Poprzedni temat «» Następny temat
Trail's End Motel
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-04-01, 01:20   Trail's End Motel




Motel tani niczym niesmaczny, zepsuty barszcz. Nikt nie wie, jakim cudem to miejsce nadal nie zostało wyburzone czy zastąpione jednym z tych wysokich, nowoczesnych budynków, które rosną w tej okolicy niczym grzyby po deszczu. Jedno jest jednak całkowicie jasne - tu nikt nic nie wie, nikt o nic nie pyta, a moje zwłoki są twoimi zwłokami. Warto wpaść tu na godzinkę. Dosłownie na godzinkę, bo nikt normalny nie zagrzewa tu miejsca przez całą dobę.
[Profil]
 
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-02, 17:57   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


/ bezpośrednio po marszu

Cały czas miał na uwadzę, że wszystko może nie pójść po jego myśli. Byłby głupcem, sądząc że jakimś cudem uda mu się wyjść z tego bez jednego zadrapania. W myślach napisał już kilka czarnych scenariuszy. Próbował odpowiedzieć sobie na pytanie co by było gdyby… Jednak nie wziął pod uwagę tego, że może zostać ofiarą opętanego paniką tłumu. Na moment kompletnie stracił kontrolę nad tym co się działo. Wystarczyła chwila i został sprowadzony do parteru. Wbrew pozorom nie było łatwo podnieść się, gdy tabun przerażonych ludzi biega po tobie jak po szkolnej bieżni.
Próbował poderwać się do góry, łapać za ubrania ludzi, ale ilekroć udało mu się unieść do góry, ktoś na nowo przyciskał go do ziemi. Nie miał szans w starciu z siłą tłumu. Początkowo wydawało mu się, że nic nie czuje. Nagły przypływ adrenaliny spowodowany byciem w potrzasku sprawił, że nie odczuwał bólu. Nie czuł wielokrotnych uderzeń głową o ziemię, nie czuł jak pod ciężarem stóp pogrążonego w strachu tłumu pękają mu żebra. Właściwie przez kilka krótkich sekund nie wiedział co się wokół niego dzieje. Być może stracił na chwilę przytomność, po tym jak jego głowa kolejny raz uderzyła o twardy beton. Nie potrafił dokładnie przywołać momentu, w którym zdecydował się na kolejną próbę. Udało mu się złapać kogoś za płaszcz w momencie, gdy zdawało mu się że tłum się trochę rozrzedził. Jego wybawiciel nie miał jednak tyle siły, by pomóc mu odzyskać pion. Podobnie jak Billy po zaledwie kilku sekundach upadł na ziemię.
Nie szkodzi. Billowi udało się utrzymać równowagę na tyle, by złapać za ubranie kolejną osobą, pociągnąć za sobą, a potem kolejną, nie zwracając uwagi na to, że każda z skończy jak on albo gorzej. Przez chwilę instynktownie posuwał się z tłumem, ale odzyskawszy odrobinę rozsądku odłączył się od grupy. Sam do końca nie wiedział jak doszło do tego, że znalazł się w motelowym pokoju. Ludzie uciekali w przeróżne strony, szukając schronienia. Nie było mu to na rękę, ale zdawał sobie sprawę z tego, że on też powinien. Miał skręconą kostkę. niedawno zagojone żebra znów odzywały się do niego dobrze znanym bólem. Utrzymanie równowagi sprawiało mu trudność. Oberwał w głowę. Porządnie. Musiał się gdzieś nim skryć zanim jakiś nadgorliwy policjant nie postanowi go wylegitymować. A może będę próbowali odnaleźć strzelca? Nie miał nawet sił wrócić w tym momencie do domu. Musiał znaleźć schronienie. Jak najszybciej.
Właśnie w taki sposób znalazł się w starym motelu. Jak widać nawet właściciel nie miał zamiaru pilnować tego wątpliwej rangi przybytku w takich okolicznościach. Recepcja była pusta. Zawinął klucz do pokoju, który wydawał mu się najbliżej. Ledwo wygrał walkę z zamkiem. Nawet nie zamknął za sobą drzwi, bo po chwili bezwładnie osunął się na ziemię.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-02, 19:00   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


#10

Niezwykle szybko, przynajmniej jak na ranną i posiniaczoną osobę, maszerując w jakimś - nawet samej sobie bliżej nieznanym - kierunku, wcale nie czuła się aż tak wykończona. Być może powinna być wyczerpana, słaniać się na nogach, mając serdecznie dosyć wszystkiego, ale tak nie było. Wręcz przeciwnie, kolejne ruchy Cassandry były zamaszyste i stanowcze, choć kobieta nie przecież wiedziała, gdzie powinna iść. No, przynajmniej prócz tego, że chciała po prostu znaleźć się jak najdalej Matilde i całej reszty tego kosmicznego gówna, jakie otaczało jej rzekomą najlepszą przyjaciółkę.
Najpewniej to właśnie w tym tkwiła także istota nagłego kopa energii, jakiego dostała Gardner, ale ta nie chciała nawet o tym myśleć. Opuszczając mieszkanie w Chinatown, postanowiła nie tylko fizycznie, lecz także psychicznie odciąć się od wszystkiego, co doprowadziło ją do aż takiego zdenerwowania. Od poczucia zdrady, niesprawiedliwości czy też frustracji. I wolała wszystko - naprawdę wszystko - od powrotu do tamtego miejsca. Nawet jeśli zapomniała o kluczykach do samochodu Fay, jedynego środka transportu, jaki mogła wziąć, by znaleźć się znowu w obozie - autobusy i autostopy odpadały z wiadomego względu - a ona nie miała przy sobie ani gotówki, ani karty bankomatowej.
Ostatecznie... Byli jednak w dwudziestym pierwszym wieku, czyż nie? Skoro miała przy sobie telefon, nie była całkowicie w czarnej dupie. Zwłaszcza że nie musiała ryzykować odwiedzaniem jakichkolwiek większych sklepów, gdyż przynajmniej zdążyła się przebrać. Co prawda, w raczej za duże, męskie ciuchy kradzione wprost z szafy znajomego Tilly - zatrzymując tylko własną, lekko przepraną kurtkę i zimowe buty na obcasie - ale najważniejsze, że nie była już zakrwawiona. Teraz musiała znaleźć tylko jakieś ustronne, dyskretne, jak najmniej rzucające się w oczy miejsce, w którym mogłaby spędzić kilka kolejnych godzin lub dzień, może dwa. Do czasu, gdy D.O.G.S. odpuści sobie poszukiwania uciekinierów z marszu pokojowego.
Nie zamierzała kryć się po opuszczonych budynkach, przyczajać w miejscach, które aż wołały jesteśmy kryjówkami zbiegłych mutantów. Być może właśnie dlatego, gdy dostrzegła prawie wypalony neonowy znak motelu, postanowiła właśnie tam skierować swoje kroki. Mieszkając jeszcze w Seattle, słyszała o podobnych miejscach, uznając je teraz za całkiem obiecujące. W końcu, jak się nie ma, co się lubi, nie? Zimą słońce zachodziło szybciej, a ona nie chciała skończyć spędzając noc na ulicy. Być może było to obecnie zbyteczne zmartwienie, ponieważ godzina nie była jeszcze taka późna, ale... Lepiej było spędzić całe popołudnie pod dachem, niżeli dalej błąkać się po ulicach.
Jak na złość, kompletnie nie myśląc o tym, że mogłaby nie móc tego zrobić, weszła do czegoś na kształt holu przed recepcją, planując zapłacić telefonem i wykorzystać do tego pieniądze z lewego konta - założonego na osobę, która nawet nie istniała. Nie przewidywała problemów. O ironio, wcale nie fałszywym kontem, nie z brakiem jakichkolwiek dokumentów, a... Z telefonem. Z tym nieszczęsnym telefonem, którym - niespodzianka! - nie mogła zapłacić.
Płatność tylko gotówką... Taki oto piękny napis powitał ją na tablicy jeszcze przed wejściem na recepcję.
Prawdę mówiąc, mogła się tego spodziewać, nie? Urok podobnych miejsc i te sprawy, jednak wizja błąkania się po mieście, gdy D.O.G.S. na pewno posłało patrole na ulice... Wygrała z chęcią respektowania braku innych sposobów płatności. Zwłaszcza w chwili, w której Cass dostrzegła całkowicie puste pomieszczenie bez monitoringu. Wystarczyło wyłącznie sięgnąć przez ladę po klucz, przemykając się w kierunku drzwi i ruszając korytarzem do złapanego pokoju.
Planowała po prostu zniknąć wewnątrz, zostawiając klucz w drzwiach tak, aby nikt nie mógł otworzyć ich od zewnątrz. Brzmiało banalnie prosto, nie? I ile by dała, aby właśnie takie było...
