Poprzedni temat «» Następny temat
Uliczka #1
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-06-21, 19:45   Uliczka #1





[Profil]
 
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-21, 21:22   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Bardzo prawdopodobne, że w miejscu gdzie u innych ludzi znajdowało się serce, u Billy’ego Sandersa była tylko ziejąca pustką dziura. Jej słowa zabolały. Chociaż nie powinny, więc zrobił to co potrafił najlepiej - zaatakował. Brutalnie, porzucając wszelkie sentymenty, może nie lubował się w okrucieństwie, ale wychodziło mu to nadzwyczaj dobrze jak na kogoś kto podobno nie bywał okrutny z wyboru. Doskonale wiedział, że właśnie to zaboli najmocniej. Bo przecież nie był jej obojętny, podobnie jak ona nie była obojętna jemu. Wreszcie odważył się na ten krok. Odepchnął ją na tyle mocno, żeby wiedzieć, że ona mu tego nie wybaczy. I chociaż jakąś częścią siebie zdawał sobie sprawę z tego, że przesadził, tłumaczył sobie to tym, że miał do tego prawo. Jeśli on był tylko niewartym niej wsiurem, to słusznie odwzajemnił się jej pięknym za nadobne.
Nie miał zamiaru jej zatrzymywać. Powinna odejść. Był na nią wściekły i nie potrzebował teraz jej wybaczenia. Nie mógł kontynuować tej relacji, nawet jeśli by tego chciał. Gdyby ktoś dowiedział się chociażby o tym, że zamiast jej zabić spotykał się z nią w celu odebrania kiedyś ofiarowanych jej prezentów, pewnie skończyłby bardzo źle. Przyjaciół mutantów traktowano prawie że na równi jak z samymi mutantami. W końcu zerwał wszelkie wiążące go z nią więzi. Mógł być wolny.
Jeszcze przez chwilę stał na pomoście, patrząc jak odchodzi i sam chciał to zrobić, ale jego uwagę zwróciła postać, podążająca za nią. Coś go tknęło. W pierwszej chwili pomyślał, że to mogłaby być jakaś pułapka, ale jak widać to nie on cieszył się zainteresowaniem mężczyzny. Postanowił to sprawdzić. Szedł za nimi przez kilka przecznic, aby upewnić się że owy mężczyzna podobnie jak on śledzi Cassandrę. Na jednej z ulic panował dość duży gwar, więc na chwilę stracił ich z oczu. Oboje. Dostrzegł Gardner odbijającą w jedną z mniejszych uliczek i postanowił iść za nią. Rozglądał się za tajemniczym mężczyzną, ale nie mógł go dostrzec. Przyśpieszył kroku, trzymając się zacienionej części chodnika, chociaż wiedział że gdyby się odwróciła z pewnością by go rozpoznała. Starał się stawiać ostrożnie kroki, chociaż ciężko było jednocześnie ją dogonić. Chciał wiedzieć kto to, a ona mogła znać odpowiedź. Ten ktoś podążał za nią aż od molo, więc widział ich razem. Nie mógł tego tak zostawić.
Prawie wyrównał z nią krok, gdy w końcu go dostrzegł. Jak widać nie był zbyt wprawiony w szpiegostwie, skoro wydawał się być zaskoczony widokiem Billa, wyłaniającego się z cienia. Nie był pewien co krzyknął, coś równie przekrzyczanego jak “oko za oko”. Wyciągnął broń i strzelił prosto do Cass, a Billy zareagował dość mechanicznie, chociaż nie była to reakcja typowa dla niego. Prędzej sam zasłoniłby się jej ciałem, niż pozwolił sobie na zaryzykowanie własnego życia, a jednak to właśnie zrobił. Padł strzał, a on złapał ją za ramię, zakrywając własnym ciałem. Bardzo głupi ruch, Sanders. Bardzo głupi.
Napastnik też wydawał się być zaskoczony, bo jego ręka musiała drgnąć. Nie pocelował tam gdzie chciał. Poczuł, że kula drasnęła go w ramię. Krzyknął, odpychając Cass i wyciągnął broń. On nie chybiał. Kul trafiła prosto w czoło mężczyzny, a ten po chwili upadł na ziemię. Syknął, zerkając na dziurę w kurtce, ale to w tym momencie nie było najważniejsze. Postąpił kilka kroków w stronę mężczyzny, by zobaczyć jego twarz. W pierwszym momencie go nie rozpoznał, jednak po chwili przypomniał sobie jedną z twarzy znaną mu z akt gc. Co prawda nie poznał mężczyzny osobiście, ale poznał jego rodzinę. Parsknął. Oczywiście. Oko za oko. Kula za kule. Idiota. Naprawdę Cass tak bardzo im współczuła, że ich zabijał?
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-21, 22:02   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


#18

Tym razem nie miała nawet najmniejszych wątpliwości, co do tego, jak powinna postąpić, co powinna zrobić. Ironicznie rzecz ujmując, w końcu jeszcze nie tak dawno zarzucono jej skłonność do ucieczki. Tej samej, która teraz faktycznie siedziała gdzieś tam w głowie Cassandry, napędzając kobietę do tego, by ta jak najszybciej ewakuowała się z tego przeklętego molo. Jak najszybciej, jak najdalej, bez spoglądania za siebie. Przed siebie także zresztą nie patrzyła, nie rozglądała się nawet na boki, parę razy słysząc dźwięk klaksonu, gdy wparowała na ulicę, ale ostatecznie nie kończąc rozpłaszczona na masce czyjegoś samochodu. Głupi miał zawsze szczęście, czyż nie? A jeśli chodziło o poziom przeklętego idiotyzmu, u niej wykraczał on najwyraźniej poza jakąkolwiek racjonalnie przyjętą granicę.
Sama nie wiedziała już w tej chwili, kogo nienawidziła bardziej. Billa - tego przeklętego padalca, któremu kiedykolwiek była w stanie cokolwiek zawierzyć, co do którego intencji wahała się nawet po tym, jak tak okrutnie ją zdradził… O zgrozo, do którego nadal śmiała coś czuć, nim nie wdeptał jej w ziemię i kilkukrotnie nie upewnił się, że nie miała już więcej się z niej podnieść. Czy może samej siebie? Za to wszystko, co zrobiła i czego nie zrobiła. Za własny debilizm, łatwowierność, zawahanie w sprawach, jakie powinny być dla niej jasne… Miała nie dać się wciągnąć w jakiekolwiek gierki, a sama nie wiedziała nawet, kiedy ponownie dała się w to wepchnąć. Najwyraźniej tylko po to, aby tym razem pozostać już bez żadnych złudzeń.
Ze wzrokiem praktycznie nieustannie wbitym w chodnik i z kapturem mocno zaciągniętym na głowę, szła praktycznie na czuja. Nie chciała pokazywać nikomu tego, jak się teraz czuła, nawet jeśli pokłady łez stosunkowo szybko się wyczerpały i nie była już w stanie płakać tak jak na samym początku, teraz łkając tylko cicho i od czasu do czasu pociągając nosem. Gdzieś w torbie miała paczkę chusteczek, w kieszeni spodni i bluzy - kolejne. A jednak nie sięgnęła po żadną, ocierając oczy rękawem.
