Poprzedni temat «» Następny temat
La Hacienda Motel
Autor Wiadomość
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-06-02, 01:25   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- …mam inne opcje? - mruknął uśmiechając się pod nosem z tego jak niesamowicie był zabawny, nie mając przecież szans wiedzieć, że Wallace właśnie pomyślała o mniej-więcej tym samym. Jeśli tak by było, to czy to by znaczyło, że do siebie pasowali? To była głupia myśl. Czemu w ogóle zawracał sobie tym głowę? Tym czy pomyślała dokładnie o tym samym co on. Przecież to nie miało najmniejszego znaczenia. To nawet nie było istotne. To nie były żadne poglądy ani nic co by ich definiowało. Po prostu głupia odzywka, żeby dalej udawać, że wszystko było w porządku. To nie powinno mieć znaczenia, ale chyba z jakiegoś powodu miało. To wszystko było tak bardzo bez sensu. Dlaczego ta cała ich relacja i to co do niej czuł nie mogło być trochę prostsze. …co do niej czuł? Co do niej czuł? Nie. Zajmie się tym potem. Kiedyś. Stanowczo nie teraz.
- …ile czasu minęło? – spytał.
Tak, to był lepszy temat. Właśnie tym powinien się teraz zająć. Jeśli będzie wiedział ile to już trwało, będzie wiedział, ile to jeszcze zajmie. Proste? Proste. I ważne. Tak. To było dużo ważniejsze, a przy okazji nie sprawiało że miał wrażenie, że czaszka mu wybuchnie nie tylko od ciśnienia, ale też od prób zrozumienia, o co chodziło. On się do tego nie nadawał, do rozmyślania o jakichś relacjach. Niech dadzą mu jakieś problemy, które da się rozwiązać, zajmie się nimi, choćby teraz. Dobra, może nie teraz. Potrzebował chwilki. Po prostu… chwilki. Nic wielkiego, tak? Nawet jego najgorsze migreny nie trwały dłużej niż dwie godziny, a przecież teraz był na matadonie i mannitolu, a przecież trochę czasu już uciekło. Na razie powinien tutaj siedzieć, korzystać z zimnych kafelków, tego okładu… i delikatnego dotyku Wallace. Tak, to brzmiało jak całkiem niezły plan. Mogliby tak robić częściej. Minus migrena. Ona wszystko psuła. Może gdyby był na takiej ilości opioidów, żeby go to nie obchodziło… Nie, nie powinien nawet o tym myśleć, nie przy Wallace. To też było strasznie głupie, bo przecież nie była w stanie mu czytać w myślach. Jakoś w tamtym momencie nagle miał ochotę znowu pogłaskać ją po policzku, ale zorientował się, że już nie trzymał ręki na jej twarzy. Kiedy to się właściwie…? Nie ważne. Nie chciało mu się o tym myśleć. Zamiast tego wolał po prostu patrzeć na jej słabo widoczną w półmroku twarz, słuchać jej głosu. Zwłaszcza, że była naprawdę zabawna. Will nie był w stanie powstrzymać nieco głupkowatego, coraz szerszego uśmiechu, kiedy docierały do niego jej słowa.
- Kłamiesz, Wallace – zauważył swoim zmęczonym, ale równocześnie dość rozbawionym i pełnym jakiegoś zwycięstwa głosem. Może nie do końca nadążał za tym, co się działo naokoło, ale przynajmniej ją na czymś przyłapał. Nie było z nim aż tak źle, jak mogła sobie myśleć. Ona i dawanie komuś drugiej szansy, martwiąca się o afrykańskie dzieci? Proszę. Hopper musiałby mieć poważny udar, żeby w ogóle rozważyć uwierzenie w takie brednie. Może to był jej plan. Chciała w ten sposób sprawdzić, jak źle z nim było. Zmarszczył brwi, ale to nieszczególnie pomogło w myśleniu, głowa go równie mocno bolała. Trudno. Ważne że wiedział… w zasadzie to nie wiedział. A chciałby wiedzieć. Serio. To było ważne.
Ale kiedy jeszcze zaczęła mówić o tej ostrej konserwie, zupełnie przestał sobie zawracać głowę tym wszystkim i całym tym genialnym planem Matilde. Po prostu parsknął śmiechem, ale natychmiast tego pożałował. Jego czaszkę przeszyła gwałtowna fala bólu, a sam Hopper skrzywił się gwałtownie.
- Ty, – powiedział oskarżycielsko, wyciągając w jej stronę palec – ty próbujesz mnie zabić. To twój absurdalnie skomplikowany, tajny plan – orzekł tym swoim nie do końca przytomnym głosem.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