Niestety, zupełnie jak w przypadku płatności telefonem, tu także nie wzięła pod uwagę jednej, pozornie drobnej rzeczy - łazienki dzielonej między dwoma pokojami. Zamkniętej łazienki dzielonej między dwoma pokojami. Chcąc wejść do środka, napotkała, cóż, najwyraźniej zablokowany zamek. Po wstępnym zapukaniu i poirytowanym westchnięciu, jakie z siebie wydała, nie postanowiła jednak zwyczajnie zaczekać na zwolnienie ubikacji. Złapała się bowiem na tym, że coś jej świtało. To natomiast sprawiło, iż postanowiła ponownie wymknąć się na korytarz, podchodząc pod lekko uchylone drzwi drugiego pokoju.
Niepomna tego, o czym to zazwyczaj świadczyło - przynajmniej w podobnych miejscach, gdzie zwłoki można było znaleźć nawet pod poduszką - zapukała delikatnie, po czym pchnęła je, prawie natychmiast czując opór. I choć prawdopodobnie powinna była się wtedy wycofać, skoro tak bardzo nie potrzebowała kłopotów, zamiast tego... Cóż, wślizgnęła się do pomieszczenia, jak najmocniej wciągając brzuch.
- O kurwa. - Było następnym, co w dosadny opuściło jej usta.
Powinna wyjść... Czy to zrobiła? Owszem, udając się jednak nie na zewnątrz, a wprost do łazienki, by zgarnąć stamtąd wątpliwie higienicznie wyglądającą szklankę i nalać do niej lodowato zimnej wody. Tej samej, która zaledwie kilkanaście sekund później znalazła się na głowie Sandersa. Nie potrafiła nawet powiedzieć, jak mocno łomotało jej teraz serce.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-02, 23:36   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Nie wiedział na jak długo stracił przytomność. Jak przez mgłę pamiętał wszystko co zdarzyło się po tym jak wyszedł z budynku. To wszystko było jak jakiś senny koszmar. Realistyczne obrazy mieszały się z typowo onirycznymi wizjami jakby z innego wymiaru. W tym momencie nie był w stanie powiedzieć co właściwie tutaj robił, jak się tutaj znalazł, po co w ogóle przyszedł na marsz pokojowy. Miał zadanie? Ale czy je wykonał? Jego umysł odmawiał mu posłuszeństwa. Nie był nawet pewien czy przestał śnić. Może to kolejna klatka z jego koszmaru? Poczuł zimną, rzadką ciecz spływającą po jego twarzy. Zanim się poruszył z jego ust wydobył się krótki, bolesny jęk. Dopiero teraz poczuł ogrom swoich obrażeń. Wyczuł czyjąś obecność. Działał instynktownie. Czuł się zagrożony. Zmusił się, by otworzyć oczy. Wydawało mu się, że wciąż śni. Że wielkie, ciemne, wpatrzone w niego z przerażeniem oczy są tylko igraszką jego umysłu. Zadziałał instynktownie. Wymusił działanie na obolałych mięśniach. Jego dłoń zacisnęła się w żelaznym uścisku na szyi przeciwnika. Może i był ledwo żywy, a jednak wciąż był w stanie wydusić z kogoś życie jeśli chodziło o własne przetrwanie. Nie minęło jednak kilka sekund, by zdał sobie sprawę co robi, że to co widzi jest jak najbardziej realne. Puścił ją, delikatnie odpychając od siebie jakby bał się, że za moment znów coś oderwie go od rzeczywistości i wtedy dokończy to co zaczął.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, czując przenikliwi ból w okolicach prawego żebra. Krew powoli zaczęła przysłaniać mu pole widzenia. Gęsta, śmierdzące metalem ciecz powoli na nowo zaczęła pokrywać jego twarz. Był tak obolały, że nawet nie był pewien gdzie znajdują się zadrapania. Po prostu czuł, że ma krew na twarzy, na rękach, na ubraniu. - Przepraszam. - wyrzucił z siebie, starając się kontrolować swój oddech. Ból żeber przy ostatnim spotkaniu, wydawał się być zaledwie czułą pieszczotą w porównaniu z tym co czuł teraz. Jego położenie było dość żałosne. O to wielki William Sanders leżał na podłodze, pokryty krwią, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Wątpił czy jest w stanie w ogóle wstać z ziemi, bo cały świat wirował wokół niego. - Teraz masz mnie całego. - wykrzywił usta w bolesnym grymasie, nie mogąc powstrzymać tego przesiąkniętego ironią komentarza. Nie potrafił odgadnąć jej intencji. Nie wiedział co do cholery tutaj robiła. Pojawiła się tutaj znikąd. Widział ją dzisiaj. Teraz to pamiętał. Widział ją w tłumie. Leżała na ziemi. Była tam, a on znów był niemądry, bo zamiast uciec, musiał strzelić w tego pieprzonego pajączka. W imię czego? Swojej żałosnej, fałszywej miłości. Najwyraźniej sam nie potrafił kontrolować swoich odruchów. Nie kontrolował niczego jeśli w odległości kilku stóp od niego znajdowała się Cassandra Gardner. Ludzie mieli różne słabości. Jedni bali się ciasnych pomieszczeń, wysokości, psów, igieł… On miał Cassie. Ona pozbawiała go zdrowego rozsądku. Gdyby nie ona pewnie bezpiecznie oddaliłby się z resztą tłumu. Gdyby nie jej obecność, pewnie nie obracałby głowy za każdym razem, by spróbować dojrzeć co się z nią stało. Cholerna Gardner.
Złapał się z jednej z najbliższych szafek, by podnieść się z ziemi. Tandetna lampka wylądowała na ziemi, ale Billowi udało się wstać. Świat wokół wirował, ale zmusił się by ruszyć w stronę uchylonych drzwi łazienki, niezdarnie przewracając wszystko na swojej drodze. W łazience zatoczył się na wannę, opadając na nią ciężko. Cudem nie wylądował na ziemi. Wolał nie patrzeć w lustro. Mimo bólu, niezdarnie zaczął ściągać kurtkę, warcząc przy tym gniewnie. Nie chciał, by go takiego widziała. Miał tylko nadzieję, że postanowi go porzucić tak szybko, jak on porzucił ją, gdy dowiedziała się prawdy. Byliby wtedy kwita.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-03, 00:42   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Dlaczego nie mogła tak po prostu zostać w pokoju, skoro już wybrała sobie ten felerny, przeklęty klucz? Co podkusiło ją do wyjścia na korytarz i pchnięcia cholernych drzwi do pomieszczenia, w którym wcale nie zamierzała przebywać? I, prawdopodobnie nader wszystko, czemu nie mogła trafić na zwykłego, przypadkowego trupa kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziała na oczy? To byłoby znacznie prostsze do przełknięcia. Nie planowała przecież ładować się w jakiekolwiek kłopoty. Mogłaby z czystym sumieniem wyjść, niczego nie dotykając, pozostawiając całą sprawę na głowie kogoś innego. Szczerze wątpiła, że mieli tu jakąś lepszą i bardziej zaangażowaną obsługę, ale prędzej czy później znalazłby się ktoś, kto także wpadłby na niespodziankę.
Tymczasem teraz, przy takim obrocie spraw... Cassandra nie potrafiła obrócić się na pięcie i wyjść. Wręcz przeciwnie, stała niczym zastygła w miejscu, wpatrując się w widok pod jej stopami. Nim się obejrzała, już ostrożnie schylała się ku mężczyźnie, jeszcze delikatniej przystawiając dłoń do jego ust. Jeśli dobrze pamiętała - a wielokrotnie odtwarzała przecież tamte sceny w swoim umyśle - przewidywała taki obrót spraw. Ba, wręcz mu tego życzyła, jednakże w zderzeniu z rzeczywistością, to... Nieprzewidzianie zabolało. I znów, zupełnie niczym za dotknięciem jakiejś bardzo złośliwej różdżki, nie za bardzo wiedziała, co powinna zrobić. Za nic w świecie nie zamierzała przyznać, że się martwiła, że to wywarło na niej aż takie wrażenie. Być może ta szklanka lodowatej wody była bardziej dla niej niż dla Billy'ego. Być może to właśnie tym Cass chciała podkreślić własną nieczułość.
Cokolwiek nie siedziało jej w głowie, jedno było pewne. Nim się obejrzała - mimo wszystko, nie stojąc, a klęcząc naprawdę blisko nieprzytomnego - dostrzegła ruch, a jej wzrok natrafił na dosyć nieprzytomne spojrzenie. Prawdopodobnie powinna była wziąć pod uwagę to, że nie powinna budzić Sandersa w taki sposób, ale... Prawdę mówiąc, nie miała nawet chwili, by pomyśleć o własnym błędzie, chwilę później czując lodowate palce zaciśnięte na szyi. Rannemu czy nie, nie zamierzała pozwolić Billy'emu na podobne gesty. Nie po tym wszystkim, co przeszła tego dnia. Zbierając siły do odepchnięcia się od niego, nie musiała jednak robić zbyt wiele. Puścił ją, a ona odruchowo przesunęła się aż pod najbliższą ścianę, łypiąc na niego z mieszaniną obawy o życie - jego, swoje... - i urazy.
- Okej... - Wydusiła z siebie po kilkunastu sekundach, nie za bardzo wiedząc, co miałaby odpowiedzieć na podobne przeprosiny. Miał, za co ją przepraszać. Oj, zdecydowanie miał, ale w obecnej sytuacji jakoś tego nie potrzebowała. Sama zresztą nie wiedziała, co było jej teraz potrzebne. Prócz odzyskania rezonu, by zacząć formułować trochę głębsze zdania.