Czuła się naprawdę paskudnie. Nie tylko psychicznie, lecz także fizycznie. Bolała ją głowa, szczypały powieki, na policzkach i dekolcie miała czerwone plamy. Zupełnie tak, jakby któreś z tych aut faktycznie postanowiło przejechać po niej nie raz, a parę razy. Wolała nie zastanawiać się, jaki widok sobą przedstawiała. Zresztą - wracała przecież do miejsca, w którym nikogo to nie obchodziło. W przeciwieństwie do współczujących spojrzeń na ulicy, jakich starała się uniknąć, w motelu wszyscy mieli wszystko gdzieś. Być może to właśnie dlatego powinna tam pozostać, jednakże miała serdecznie dosyć tamtego miejsca.
Planowała zabrać się stamtąd już następnego dnia, wynajmując coś równie ustronnego, ale może chociaż trochę bardziej przyzwoitego, jednak obecna sytuacja sprawiła, że Cassandra myślała wyłącznie o rzuceniu się w pościel. Zupełnie tak, jakby cała motywacja wyparowała w przeciągu kilku chwil. Nie była pusta, nie miała czarnej dziury w sercu, ale… Może tak byłoby lepiej. Wszystko musiało być lepsze od tego wrażenia, jakie nie chciało jej opuścić. Poczucia, że autentycznie zawaliła całe życie.
Najwyraźniej zresztą nie tylko to, bowiem przy okazji straciła także całą czujność, jaka była praktycznie konieczna, aby poradzić sobie w obecnych realiach. Zamiast rozglądać się w poszukiwaniu potencjalnego bezpieczeństwa, Gardner zdawała się pozostawać całkowicie obojętna na to, co działo się dookoła niej, jakby oderwana od tego świata. Nic więc dziwnego, że nie dostrzegła tego, kto za nią szedł. Ani Sandersa, ani mężczyzny, który skręcił za nią w jedną z bardziej opustoszałych, ciemnych uliczek.
Dopiero, gdy do jej uszu dotarł odgłos kroków - spotęgowany echem i odbijający się od ścian ściśniętych ze sobą budynków - uniosła głowę, spoglądając za siebie… Dokładnie w tej samej chwili, w której wydarzenia przyspieszyły praktycznie tak bardzo, iż z początku nie wiedziała nawet, co się dzieje. Krzyk, niezrozumiały wrzask, huk wystrzału… Szarpnięcie, pociągnięcie w tył przez zadziwiająco znajomą sylwetkę, kolejny huk i łoskot ciała upadającego na chodnik… I kropelki deszczu zaczynające spadać z nieba.
Nie od razu ruszyła się z miejsca, w którym się zatrzymała. Potrzebowała chwili, aby cokolwiek pojąć, oddychając przez ten czas płytko i szybko. Dopiero po kilkunastu sekundach wydobyła z siebie ciche, zdezorientowane:
- Kto to jest? - O dziwo, choć cisnęło jej się na usta znacznie głupsze rozpoczęcie tego od ty, bo przecież nie powinno go tu być, nie zrobiła tego, ostrożnie stawiając kilka kroków w przód i machinalnie dotykając ramienia Billa, jakby szukała tam dziury po kuli. - Drasnął cię? - Nie wiedziała, czym było to wszystko, a to ją ogłupiało, powodując ścisk w żołądku.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-23, 16:54   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Obrócił się w jej stronę, ale nie spojrzał na nią. - Nie wiem. - skłamał, chociaż bardzo dobrze znał odpowiedź na jej pytanie. Wybrał jednak na nie nie odpowiadać. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu kamer ulicznych. Wiedział, że od jakiegoś czasu miasto uzbrajało się w coraz większą ich ilość. Mógł się mylić, ale wydawało mu się, że tutaj jeszcze ich nie ma. Nie wyglądało też, żeby ktokolwiek zainteresował się dwoma dość głośnymi wystrzałami. Mógł się mylić. Ciało mężczyzny leżało bez życia na chodniku. Nie mógł go tutaj tak zostawić, wolał żeby nie powiązano go z tą sprawą. Musiałby odpowiedzieć na zbyt wiele niewygodnych pytań.
Zerknął na ranę, z której faktycznie ciekła krew. Nic wielkiego. Zaledwie draśnięcie. - Nic poważnego. - stwierdził w końcu, ostrożnie dotykając zranionego miejsca. Syknął cicho, bo mimo że rana nie była wcale duża, to bolała. Spojrzał na Cassie, mrużąc oczy. Wydawała się być w lekkim szoku. Policzki miała zaróżowione i zapłakane. To akurat była jego wina. Zmarszczył lekko brwi, odwracając wzrok.
Niedaleko stał wielki kontener na śmieci. Nie było zbyt dobrym pomysłem podrzucanie go tam, bo prawdopodobnie już nad ranem ciało zostałoby odkryte przez śmieciarzy. Trzeba było jednak zabrać je z widoku, a potem możliwie jak najsprawniej wywieść gdzieś poza miasto, porzucić w lesie, spalić lub po prostu wrzucić do zatoki. Jeszcze nie zdecydował. Należało go co najważniejsze stąd zabrać jak najszybciej. Podszedł do mężczyzny i nie kłopocząc się zamknięciem jego oczu, złapał go pod pachy i szarpnął go do góry. Był naprawdę ciężki i śmierdział jak gówno. Zaczął ciągnąć go w kierunku kontenera, z zamiarem porzucenia go tam chociażby na kilka godzin, zanim nie zdoła załatwwić mu jakiegoś nieeleganckiego pochówku. Właśnie tak kończy się życie nieudaczników. Mógł tylko domyślać się dlaczego tutaj był. Chciał zemsty. Za coś co zrobił Billy i myślał, że jeśli odda mu tym samym będzie mógł ruszyć dalej, poczuje smak zwycięstwa… Cóż, zarobił tylko kulkę i teraz Billy rzucał nim jak workiem kartofli. Zresztą przydałaby się mu mała pomóc z wrzuceniem go do kontenera.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-23, 17:59   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Dlaczego odnosiła wrażenie, że znowu kłamał? Nie zamierzała się tego czepiać tak samo jak nie planowała w ogóle o tym mówić, jednakże coś w jego postawie sprawiało, że uznała jego krótką, zwięzłą odpowiedź za czyste łgarstwo. Oczywiście, nie wykluczała możliwości, że mógł tego nie robić, lecz jednocześnie… Nie kłamał tylko wtedy, gdy się pomylił, czyż nie? To był ten typ człowieka, teraz wiedziała o tym już znacznie lepiej niż kiedykolwiek. Okrutnego, lodowatego, nieczułego manipulatora…
Przez co tym bardziej nie rozumiała tego wszystkiego, co miało miejsce jeszcze kilkadziesiąt sekund temu. Nie chodziło jej o zamach na życie, który najwyraźniej skierowano przeciwko niej. Mogła to dosyć racjonalnie wytłumaczyć, będąc przecież córką gangstera i, bądź co bądź, dosyć znaczącego barona narkotykowego. Takie rzeczy zdarzały się w ich świecie, należało brać je pod uwagę, bo nie były niczym niecodziennym. Nawet bez tej całej nagonki na mutantów, codziennie ktoś ginął. Próba zamordowania Cassandry, zwłaszcza po niedawnym otrzymaniu przez nią dosyć sporej sumy pieniędzy, nie byłaby dla niej zatem specjalnie nieprzewidziana. Szokująca? Na pewno, ale nie nie do pomyślenia.