In the cold light, I live, I only live for you. It's all that I am, it's all that I have.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-06-02, 20:34   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Pytanie Williama sprawiło, że Matilde pokręciła przecząco głową, z kolei jej usta zupełnie nieświadomie wykrzywiły się w leciutkim uśmiechu. Nawet jej nie było przykro z tego powodu. Nawet nie zamierzała udawać, że było jej przykro. I nie, nie miał innego wyjścia. A fakt, że zdawał sobie z tego sprawę… w jakimś stopniu naprawdę ją uradował. To było przecież takie bezsensowne. Powinna nadal się zamartwiać, nadal drżeć, że Hopper zaraz jej tu umrze i ją, kurde, zostawi samą. I choć zdecydowanie wciąż się tak cholernie martwiła, to każda kolejna sekunda świadomości, że wciąż byli tu razem. Że mężczyzna nadal oddychał, że czuła bijące od niego ciepło… To ją uspokajało. Po tej krótkiej chwili zawieszenia, Matilde przekrzywiła głowę w bok, by lepiej przyjrzeć się Williamowi i wyrzucić z siebie:
– Chyba trzydzieści minut – nie była tego pewna. Choć przez ten cały strach i zamartwianie się była przekonana, że minęła wieczność.. to wysiliła swoje ostatnie szare komórki, by oszacować upłynięty czas na podstawie działania lekarstwa, a dokładniej… na podstawie heroiny. – Jeśli to ważne to mogę pójść sprawdzić.
Dodała po dosłownie dwóch sekundach. Niestety nie miała przy sobie telefonu, więc jeśli to było naprawdę istotne to chyba mogła go zostawić na te kilka sekund, by sprawdzić dokładną godzinę. Chociaż zdecydowanie nie chciała się z nim rozstawać, nawet na tych kilka sekund, to w tym momencie miała wrażenie, że trochę mu się polepszyło, więc.. nic złego nie miało się stać, prawda? Chyba nie miał umrzeć w tym czasie. Matilde powoli zsunęła dłoń z barku mężczyzny, tym samym przestając masować jego kark.
Czy to normalne, że czuła się tak komfortowo? Nieważne jak beznadziejnie było między nimi. Nieważne jak często się kłócili, darli się na siebie, czy rzucali różnymi przedmiotami. Bo kiedy przychodziło co do czego… to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Troszczyli się o siebie. Matilde przełknęła cicho ślinę. Wciąż pamiętała to, jak kilka dni temu to ona była w gorszej kondycji i to jak Will siedział z nią dokładnie w tym samym miejscu. Wcześniej nawet nie pamiętała kiedy ostatnio ktoś się nią w ogóle zajmował. Chyba to było jeszcze przed tym, jak jej mama poroniła ciąże i kompletnie straciła kontakt z rzeczywistością.
– Czy wyglądam ci na kogoś kto jest zdolny do kłamstwa, Hopper? – zapytała niby urażonym tonem głosu. Ona i kłamanie? Jak śmiał w ogóle jej zarzucać to, że nie obchodziły jej losy afrykańskich dzieci? Jak śmiał, huh? Przecież co niedzielę brała udział w akcjach charytatywnych i płaciła datki na akcje misyjne. Empatię miała wręcz wymalowaną na twarzy. Ale cieszyła się. Naprawdę się cieszyła, że jej plan zadziałał. Czyli jednak był świadomy. Czyli jednak nadal był sobą. Tym cholernie irytującym, wkurzającym dupkiem, którego tak bardzo pragnęła. Nadal był Hopperem. A przecież nie chciała nikogo innego, prawda? Mogłaby mieć kogoś innego. Nie była przecież aż tak beznadziejna. Problem w tym, że nikogo nie chciała. Chciała być kompletnie sama. Ale potem go poznała i wszystko szlag trafił. I teraz jakimś cudem chciała tylko jego.
– Masz mnie – wyrzuciła, układając usta w podkówkę, a potem położyła dłoń na jego policzku, by zahaczyć palcami o jego zlepione od wody włosy, które odgarnęła do tyłu.
– Po prostu się mszczę za ten zajebiście profesjonalny odwyk – i posłała mu delikatny uśmiech, sięgając ręką po ręcznik, który z pewnością stracił już cały przyjemny chłód. Musiała go znowu zmoczyć. A potem po prostu zacznie go leczyć mocą. Tak. To był dobry plan.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-06-03, 04:45   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Lubił ten jej delikatny uśmiech, który niepostrzeżenie wkradał się na jej usta. Czy w ogóle miała pojęcie, co się właśnie działo z jej mimiką? To było takie subtelne, a równocześnie takie prawdziwe. Hopper nie był w stanie powstrzymać swojego zmęczonego uśmiechu. Było ciemno, cały czas mrużył oczy, ale w tamtym momencie był stuprocentowo pewny, że Matilde wyglądała po prostu pięknie. Zjawiskowo. Mógłby tak z nią zostać, mieć ją tak blisko siebie. Leniwym i ciągle dość niedbałym ruchem przeczesał palcami jej włosy. Jakim cudem to wszystko mogło być takie spokojne?
Pokiwał głową, słysząc jej odpowiedź. Czy mógł już założyć, że był w połowie? Nie mógł być pewien, ale to by była dobra wiadomość. Lubił dobre wiadomości. Od jakiegoś czasu brakowało mu takich, przynajmniej od pewnego czasu.
- Nie, właściwie to nie - odpowiedział jej. Tyle już dla niego zrobiła... nie chciał jej jeszcze wyganiać po zegarek. I tak by nie dowiedział się niczego konkretnego. Ważne, że przynajmniej ona miała jakieś poczucie czasu i była skłonna się nim podzielić. Nie powinien jej o nic większego prosić, nie kiedy tyle jej zawdzięczał. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia czy dałby sobie radę, gdyby mu nie pomogła. Ile zajęło by mu wbicie się igłą w żyłę, nie mówiąc już o zasłonięciu okien i przetransportowaniu się do łazienki. Naprawdę dziwnie czuł się z tym, że mógł na kogoś liczyć w takiej sytuacji... a jeszcze dziwniej z tym, że to była Wallace. Ale jeśli nie ona, to kto? Nie tak dawno temu zrobił dla nie to samo. I mimo tego wszystkiego... Hopper miał nadzieję, że jednak nie robiła tego wszystkiego dlatego, żeby się odwdzięczyć. Że tak jak on kilka dni temu, siedziała tutaj, bo chciała tu być i sprawić, żeby było choć trochę lepiej.
To było niewiarygodne jak byli podobni i jak podobne doświadczenia mieli, dorastając w dwóch zupełnie różnych miejscach, trafiając na zupełnie inne środowiska. Obydwoje nie skończyli szkoły, nie mieli kontaktu z rodzicami, byli równie cyniczni i złamały ich te same rzeczy. A jakby tego było mało, dla ich obydwojga ktoś dbający o nich był zupełną abstrakcją... a równocześnie tak bardzo tego potrzebowali. Jakim cudem to wszystko w ogóle się wydarzyło? We wszechświecie nie było miejsca na takie przypadki. Chociaż nie, wszechświat był pełen takich przypadków, które kończyły się czymś pięknym. Tak powstało życie, tak powstała ta galaktyka, to był początek Wielkiego Wybuchu. Jakiś niewiarygodny przypadek.
I chociaż już doskonale wiedział, jak to się skończy, nie potrafił powstrzymać parsknięcia śmiechem, kiedy usłyszał słowa Wallace. Po raz kolejny poczuł, jak głowę rozrywa mu kolejna, silniejsza fala bólu, po której potrzebował chwili, żeby wrócić do tamtej rozmowy.
- Nie, bo jesteś... nieograniczonym pokładem empatii. - Zmarszczył brwi. Coś nie grało. Nieważne, nie miał zamiaru wypaść z gry. - I dlatego czujesz, że powinnaś przestać być zabawna - dodał, celując w nią palcem.
Właściwie, nieszczególnie liczyło się co mówiła, istotniejsze było, co robiła. Ten jej delikatny dotyk na jego policzku i to, jak nie mógł się powstrzymać, żeby nie położyć swojej dłoni na tej jej i nie pogłaskać jej kciukiem.
- Ale ty jesteś niewdzięczna - powiedział, chociaż w jego głosie brakowało czegokolwiek, co można było nazwać rozdrażnieniem. Po prosu chciał coś jej odpowiedzieć.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