- I co ja mam z tobą zrobić? - Odpowiadając, nie spuszczała wzroku z mężczyzny. Nie ruszyła się jednak, by pomóc mu w podniesieniu się z ziemi. Wręcz przeciwnie, dalej siedziała na podłodze, wpatrując się w niego i jego próby zachowania godności. To byłoby nawet zabawne, gdyby nie powaga sytuacji. To, jak ciężko mu najwyraźniej było poprosić. Otworzyć usta, powiedzieć kilka słów i otrzymać coś, co uznałaby za odwdzięczanie się. Miała przecież u niego pewien dług. Czy to nie działało w ten sposób?
Dopiero łoskot dobiegający z łazienki sprawił, że Gardner postanowiła wreszcie ruszyć się z miejsca. Wzdychając i zmęczonym ruchem odgarniając sobie włosy z czoła, ruszyła w kierunku uchylonych drzwi, jednocześnie nogą zamykając te wejściowe. Nie zamierzała pukać. Po prostu pchnęła klamkę, stając w przejściu i obdarzając mężczyznę spojrzeniem.
- Rozbijesz sobie głowę. - Zakomunikowała niewiele mówiącym tonem głosu, w którym dało się jednak wyczuć pewną... Przyganę. - Daj to. Kto cię tak załatwił? - Nie zamierzała się sprzeczać. Była na to zbyt zmęczona, za bardzo rozdrażniona. Po prostu wyciągnęła rękę po kurtkę, robiąc krok wgłąb łazienki. To nie było miłosierdzie. Sama nie do końca wiedziała, co zamierzała tym osiągnąć.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-03, 01:28   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Jak widać Ten rządzący wszechświatem uwielbiał przecinać ich ścieżki. Można to uznać za zrządzenie losu, działanie jakiejś nadludzkiej siły, przeznaczenia, tudzież fatum. Ze wszystkich miejsc, w których miała się znaleźć, ze wszystkich przydrożnych moteli, pokojów w tym żałosnym przybytku musiała być właśnie tutaj. Jak wiele złego musieli zrobić w swoim życiu, że karma wracała do nich w tak okrutny sposób. Nie pozostawiano im wyboru. Zawsze ich losy się splatały, a gdy w końcu oni mieli szansę przejąć nad nim kontrolę… komplikowali to jeszcze bardziej. O ile prościej by było, gdyby zdecydowała się go tutaj zostawić na śmierć. Miałaby do tego prawo. Był jej wrogiem. Był zagrożeniem. Był wszystkim tym co powinna nienawidzić, a jednak wciąż tu była, a on wcale nie był bez winy. Bo mógł sprawić, żeby go bardziej nienawidziła. Mógł strzelić półtora roku temu, mógł strzelić przy ich ostatnim spotkaniu i mógł strzelić gdy widział ją na ulicy. Nie potrafił. Ona jak widać też nie potrafiła. Mogła to teraz zrobić. Zanim jeszcze zdążyła go obudzić. Gdy bezwiednie leżał na ziemi, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia lub gdy żałośnie próbował odzyskać kontrolę nad własnym ciałem.
Coś podpowiadało mu, że nie zrobi tego. To był dziwny rodzaj zaufania jakim ją darzył. Mimo wszystko.
- Jestem do twojej dyspozycji. - prawdopodobnie miał zamiar wykonać szarmancki ruch ręką, jednak w domyśle wyszła mu tylko jego parodia.
Mimo, że z różnego rodzaju obrażeniami był za pan brat, to nie chciał by go takiego widziała. Ledwo trzymał się na nogach, każdy oddech powodował fale bólu, która odmalowywała się na jego twarzy. Wściekłość, mieszała się z uczuciem porażki. Chociaż dzisiaj wygrał, wydarzenia tamte wydawały się tak bardzo odległe, że ledwie je pamiętał. Strzał. Martwe, bezwłasne ciało Haywella leżące na scenie. Tego od niego chcieli, za to mieli go wynagrodzić. Jednak mózg nie przetwarzał tych informacji. W tym momencie był tylko ból, dezorientacja i Cassandra stojąca za jego plecami. Przygana w jej głosie niemalże wywołała uśmiech na jego twarzy, gdyby nie został przełamany grymasem bólu. Przez moment z wahaniem patrzył na jej wyciągniętą rękę, jakby nie do końca wiedział czego po niej oczekiwać. Ostatecznie oddał jej kurtkę i ciężko oparł się o zlew, niebezpiecznie chwiejąc się na nogach. - Czy to ważne? - zapytał, bo nie miał ochoty dzielić się z nią historią o rozjuszonym tłumie. - Powiedzmy, że nie będziesz w stanie im wszystkim złożyć podziękowań. - dodał, w końcu patrząc na siebie w lustrze. Nie wiedział jak długo tu był, ale widział, że na twarzy pojawiła się opuchlizna. Wypluł krew, która zebrała się w ustach i przy akompaniamencie zduszonego krzyku schylił się, by spłukać twarz. Na koszulce nie było krwi, oprócz tej, która stworzyła przerażającą kolię na dekolcie białej koszulki. Musiał to zobaczyć. Szarpnął się rękami, by ściągnąć z siebie zbędną garderobą, która w końcu znalazła się na podłodze. Klatka piersiowa i brzuch zdążyły oblać się kolorami fioletu. Syknął głośno, gdy po dotknięciu żeber wyczuł wypukłości. Nie powinien się dziwić dlaczego ma problemy z oddychaniem. Potrzebował lekarza. Jak najszybciej. Zabawne, że stała za nim osoba dość wykwalifikowana, żeby mu pomóc, ale był zbyt dumny, żeby ją o to poprosić. Zamiast tego oparł się ciężko o ścianę, odczuwając niewielką ulgę dzięki zimnym płytkom. Czuł, że za chwilę rozpłynie się na tej ścianie. - Jak się tutaj znalazłaś? Nie powinnaś być już gdzieś daleko od Seattle? - zapytał, odwracając się w jej stronę. Nie zdążył jednak złapać równowagi i ciężko zatoczył się na nią, próbując złapać się kotary, jednak zmiażdżona ręka odmówiła mu współpracy.
[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-03, 02:27   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Nie kuś… - Odmruknęła w taki sposób, że nawet ona sama nie wiedziała, czy miał to być wstęp do jakiejś groźby, obelgi, czy też może wręcz przeciwnie. Na tym etapie wiedziała już jednak jedno. Nie zamierzała wykorzystywać tej sytuacji. To byłoby poniżej jakiegokolwiek poziomu. Nawet jeśli nie mogli się wzajemnie strawić, jeśli stawali sobie kością w gardle, a ich kolejne spotkania przypominały coraz to większą porażkę, Cassandra nie umiałaby wykorzystać tego na swoją korzyść. Nie z tym człowiekiem. Dlatego, zabierając od niego kurtkę, zsunęła także własną, jednocześnie odpinając starą, powycieraną kaburę na broń i rzucając to wszystko na fotel za drzwiami łazienki. Tym razem odpuściła sobie walkę. Zbyt wiele jej już tego dnia widziała.
- To zależy. - Wszystko zależało, a ona? Zwyczajnie chciała wiedzieć, przerwać jakoś ciszę, nie dopuścić do jeszcze większej niezręczności, nie dając sobie także czasu, by zastanowić się nad tym, co tak właściwie właśnie odchrzaniała. Nie tylko nie powinna była wdawać się w dyskusje - zbędne bądź też nie - w ogóle nie powinno jej tu być. W głębi duszy czuła, że należało wymknąć się dokładnie w tym samym momencie, w którym mężczyzna zniknął w łazience, jeśli nie jeszcze wcześniej. A ona nadal tu stała. Ba!, interesowała się. Szczęście w nieszczęściu, Billy miał ją najwyraźniej za dużo bardziej mściwą i podłą osobę, aniżeli to było w rzeczywistości. Dla kogoś innego mogłoby to być dosyć przykre, ale Cassandra wewnętrznie odetchnęła z ulgą, jednocześnie strofując się w myślach.
- D.O.G.S.? - Strzeliła, choć to raczej nie wyglądało na wysublimowaną, bardzo przemyślaną i charakterystyczną robotę tych pochrzanieńców. Czemu zresztą mieliby atakować swego? Przecież z pewnością miał jakieś doskonałe wytłumaczenie dla tamtej chwili w tłumie. Tacy ludzie wręcz rodzili się z rozszerzonym pakietem wymówek i gładko płynących kłamstw. Jeśli wyglądał tak jak wyglądał - a to sprawiło, że Gardner z trudem przełknęła olbrzymią gulę, która nagle pojawiła jej się w gardle - to niewątpliwie oznaczało, że tych chwytów po prostu nie było. Inaczej najpewniej by się z wszystkiego wyłgał, jeszcze dostając za to oklaski.