Nie pojmowała czegoś zupełnie innego. Dotychczas nie przeniosła się jeszcze do lepszej części centrum miasta, mimo że miała już na to nawet nadmiar środków. Nadal pomieszkiwała w motelu, z którego dopiero planowała się wyprowadzić, a jeśli dobrze orientowała się w topografii Seattle - zarówno siedziba Genetically Clean, jak i dzielnice bogatych gnojków nie znajdowały się na tym terenie. Billy nie miał praktycznie żadnego powodu, by tu teraz być. Tym bardziej utrudniało to uznanie tego za przypadek czy nawet zwykły atak. I sprawiało, że ciężko było jej uwierzyć w to, iż nie kłamał.
A jednak. Zarejestrowała to, że nie patrzył na nią podczas wypowiadania tamtych słów, dał jej dostatecznie dużo werbalnych i niewerbalnych znaków mówiących o tym, iż łgał i najprawdopodobniej wiedział cokolwiek więcej o zaistniałej sytuacji… I mimo wszystko nie naciskała, nie spytała powtórnie ani nie podzieliła się własnymi spostrzeżeniami, bo tym razem wiedziała już, jaką prawdę lubił serwować ludziom. Nie tak dawno dostała całe wiadro szczerości - wylanej jej prosto na głowę jak lodowaty prysznic. Ba, jak olbrzymia kostka lodu uderzająca ją obuchem w łeb.
Podeszła zatem tylko bliżej, zszokowana, wyraźnie ostrożna i jeszcze bardziej zdystansowana, ale wciąż głupio zainteresowana tym, czy nie dostał kulą. Zadała mu nawet pytanie, stanowczo zbyt troskliwe jak na kogoś, kto nie miał przecież kompletnie żadnego znaczenia, poza byciem chodzącą informacją o zamiarach Bractwa. Nie wiedziała dokładnie, co przy tym zamierzała. Chciała spojrzeć, ale nie miała pojęcia, co więcej, bo nawet się nie zastanowiła.
- Rozumiem. - Słysząc odpowiedź, intuicyjnie odsunęła się od Billa w taki sposób, żeby na powrót zachować przestrzeń pomiędzy nimi. Tym razem nie planowała już radzić mu, by to opatrzył. Był samodzielnym, zdecydowanie radzącym sobie w życiu człowiekiem. A ona wolała nie zbliżać się na tyle, żeby znowu poczuć się jak skopany pies.
I chociaż w głowie miała wiele pytań - począwszy od tego, co tu robił. Poprzez to, dlaczego nie przeszedł obojętnie, skoro zdecydowanie mógł to zrobić. Te rzeczy miały tam pozostać. Nie zamierzała o tym mówić, przynajmniej tak to obecnie zakładała. Podświadomie czuła jednak, że - nawet jeśli już teoretycznie jej to nie dotyczyło, skoro to nie ona zastrzeliła zamachowca - nie mogła odejść z miejsca, więc… Stała. Jeszcze przez chwilę patrząc na poczynania Sandersa, nim nie dotarło do niej, że… Kurna, musiała to zrobić, nie? Jakby ten dzień nie był dostatecznie okropny.
Starając się wstrzymywać przy tym oddech - nawet nie z powodu smrodu, jaki wydzielał trup; nie próbowała sobie wyobrazić, jak miał pachnieć po tym, gdy poleży trochę w kontenerze ze śmieciami, ale nadal o tym pomyślała - zbliżyła się jeszcze bardziej do ciała. Całe szczęście, przynajmniej nie musiała brudzić sobie rąk jego krwią i kawałkami mózgu, chociaż i tak odruchowo zakaszlała, czując zawartość żołądka podchodzącą jej do gardła, zanim złapała zmarłego za nogi. Bez słowa, starając się tylko podźwignąć stygnące zwłoki, zanim jeszcze bardziej zesztywnieją. Powinny znaleźć się w kontenerze, musiały znaleźć się w kontenerze i ostatecznie to zrobiły. Szkoda tylko, że na tym nie dało się raczej skończyć.
Wycierając ręce o spodnie, nawet jeśli to nic nie dawało, Cassie rozejrzałą się dookoła, dostrzegając dosyć kawałek czegoś, co przy dobrych wiatrach mogło przypominać niedorobioną łopatę. Miało długą rączkę i płaską, szeroką końcówkę. I od biedy, naprawdę od biedy, do czegoś się nadawało. Zwłaszcza że i tak wyglądało na coś do wyrzucenia, stojąc oparte o stertę starych, wyrzuconych mebli.
Cassandra rzuciła spojrzenie na wysoki kubeł, potem na wspomniane narzędzie, znowu na kubeł i ostatecznie - chociaż najbardziej niechętnie ze wszystkich kierunków - na Billy’ego.
- Podsadź mnie, to go czymś przykopię. - Mruknęła, krzywiąc się przy tym wyraźnie. Ostatecznie, zawsze lepiej było nie zostawiać zwłok na samej górze niepełnego kontenera, a ona była… Cóż, za niska, żeby samej się w to bawić. Zwłaszcza że i tak nie planowała wskakiwać w śmieci. Potrzebowała, o losie, podniesienia, by mogła nachylić się ze swoim kijem i nagarnąć na trupa trochę śmieci, nawet jeśli nie miał poleżeć tam długo.
- Tylko nie wycieraj rąk w moje spodnie. - Nie zastanawiała się nad tym, co mówiła, robiła czy planowała. Nie chciała o tym zbyt wiele myśleć, bo wtedy mogłoby być zdecydowanie gorzej. To i tak przekraczało granice jakiegokolwiek rozsądku.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-23, 22:59   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Bardzo cieszył się z tego, że Cassandra nie wnika, ani nie wymaga od niego szczerych odpowiedzi. Zresztą… W jego wypadku dość ciężko było o ich uzyskanie skoro był niemalże zawodowym kłamcą. Raz mówił prawdę, raz kłamał. Sam się w tym gubił, sam nie wiedział czego się po sobie spodziewać, ale szczególnie na rękę było mu tłumaczenie jej, dlaczego się tutaj znalazł. Co nim kierowało. Właściwie wolałby pozostawić te pytania bez odpowiedzi. Sam nie chciał znać prawdy. Poszedł za nią, bo zobaczył, że ktoś ją śledził. Pilnował swoich interesów. Nie mógł być z nią widziany, bo przez to jego kariera w gc mogłaby zawisnąć na włosku. Jednak to co zrobił na chwilę przed wystrzałem… To był instynkt, nad którym nie zapanował. Odruch, który był przecież tak bardzo nienaturalny. Broń wycelowana była w Cassandrę, gdyby mężczyzna nie stracił zimnej krwi i ręka mu nie zadrżała, prawdopodobnie trafiłby prosto w jego plecy. Nie miał na sobie żadnej kamizelki, ryzykował własnym bardzo cennym życiem. I w imię czego? Dla kogoś kogo rolę w swoim życiu jeszcze przed chwilą sprowadził do worka informacji i okazjonalnej zabawki? Prawdą było, że nie myślał tak o Cassie. Powiedział to co powiedział, żeby ją zranić. Nie była tylko jego informatorem i chociaż bardzo cieszyły go wszystko co było związane z wykorzystywaniem jej… Jej rola w jego życiu wcale się do tego nie ograniczała. Niestety. Jak widać nawet on nie potrafił w stu procentach panować nad sentymentami. Bo jak to inaczej nazwać? Nie mógł pozwolić jej zginąć. Przez ten krótki moment, autentycznie się bał. Tak jak wtedy, gdy przeglądał listy zabitych czy oglądał twarze poległych w Bractwie. Nie chciał zobaczyć tam ciała Cass, a teraz nie chciał pozwolić na to, żeby ktoś ją skrzywdził. Jedyną osobą, która mogła to robić był on sam.