In the cold light, I live, I only live for you. It's all that I am, it's all that I have.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-06-03, 20:33   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


W pewnym sensie odetchnęła z ulgą, że jednak nie musiała go tutaj zostawiać. Choć była wręcz pewna, że przez ten krótki czas nic złego mu się nie stanie to jednak… nie chciała, by zostawał tu sam. Nie chciała od niego odchodzić. Nie chciała, się z nim rozstawać. Nawet na tych kilka sekund. Chyba wcześniej nie zdawała sobie nawet sprawy z tego jak bardzo lubiła te ich spokojne momenty. Zazwyczaj całą swoją energię skupiała głównie na kolejnych kłótniach, na wymyślaniu coraz to ostrzejszych odzywek i chęciach wkurzenia Hoppera. Teraz jednak, gdy pogrążeni w ciemności siedzieli na zimnych kafelkach motelowej łazienki i milczeli, tracąc poczucie czasu i rzeczywistości… To było coś zupełnie innego od tych wszystkich rzeczy, które wcześniej znała. Te delikatne uśmiechy, nawiązywanie kontaktu wzrokowego pomimo panujących ciemności i delikatny, troskliwy dotyk. W tych wszystkich gestach – pomimo tego, jakimi osobami tak naprawdę byli – było coś tak cholernie niewinnego. Oboje byli złamanymi, skrzywdzonymi przez los ludźmi, którzy jakimś cudem odnaleźli kogoś z kim mogliby na nowo nauczyć się miłości. Wallace koniuszkiem języka zwilżyła swoją dolną wargę. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo potrzebowała czegoś takiego w swoim życiu. A czy on… czy on potrzebował czegoś takiego w swoim?
Mogli nadal udawać, że to między nimi było złe i nieodpowiednie, ale w głębi serca oboje musieli wiedzieć, jak było naprawdę. Potrzebowała go. Potrzebowała, by ktoś się o nią troszczył. Potrzebowała, by to on się o nią troszczył. I chciała myśleć, że on również. Że on również jej potrzebował. Że on również potrzebował, by to ona się o niego troszczyła. Czy naprawdę konieczne były kolejne zaprzeczenia i udawanie?
Słysząc ten szczery śmiech Hoppera, Matilde nie mogła się powstrzymać, by nie odpowiedzieć mu tym samym. Być może nie powinna. Przecież widziała, że wciąż go boli głowa i śmiech mógł być naprawdę nieprzyjemnym dźwiękiem, ale naprawdę nie mogła się powstrzymać. Dziewczyna przez chwilę zmarszczyła brwi, mając ochotę nabijać się z tej jego pomyłki… bo hej! On mógł, a ona nie mogła? Mogła, oczywiście, że mogła. Ale czy powinna?
– Oh nie wiem, czy ta empatia działa w obliczu naprawdę dupkowatych dupków, Hopper – mruknęła z rozbawieniem, by pod wpływem jego dotyku ponownie przesunąć palcami po jego policzku. Rany, tak bardzo lubiła strukturę jego skóry i bijące od niej ciepło.
– Poza tym hej, jestem tylko Wallace. Mam we krwi robienie zupełnie czegoś na odwrót niż to czego ode mnie oczekujesz. Więc nie, nie mam ochoty przestać być zabawna. W rzeczy samej mam ochotę powiedzieć ci jakim chujem byłeś zanim przyszliśmy do tej cholernej łazienki – wyrzuciła z siebie. I choć każde jedno wypowiadane przez nią słowo było w stu procentach prawdziwe, chyba nie było w jej głosie żadnej złości. Chyba już się na niego nie gniewała. Najwyraźniej jednak miał w sobie jakiś tam urok. Albo co bardziej prawdopodobne – po prostu straciła resztki gustu. Ale czy to naprawdę było coś tak tragicznego? Nie mogła się powstrzymać. Wallace nachyliła się, by delikatnie musnąć wargami kącik ust mężczyzny.
– Mogłeś mnie nie torturować – wyrzuciła z zadziornym uśmieszkiem na ustach, by ściągnąć dłoń z jego policzka i podnieść się z podłogi tylko po to, by ponownie zmoczyć ręcznik chłodną wodą. Już po dwóch sekundach wróciła na wcześniejsze miejsce, kładąc mu nowy okład na czole, a także powoli łapiąc go za rękę.
– ...albo torturować... bardziej – dodała ciszej. Teraz po prostu skupiła się na leczeniu Williama. Był dupkiem, mogła chcieć mu solidnie przywalić, ale nie chciała by dłużej cierpiał. Nawet jeśli na to zasługiwał. Za bardzo jej na nim zależało.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-06-07, 23:44   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Hopper po raz kolejny zacisnął mocniej oczy, kiedy przez jego czaszkę przetoczyła się kolejna fala bólu, ale cholera, naprawdę dobrze było usłyszeć śmiech Wallace... chociaż może nie w tej sekundzie. Niech śmieje się w ten sposób, ale kiedy jego głowa nie będzie tak bardzo boleć, okay? Na razie wystarczy po prostu uśmiech albo ten jej cichy, rozbawiony ton głosu., nie mówiąc już o tym, jak przejeżdżała palcami po jego policzku.
- Wierzę w ciebie - odpowiedział jej żartobliwie. Skoro miała aż tyle empatii, to mogła współczuć nawet jemu, prawda? I przecież to robiła, siedziała tutaj z nim. Obchodził ją i to była naprawdę fajna myśl. Mieć kogoś, kogo obchodzisz i kto cię obchodzi. Trochę dziwne. To chyba do nich nie pasowało, prawda? Nie byli ludźmi, którzy mieli ludzi o których mogli się martwić ani o których ktoś mógł się martwić. Obydwoje byli równie okropni... i naprawdę dobrze było spotkać kogoś równie tragicznego, dla którego nie było już żadnej nadziei, którego wszyscy mieli już serdecznie dość.Chyba powinni na siebie działać tak samo, jedno powinno się wkurzać na drugie, a drugie na pierwsze, ale przecież zamiast tego czuli się tutaj naprawdę dobrze... i to było w pewien sposób przerażające. Bo prędzej czy później trzeba będzie wrócić do normalności, a ona nigdy nie była szczególnie różowa.
I tak, miała rację, nieco wtedy przesadził... ale przecież nie ona była jedyną, która wtedy świrowała. Nie mógł wiedzieć, że ta migrena skończy się tak naprawdę niegroźnie,właściwie nigdy nawet się na dobrze nie rozkręci. Nie miał wtedy czasu myśleć o tym czy jest uprzejmy, czy nie, po prostu musiał szybko działać.
- To nie jest zabawne - stwierdził. - I wiem, że jestem chujowym chujem, myślałem, że już to ustaliliśmy.
Po prostu nie potrafił w to wszystko, okay? Ledwo sam ogarniał o co jemu chodziło i co miał na myśli, nie mówiąc już o relacjach z innymi i zgadywaniem, co ci inni mieli na myśli. A jakby tego było mało, Wallace wchodziła na zupełnie nowy poziom bycia niezrozumiałą. I on miał być w porządku, nie zachowywać się w stosunku do niej jak dupek?
Ale Wallace chyba nie miała szczególnego zamiaru się tym przejmować, po prostu przycisnęła swoje usta do jego kącika ust, a to było naprawdę w porządku uczucie. Szkoda tylko, że Will nie mógł liczyć na powtórkę - Matilde niemal od razu zniknęła, razem z tym ręcznikiem z jego czoła. I kiedy w końcu wróciła z powrotem, z cudownie lodowatym okładem, Hopper nie mógł nacieszyć się jej towarzystwem, tonem głosu, sposobem w który splatały się ich palce. Dobrze było ją tutaj mieć, patrzeć na nią w tym półmroku. I z jakiegoś powodu, chociaż Will starał się szukać ripost na te jej zadziorne słowa, ciągle myślał o tym, co mu powiedziała podczas ich pierwszego leczenia. Że pocałunki działają lepiej. Hoper miał świadomość, że mówiła to tylko po to, żeby go sprowokować... ale co jeśli tego nie zmyśliła? Will przez chwilę uważnie przypatrywał się jej ustom. Naukowy obowiązek nakazywał sprawdzić czy to była prawda. Przecież tylko o to chodziło, kiedy w końcu przyciągnął ją bliżej i delikatnie pocałował, nie o żaden smak jej ust ani o jej bliskość. Po prostu ciekawość czy wtedy kłamała.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