- Wyślę im zbiorczy bukiet. - Dodając, przeniosła wzrok z pleców Sandersa wprost na lustro, obserwując go w nim. Cóż, teraz zdecydowanie nie wyglądał już tak urokliwie, jednak Cass nadal czuła miękkość w nogach. Nic dziwnego, skoro przeszła dzisiaj tyle kilometrów pieszo. Była zmęczona, wprost wyczerpana, a dookoła otaczali ją ludzie, którym zwyczajnie nie mogła odpuścić. Kim ona była? Instytucją charytatywną? Czerwonym Krzyżem? Sama ledwo trzymała się w pionie, pragnąc paść na łóżko i schować się przed światem. Nie mogła ten jeden raz zostać na tyle sama, by okazać słabość?
- Nie two… - Zaczęła, zamierzając użyć starego, dobrego nie twoja sprawa, bo nawet w tym momencie aż nazbyt dobrze pamiętała, że informacje wyciekały z Billy’ego lepiej niż woda z cedzaka do makaronu. Być może głupio nie potrafiła tak po prostu go tu zostawić, ale nie była aż taką idiotką. Niestety, nie jeszcze, tylko już.
Nie miała jednak okazji podzielić się z nim tym wyśmienicie tandetnym i utartym tekstem, gdyż doznała nagłej słabości. Nie swojej… Jego. Machinalnie wyciągając ramiona przed siebie i ze ślizgiem przestawiając jedną stopę do tyłu, żeby nie wywrócić się, łapiąc mężczyznę. Jakim cudem się nie wywrócili? Nie wiedziała. Być może był po prostu za duży na niewielką, ciasno urządzoną łazieneczkę. Czegoś jednak była tam świadoma - ćwierćinteligent zwyczajnie nie zamierzał poprosić.
- Rozwalisz sobie głowę. - Powtórzyła dosyć zirytowanym głosem, sycząc mu to wprost do ucha, gdy tak zaciskała palce na materiale i szlufkach jego spodni. Nie mogła podtrzymywać go tak wiecznie. Sama stanowczo za mocno chwiała się na nogach, zwłaszcza że podłogowe kafelki nie stanowiły najlepszego połączenia z zimowymi butami i obcasami.
- Wracaj na łóżko. Przyniosę ci ręcznik. - I niech jej ktokolwiek powie, że nie była uczuciowa. Nawet jeśli objawiało się to w niezadowolonych pomrukach i sarknięciach. - Na szafce jest telefon. Nie wiem, co tu robisz, ale na pewno możesz zadzwonić po kogoś, kto po ciebie przyjedzie. - Dodała jeszcze, przenosząc wzrok gdzieś na linię łączącą ścianę z sufitem, prawie że wzruszając przy tym ramionami. Gąski już takie były. Na pewno któraś miała już własny samochód. Ona sama też robiła to w końcu kilka razy... A członkowie Genetically Clean? Czy nie stanowili jednej, wielkiej i patologicznej rodziny?
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-04, 01:47   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Taki już jestem. - uśmiechnął się blado, bo nawet w takim momencie nie potrafił wyjść ze swojej roli czarującego kochasia. To była kwestia dumy. Okazywanie bólu było w tym momencie słabością, okazanie jakiegokolwiek załamania również i chociaż Cassandra nie była wrogiem w pełni tego słowa znaczeniu, nie była również sojusznikiem. Właściwie sam nie potrafił określić kim była, ale w swojej upartości za nic nie chciał przed nią pokazać, że stracił kontrolę i teraz cierpi. Może i jego starania mogły się wydawać żałosne, wolał jednak tego rodzaju godność niż proszenie o pomoc lub pogyrwanie sobie z jej współczuciem tylko po to, żeby się nim zajęła.
- Po części pewnie i dogs. Miałem mały wypadek przy pracy. - wzruszył lekko ramionami, ale szybko tego pożałował. Sposób w jaki oberwał nie był zbyt heroiczny, ot został stratowany przez opanowany paniką tłum. Równie dobrze mógł wpaść pod samochód, spaść ze schodów. Nie były to obrażenia poniesione w walce, jednak jak widać nie musiał brać w niej udziału by ucierpieć. Wydawało mu się, że jest przygotowany na każdą sposobność. Nie bał się żadnej potyczki, a jednak poniósł częściową porażkę przez… wypadek losowy. Coś na co właściwie nie miał większego wpływu. Raniło to dumę osoby, która miała obsesje na punkcie kontrolowania każdego aspektu swojego życia.
Własne ciało odmawiało mu współpracy. Próbował, stanąć o własnych siłach, jednak cały świat wokół niebezpiecznie wirował, sprawiając że ciężko było mu utrzymać równowagę. Pęknięte żebra ograniczały mu swobodę ruchu, podobnie jak zwichnięta kostka. Potrzebował jeszcze kilku godzin by dojść do siebie. Odpocząć, wylizać rany. Nie chciał się narażać i czuł, że chociaż jego sytuacja wydawała się być opłakana to nie umierał. Musiał tylko odpocząć. Na moment odpłynął i jedynie opór ze strony Cassie trzymał go na nogach. W innych okolicznościach wyobrażał sobie taką bliskość z Gardner. - I tak dość mocno oberwała. - odpowiedział jej nieprzytomnie. Głównie uraz głowy był powodem jego słabości. Podejrzewał, że ma porządne wstrząśnienie mózgu. Nie pierwszy raz i jak podejrzewał nie ostatni przez to przechodził. Mimo to nie była to dość przyjemna dolegliwość. Cassandra miała okazję pierwszy raz od zawsze podziwiać go właśnie w takim stanie. Zwykle pojawiał się w drzwiach ich wspólnego mieszkania, gdy było już po wszystkim. Cały i zdrów. Zresztą za czasów FBI nie zdarzało mu się to zbyt często. Stawka się zwiększyła, więc miał też więcej do stracenia.
Niechętnie odsunął się od niej, gdy na moment odzyskał kontrolę nad własnym ciałem. Miał wrażenie, że rozlewa się po futrynie, o którą się opierał. - Gdzieś musi być apteczka. Potrzebuję bandaża elastycznego. - mruknął, ruszając w stronę pokoju. Usiadł ostrożnie na łóżku, opierając łokcie o kolana. Nie miał zamiaru do nikogo dzwonić. Ze swoimi partnerkami dzielił zaledwie kilka chwil przyjemności w domowym zaciszu, zapewne żadna z nich nie była zainteresowana łataniem jego ran. Zresztą żadnej nie ufał na tyle by do niej zadzwonić. Nikomu nie ufał na tyle by do niego zadzwonić. Lekarz, którego zwykł wynajmować w takich sytuacjach był w tym tygodniu poza miastem. Nie potrzebował niczyjej litości, ani pomocy.
[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-04, 02:42   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- To jeszcze na kogokolwiek działa? - Unosząc nieznacznie jeden kącik ust, posłała mu nadzwyczaj niepoważne, pełne politowania spojrzenie, sugerując tym samym, że... Cóż, nie powinno działać. Nawet jeśli na niej także wywierało wrażenie. Przynajmniej do czasu, gdy nie zeszła ponownie na ziemię, potrzebując do tego chwili i paru słów przypominających o tym, z jakim typem człowieka miała do czynienia.
- Marsz? To była ta praca? - Spytała, niby to zupełnie mimochodem, przez chwilę przyglądając się widokowi za jednym z dwóch sporych - zajmujących ścianę praktycznie od sufitu aż po podłogę - okien, nim nie postanowiła jednym ruchem zaciągnąć zasłon. Być może przez to wewnątrz miało być znacząco ciemniej, jednak również w pewnym stopniu bezpieczniej. Co mogła poradzić na to, że mimowolnie nie ufała takim miejscom? Z jednej strony, obsługa w nich zazwyczaj nie bratała się z policją, wojskiem czy rządem, ale z drugiej... Dla dodatkowych pieniędzy? Kto to wiedział. Sama była chodzącym dowodem na to, że dla mamony ludzie potrafili sprzedać wszystkich. Z banalną łatwością.
- Wiesz co? - Nie minęła jednak minuta, gdy Cassandra ponownie przeniosła spojrzenie na mężczyznę, znowu opierając się o futrynę łazienkowych drzwi. - Chyba nawet nie chcę wiedzieć. - Wbrew pozorom, niewiedza także mogła być dobra. Brak szczegółowych informacji szedł w pakiecie nie tylko z potencjalnym zagubieniem tudzież skonsternowaniem, lecz także z całkiem przyjemnymi podstawami do obojętności. Tak przynajmniej lubiła sobie mówić, od jakiegoś czasu, dodatkowo upierając się przy tym teraz. Oczywiście, że chciała znać szczegóły. Oczywiście, że ją to interesowało, ale... Czy chciała to okazywać? Nie. Zwłaszcza mając do czynienia z kimś, kto zdawał się wyczuwać ludzkie słabości niczym rekin świeżą krew w oceanie. Choć może porównanie z krwią nie było zbyt trafione w obecnej sytuacji...