- Jak sobie życzysz. - uniósł wysoko brwi, nieco zaskoczony tym, że w ogóle chciała mu jeszcze w czymkolwiek pomóc. Zresztą to jej też było na rękę, ukrywała się, więc nie potrzebowała by policja znalazła trupa, który prowadziłby prosto do niej. Z kolei na rękę Billy’emu było to, żeby to nie on wchodził do kontenera tylko ona. Odór śmietnika był wyczuwalny na kilka metrów.
Różnica wzrostu między nimi była dość znacząca. W porównaniu z mężczyzną była lekka jak piórko. Podszedł do niej i objął ramionami w pasie, podnosząc do góry. Pierwszy raz od dłuższego czasu na nią spojrzał i nie mógł ukryć lekkiego uśmiechu, który pojawił się na jego ustach. Oh, to nie był najlepszy moment na takie wspomnienia, ale Billy kompletnie nie miał wstydu. Nawet biorąc pod uwagę to co powiedział jej wcześniej.
Podsadził ją pod kosz, obejmując mocno ramionami i starając się jej nie upuścić i umożliwić zakrycie ciała mężczyzny. Nie wrócił jeszcze do formy po marszu, więc wciąż odczuwał ból w klatce piersiowej. Właściwie to nie powinien się w taki sposób przemęczać, ale nie miał za bardzo wyboru.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-24, 00:04   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Tym razem nie miała być już aż tak głupia. Idiotyczna wiara w ukryte, głębsze znaczenie jakichkolwiek gestów tego mężczyzny doprowadziła ją do naprawdę paskudnego uczucia. Cokolwiek robił, musiał mieć w tym jakiś cel. Czemu inaczej miałby jej pomagać? Czemu służyłoby bezinteresowne osłąnianie jej? Skoro dał Cassandrze pewne rzeczy do zrozumienia, nawet nie wzbraniając się przed ich wypowiedzeniem, nie powinna liczyć na cokolwiek, prócz jego poczucia zysku. Tak byłoby najlepiej.
- Nie powiedziałabym tak. - Nie życzyła sobie znaleźć się jeszcze bliżej. Nie po tych słowach, jakie nadal słyszała w uszach. Życzyłaby sobie zniknąć, odejść, ulotnić się, wycofać w kierunku motelu, nawet jeśli ten momentalnie przestał kojarzyć jej się z jakimkolwiek niebezpieczeństwem i sprawiał, że ciarki przechodziły Cass po skórze. Na pewno w dziesiątce najbardziej upragnionych doznań nie znajdowało się już czucie ramion Billy’ego trzymających ją w pasie, ale niewiele mogła poradzić na to, że coś takiego było konieczne.
Starała się po prostu na niego nie patrzeć, skoro już znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji i nijak nie mogła tego wszystkiego uniknąć, choć naprawdę, naprawdę mocno chciała to zrobić. Czuła się źle, po prostu fatalnie. O ironio, w głównej mierze nie przez to, co zamierzała właśnie zrobić. Po tych słowach, jakie usłyszała tego wieczoru, jakakolwiek bliskość była zupełnie jak boleśnie wymierzony policzek. Sama wspomniała o podsadzeniu, wręcz sobie tego zażyczyła, żeby nie musieć jeszcze bardziej wyginać się ku kubłowi, ale to niewiele zmieniało.
Czując obejmujące ją ramiona, przez naprawdę krótką chwilę poczuła się całkiem znajomo, zupełnie jak w tej pozornie lepszej przeszłości. Tak naprawdę powinno to być jednak całkowicie obce wrażenie, bo nie wiązało się z niczym dobrym. Przytrzymywał ją ktoś, dla kogo była tylko rzeczą, zabawką. Paradoksalnie, podtrzymując Cassandrę tuż przy wielkim kontenerze pełnym śmieci, do których jeszcze nie tak dawno temu wyrzucił całą ich wspólną przeszłość wraz z całym sensem istnienia tamtej relacji. Miała ochotę gorzko się roześmiać. Los nie miał dać jej tak po prostu spokoju, nie?
Mimo że unikała jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, nie chcąc sprawić, by było to dla niej jeszcze trudniejsze - w końcu już i tak ją to raniło - kątem oka nadal dostrzegła wyraz twarzy Billy’ego, musząc dosłownie na chwilę przymknąć powieki i złapać naprawdę głęboki oddech. Bawiło go to? Czerpał z tego jakąś satysfakcję? Tak właściwie, to nie byłoby specjalnie zaskakujące, skoro już wiedziała, jak bardzo przedmiotowo traktował ludzi. Wolała zresztą specjalnie o tym nie myśleć.
Miała zadanie do wykonania. Nie, nie z chęci pomocy Sandersowi, a oddania jakiegokolwiek długu, jaki mogła u niego mieć. Po czymś wcześniej czy po tym teraz… Chciała zrobić coś, co w jakimś stopniu wyrównałoby bilans przysług pomiędzy nimi. Nigdy, przenigdy więcej niczego od niego nie oczekując i nie biorąc. Poza tym… Bądźmy szczerzy, dbała także o własny tyłek, nie mając tak naprawdę bladego pojęcia, w jakim stopniu była powiązana z martwym mężczyzną. Zdecydowanie nie chciała zostać posądzona o zabójstwo i złapana, a może nawet zabita. Tymczasowe ukrycie go w kontenerze brzmiało jak plan. Niezbyt dobry, ale jednocześnie jedyny, jaki mogli teraz wcielić w życie. Potem? Jeszcze nie wiedziała, jak wyjść z tej sytuacji.
Chwilowo - z mocno wstrzymywanym oddechem - nachyliła się nad koszem, usiłując nie puścić pawia i jak najszybciej zakryć ciało śmieciami zagarnianymi na nie przy pomocy prowizorycznego narzędzia. Nie patrzyła nawet na to, co ostatecznie leciało na zwłoki, czując, jak coraz bardziej padający deszcz potęguje ten niemożliwy smród. Dookoła było coraz ciemniej, lało, śmierdziało, a ona usiłowała po prostu zbyt wiele nie myśleć. Ani o zwłokach, ani o niepożądanej bliskości, ani o przyszłości. O niczym. Wiedziała, że w innym wypadku całkowicie się rozsypie, zwłaszcza że już teraz nie było z nią najlepiej.
Nie widziała wnętrza kubła zbyt dobrze, jednak poddała się po dłuższej chwili zagarniania, czując, jak bolą ją ramiona, nozdrza przepełnione są smrodem, a płuca palą od wstrzymywania oddechu. Nie od razu zakomunikowała chęć opadnięcia na ziemię, wpierw wypuszczając łopatę z rąk i pozwalając jej uderzyć o jakiś stary materac. Całe szczęście, bez wydawania głośnego dźwięku, który mógłby kogokolwiek zainteresować.
- Już… - Odezwała się nieco ostrożniej niż zazwyczaj i z nutą zawahania dosłyszalną w głosie. - Możesz mnie opuścić. - Cóż, sama nie spodziewała się, że to zabrzmi aż tak zgorzkniale. Bądź co bądź, podobne słowa miały przecież wiele znaczeń. Tym razem chodziło jej głównie o postawienie na ziemi, jednak nie zmieniało to faktu, że doskonale potrafił opuszczać ją także na inne sposoby. I powinien, skoro sytuacja między nimi została wyjaśniona. O ironio, jakaś część niej nadal tego nie chciała, ale tym razem nie miała przejąć kontroli.