In the cold light, I live, I only live for you. It's all that I am, it's all that I have.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/55

Wysłany: 2018-06-08, 22:43   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Ustalaliśmy dupka, Hopper – odparowała z tym typowym dla siebie uśmiechem. Bo przecież to miało duże znaczenie, prawda? Wcześniej nazywała go dupkiem, ale chujem stał się dopiero dzisiaj. Jeśli chciał to uznać za awans, Wallace nie miała zamiaru mu stawać na drodze. Przeszło jej tylko na myśl, że ten chuj nie do końca do niego pasował. Dupek.. dupek tak. Ale chuj? Huh.
Jesteś dupkiem, a jesteś chujem. Nie powinno być dużej różnicy, czyż nie? To tylko dwa, negatywnie nacechowane słowa, a jednak… a jednak była zasadnicza różnica. Jesteś dupkiem już dawno przestało być tylko powiadomieniem Hoppera o tym jak tragiczny i beznadziejny był. Jesteś dupkiem nabrało zupełnie innego znaczenia. To było takie ich. Matilde miała wrażenie, że tylko oni tak naprawdę rozumieli co te słowa oznaczają. Przeciętni, jeszcze bardziej beznadziejni ludzie nigdy nie mieli tego zrozumieć. Ale to był Hopper. On był mniej beznadziejny niż wszyscy inni ludzie na świecie.
Nie. Nie był chujem. Był dupkiem. Choć wciąż nie do końca potrafiła określić co się za tymi słowami kryło, to była przekonana co do ich słuszności. Chyba nie powinna się nad tym dłużej zastanawiać. A przynajmniej nie w tym momencie. Nie w tej sytuacji. Wallace westchnęła ciężko, by podnieść się z tej podłogi i wymienić Hopperowi okład. I gdy tak przekręcała ręcznik nad zlewem, rzuciła mu krótkie spojrzenie i… Huh. On nie tylko był mniej beznadziejny niż wszyscy inni ludzie. W tym momencie Wallace zauważyła coś zupełnie innego, czego nie chciała do siebie dopuścić od jakiegoś dłuższego czasu. To pewnie dlatego to było dla niej aż tak duże odkrycie. On był przystojny. Tak. Zdawała sobie wcześniej sprawę z tego, że ją pociągał. Ale tą dziwną fascynację starała się zrzucić na to, jak wielkim dupkiem był Hopper i jak bardzo chciała go zdominować. Teraz jednak… poczuła jak bicie jej serca przyspieszyło. On był cholernie przystojny. Matilde przełknęła cicho ślinę, by zakręcić kran i ponownie koło niego usiąść. I kiedy tak siedziała koło niego, chłonęła wzrokiem jego twarz. Skupiała się na ciemnych oczach, na jego ustach, na kolorze skóry, na włosach, na tych wszystkich bliznach i… rany. Rany. Czy on wiedział, o czym myślała? To dlatego ją pocałował? Nieważne. Nie miała zamiaru tym wzgardzić. Po prostu odwzajemniła ten pocałunek, zaciskając mocniej palce na jego dłoni. Czy kłamała wtedy z tym pocałunkiem? Chyba tak. Nie zauważyła, by kiedykolwiek udało jej się magicznym pocałunkiem uzdrowić człowieka. Czemu tak wtedy powiedziała? Oczywiście poza chęcią grania mu na nerwach i sprowokowaniem? Bo był przystojny. Bo chyba chciała wtedy, by ją pocałował…