- Nie wątpię. - Odmruknęła, faktycznie nie pozostawiając wątpliwości, że rzeczywiście wierzyła we wspomniane mocne oberwanie. Ba, nie musiała nawet sobie tego wyobrażać. Większość skutków widziała z bliska gołym okiem, podtrzymując mężczyznę w dosyć niewygodnej pozycji. Najprawdopodobniej byłoby lepiej, gdyby przesunęła ręce wyżej, tym samym znacznie bardziej go obejmując, ale nie chciała tego robić. Mimowolnie się wzbraniała, bo to i tak było już za bliskie. A ona czuła się z tym co najmniej nie na miejscu. Dlatego prawie odetchnęła z ulgą, gdy się od niej odsunął, gotowa jednak ponownie go złapać, gdyby zaszła taka potrzeba.
- Potrzebujesz lekarza. - Poprawiła go instynktownie, unosząc przy tym brwi i odprowadzając go spojrzeniem aż do momentu, w którym usiadł na łóżku. Zadziwiająco... Bezproblemowo. A przecież tak szczerze wątpiła w to, że potrafili się jeszcze jakkolwiek dogadać. - Nie wiem, czy bandaż jest konieczny. - Pochylając się nad umywalką i odkręcając mocno zimną wodę - dokładnie tak jak to zadeklarowała - obficie zmoczyła jeden z motelowych ręczników, wcześniej podwijając nazbyt długie rękawy męskiej koszuli, która dosłownie z niej zlatywała.
Nie sugerowała tego w żaden, ale chyba... Chyba naprawdę nie zamierzała tak znowu szybko odblokować tego nieszczęsnego zamka i zniknąć we własnym pokoju. Czy to było idiotyczne? Bo czuła się z tym... Dziwnie normalnie. Prawie tak jak podczas zwyczajowych czynności w obozie. Prawie, ponieważ nie mogła się nie martwić, a to... To już zdecydowanie było głupie. Uświadamiając to sobie, westchnęła cicho, na moment przymykając oczy.
Miała ochotę oprzeć czoło o lustro i powoli, niespiesznie osunąć się do siadu na podłodze. Jak mogła komukolwiek pomagać, jednocześnie samej potrzebując tej pomocy? Nie, uprzedzając wszelkie wątpliwości, wcale nie zamierzała prosić o jakikolwiek rewanż, uzewnętrzniać się czy zachowywać tak, jakby to wszystko było dla niej banalnie proste. Nie było. Tego dnia nic nie zdawało się być łatwe. Każda kolejna czynność tylko komplikowała poprzednie. Zupełnie tak, jakby ktokolwiek potrzebował jeszcze jednej porcji piasku do oczu.
- To nic nie zmienia. - Gdy już wreszcie dała sobie spokój z dalszym marnowaniem zimnej wody, wykręcając lekko ręcznik w palcach, odezwała się cicho, bez większego przekonania. W gruncie rzeczy, to samą siebie musiała o tym poinformować. Nikogo więcej. To ona potrzebowała wyznaczać tutaj jakieś granice, bo te stanowczo zbyt szybko się zacierały, gdy nie potrafiła zebrać myśli, naprzemiennie ciągle powracając nimi to do marszu, to do stanu jej towarzysza. Przysiadając na brzegu łóżka, ostrożnie dotknęła ręcznikiem brzegu obtłuczenia w okolicach żeber mężczyzny, marszcząc przy tym brwi.
- Powinnam pójść po apteczkę. W tym czasie możesz swobodnie zadzwonić. - Skupiając się na niby to prostej czynności, nieświadomie przygryzła wargę, niejako sugerując, że to może w tym tkwił problem z nada nie wykonaną rozmową. Przecież sobie nie ufali.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-05, 00:08   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Zdziwiłabyś się. - odgryzł się. Że też miał jeszcze siłę na jakiekolwiek potyczki słowne. Odwracanie uwagi od istotnych problemów było bardzo w ich stylu. Zamiast wyznać sobie prawdy sprzed lat, oni woleli toczyć bezsensowne spory, wbijać sobie szpileczki, ale nie poruszać kwestie, o których ani jedno, ani drugie nie chciało rozmawiać. Może nawet w jakiś prześmieszny sposób uciekali od tego kim naprawdę byli, ale to zawsze do nich wracało. Jak jakiś pieprzony bumerang. Bo był na marszu. Był tam by zabić własnego szefa, który przez lata wspierał jego karierę. Na kilka dni przed śmiercią stracił jednak kontrolę nad swoim wiernym psem, który w końcu dobrał się mu do gardła. Największym błędem Haywella była wiara w jakąkolwiek lojalność ze strony Billy’ego. Myślał, że on i jego ludzie dzielą jego chore poglądy, podczas gdy faktyczna potrzeba zemsty na mutantach była tylko słodkim kłamstewkiem, które sprzedał swojemu szefowi by wkupić się w jego łaski. Jakąś częścią siebie chciał powiedzieć to na głos. Wyznać jej, że to właśnie on zabił lidera GC. Wszyscy mieli go za dobrego żołnierzyka, którego rolę odgrywał niemalże perfekcyjnie. Ale nim nie był. Od lat wydawali mu rozkazy, był na każde ich zawołanie. Poklepywali go po pleckach, protekcjonalnie uśmiechając się z dumą do swojego wiernego pieszczocha. Teraz miał ochotę się szczerze roześmiać, bo nie zdając sobie z tego sprawy wyhodowali sobie na piersi żmiję.
- Przecież znasz odpowiedź na te pytanie. - mruknął, obserwując jej sylwetkę w odbiciu lustra. Nie musiał nic mówić. Przecież wiedziała. Teraz doskonale zdawała sobie sprawę z tego kim był i jaką drogę sobie obrał. Jego miejsce było po drugiej stronie barykady. W obozie wroga. Wiedział jednak, że powinien to przed nią ukryć. Nikt nie powinien wiedzieć co zdarzyło się na marszu pokojowym. Nikt nie powinien wiedzieć kto tak naprawdę pociągnął za spust. Najlepszym rozwiązaniem w tym wypadku było zrzucenie winy na mutanty. Ludzie i tak się ich bali, a strach prowadził do jeszcze większej przemocy. Tak było bezpieczniej dla GC, ale to był kolejny cios w kierunku mutantów. Tym razem bardzo bolesny w polityczny sposób. To miało być ich święto, a gdyby zwalono na nich winę za śmierć Haywella mogłoby to rozpocząć terror. I on wymierzył ten policzek takim jak ona. Chyba nie chciał żeby wiedziała. - Dobry wybór. Jak to mówią im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. - pokiwał w końcu głową.
- Potrzebuję odpocząć. - tym razem on ją poprawił. Oczywiście, że potrzebował lekarza. Ktoś musiał założyć gips na dłoń, opatrzyć liczne zadrapania na twarzy, dokładniej przyjrzeć się jego żebrom i sprawdzić czy z jego głową wszystko w porządku (przynajmniej z medycznego punktu widzenia). Nie teraz jednak. Nie mógł od tak iść do szpitala, bo jeśli ktokolwiek go prześledził, byłby w potrzasku. Najzabawniejsze, że w tym momencie potrzebował po prostu… jej. Potrafiła się nim zająć. Była pod ręką, ale jego duma nie pozwalała na powiedzenie tego na głos. Po tym wszystkim nie mógł jej od tak prosić o pomoc. Nawet on nie był tak bezczelny. Zresztą pokazałoby to, że jest w jakiś sposób od niej zależny. Że jest na jej łasce. Nagle sytuacja się odwróciła, a mu cholernie nie pasowało to położenie.
Obserwował ją z pewną dozą nieufności. Można mu się dziwić? Żył kłamstwami, więc ciężko było mu zaakceptować czyjąś bezinteresowność. Szczególnie jej, bo na jej miejscu prawdopodobnie szukałby zemsty. Chciałby, żeby cierpiała. Znalazłby milion bolesnych sposobów byleby tylko ją ukarać. Nie spuszczał z niej wzroku. Widział jak marszczy brwi, dotykając jego żeber i sam się skrzywił. Odruchowo drgnął pod dotykiem zimnego materiału. Miał wrażenie, że ma czterdzieści stopni gorączki, a ona okłada go lodem. Chrząknął, zaciskając usta w cienką linię. - Nie potrzebuję telefonu. Jak tylko dojdę do siebie, zbieram się do domu. - powiedział cicho, przyglądając się jej dłoniom. Nie ufał nikomu. Był sam. Na pewno nie trudno było w to uwierzyć. W końcu kto chciałby dzielić życie z kimś takim jak on. Zresztą… On nie chciał z nikim dzielić życia. Ludzi mierzył tą samą miarą co siebie. Podejrzewał ich o najgorsze, bo sam był gotowy na wszystko. Zaufanie komukolwiek w takich okolicznościach graniczyło z cudem. - Po co tutaj przyszłaś? - uniósł wzrok. - No wiesz na marsz. - dodał po chwili. - Kolejna misja samobójcza? - zapytał, szukając jej spojrzenia. Te pytanie zabrzmiało w jego ustach dziwnie miękko. To nie był przytyk, ani kpina, chociaż jego usta nieznacznie wygięły się, okazując rozbawienie. Zawsze pchała się w najgorsze tarapaty. To było w pewien sposób ujmujące, a on zaliczył dzisiaj zbyt bliskie spotkanie z betonem. Kilkakrotnie. Czuł się pijany.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-05, 00:57   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Desperacja ludzi nigdy mnie nie dziwi. - Odburknęła, prawie niezauważalnie wzruszając ramionami. W porządku, cóż, zdecydowanie było, czym się zachwycać. Ładna otoczka zapewne nadal działała niczym lep na muchy. Zgniłe, śmierdzące wnętrze w pewnym sensie także to robiło, bo... Która mucha nie leciała do ostrego zapachu rozkładu? Szkoda tylko, że nie dostrzegała tego znacznie wcześniej, ignorując wszelkie znaki ostrzegawcze - częstokroć wielkie, czerwone i migające - a potem dostając to, czego chciała. Naprawdę ładną, ciepłą historię miłosną rodem z książki trochę bardziej realistycznej od typowego przesłodzonego romansu. Szkoda tylko, że - tak samo jak wspomniany Harlequin - wszystko tak czy siak było wytworem wyobraźni. Po części Billy'ego - naczelnego aktora tej sztuki. Po części jej samej. Przedstawienie trwało w najlepsze.