- Co dalej? - Spytała zaledwie moment później, nim w ogóle mogła znaleźć się ponownie na chodniku.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-27, 18:38   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Bez komentarza zrobił to o co prosiła. Powoli opuścił ją na ziemię, nie spuszczając z niej wzroku. Mimo deszczu, to nie była zbyt romantyczna sceneria. Zresztą chyba nawet smród kosza i zwłoki, które przed chwilą tam zawlókł, nie mogły bardziej zniszczyć nastroju niż wiadro pomyj, które na nią wcześniej wylał. Czy żałował? Być może po części. Jego słowa były okrutne, ale sam nie zapomniał tego co ona powiedziała. Wewnętrznie uznał, że byli kwita. Oboje wymierzyli sobie kilka razów za pomocą słów. On nie zapominał, a ona z pewnością też miała już dość zapominania mu jego wykroczeń. Na co więc teraz liczył? Z pewnością nie miał zamiaru jej przepraszać, ani błagać na kolanach o wybaczenie. Wybrał sobie pewien tryb życia i właśnie na tym chciał się skupić. Obecność Cassandry wcale mu w tym nie pomagała, wręcz przeciwnie. Nie chciał słuchać jej wyrzutów, ani prób obnażenia dziur w jego światopoglądzie. Być może poprzez rolę jaką odgrywała w jego życiu, jako jedna z niewielu osób potrafiła jakoś do jego sumienia Prawda była jednak taka, że nie potrzebował tego, bo nie potrzebował niczego co by go zatrzymywało. Tak więc musiał boleśnie usunąć ją ze swojego życia, głównie dla niej, ale po części dla siebie też. Nikt jednak nie mówił, że wszystko co będzie musiał zrobić, będzie wiązało się z przyjemnościami. Czasami trzeba było być w stanie podejmować decyzję i godzić się z ich konsekwencjami. Tak jak właśnie to robił.
- Załatwię to. - spojrzał w stronę kosza, mając na myśli oczywiście zwłoki, których należało się pozbyć. - Lepiej, żeby nie było cię w pobliżu jak to będzie się działo. - dodał, odwracając wzrok. Tak. Powinien już ją opuścić. Każde z nich powinno już odejść w swoją stronę, ale jakoś nie potrafił się ruszyć. Może faktycznie chciał powiedzieć jej coś na koniec oprócz tych obelg, które wyszły z jego ust niecałe pół godziny temu. Było to jednak pozbawione jakiegokolwiek sensu. Po co? Żeby się jakoś lepiej poczuć z samym sobą? Od kiedy stał się tak bardzo małostkowy? Chociaż przez chwilę wyglądał jakby faktycznie chciał coś powiedzieć, ostatecznie pokręcił głową i parsknął cicho. Nie. To było idealne zakończenie. Właśnie w taki sposób powinni się rozstać.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-27, 19:10   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Czyż nie powinno być znacznie prościej, skoro już dosyć jasno wyjaśnili sobie wszystko, co jeszcze pozostało po tej gorzkiej relacji? Niezmiernie łatwo byłoby odciąć się całkowicie, gdy już wzięło się do serca wszystkie te paskudne fakty. Ktoś mógłby nawet stwierdzić, że dało się to zrobić bez najmniejszego wysiłku. Zaakceptować to, o czym przecież Gardner myślała praktycznie od samego początku. Czego się, cóż, obawiała.
A jednak, nawet w takiej a nie innej sytuacji, czuła się zwyczajnie źle. Wiedziała, że nie powinna przesadzać, dlatego po prostu skorzystała z najprostszej pomocy, zamiast wspinać się po starych meblach czy kawałkach wyrzuconego stołu. Musiała odłożyć na chwilę sentymenty, własne uczucia, żeby jak najszybciej załatwić całą sprawę. Dla dobra wszystkich, prócz - no cóż - zabitego mężczyzny, którego ciała nie dostrzegała już w ciemnym wnętrzu śmietnika i przy coraz bardziej ciemniejącym niebie.
O ironio, wcale nie odetchnęła przy tym z ulgą. Nawet patrząc na to, do czego już się posunęli, to zapewne nie miał być ani koniec, ani środek kłopotów. Jak dla niej, wyglądało to wręcz na niezbyt sprzyjający początek. Nie wiedziała, kim był mężczyzna. Nie miała też pojęcia, czego dokładnie chciał, prócz zastrzelenia jej i zapewne zrobienia dokładnie tego samego, co ona przed kilkunastoma sekundami zrobiła z jego zwłokami. Ale… Co więcej? Co dalej? Zapewnienie Billa, że się tym zajmie wcale jej nie uspokoiło. Była na to stanowczo zbyt zdenerwowana. Cały ten dzień jawił się jako mieszanina ciosów i stresujących sytuacji.
Nie powiedziała tego. Nie zamierzała przyznawać się do własnej słabości, odsuwając się za to o dwa kroki od miejsca, w którym Sanders odstawił ją na ziemię. Jak dla niej, nie było już potrzeby wymuszania jakiejkolwiek bliskości pomiędzy nimi. Trzęsły jej się nogi, drżały kolana, a od deszczu było dodatkowo zdecydowanie zimno. Parszywa chwila i parszywa pogoda, nie musiała jeszcze pogarszać sprawy. Paradoksalnie, robiąc to dosłownie w tej samej chwili, w której zaczęła zbierać się do odejścia. Czuła się zobowiązana, by coś powiedzieć.
- Nie chciałam powiedzieć tego w takim kontekście, w jakim to zrobiłam. Przykro mi. - Powiedziała, spoglądając pod swoje nogi - jedną ustawioną do kolejnego kroku - a zaraz potem na kałużę, w której wszystko zadziwiająco dobrze - przynajmniej jak na nadal padający deszcz - się odbijało.
Oj, zdecydowanie tak. Było jej przykro, ale w znacznej mierze nie zrobiła tego, żeby cokolwiek ugrać, wzbudzić wyrzuty sumienia, na które i tak nie liczyła, ani nic z tych rzeczy. Powiedziała to, bo wiedziała, jakim typem człowieka była. Pomimo starań, by zachowywać się jak najbardziej oschle i ozięble w stosunku do innych, wewnątrz czasami trudno jej było żyć z samą sobą. Gdyby nie cofnęła tych słów, przynajmniej w jakimś stopniu, później by tego żałowała. A dręczenie się, gdy nie było warto, wychodziło nawet poza masochistyczne skłonności Cassandry. Dała się ponieść złości, emocjom i faktycznie było jej z tego powodu wstyd. Nawet jeśli została zraniona, kiedy Billy dosłownie wytarł podłogę całą jej godnością, nic tego nie zmieniało. Wolała przyznać się do błędu. Dla siebie, nie dla niego.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-27, 19:53   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Prawdę powiedziawszy chciał ułatwić to przede wszystkim sobie. Zawsze istniało zagrożenie, że kolejny raz do niego zadzwoni i chociaż on będzie wiedział, że to cholernie zły pomysł i tak znów pójdzie się z nią spotkać. Może przyjdzie czas, gdy on będzie tym, który zadzwoni. Lepiej było zakończyć to już teraz. I tak w obecnej formie było to cholernie niebezpieczne. Przy niej nie do końca sobie ufał, więc… Czy tak po prostu nie będzie lepiej? Będzie go nienawidzić. Nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego. Chociaż jakąś częścią siebie wcale nie chciał tego kończyć, wiedział że tak po prostu musiało być i ich kłótnia była ku temu idealną okazją. Powiedział to co powiedział. Umyślnie ją zranił, odepchnął ją od siebie w najokrutniejszy sposób. Wiedział, że ich sytuacja jest przegrana, ale po tym co stało się w motelu, zdawał sobie sprawę z tego, że on i Cass… Tych drzwi po prostu nie dało się po prostu tak łatwo zamknąć. Nienawidziła go przez ostatnie dwa lata i oboje mogli normalnie funkcjonować. Tymczasem od ostatniego ich spotkania myśl o niej wciąż dzwoniła gdzieś z tyłu jego głowy. Należało to uciszyć. Raz na zawsze. Czasami myślał o tym co mógłby zrobić, jaki inny wybór mógłby podjąć. Jednak ostatecznie wiedział, że najlepiej było być po prostu jak najdalej niej. I tego chciał dzisiaj. Być zupełnie w innym wszechświecie, w którym Cassandra Gardner nie istniała. Czasami miewał dni, momenty, w których chciał zupełnie innych rzeczy, ale ostatecznie dochodził do wniosku, że były to tylko zachcianki. Pragnął mieć wszystko, a jak na ironie, była jedną z tych rzeczy, których nie mógł mieć.
