli nie chciała podnieść wzroku - trudno, nie miał zamiaru jej nijak zmuszać. - Zabieram cię do domu, nie mam zamiaru cię wyrzucać czy cokolwiek sobie tam wyobrażasz. I przestań do cholery mnie przepraszać. Wszystko dobrze, Wallace - dodał jeszcze, zanim przycisnął usta do jej czoła.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-08-23, 21:41   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Właściwie pocieszenie to było ostatnie czego Wallace w tym momencie chciała. Wolała, by na nią nakrzyczał, wolała, by powiedział jak bardzo go zawiodła i jak bardzo jej nienawidził, wolała, by szczerze powiedział co czuje. Przynajmniej wtedy wiedziałaby na czym stoi. Przynajmniej wtedy nie musiałaby tak bardzo drżeć o swój los, nie czułaby żołądka, podchodzącego do jej gardła, kiedy tak stresowała się każdym jego kolejnym ruchem, każdym kolejnym słowem. Ale dlaczego miałaby się nie stresować? Była głupią ćpunką i gdyby tylko Will chciał znalazłby sobie kogoś o wiele lepszego. Nieważne co mówiła podczas ich wszystkich kłótni, to ona tutaj była znacznie bardziej beznadziejna. Ale mimo wszystko on wciąż był łagodny, on wciąż trzymał ją w ramionach i wciąż nigdzie się nie ruszał. To było dziwne uczucie. Mieć kogoś przy sobie. Nie była przyzwyczajona do takich luksusów. Matilde przełknęła cicho ślinę.
– Ale… – próbowała mu wejść w słowo, ostatecznie jednak odpuszczając. Nie miała na to siły. Tak samo jak nie miała siły, by podnieść głowę i na niego spojrzeć. Po prostu jak sparaliżowana siedziała w tej samej pozycji, przyciskając mocno policzek do jego ramiona. Czuła się przy nim bezpiecznie. Nie obchodziło ją to, że był prawdopodobnie złym człowiekiem. Że musiał robić złe rzeczy. To nie miało dla niej znaczenia. Ufała mu całkowicie. Zabieram cię do domu zabrzmiało tak… tak dobrze. Dom. Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu miała dom. I nie, nie chodziło o Bractwo, czy pokój w tej ruinie. Nie. Jej domem była osoba, a dokładniej – pierdolony najgenialniejszy człowiek na ziemi.
– Oni pokazywali nam obrazy, Will – wyszeptała cicho, ale nie dlatego, że nie chciała, by ktoś ją usłyszał. Po prostu przez to płakanie i ciągłe przepraszanie nie miała siły mówić głośniej. – A potem chcieli nas zabić. Próbowałyśmy uciekać z Cass, ale ją złapali i och… nie mogłam jej tam zostawić. Po prostu.. – nie wiedziała co z tego wszystkiego wstrząsnęło nią najbardziej. Wizje, ucieczka, czy może widok zamordowanej na jej oczach, uciekającej kobiety. – Tylko pogorszyłam sprawę. Ale.. pomógł nam jakiś mężczyzna, ale potem… potem jej już nie było, więc zaczęłam uciekać. Ale tak po prostu się przewróciłam. Rozumiesz? – czuła się tak żałośnie. Wallace z nerwów zaczęła płytko oddychać. Ale nie przypominało to już zbierania się na płacz. Nie. Już nie płakała. Mówiła powoli, mówiła cicho, robiąc długie przerwy na oddech. I kiedy już skończyła z jej ust wydobyła się jeszcze jedna nieśmiała prośba: – zabierzesz mnie stąd?
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-08-24, 11:24   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Nie wiedział, czy to w ogóle działało. Mówił do niej, próbował ją uspokoić, ale może tylko wszystko pogarszał? Nawet nie chciała na niego spojrzeć. Cholera, naprawdę był w tym chujowy. Tyle dobrze, że przynajmniej przestała tak płakać i ciągle go przepraszać. Co jeszcze mógł zrobić, żeby uświadomić jej, że wszystko już było w porządku? A może... Wcale nie było. Powinien to doskonale rozumieć. To nigdy nie było tak, że po prostu zamykało się pewne wydarzenia, odcinało od niektórych wspomnień. To się ciągnęło za człowiekiem przez długie lata, tak jak heroina za Wallace czy wszystko co zrobił za nim.
Słuchał uważnie, jak dziewczyna cicho opowiadała mu o tym wszystkim, próbował poskładać to w sensowną całość. Nie miał pojęcia kto i co jej pokazywał, domyślał się że to była sprawka jednego z tych mutantów z Bractwa, a obrazy musiały nie być szczególnie przyjemne. Nawet jeśli to była czysta fikcja, to takie rzeczy zostawały w głowie. Nie dało się po prostu zapomnieć o czymś, co już się widziało. Może gdyby tak było, to nie byliby tacy skrzywieni.
Hopper nie był pewien czy to właśnie nie był ten pierwszy raz, kiedy Wallace naprawdę naraziła swoje życie. To zawsze zmieniało człowieka. Wiedział, że to się prędzej czy później musi wydarzyć, w końcu była mutantką żyjącą w Stanach... ale cholera, powinien był temu jakoś zapobiec. Skoro nie było jej w Bractwie podczas ataku, dlaczego miała to teraz przeżywać? Już raz się udało, może zupełnym przypadkiem, ale jej się udało. A teraz była w niebezpieczeństwie, mogła zginąć, a go tam nie było. Powinien był coś zrobić, zapobiec temu, nie pozwolić, żeby potem sięgnęła po heroinę... ale go tam nie było.
- Rozumiem, Mattie - odpowiedział jej cicho. - To się już skończyło. Wszystko już w porządku - dodał jeszcze, zanim przesunął swoją dłoń na jej policzek. Kiedy usłyszał tą jej prośbę, jeszcze raz pocałował ją w czoło zanim w końcu wstał z ławki. - Chodź - powiedział, wyciągając do niej rękę.
I kiedy w końcu wstała, otworzył jej drzwi i posadził ją na siedzeniu pasażera, zanim sam zajął miejsce i ruszył w kierunku Bractwa.