Następnego dnia wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Po wczorajszym naprawdę kiepskim i stresującym dniu... chyba liczyła na trochę spokoju. Co mogło pójść źle? Ten dzień zapowiadał się naprawdę dobrze. Poczynając od przebudzenia w ramionach Williama i ich porannym rytuale, przez całkiem znośne śniadanie. Wallace – pomimo tego jaka data widniała na kalendarzu – chyba naprawdę była szczęśliwa. Czasami zdarzało jej się myślami uciekać do tego naprawdę tragicznego wydarzenia, ale… ale koniec końców nie było aż tak źle. W końcu była tu z Hopperem. Który nie umarł w nocy. Który żył, oddychał i wydawał się być w naprawdę dobrej kondycji.
Gdy przyszedł do niej sms, dziewczyna akurat wychodziła spod prysznica. Krzyknęła więc w kierunku Willa, by odczytał za nią bo przecież… i tak miał dostęp do jej wszystkich wiadomości. Co złego tam mogło być, huh? No właśnie. Potem… wszystko potoczyło się lawinowo. Usłyszała wściekły głos mężczyzny, więc opatulona ręcznikiem wyszła z łazienki, obserwując jak naprawdę zdenerwowany mężczyzna wystukuje kolejne numery telefonu i przeprowadza zdawkowe, pełne emocji rozmowy. A potem.. po prostu ją powiadomił, że musi iść. Że Obóz spłonął, a on musi się tym zająć. Wallace chyba zrozumiała. To wszystko działo się zbyt szybko. Pamiętała tylko, jak rzuciła mu nieco smutne spojrzenie, gdy wymawiała to ciche okay. Nie była przekonana, czy był to tylko wytwór jej wyobraźni, czy to się działo naprawdę. Ale poczuła jak mężczyzna w pośpiechu przycisnął wargi do czubka jej wilgotnej od prysznica głowy, a potem obiecał, że pójdą coś zjeść innym razem. A potem… potem została całkiem sama.

/zt x2
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-12-31, 18:50   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


| bezpośrednio z mostu

Czułem się obco, mimo że szliśmy ramię w ramię, zapewne trzymając się za ręce i marznąc równie mocno. Czułem się obco, mimo że przecież się znaliśmy, byliśmy dla siebie stworzeni, tak doskonale było nam w swoim towarzystwie.
Pojebało mnie, pojebało totalnie. Jednak może nie aż tak bardzo jak myślałem? Wciąż miałem problem z zaakceptowaniem siebie, tego, kim byłem. Nie tak bardzo borykałem się z tym problemem na początku, kiedy to miałem przy sobie Yv i Colleen, a potem Albę, tę samą Albę co teraz, jak aktualnie, po tej samotnej przepaści. To była jakaś masakra. I jeszcze te myśli, podłe skojarzenia, niewdzięczne łączenie faktów… Chciałem się pozbyć tego gówna ze swojej głowy.
Zostaliśmy kompletnie sami. O ile nie było tu pluskw. Drzwi były zamknięte na klucz, zaś ja, cóż, ja czułem tak ogromny strach… Jak jeszcze nigdy. Chwila prawd? Tu musiał nastąpić ten moment, wyrzucenie z siebie tego całego błota, które mąciło nasze myślenie przez ten niemiłosiernie długi i podły czas rozłąki... albo sex na zgodę? To drugie brzmiało z kolei tak trywialnie, tak abstrakcyjnie może nawet, że postanowiłem po prostu ją przytulić, by nie odczytywała niczego z mojej twarzy. Cóż, zapominając po raz kolejny o jej emocjonalnej mocy… Cóż, przerażenie musiało wszystko zamącić, zakryć mój męski wstyd, poczucie przegranej i może nutkę podniecenia. Śmierdziałem, btw.
- Wezmę prysznic – szepnąłem jedynie. Na kocham cię, wybacz mi czy kim jesteś i co zrobiłaś z Albą D. będzie czas później, kiedy odetchniemy, ogarniemy się, pobudzimy nieco bardziej do życia. Jakby nie patrzeć, wciąż miałem wyrzuty, że tu jestem. Czułem się jak ścierwo i zapewne tak też wyglądałem, biorąc pod uwagę ostatnie dni, które w połowie były mgliste i mdłe od alkoholu…, i nieprzytomności?
Cóż, zniknąłem gdzieś w łazience, zostawiając Albę ze wspomnieniem mojego dotyku. Co ona na to?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2019-01-01, 11:15   
   Multikonta: Lidia Foney