Parsknął cicho, słysząc jej słowa. - Kompletnie niepotrzebnie. Powiedziałaś to co powiedziałaś. Ja powiedziałem to co powiedziałem. Jesteśmy kwita. - odparł jej chłodno. - Lepiej mi będzie bez twoich przeprosin, tak samo jak ci bez moich.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-27, 20:19   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Skoro tak uważasz… - Mruknęła, mogąc zabrzmieć na odległą, ale tak naprawdę wcale nie błądząc myślami gdzieś indziej. Prawdę mówiąc, dosyć mocno skupiała się na tej chwili i na tym, żeby nie zachować się w ten sam sposób, co wcześniej - nie uciec w emocjach, bo do robienia awantury zdecydowanie było jej już daleko. Teraz czuła tylko przytłoczenie, smutek, rozczarowanie, może też gorycz, ale na pewno nie złość. O co miałaby być zła? Skoro to był jej wybór, jej wina. Mogła postąpić inaczej, mogła nie dać się podejść ani po raz kolejny zaangażować w coś, co zupełnie nie miało racji bytu. Nawet jeśli pewne rzeczy się nie zgadzały, a ta chwila nie pasowała do całości - osłonięcie jej przed strzelcem zdecydowanie tam nie pasowało - reszta była jasna jak słońce.
Nie byli też zresztą kwita. Mogła dosyć wiele powiedzieć o ich relacji, użyć naprawdę sporej liczby słów do opisania tego wszystkiego, budować skomplikowane opisy i plątać w kolejnych zdaniach, ale na pewno nie użyłaby przy tym właśnie tego słowa. Billy musiał to wiedzieć. Nawet jeśli bycie kwita zdecydowanie ułatwiało wiele rzeczy i było przy tym względnie wygodne. Nie, nie byli kwita, cokolwiek by to nie znaczyło, ale bawienie się w Kapitana Oczywistość nie tylko nie było na miejscu. Ono po prostu nic nie zmieniało. Dlatego nie zwróciła na to uwagi, odzywając się jednak, choć pewnie powinna odejść już w tym momencie.
- Nie zmuszam cię do ich zaakceptowania. - To mówiąc, nie miała zamiaru odnosić się do niego w taki sam sposób, jak on do niej. Było jej dostatecznie zimno przez deszcz i moknącą kurtkę, nie musiała być jeszcze oziębła. Sanders nadrabiał za ich oboje. - Jeśli będzie ci lepiej bez nich, zawsze możesz uznać, że tego nie powiedziałam. - Nawet jeśli niespełna pół godziny wcześniej dosyć bezpośrednio dowiedziała się, że wszystko w ich relacji było bujdą, ta jedna rzecz brzmiała tak typowo jak tylko mogła. Billy znowu unikał wszelkiej odpowiedzialności… A ona go za to nie ganiła. Poza tą jedną chwilą, to nie powinna już być jej sprawa, nie?
- Poza tym, nie oczekiwałam przeprosin za powiedzenie prawdy. To byłoby idiotyczne, nie? - Spytała ponurym tonem, nieznacznie unosząc prawą brew i, po raz pierwszy od dłuższego momentu, patrząc prosto na niego. Może nawet zdziebko wyzywająco, chociaż nie to było w jej założeniu. Zwyczajnie nie uważała, że lepiej jej było bez jego przeprosin, ale jednocześnie nie chciała też kolejnych kłamstw. A tym by przecież były, nieprawdaż? Pewnego rodzaju zapełniaczem dziur w zeznaniach.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-27, 21:32   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Absolutnie nie byli kwita. Zniszczył jej życie, zdradził ją, złamał serce, a na koniec miał jeszcze czelność powiedzieć jej, że ostatecznie nic dla niego nie znaczyła i nie była niczym więcej niż tylko zabawką i środkiem do jego celów. To leżało bardzo daleko od określenia “kwita”. Ale uznał, że tak będzie lepiej. Chociaż jego życie mogło wydawać się jej jednym wielkim kłamstwem, on bardzo jego lubił. Otaczał się ludźmi tak samo pozbawionymi duszy jak on. Oni od niego niczego nie wymagali, a już z pewnością nie tego, żeby był lepszy. Pasowało im to, że był jaki był. Skuteczny. Profesjonalny. Nikt nie mówił mu o tym czy postępuje dobrze czy źle. Właściwie to w ich ocenie to co robił zawsze było “dobre”. Nikt nie poddawał wątpliwości jego całego systemu wartości, a on wolał być skupionym na celu, a Cassandra ostatnio sprawiała, że zdarzało mu się o nim zapominać, momentami stawiał inne rzeczy na piedestale. I wiedział, że jeśli w tym momencie zmięknie. Schowa dumę do kieszenii, powie coś czego później będzie żałował, paradoksalnie to on znajdzie się w pułapce. Nie ona. Nawet jeśli by tego chciał, nie mógł pozwolić sobie na wpuszczenie jej do swojego życia, a przecież pośrednio to wszystko do tego dążyło. Kolejne spotkanie. Oddanie wisiorka czy nie powinien kazać jej go zatrzymać? Powiedzieć coś górnolotnego, zapewnić jeszcze raz o tym, że wcale nic nie znaczyła. Wyznać całą prawdę dotyczącą tego co się działo w Bractwie, nawet jeśli było ciężko tego słuchać. Dzisiaj w drodzę na molo zdał sobie sprawę z tego, że właśnie w takim kierunku to wszystko mogłoby pójść i właśnie dzisiaj powinien to wszystko zatrzymać. Najbardziej przewrotne było to, że śmiał jej wymawiać jej skłonności do ucieczek, podczas gdy sam to robił. Raz za razem. W innych okolicznościach niż ona, ale czy tak naprawdę nie uciekał przed tym co do niej czuł?