/zt
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-08-24, 18:25   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie


Czy to był pierwszy raz kiedy narażała swoje życie? Chyba nie. Wielokrotnie była znacznie bliżej śmierci niż wczorajszego dnia. Wielokrotnie lądowała w szpitalu po przedawkowaniu, wielokrotnie do jej domu w Albuquerque przychodzili przyjaciele i klienci Aarona by spokojnie porozmawiać, wielokrotnie sam Whitemore wpadał w szał, kiedy z jego skrytki znikały kolejne saszetki z narkotykiem. I była świadkiem naprawdę okropnych rzeczy. Czy to w pracy Aarona, czy to ze strony ojca Cass, czy w melinach, w których była przecież stałym bywalcem, ale… Ale żadna z tych rzeczy nie mogła dorównać tym wydarzeniom na moście. Nie, kiedy wszystko czego pragnęła miała na wyciągnięcie ręki. Nie, kiedy brutalnie jej to odebrano i nie, kiedy celowano do niej z pistoletu, a ona wreszcie sobie uświadomiła, że przecież wcale nie chciała umierać. Chyba jeszcze nigdy wcześniej tak żałośnie nie chciała żyć. Życie jeszcze niedawno było dla niej abstrakcją, a teraz… miało coraz więcej sensu. Will dostał więcej czasu, a ona już nawet nie walczyła z tym całym przywiązywaniem się do niego. I rozpaczliwie nie chciała, by wszystko co jeszcze na nią czekało skończyło się w taki sposób… Nie z rąk jakiegoś przypadkowego szaleńca.
– Rozumiesz – powtórzyła po nim, biorąc głęboki oddech. Uspokajał ją. Może ze sporym opóźnieniem, może nie od razu, ale kiedy tak dotykał jej policzka, przyciskał wargi do jej czoła… to ją uspokajało. Przynajmniej miała pewność, że chociaż on się jej nie brzydził. Że chociaż on nie twierdził, że była jednym wielkim nieporozumieniem. Ale nie powinna teraz myśleć o swoim ojcu. Nie, kiedy chciała wyzdrowieć i stanąć na nogi. – Dziękuję – powiedziała cicho, właściwie ledwo poruszając ustami. Nie musiał tego wszystkiego robić. Ale był tutaj, a to więcej niż mogła o to prosić. Matilde złapała mocno jego rękę, jakby bojąc się, że bez jego ramienia nie da rady dojść do tego cholernego samochodu. Czuła się teraz taka słaba, taka bezużyteczna, taka… nieporadna. Ale przecież taka była, prawda? W tym momencie nie miała na nic siły, a każdy kolejny krok był dla niej wręcz morderczym wysiłkiem. Dlatego poczuła ulgę, gdy wreszcie wsiadła do samochodu. Nie wiedziała jednak co działo się dalej. Po prostu wbiła swoje tępe, niewidzące spojrzenie w szybę, co chwilę pogrążając się we wspomnieniach ubiegłego dnia… To nie miało tak po prostu minąć. Nie tym razem.

/zt
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6