- Przez moment pomyślałam, że usłyszenie tego z twoich ust cokolwiek by zmieniło. - Nie, wcale nie na lepsze. Podświadomie wiedziała, że potrzebowała wyzbyć się tego, co dobre. Pełna nienawiść, całkowite zniesmaczenie - wszystko byłoby lepsze od obecnego chaosu w jej głowie. Byłoby łatwiejsze. Może wreszcie nie wychodziłaby na totalną idiotkę. - Dobrze wiesz, że to tak nie działa. - Parsknęła krótko, nawet nie kłopocząc się uniesieniem brwi. Nie pamiętała, kiedy ostatnio spała spokojnie. Czy to całkowicie dosłownie, czy to metaforycznie. I Billy... Billy doskonale o tym wiedział. Nie raz budziła się w końcu w środku nocy, z bijącym sercem poszukując u niego jakiegokolwiek oparcia. Teraz wiele się nie zmieniło. Tylko to, że obecnie sama musiała być sobie wsparciem. To... Uniezależniało.
- Jeśli nie chcesz, żeby to był wieczny odpoczynek, potrzebujesz lekarza. - Być może jeszcze nie zamierzała wciskać tam żadnej cholery, ale w tym momencie łapała już, że nie miało być tak łatwo, jak to przewidywała.
Nie chwal dnia przed zachodem słońca, tak? Zdecydowanie nie była w nastroju na jakiekolwiek słowne potyczki. Prawdę mówiąc, teoretycznie nawet nie powinno jej to obchodzić, ale przeklęte realia były zupełnie inne. Wewnętrznie wściekała się za to na samą siebie, na Sandersa, Wallace, Murphy, Hoppera, organizatorów marszu, rząd i wszystkich świętych, jednak najwyraźniej nie zamierzała odejść. Dlaczego? Ją samą to poniekąd dziwiło. Zwłaszcza że mogłaby obecnie przysiąc, iż w ostatnim czasie nie miała do czynienia z nikim, kto wzbudzałby w niej równie mieszane odczucia. Z jednej strony chciała mu przyłożyć, z drugiej dosyć wdzięcznie zajmowała się opuchniętymi okolicami.
- Czyżby? - Nie, to nie było realnie zdziwione zapytanie. W jej ustach zabrzmiało to nieco niczym drwina, kpienie sobie z jego pewności siebie i irracjonalnego, wręcz idiotycznego przekonania, że w takim stanie naprawdę była mowa o jakimkolwiek zmierzaniu do domu. Czy to całkowicie pustego, czy to z kimś, kto ewentualnie mógłby zainterweniować. - Aż tak bardzo chcesz wpaść pod jakiś samochód? - Zawsze, ale to naprawdę zawsze, ją to bawiło.
Te sytuacje, w których w obozowym szpitalu miała do czynienia z ludźmi twierdzącymi, że dojdą do siebie szybciej niż na skrzyżowaniu zmieni się światło. Tymczasem znaczna większość z nich być może hardo wychodziła z budynku, jednak wracała tam zaledwie po kilkunastu, góra kilkudziesięciu godzinach. Tym razem już z podkulonym ogonem. Nikt, prócz tych paru wyjątkowo odpornych fizycznie mutantów, nie był Bogiem zaleczającym własne rany w kilka sekund. Sanitariusze też tego nie potrafili, ale przynajmniej dysponowali pewną wiedzą i dodatkowymi środkami medycznymi, a to już wiele zmieniało. Szkoda tylko, że nie wpływało na najgorsze.
O czym teraz nieświadomie jej przypomniano...
Na moment zawieszając rękę w połowie ruchu, poczuła jeszcze mocniejszy ucisk w gardle, walcząc z samą sobą o to, by wziąć kolejny, pozornie zwykły i opanowany, oddech i powrócić do wcześniej wykonywanej czynności. Nie chciała o tym myśleć, nie teraz. Co dopiero wspominać o mówieniu, wypowiadaniu tych parunastu niezmiernie bolesnych słów całkowicie na głos.
Nie chodziło już nawet o to, z kim miałaby o tym teraz rozmawiać. To nie miało już większego znaczenia. Ani dla niej, ani tym bardziej dla Lizzy. Poczuła się jednak okropnie, prawdopodobnie jeszcze gorzej niż wcześniej, bo właśnie w tej chwili zaczęła sobie tak naprawdę uświadamiać, co oznaczały dla niej wydarzenia z marszu. Instynktownie kręcąc głową, ze spojrzeniem wbitym w naprawdę ohydną kapę na łóżku, odezwała się cicho, bez krzty rozbawienia.
- Nie chcę o tym mówić. - Choć już dawno zmyła z siebie krew, wciąż czuła się tak, jakby ta pokrywała cały jej dekolt, barwiła kosmyki włosów i osiadała kropelkami na twarzy. Czuła też narastający chłód i to bynajmniej nie od mokrego ręcznika, który coraz bardziej się ogrzewał. To było coś wewnętrznego, a ona nie do końca wiedziała, jak powinna sobie z tym radzić. To właśnie dlatego ostatecznie podniosła się z miejsca, odchrząkując i odkładając ręcznik na podłogę. Nadal odwracając wzrok tak, by nie napotkać spojrzenia Sandersa, wzięła głęboki wdech, komunikując.
- Pójdę po apteczkę. - Nie tylko było to potrzebne w ten fizyczny, namacalny sposób, ale... Cóż, Cass też miała wrażenie, że musiała wyjść na zewnątrz. Nieważne, na jak długo. Po prostu potrzebowała opuścić pomieszczenie i zostać sama choć przez chwilę. Dlatego też tak właśnie zrobiła, wychodząc bez słowa.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-08, 23:00   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Czy najtragiczniejsze nie było to, że coś tak bardzo zepsutego od środka dostało tak piękną otoczkę? Bardzo daleko było mu do skromności. W lustrze widział swoją przystojną twarz i wiedział jak to wykorzystać. Ludzie lubili ładne opakowania. Łatwiej było im uwierzyć, że w środku jest także coś pięknego. Ale w tym wypadku nie było. W Billym nie było nic pięknego. Jego zachęcająca aparycja nie była niczym więcej niż iluzją. Wydmuszka. W środku był pusty i odrażający. Nie oszukiwał się w ten sposób. Postrzegał to jednak za swoje największe zalety. Szczycił się tym jak mało znaczy dla niego przywiązanie. Z jaką łatwością potrafi porzucić sentymenty i wybrać odpowiednią drogę, zostawiając za sobą rzeczy i osoby, które wiele dla niego znaczyły. Jednak życie wcale nie było takie proste jakby tego chciał. Czasami zdarzało mu się oglądać za siebie. W końcu od każdej reguły istniał wyjątek, a w jego wypadku tym właśnie jednym, jedynym wyjątkiem była Cassandra. Nie potrafił odciąć wszystkich połączeń jakie nieświadomie i lekkomyślnie zdążyły się wytworzyć między nim, a swoją byłą narzeczoną. Czasami, w momencie gdy chciał przeć do przodu coś ciągnęło go tyłu, sprawiało, że na moment się zatrzymał. Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby zabicie jej. Tu i teraz. Gdy nieświadoma zagrożenia moczyła w zlewie ręcznik. Mógłby wykrzesać z siebie siły, liczyć na chwilę jej nieuwagi. Zacisnąć swoje łapska wokół szyi, dopóki nie usłyszałby charakterystycznego dźwięku łamanego karku. Jak bardzo słodkie byłoby wtedy jego zwycięstwo! Dwa zabójstwa. Wykonana misja i zamknięcie sprawy sprzed lat. Nikt by w niego już nigdy nie zwątpił. Od dawna wytykano mu sprawę Gardner, a właśnie w ten sposób naprawiłby błąd spowodowany chwilą słabości sprzed półtora roku. Mimo obecności tych mrocznych myśli w jego głowie nawet nie drgnął. I nie miał zamiaru tego zrobić. Nie, gdy będzie blisko. Nie, gdy stała obrócona do niego tyłem tak jak teraz. Nie potrafiłby wydusić z niej życia, mimo że jeszcze kilka minut temu zaciskał dłoń na jej szyi. Wydawało mu się, że częściowo jest pozbawiony większości wyższych czy tych bardziej przyziemnych uczuć. Że strach w jego wypadku miał inny wymiar, a jednak właśnie to budziło w nim tak bardzo ludzki strach.