Słysząc jej słowa kolejny raz parsknął. - Tak, Cass, przepraszać za prawdę, to byłoby naprawdę idiotyczne. Pewnie dlatego nie przepraszam. - odpowiedział jej głosem przesiąkniętym ironią, patrząc na nią surowo. Mimo tego, że wszystko dzisiaj obracało się wokół tego, że chciał ją od siebie odepchnąć, cholernie mocno irytował go fakt z jaką naiwnością łyka jego kłamstwa. W żaden sposób tego nie podważała, jakby wszystko co mówił było najświętszą prawdą. Był zły. Jak na ironię, bo przecież właśnie tego chciał! Żeby znowu uwierzyła we wszystko co jej powiedział. Co z tego, że jego czyny bardzo często kompletnie nie zgrywały się z jego słowami.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-27, 22:15   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Gubiła się w tym, co myślała, co czuła, co widziała, co słyszała, co było jej przekazywane i pokazywane, a szczególnie w tym, co ostatecznie było prawdziwe. Nadmierna analiza, do jakiej miała skłonność, prawdopodobnie wszystko przy tym pogarszała, bo… W końcu, jakby na to nie patrzeć, nieścisłości dało się wyłapać praktycznie gołym okiem. Gdyby zestawić ze sobą różne wspomnienia dotyczące tego, co do tej pory słyszała od Billy’ego, nie dostałoby się ładnej, logicznej, zwartej historii. Ba, nie dostałaby nawet niepełnej sieczki, tylko całkowicie zaprzeczające sobie informacje. Czy to werbalne, czy niewerbalne. O ironio, jak na wyśmienitego kłamcę, za którego go miała, był wyjątkowo fatalnym kłamcą. Trzeba to było jednak dostrzec w sposób wręcz karykaturalny, czyż nie? Ona musiała to łopatologicznie rozpracować… I chociaż zabierała się do tego już wcześniej, zrobiła to dopiero wtedy, kiedy kogoś zamordowano. Piękny dobór sytuacji, naprawdę wyśmienity… Ale przynajmniej powstrzymało ją to przed odejściem.
- I wcale… - Zaczęła, przesuwając się o pół kroku do przodu. - A wcale… - Skoro ta sytuacja już i tak ociekała absurdem, czemu nie miała pozwolić sobie na dołożenie jeszcze ociupinki, jeszcze odrobinki, jednocześnie znowu stawiając niepełny krok przed siebie. - Wcale. Ani odrobinę. - To mówiąc, pokręciła głową, nieznacznie wydymając dolną wargę. - Nie ma nawet mowy. - To mówiąc, stanęła już dosyć blisko, zdając sobie z tego sprawę, lecz tym razem się nie odsuwając. Po raz kolejny uniosła za to brew, starając się zachować przy tym jak najbardziej pokerową twarz, co było… Trudne, trudne jak cholera i praktycznie niemożliwe, ale zawsze warto było spróbować. Odzywając się przy tym ponownie.
- Żeby twoja prawda była poplątana, prawda? - Niezależnie od tego, jak bardzo czuła się zraniona, ta jedna rzecz uwierała ją do tego stopnia, że nie chciała odpuścić, dopóki jej nie wyciągnie. Nawet jeśli jakiś czas wcześniej sądziła, iż uda jej się zwyczajnie o to nie pytać. Cóż, teoretycznie wcale nie zamierzała. Nie w taki sposób jak wcześniej, bo to, co ją uwierało, miało dosyć znaczący związek z tym, co jego nie uwierało. Jeszcze bardziej unosząc brwi, wycelowała palcem w sam środek przodu bluzy Sandersa, dotykając go w klatkę piersiową.
- Nie masz kamizelki, Bill. - Nie widziała tego wcześniej, nie zauważyła w momencie, w którym wszystko działo się tak szybko, ale gdy tylko potrzebowała pomocy w dostaniu się na brzeg kubła… I gdy tylko objął ją ramionami, podnosząc w górę… Teraz, mając trochę większą możliwość pomyślenia, tylko się upewniła. Musiała mówić coś więcej, żeby wytknąć mu kolejną, tym razem większą niż wszystkie poprzednie, dziurę w scenariuszu. Nie ryzykowała zostaniem sprowadzoną do poziomu gleby. To już miało miejsce. I bardzo, ale to bardzo, nie zgrywało się z ostatnimi posunięciami.
- Mogłeś zginąć, cholerny idioto, ale nadal się upierasz. - Westchnęła ciężko, na kilka sekund przymykając oczy. Potwornie, potwornie ciężko było jej przejrzeć tego człowieka, gdy zachowywał się w tak nieprzewidywalny, niezrozumiały sposób, ale być może było w tym znacznie więcej logiki niż dotychczas uważała, niż on sam planował kiedykolwiek przyznać. O ironio, to właśnie ta niezmiernie łatwo wyczuwalna ironia połączona z rodzajem spojrzenia, jakie znała - tego była pewna - sprawiły, że parsknęła cicho i z niedowierzaniem.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-29, 00:31   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Prawdę mówiąc sytuacje wymsknęła mu się spod kontroli. Nie tak to zaplanował. Jego prognozy nie brały pod uwagę wspólnego pozbywania się trupa, śledzenia jej, a już z pewnością nie heroicznego zasłaniania jej własnym ciałem. To wszystko było nie w jego stylu, szczególnie to ostatnie. Miał wrażenie, że wszystko przesypywało mi się między palcami. Niepotrzebnie w ogóle się tutaj pojawiał. Nie powinno go tu być, powinien być gdzieś daleko stąd cieszyć się swoim pustym (jej zdaniem) życiem i zapomnieć o rzeczach, które bez dwóch zdań ciągnęły go w dół. Dlaczego musiał okazać się takim głupim sukinsynem? Naprawdę nie potrzebował teraz takich zmartwień. Musiał być w pełni skupiony na tym co działo w gc, bo czuł pod skórą, że problemy spowodowane Haywellem to tylko wierzchołek góry lodowej. Jego życie chociaż niebezpieczne miało jakiś ustalony ład, którego nie chciał niszczyć. Więc po co przyszedł na te cholerne molo? Po co? Nie zrobił tego dla siebie. Sprawy jego i Cassandry teoretycznie zostały zakończone prawie dwa lata temu. Niczego już od niej nie potrzebował. Nie musiał wcale z nią rozmawiać. Spotykać się z nią. Nie powinien już od niej nawet niczego chcieć, bo przecież nie miała niczego czego nie mógłby mieć. Faktycznie. Nie miał w tym wszystkim żadnego zysku. Mógł sobie jedynie wmawiać, że chciał się od niej dowiedzieć czegoś interesującego, ale przecież nawet nie pytał. Wręcz przeciwnie. Mówił tylko tyle ile powinien, nie podejmując z nią żadnej konfrontacji. Widać był po prostu na siebie zły, że w ogóle się tutaj pojawił i dlatego ostatecznie wybuchł. Jak widać sam był nieco zagubiony we własnych kłamstwach, we własnych myślach, zawieszony między tym co powinien, czego chciał, co tak naprawdę myślał i tym co chciał myśleć.
Nie podobało mu się także, że posłuchała jego słów. Powinna odejść. Właśnie teraz. Bo niedługo będzie musiał zająć się ciałem mężczyzny i poprosi o to kogoś z Genetically Clean. Nie chciał jej teraz tutaj. I nie tylko ze względu na jej plany. Bo po prostu miał świadomość, że właśnie tak powinni się ostatecznie rozstać. Po prostu to zamknąć. Bez wyjaśniania sobie żadnych kwestii, bo ilekroć to robili wcale nie dążyli do zamknięcia spraw.