Połączeni, a jednak niezupełnie ze sobą. Jak mocno naznaczyła ich ta rozłąka? Był tak zagubiony, wewnątrz jakby zły, gubiący kontrolę nad tym wszystkim. Chyba i dla niej nie do końca było to zrozumiałe. Przed chwilą zachowywali się jak para wariatów, uliczni rozbitkowie, którym nie wchodzi się w drogę. Nie przypominali tych bezgranicznych kochanków. Wciąż myślała o tym, gdzie był przez te wszystkie samotne dni. Czy jej szukał? Czy pamiętał o niej? To złe, boleśnie wyznaczające się na dnie serca. Brakowało jej siły, aby porozmawiać. Milczała, niespecjalnie szukając jego spojrzenia. Po prostu czuła, że jest obok. To miało moc wielką i chyba wystarczyło. Jednak ta niewidzialna przegroda trwała między nimi. Słyszała szept jego emocji, który rozpraszał jej własne. Schował się z nią tutaj, choć znów podjął próbę ucieczki. Naprawdę chciał tu być? Przy niej?
Powiodła za nim wzrokiem, kiedy wszedł do łazienki. Zaraz sama zapadła się w kanapie, która okazała się dość miękka. W starym telewizorze odbijało się migające światełko lampy z zewnątrz. Alba wpatrywała się w to odbicie, trwając tak przez moment, bez myśli, bez obecności. Wreszcie wstała i odgarnęła włosy. Zasunęła zasłony i zaczęła zrzucać z siebie ubranie. Kawałek po kawałeczku. Nieco niepewna złapała blond loczka i ścisnęła go między palcami. Tak bardzo nie powinna. Otworzyła drzwi i weszła do środka.
Mglista para mogła skryć jej strach? Odsunęła zasłonkę i wsunęła się pod strumień. Jeszcze drobniejsza, blada i naznaczona śladem płomienia. Przyłożyła palec do jego ust, a za chwilę przyległa ostrożnie do ukochanej piersi. Gładkie, drobne ręce wyznaczyły jasny szlak na jego wyrysowanych plecach. Przyłożyła głowę do piersi i przymknęła oczy. Nic nie chciała. Tylko przytulić się, zmyć sadzę z ich udręczonych myśli. Ciepło wody było przyjemne, uświadomiło jej, że przez te długie minuty na moście wychłodziła się. Nie czuła tego, bo emocje przysłaniały jakiekolwiek sygnały ciała. Jednak teraz powoli się uspokajała. Wciąż nie była pewna, czy nie wystawi jej zaraz spod wody i czy chciał jej tutaj, przy sobie. Nie umiała się powstrzymać, nie panowała nad potrzebą bliskości. Tak okrutnie za nim tęskniła. Odsunęła na moment główkę od jego piersi i odważyła się spojrzeć z dołu na niego. Ten martwy czas coś im odebrał. Jednak ta chwila szeptała o nadziei. Czy mogli się uratować?
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2019-01-01, 15:47   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


Niestety, ku mojemu przerażeniu, woda nie tylko zmywała z nas metaforyczną sadzę. Czarny pył spływał po mnie, odsłaniając skrupulatnie okryte siniaki i świeże rany, nowe blizny. Z początku bolały, ale faktyczne wychłodzenie i poczucie bezsilności amortyzowały to wszystko, zadając mojemu ciału, mojemu umysłowi… Po prostu bolało. Miałem ochotę płakać. Stać pod prysznicem i płakać. Ja, Aaron Bartowski, twardy i silny mutant, biegający jeszcze nie tak dawno na misje Bractwa. Na szczęście – serio – do łazienki weszła Alba, co oznajmił mi delikatny powiew chłodnego powietrza.
Owszem, czułem się ścierwem niegodnym jej osoby, ale kiedy tak wsunęła się pod prysznic, kiedy położyła palec na moich wargach, a szczególnie kiedy wtuliła się w moją pierś, stałem się rozbrojony jakby z tego, co złe we mnie. Zmniejszyłem poziom gorącej wody, by jej nie poparzyło, i objąłem ją czule, gładząc po plecach. Teraz czułem się jak ktoś, kto przez ten podły czas leżał chory w szpitalu bez nadziei, która właśnie teraz się odnalazła. Tak, była nadzieja! Mogłem wyzdrowieć! Może nawet niebawem, kiedy tylko to wszystko się zabliźni, wyjdę z metaforycznego szpitala i będę żył tak, jak żyłem wcześniej. Na tę myśl, otuliłem ją jeszcze bardziej i patrzyłem wzruszony w jej oczy. Ona chyba czuła to samo…
Ale przerwałem nasze spojrzenia. Nie byłem pewny, jak długo je wytrzymam, ani tym bardziej nie potrafiłem przewidzieć, dokąd nas ono doprowadzi. Obawiałem się. Sam nie wiem, jakiej reakcji, jakiej odpowiedzi na… Na co? Czułem się winny. Może obawiałem się, że ona również wskaże mnie palcem i w jednej chwili przekreśli? Miała do tego prawo. Może nawet powinna… Meh.
Złapałem za słuchawkę od prysznica i skierowałem strumień wody na jej plecy. Musiałem czymś zająć ręce, inaczej źle by się to wszystko skończyło. Jej ciało mi tak bliskie, tak znajome od tej nocy spędzonej wspólnie w opuszczonym kościele, który zapewne aktualnie już nie istniał. Ale byliśmy blisko i moje dłonie ciągnęło do dalszego zagłębiania się w jej ciało, odrysowywania drogi, którą miałem okazję pokonać tyle razy, tyle razy tak wiele miesięcy temu…
- Nie za gorąca? – zapytałem, znowu na nią spoglądając, i złapany w jakąś pułapkę zaaferowania pozostawiłem jej plecy bez oparcia, a za to palcami delikatnie przesunąłem po jej wargach. Nie trwało długo, gdyż zaraz ją pocałowałem. Powoli i czule. W głębi mojego ciała odezwało się coś dotąd uśpionego.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2019-01-02, 12:37   
   Multikonta: Lidia Foney