Kącik jego ust lekko drgnął, słysząc jej słowa. - Nie będę ci tego ułatwiać. - mruknął. Nie miał zamiaru ułatwiać jej całkowitego znienawidzenia go. Czuł, że pod tym względem oboje są tak samo zgubieni. Ona nie potrafiła nienawidzić go tak bardzo jakby chciała. On nie potrafił być obojętny w stosunku do niej tak bardzo jak tego pragnął. Czy nie wzbudziłby w niej jeszcze większej pogardy, wyznając co zrobił? Być może zabił jej wroga, ale bynajmniej nie zrobił tego z myślą o niej, i o innych mutantach. Znów pokazał jak bardzo jest pozbawioną lojalności istotą. Że przysięgi nic dla niego nie znaczą, i nie znaczyły. Dość masochistycznie w pewien sposób dążył do przetrwania tej kompletnie porąbanej więzi między nimi. Chciał wiedzieć, że gdzieś tam głęboko, nawet jeśli nie chciała tego przyznać nawet przed sobą, Billy wciąż zajmuje należące się mu miejsce w jej sercu. - Owszem. Czasami lepiej jest nie wiedzieć. Czy nie było ci lepiej, gdy nic nie wiedziałaś? - zapytał, unosząc lekko brwi. Tego był pewien. Było jej dobrze, gdy wierzyła że to wszystko jest prawdą. Była wtedy szczęśliwa. Wiedział, że nie mogło to trwać wiecznie, a jednak… zanim jeszcze zaczęła węszyć i próbować odkryć jego tajemnice, faktycznie spało jej się lepiej. U jego boku.
- Wiesz, że nikomu nie ufam. - powiedział to w końcu na głos. Zawsze jej to powtarzał. Że ona też nie powinna nikomu ufać. To było zaskakująco prawdziwe jak na niego. Miał znajomych z pracy, ich wspólnych znajomych jeszcze wtedy, których jednak nie nazywał przyjaciółmi. Rozmawiając o swojej przyszłości, nigdy nie mówił o nikim kto mógłby być mu w jakikolwiek bliski. Była zmarła siostra, której nie pomógł. Była zmarła ciotka, przy której boku nie pozostał. Matka, która go porzuciła i ojciec, którego szczerze nienawidził. W jego historiach z przeszłości nie było zaufania, ciepła i bliskości. Najdziwniejsze było to, że w jakiś chory sposób tą właśnie bliskość dzielił z Cassie, nawet jeśli to wszystko było tylko kłamstwem. - A ty byś tego nie chciała, prawda? - zapytał.
Zauważył jej reakcję. Nie był nadczłowiekiem, ale mógłby przysiąść że słyszy jak szybko bije jej serce. Coś w środku kusiło go, by wbić szpileczkę. Wbić palec w jątrzącą się ranę. Wydobyć z niej coś. Jednak jedyne co zrobił to krótkie kiwnięcie głową. Chciał wiedzieć co się za tym kryło. Wbił w nią spojrzenie, próbując sprowokować do tego, żeby na niego spojrzała. Nie zrobiła tego. Przez chwilę walczył z potrzebą złapania jej za nadgarstek i nie pozwolenia odejść właśnie w tym momencie, a jednak instynkt samozachowawczy był w nim silny. Nie mógł sobie tego tak bardzo komplikować. Odprowadził ją wzrokiem zanim zniknęła w drzwiach łazienki. Chrząknął krótko.
To był zły moment. Lepiej byłoby, gdyby jej tu nie było. Był osłabiony. Nie myślał do końca logicznie. Chociaż nie czuł się na siłach, wychylił się w stronę szafki nocnej z nadzieją, że odnajdzie tam pozostałości po starym współlokatorze. Być może jakieś tabletki przeciwbólowe, może nasenne. Cokolwiek co uśmierzyłoby ból. Zamiast tego w szafce nocnej stała butelka zapewne taniej wódki. Z pewnością nadawała się oczyszczenia ran, a jeszcze bardziej do oszczyczenia głowy z myśli. Wziął dość sporego łyka, odstawiając butelkę na ziemi. Wróciła do pokoju. - Było blisko. Prawie cię złapali. - wbił w nią spojrzenie ciemnych oczu. Czuł się zamroczony, jednak spojrzenie wciąż miał bystre. Z pewnością nie tak nieobecne jak te jej.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-09, 00:04   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Czego ułatwiać? - To była prowokacja, na dodatek dosyć tania i niezbyt kreatywna, ponieważ Cass doskonale wiedziała, o co mu chodziło. To była jednak jedna z tych rzeczy, którą - zapewne bardzo masochistycznie czy nierozsądnie - chciała usłyszeć, choćby w formie opryskliwego, nieprzyjemnego komentarza. Paradoksalnie, potrzebowała także kogoś, kto otwarcie powiedziałby jej, jak bardzo złe to było. Jak na złość, nawet jej najbliższa przyjaciółka - choć rzekomo zaufana i mająca okropne zdanie o całej tej ułomnej relacji - nie była w stanie przemówić Gardner do rozsądku. Nie, ona potrafiła wyłącznie zawodzić, oceniając i... Cóż, zdradzając. Była kolejnym, pierwszym po mężczyźnie obok Cassandry, zdrajcą chcącym tylko zyskać, nie dawać. Nawet Cass nie umiała już dłużej okłamywać samej siebie. Nie po tym, co zaszło w mieszkaniu przyjaciela Tildy.
- Może. - Nieznacznie wzruszyła ramionami, potrząsając przy tym głową, jakby pytała, jakie to miało ostatecznie znaczenie. Wiedziała czy nie, wszystko okazało się pięknym kłamstwem. Niewiele, o ile cokolwiek, mogło to zmienić. - Ale to tylko pogorszyło całą resztę. - Paradoksalnie, najgorszą rzeczą w tym wszystkim był sposób, w jaki jego gierki wyszły na jaw.
Owszem, czas także grał tu sporą rolę, wprost proporcjonalnie do rosnącego przywiązania, ale w jakiś dziwny, nie do końca zdrowy sposób uznawała, że znacznie łatwiej byłoby jej przyjąć zwykłe przyznanie się do winy. Czy nie mogła na nie liczyć? Po tych całych miesiącach? Naprawdę musiała dowiedzieć się tego na własną rękę? Jeszcze przez jakiś czas desperacko próbując znaleźć inne wyjaśnienie, sypiając w tym samym łóżku, próbując udawać, że nadal było dobrze. Dopóki cała reszta nie wyszła na jaw, dosłownie lawinowo spadając na jej barki.
Jak to było, że naprawdę starała się już nie ufać ludziom, nie biorąc na siebie odpowiedzialności za ich uczynki i los... A nadal lądowała u boku tych, którym tak bardzo nie chciała udzielać wsparcia? Czy to nie było leciutko ironiczne? Tak samo jak słowa o nieufności Billy'ego? W końcu złapał ją na udawane zaufanie, a teraz...
- Już teraz tak. - Mogła zrobić jedną z tych bezczelnych, nieco kpiących min, uświadamiając go, że właśnie w tej chwili teoretycznie komuś ufał. Ba, nawet nie przypadkowemu komuś, a - co było prawdopodobnie jeszcze bardziej ironiczne - właśnie jej.
Przecież bez problemu mogła wlać coś do wody, w której moczyła ręcznik. Bez większego kłopotu mogła także zrobić cokolwiek z rzeczy, na których się znała, cokolwiek, żeby załatwić go na miejscu i niepostrzeżenie wymknąć się z motelu. Nie meldowała się na recepcji, nikt jej tu wcześniej nie widział, nie było także kamer mogących zarejestrować jej wejście czy wyjście. Policja zapewne uznałaby to za jakieś prywatne porachunki - czym w gruncie rzeczy faktycznie by były - robiąc z tego dosyć prostą sprawę. Na pewno dałoby się to zwalić na jakiś pobliski gang albo, o losie, przypadkowego mutanta. Łatwi podejrzani, banalnie prędkie zakończenie nieistniejącego dochodzenia.
A jednak tego nie zrobiła. Wiele mówić, nawet przez moment - praktycznie do tej chwili - nie pomyślała o tym, by to zrobić. Nie przez to, że byłoby za prosto czy nie miałaby satysfakcji z tak niewymyślnego załatwienia sprawy. Byłoby znacznie prościej, gdyby rozumowała w ten sposób, robiąc z tego zwyczajny problem do ostatecznego rozwiązania. Ale musiała sobie dowalić, nie? Nie potrafiła przejść obok, wycofać się bez słowa lub gestu czy tym bardziej jakkolwiek się zemścić. Bo była... Głupia? Poświęcała własny czas na kogoś, kto nawet jej nie szanował. Czas, który mogłaby spędzić na opatrywaniu czy przemywaniu własnych ran, które nawet w tym momencie niemiłosiernie ją piekły. Czas, który mogła także poświęcić na odpoczynek, próbę zaśnięcia albo chociaż przymknięcia oczu. I co z tego miała?