Obserwował jak krok po kroku zbliża się do niego, nie spuszczając z niej wzrok. Aż w końcu poczuł jak wbija palec w jego klatkę piersiową. Trafiony, zatopiony.
Odwrócił głowę w bok, odwracając na chwilę wzrok. Tym razem trudno było uciec od jej przeszywającego, oceniającego spojrzenia. - Czego ty ode mnie chcesz, Cassie? Co mam ci powiedzieć? Co chcesz ode mnie usłyszeć? - zapytał. - Po co te spotkanie? Po co w ogóle pytasz czy byłem w Bractwie, skoro znasz odpowiedź? Oddajesz mi naszyjnik, który ci dałem. Mówisz mi jaki mam być. Do czego to wszystko prowadzi? A przede wszystkim… Po co to ci? Po co to nam? Dlaczego zadajesz mi takie pytania? Nie masz już tego dość? Dlaczego nie pozwolisz sobie po prostu odpuścić? - pokręcił głową, wracając spojrzeniem do jej oczu. Czuł, że to go po prostu przerastało. Czuł teraz zbyt wiele. Myślał zbyt wiele. Za dużo słów wypowiedzianych na głos, które sprawiały że zaczynał to analizować to jeszcze raz. Nie taki był. To nie było w ogóle dla niego ważne, a jednak jak widać siła rzeczy, których chciał się wyprzeć była uderzająca. - Nie widzisz, że tak jest lepiej? Właśnie tak. Ty tu, a ja jak najdalej od ciebie. Nie może być tak jak teraz. - zacisnął usta w cienką linię, pochylając się nad nią. Nie mógł być tak blisko niej. Dla własnego dobra. Nie chciał niczego ryzykować, a jednak nieustannie to robił. Nie było odwrotu.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-29, 01:46   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Mogła spodziewać się, że znowu powrócą do starego scenariusza, w którym nieustannie wymieniali niekoniecznie łatwe, zdecydowanie nieprzyjemne pytania. Mimo wszystko, nadal pozostawało między nimi nad wyraz wiele niewyjaśnionych kwestii. Nie wszystkie sprawy dało się skwitować jakimiś słowami, dzięki którym któreś z nich mogłoby uniknąć konfrontacji czy odkrywania się przed tą drugą osobą. To zawsze miał być swego rodzaju niezamknięty biznes. Nawet teraz był, chociaż pokłócili się zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Paradoksalnie, Cassandra wolała zmierzyć się z tym po raz kolejny, czując, że po prostu zbyt wiele tu do siebie nie pasowało, nie zgadzało się i że gdyby tego teraz nie wyciągnęła… I tak by o tym wszystkim myślała. Myślałaby o Billym, bo ostatnio był nadzwyczaj częstym gościem w jej głowie. Do tego stopnia, że - choć pewną częścią siebie zdecydowanie się przeciwko temu wzbraniała - zaczęła to nawet powoli akceptować… Gdyby tylko nie robił tylu uników od prawdy...
- Nie wiem. To jest... Skomplikowane. - Nieznacznie potrząsnęła głową, jakby chciała wytrząsnąć z niej jakąś wyjątkowo absurdalną myśl, ale to… Cóż, było raczej dalekie zadziałaniu. A kolejne, zdecydowanie trudne pytania nadal się na nią zwalały. Zamiast ją przy tym przytłoczyć, sprawiały jednak tylko, że jeszcze bardziej marszczyła nos i wargi, mrużąc przy tym oczy.
Nie wiedziała, czego tak dokładnie chciała. Na pewno nie tego, co dostała, a co powinno dosyć skutecznie sprawić, że zamknęłaby ten rozdział. Coś najwyraźniej nie zamierzało jej na to pozwolić, nie dając Cass uciec bez słowa, tylko jeszcze bardziej wszystko komplikując. Teoretycznie cała ta aktualna sytuacja była wyłącznie czystym zbiegiem okoliczności, ale wcale tak nie wyglądała. To było bardziej jak drwina losu.
Po każdym kolejnym po co, dlaczego, do czego, na co, czego, co i tysiącu innych początków pytań, tylko kręciła głową, nie przerywając Billy’emu, dopóki sam nie zamilkł. Wtedy też zresztą przez dłuższą chwilę tylko na niego patrzyła, utrzymując kontakt wzrokowy do czasu, kiedy znowu nie zaczął swojej śpiewki. Dopiero wtedy na moment spojrzała w ścianę za jego plecami, tym razem ponownie unosząc brew.
- Czyżby? Bo dla mnie wcale tak nie jest. - Mogła powiedzieć coś jeszcze, ale tym razem postanowiła to sobie darować. Mając nadal w pamięci wszelkie gorzkie słowa, jakie wypowiedziała wcześniej, tym razem obiecała sobie nie dać ponieść się rozżaleniu, rozgoryczeniu czy innym emocjom, jakie nadzwyczaj łatwo pojawiały się u niej podczas rozmów z Billym. O ile kiedyś - w czymś, co zdawało jej się już teraz przeszłym życiem - mogła powiedzieć, że czuła się przy nim wręcz odwrotnie, ciesząc się wtedy tym całym poczuciem szczęścia, bezpieczeństwa i stabilności… W tej chwili tak naprawdę dostrzegała, że to nie tylko ona miała najwyraźniej problem z własnymi uczuciami i odczuciami. Paradoksalnie, to było dosyć… Ludzkie. Nie pogarszało aż tak wiele, nawet jeśli niezmiennie irytowało ją jego unikające podejście.
- Pytanie, czego ty ode mnie chcesz? Do czego to dla ciebie prowadzi? - Powiedziała, robiąc przy tym krótką, zaledwie sekundową pauzę w taki sposób, aby nie mógł jej teraz przerwać. Tym razem chciała zostać wysłuchana do samego końca. - Naprawdę myślisz, że to będzie takie magicznie proste? Kilka słów i przestaniemy na siebie wpadać? Znać się? Pora zacząć przechodzić na drugą stronę ulicy? - Parsknęła z niedowierzaniem, tym bardziej reagując na dosłowne patrzenie na nią z góry. Instynktownie wyciągnęła się na czubkach butów, dodając sobie kilka centymetrów. Tak naprawdę niewiele znaczących, wobec całej tej różnicy wzrostu, ale nadal… To zawsze było coś.
- W jednej chwili wylewasz na mnie wiadro pomyj, w innej zachowujesz się tak, że chciałabym ci wszystko wybaczyć… Ale nie mogę. Nie, jeśli sam się na coś nie zdecydujesz. I... Nie, faktycznie nie może być tak jak teraz. Nie chcę wiecznie zastanawiać się, co by było, gdyby. Pada, jest coraz zimniej i ciemniej, a ja potrzebuję się czegoś napić. Jeśli rzeczywiście chcesz to tak zakończyć, rozejdziemy się, ale nie łudź się, że tak będzie łatwiej czy lepiej. Nie będzie, a już i tak balansujemy na cienkiej linie, więc… Co nam szkodzi posunąć się dalej? Dzisiaj to ktoś inny, nie on, mógł zginąć... - Nie byli przecież w przedszkolu, zwłaszcza że tam co drugi wychowanek zdecydowanie nie chciał pozabijać całej reszty. Tutaj? Cała ta sytuacja była wręcz doskonałym dowodem na to, jak szybko można było wyzionąć ducha. Praktycznie w każdej chwili, praktycznie codziennie, nawet w pozornie najmniej niebezpiecznych okolicznościach.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 5