Nie o głębie pocałunków chodziło. Nie o zbudzenie zakurzonych w odmętach wojny namiętności. Chciała tylko być blisko, znów go poczuć u swojego boku. Móc objąć i poczuć, że sama również była obejmowana. Milczenie, gra spojrzeń i ciężkie krople w zawrotnym tempie opatulające ich przyklejone ciała. Niczego nie planowała, wchodząc pod jego strumień. Nawet się bała to zrobić, bo przed niedługo chwilą gotowi byli przecież się pozabijać. Kochała go. To uczucie nie zgasło. Aaron patrzył, a ona czuła, jak łagodnieje. Pozwalał jej uwierzyć. Nawet jeśli obydwoje naznaczono cierpieniem, jeśli udręczono ich ciała, próbowano złamać dusze, to pamięci o ukochanym nic nie zdołało wyplenić. Był dla niej najpiękniejszy, choć oglądanie blizn i śladów bólu wydartych na wymalowanym płótnie jego skóry nie należało do najprzyjemniejszych. Mogła sobie tylko wyobrazić, jak poczuł się on, czując pod palcami jeszcze więcej jej kości. Marnieli. Potrzebowali rozpalić się na nowo.
Drgnęły jej usta, czując tam jego palec. Lekko przymknęła powieki i zrobiła ruch, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Woda była dobra, przyjemnie ciepła, choć parzyła jej oparzenie. To nic. Nie chciała, aby się tym przejmował. Sama również odgradzała się od tego odczucia, skupiając się w pełni właśnie na Aaronie. Mruknęła rozanielona, gdy połączył ich wargi. Odruchowo, jakby niesiona na skrzydłach, stanęła na palcach i przesunęła dłonie z jego pleców na ramiona. Czule oplotła je dotykiem i przysunęła ich jeszcze bliżej do siebie. Jak dobrze było na nowo spleść się z nim, jak dobrze było przekonać się, że nie umarła, że potrafi jeszcze cokolwiek czuć. Nieśmiałe były jej odpowiedzi, choć zarysowane pragnieniem bardzo silnym. Trochę tak, jakby całowali się po raz pierwszy, jakby uważała na każdy gest warg. Bez konkretu, bez dzikości. Tylko ostrożna, powolna czułość.
Zaraz odkleiła się od niego i popatrzyła przenikliwie w te kochane oczy. To on. To naprawdę on. Błądziły jej dłonie po jego rękach, po piersiach, po brzuchu. A wreszcie odwróciła się tyłem, wtulając w niego swoje plecki, opierając głowę, wyginając się dla niego. Dłonie jego ułożyła na swoim brzuchu i pokryła je swoimi. Tak zastygła. W tym objęciu wydawało jej się, że jest bezpieczna i kochana. Nieco strachliwie poprowadziła jego jedną dłoń nieco w dół swojego ciała. Co czujesz, kiedy po wielu miesiącach wygaszenia zaczynasz płonąć? Uruchamiał jej ciało. Mógł to zrobić jedynie on – nikt inny. Wymruczała jego imię, wczepiła się w niego jeszcze mocniej, to serce naprawdę biło. Zatrzymał się tylko czas. Ten moment mógł trwać długo. Tak długo, aż zdołają połączyć się na nowo.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2019-01-05, 20:25   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


| +18

Strumienie wody spływały po nas, oczyszczając kolejne warstwy z brudu samotnej codzienności. Staliśmy, całowaliśmy się, dotykaliśmy – proste i naturalne czynności, a miały w sobie magię, której nam brakowało przez ostatni czas, by móc żyć, cholera, naprawdę prawdziwie żyć. Bez tego powolnie umieraliśmy, więdliśmy, jak to ujmowała Alba w swojej ślicznej główce. Byliśmy wrakami siebie, ale powoli wszystko wracało do normy.
Przypominaliśmy sobie kształty naszych ciał. Ona odkrywała kolejne skrawki moich pleców i ramion, kiedy ja błądziłem po jej twarzy, ramionach, talii, pośladkach…, gdzieś w trakcie się gubiąc w tym wszystkim, uciekając. Utraciłem pewność siebie. Już nic nie było dla mnie stabilnym. Drżałem na myśl, że my to jednak bujda, kolejne majaki alkoholika albo – co gorsza – jakaś manipulacja. Różni mutanci biegali po świecie, a ci, z którymi walczyłem, potrafili mieć naprawdę podłe moce.
Na szczęście Alba nie pozwoliła mi uciec, odczepić się od bliskości. Odwróciła się, wtulając się w moją pierś plecami. Nie powiem, pomogło mi to bardzo. Nie czułem stresu związanego z przewidywaną gwałtowną zmianą jej wyrazu twarzy. To co, że taka nie miała nastąpić. Obawiałem się, bo istniała w ogóle taka ewentualność i że moja pewność mogła się ponownie zachwiać.
Musnąłem ustami jej mokre włosy i skrzętnie otuliłem ramionami. Pozwoliłem sobie nawet na więcej, na złamanie swojej bariery, co nie obyło się bez lekkiego dyskomfortu. Moja dłoń poruszyła się zgodnie z jej wolą. Może nawet dalej? Pochyliłem się nieznacznie i do delikatnego masażu palcami jej łona dołączyły pocałunki na szyi. Właściwie, kilka cmoknięć. Coś we mnie kazało zacząć kąsać jej skórę, zadzierać z Albą, jeszcze mocniej, aktywniej pobudzić jej ciało.
Palce stały się bardziej zachłanne. Usta, gdzieś pomiędzy kąsaniem, szeptały jej imię, łapały wargami za uszko, całowały policzek…
Tęskniłem. Kochanie, tęskniłem za tobą. Przyjmij mnie w sobie i już nigdy więcej nie pozwól nam na rozstanie. To było niepotrzebne. Nie powinienem tego spowodować. A jednak… I wciąż to gdzieś tam chodziło po mojej głowie niczym karakan – niepotrzebnie.
Dokładnie, niepotrzebne. Miałem ją tu. Znowu byliśmy razem. Przeszłość nie była istotna, przyszłość mogła być nasza – tego powinienem się trzymać. Szczególnie kiedy miałem ją w swoich ramionach. Taką delikatną i zgrabną, ocierającą się o mnie niechcący… a raczej, znając ją, robiła to naumyślnie. Heh. Już zapomniałem, jak to było być z nią, jaka była z niej niewinna panna.
Sprawdziłem niegrzecznie paluszkiem jej podniecenie. Zapewne zmusiłem ją do pochylenia się i zaraz w nią wszedłem. Cóż, uprzedzenie było, przyzwolenie raczej otrzymałem. Alba mąciła w mojej głowie. Oczywiście nie robiła tego za pomocą swojej mocy jako mutanta. Po prostu używała swych kobiecych wdzięków i kobiecej przebiegłości. Czy ja właśnie byłem gwałcony?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2019-01-11, 00:47   
   Multikonta: Lidia Foney


Snuł opowieść o jej ciele, jakby je poznał, potrafił skutecznie uruchomić. Zapadała się w okalających ramionach, czując, jak napięcie w kolanach zanika. Gdy obraz stawał się gęsty, rozmazany, a w uszach szumiał jej jego oddech, pewna była obecności Aarona. Niedawno jeszcze zdawał się tak nierealistyczny i urojony. Tylko czy te palce wsuwające się w jej rozpalone wnętrze mogły być fanaberią? Każde muśnięcie stawało się igiełką, wędrowało błyskawicznie do wrażliwych miejsc, urastało do rangi doznania nieopisywalnego. Jakże mógł mieć wątpliwość? Jakże mógł dalej rozważać poprawność tej pieszczoty?
Przypomniała sobie, jak dotknął jej tak pierwszy raz. Wtedy dotarł niespodziewanie do ust, rozgrzał przestraszone serce, które czuło coś, czego nigdy nie powinno. Stali się wtedy wbrew prawu. Przeniknął do niej, więc więdła, nie mając go przez ostatnie miesiące blisko. Pod mocą jego badającego muśnięcia ożywała. Ciało wyginało się, chcąc wtulić mocniej, otrzeć milej. Szepnęła jego imię. A potem znów. Ścisnęła męski nadgarstek, bo zdało jej się, że nie wytrzyma. Tak dobrze jej było, tak po prostu dobrze odkryć, że nie umarła. Wystarczył jej on. Walić zło całego świata, walić…
I wygiął ją, gdy tak niespodziewanie wtargnął. Zamarło jej serce, zacisnęło się mocno całe ciało. Mruknęła coś niezrozumiałego i oparła dłoń o pożółkłe kafelki. Plecy osunęły się nieco w dół, a pośladki wtuliły głębiej w niego. Stała niemal na palcach, dobitnie teraz odczuwając, jak bardzo malutka była przy nim. Nie zniechęcało jej to. Wreszcie go czuła. Mogłaby poudawać, że to nie tak, że wcale nie prowokowała. Nieprawda. Połączenie musiało zwieńczyć ten dramatyczny powrót. Musiało dotkliwie i brutalnie uświadomić jej, że to wcale nie jest sen. Bo kiedy wdzierał się do niej, kiedy drażnił najwrażliwsze punkciki, to budziła się. Może to ta stara Alba? Trochę inna, delikatniejsza w tym wychudzonym ciele, ale silniejsza tam w środku, w sercu. Sklejała się jej dusza – dokładnie teraz.
Ostatkiem sił zdołała odsunąć biodra od niego i umknąć. Obróciła się gwałtownie i przykleiła rozgrzane plecy do tej chłodnej ściany. Milion dreszczy uderzyło, ale nie czuła ich. Był tylko on. Przyciągnęła więc go mocno do siebie i dorwała nieznośnym pocałunkiem te ukochane usta. Ścisnęła mocno jego ramiona i przesunęła dalej palce w dół i w dół… Potem popatrzyła na Aarona, jakby się zamyśliła. – Podnieś mnie – powiedziała wreszcie, próbując się przedrzeć przez krzyk tysięcy kropli wody. Słowa te zabrzmiały jak zaklęcie - kryła się za nimi moc, ale daleko im było do prośby.
Czy miał siłę? Czy kochał ją wciąż tak mocno jak kiedyś? O tym wszystkim myślała, pieszcząc delikatnie jego włosy i drażniąc ustami ucho.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
  
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2019-01-13, 13:34   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


| NUDESKIII

Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie? Chyba właśnie mieliśmy, bo inaczej nie można było nazwać tej zgody, która pomiędzy nami nastała, tego zrozumienia i przede wszystkim miłości.
Trzymałem ją za biodra, obejmowałem w talii, głaskałem plecy. Małe skrawki Alby, mniejsze niż ostatnio, jakieś takie sentymentalne, jakieś piękne. Było jakoś inaczej. Ponoć na zgodę najlepszy był seks… Może to prawda? Może wtedy smakował najlepiej, kiedy nasze zmysły, emocje były podrażnione, kiedy naładowani byliśmy negatywną energią, która potrzebowała ujścia z nas, która mogła oto w ten jakże przyjazny sposób umknąć z naszych organizmów.
Dziki taniec i krople prysznica wszędzie, niczym deszcz zmywające z nas troski. Alba jak zwykle odważna, harda i nieposkromiona, a zarazem delikatna i eteryczna… Uciekła, zabrała mi swoje wnętrze, odwróciła się do mnie przodem. Zamarłem, póki dokładniej nie zbadałem jej wyrazu twarzy. Wtedy nie wiem, czy to ona bardziej, czy ja… Po prostu znowu byliśmy blisko siebie, czułem jej ciepłą dłoń na swoim przyrodzeniu i smakowałem językiem jej gęsiej skórki na szyi.
Nie musiała drugi raz powtarzać. Jej głos… Uśmiechnąłem się chyba nawet. Może nie miałem formy równej tej sprzed mojego odejścia, ale najgorzej ze mną raczej nie było. Chwyciłem ją pewnym ruchem za pośladki i podniosłem w górę. Byliśmy znowu tak blisko siebie. Jakieś szaleństwo. Moje usta, jej usta.
Mocniej przyparłem ją do ściany i odnalazłem ponownie drogę do jej wnętrza. Kilka nieśmiałych ruchów wybadujących teren, a potem czyste szaleństwo. Gdybym potrafił tworzyć płomienie, nasz pokój i cała łazienka już by płonęły. Może nawet cały motel?
Niepewność gdzieś zniknęła. Byliśmy tylko my dwoje i spadające na nas krople. Szeptałaś coś, ja coś ci odszeptywałem i obsypywałem losowymi pocałunkami, kiedy wchodziłem w ciebie raz za razem. Tak niesamowicie czułem ciebie, miałem nadzieję, że ty czułaś to samo… i chyba czułaś, bo widziałem wyraz twojej twarzy.
Chyba w tej chwili byliśmy niesamowicie szczęśliwi, oderwani od świata i trosk.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
  
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 5