- To mało dramatyczna śmierć, jeśli mnie o to pytasz. - Jakieś dziwne, niezrozumiałe zaczepki ze strony Billy'ego. Dokładnie to z tego miała.
Czy autentycznie oczekiwał innej odpowiedzi? Jakiegoś dramatycznego stwierdzenia, że tak, nie chciałaby tego i to w żadnym wypadku? Rzuciła mu pytające spojrzenie, jednocześnie powstrzymując niedowierzające prychnięcie. A ona by tego nie chciała? Patrząc na samą siebie, raczej wolałaby uniknąć wpadania pod samochód, zwłaszcza po tym wszystkim, co miało już miejsce tego dnia. Patrząc na niego...
Nie wiedziała. Naprawdę nie wiedziała. To było jedno z tych trudnych pytań, najwyraźniej pierwsze z wielu, na które wolała nie odpowiadać. Ani teraz - w stanie, w jakim była. Ani nigdy - nieważne, jak dobrze czy fatalnie miała się czuć. Całe szczęście, Sanders nie drążył kolejnego tematu, choć dosłownie czuła na sobie jego intensywne, przeszywające ją na wskroś spojrzenie. Aż do momentu, w którym nie była już dłużej w stanie tego znosić, korzystając z pierwszej z brzegu wymówki i z ulgą znikając w łazience, zamknąwszy za sobą drzwi.
Upłynęła jednak dłuższa, być może nawet trochę za długa chwila, nim Cassandra faktycznie zaczęła przeglądać nieliczne półki i szafki w łazience w poszukiwaniu tej nieszczęsnej apteczki lub jakichkolwiek jej elementów. Nie liczyła na zbyt wiele, ponieważ zdecydowanie więcej mogłaby z pewnością znaleźć w zasobach gdzieś przy recepcji, ale nie zamierzała aż tak ryzykować. Dwie rolki jakiegoś bandaża - jedna najwyraźniej wciąż jeszcze nie rozpakowana z jałowego opakowania, jedna go pozbawiona i zdecydowanie wyglądająca na bardziej elastyczną - opakowanie tanich plastrów, fabrycznie pakowane rękawiczki i nieduże nożyczki... I tak było lepiej niż sądziła. Nie od razu powróciła jednak do pokoju, wycierając oczy wierzchem dłoni i ochlapując twarz lodowatą wodą, po czym wycierając się pierwszym z brzegu ręcznikiem.
Drugi zabrała ze sobą, wracając do głównego pomieszczenia i prawie od razu rejestrując wzrokiem błysk światła odbijającego się od szklanej, niezbyt zachęcająco wyglądającej butelki stojącej przy łóżku. Nie skomentowała tego jednak, kładąc wszystkie zdobycze na kapie łóżka i pochylając się nad nimi. Dokładnie w tym samym momencie, w którym usłyszała te dwa krótkie stwierdzenia, planowała otworzyć usta... Jednakże nie w celu, w jakim ostatecznie to zrobiła. Siadając i czując materac uginający się pod ciężarem jej własnego ciała, wzięła głęboki wdech.
- Powinnam spytać, dlaczego? - Choć nie było to takie znowu odniesienie do poruszanego tematu, w pewnym sensie także do niego nawiązywało. Niekoniecznie tylko w sensie, w którym najpewniej chciał tego Billy. - To jest tak paskudne jak myślę? - Przeskakując z jednej kwestii do drugiej, nie czekała na odpowiedź, wyciągając rękę ku podłodze i popijając łyk z butelki. Tak, było tak paskudne, jak od początku sądziła.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-04-09, 22:52   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Pokręcił głową z lekkim rozbawieniem. - No wiesz… Powiedziałbym ci, że owszem byłem tam. Ze złością zabijałem mutantów, bo przecież nienawidzę tych zwyrodniałych kreatur. Po drodzę do motelu torturowałem i pozbywałem się ciał, a na koniec utopiłem kilka szczeniaków… - odparł, siląc się na nonszalancki ton, chociaż efekt mógłby wątpliwy, bo przy każdym głębszym oddechu jego usta wykrzywiały się w grymasie bólu. Jeśli pragnęła opryskliwości to poniekąd Bill spełnił jej życzenie. Jak zawsze do usług.
Nie mógł jej tego odmówić. Przecież wiedział co robi. Dobrze wiedział, że to ona, nie on najbardziej ucierpi. Wiedział, że nie interesuje jej ta wojna. Podobnie jak pod wieloma względami nie interesowała go. Jednak to było źródłem jego zarobku, jednym ze schodków, które miał zamiar pokonać w drodzę do spełnienia swoich ambicji. Mimo to wciągnął ją w to. Zakończył jej dotychczasowe życie, spalił jej przykrywkę, aż w końcu najzwyczajniej zranił, chociaż sądził że z tego ostatniego wyleczy się najszybciej. Wtedy zdawało mu się, że złamanie jej serca nie wywróci jej życia do góry nogami. W końcu prawdopodobnie nie był jej pierwszym mężczyzną i z pewnością nie ostatnim. Musiał znaleźć sobie jakąś wymówkę, by łatwiej było mu to wszystko zrobić. Nigdy nie spodziewał się tego, że tak bardzo się do niej przywiąże. Zrobił to co musiał zrobić, ale nikt nigdy nie mówił, że była to łatwa decyzja. Miał milion okazji, żeby się wycofać, ale nigdy nie pozwoliłby chwila zawahania wpłynęła na osiągnięcie celu, który sobie obrał.
Owszem. Miała rację. Chociaż za cholerę nie chciał jej tego przyznać. W pewien sposób musiał jej ufać, bo zdając sobie sprawę z własnych myśli nie mógł nie podejrzewać jej o podobne. Nie miał zamiaru odpowiadać na jej słowa. Zbył je milczeniem. Był zbyt zmęczony, by dalej brnąć w słowne potyczki, było zbyt wiele frontów na których musiał teraz walczyć, aby znaleźć wystarczająco dobrą wymówkę dla swojego zachowania.
- Mam nadzieję, że nie spełnię twoich fantazji i nie skończę swojego żywota tak dramatycznie jakbyś tego chciała. - odparł. Czy oczekiwał jakiejś konkretnej odpowiedzi? Niekoniecznie. Może po części chciał zmusić ją do myślenia. Sprawić, żeby ta wizja przeszła jej przez głowę, żeby na chwilę zastanowiła się nad tym czy naprawdę chciała jego śmierci.
- Wolałbym, żebyś tego nie robiła. - mruknął, biorąc kolejnego łyka alkoholu, zanim zdążył oddać jej butelkę. Powinien zostawić więcej do przemywania ran, ale potrzebował jakiegoś środka przeciwbólowego, a wóda była w tym momencie jego jedyną opcją. Kusiło go, żeby się po prostu upić, ale nie w taki sposób radził sobie z trudnymi sytuacjami. Trudne pytania też zwykle nie bywały problemem, ale Cassie nie zdawała sobie sprawę, że te które zadała przed chwilą, było jedne z najtrudniejszych jakie mu kiedykolwiek zadano. Oczywiście. Mógł skłamać. Powiedzieć, że coś jej się chyba do jasnej cholery wydawało. Że co innego było jego celem… Uległ jednak fałszywemu przekonaniu, że skoro są tutaj we dwójkę, z dala od tego całego gówna, które ich otaczało, to może przestać już kłamać. Jednak nie chciał też dawać jej żadnych odpowiedzi. Nie takich, które wymagały od niego zbyt wielkiej szczerości z samym sobą. Nie chciał otwierać puszki pandory. Sięgać w głąb myśli, które ukrył głęboko w swojej podświadomości.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-04-09, 23:47   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez Billy'ego, cóż, mina Cass robiła się coraz bardziej niedowierzająca. Nie chodziło jednak o samą treść jego wypowiedzi - choć ta była durnowata jak mało co - lecz o wydźwięk zdań, jakimi raczył jej uszy. Co niby miała o tym pomyśleć? Autentycznie... Jak miała na to spojrzeć, skoro tak bardzo nie pasowało do tego momentu? Mogło chodzić o poważny, wręcz niemożliwie mocny uraz głowy mężczyzny, ale równie dobrze... Jakieś spaprane poczucie humoru? Takie, które - o dziw nad dziwy - autentycznie miała okazję wcześniej poznać? Wbijając wzrok w Sandersa, zamrugała z powątpiewaniem.
- A powiedziałby kto, że jesteś tak wybornym kłamcą... - Sama tak by powiedziała. Ba, robiła to raz za razem, pozostając zraniona i wściekła przez te wszystkie jego gierki. Tymczasem teraz naprawdę miała jeszcze większy chaos w głowie, nie do końca wiedząc, jak powinna odebrać te żarciki. Chociaż dosyć prosto byłoby to zapewne zwalić na wstrząs mózgu, uraz głowy albo coś z tych rzeczy. Ponownie jednak - chyba była zbyt dużą masochistką, by pójść łatwiejszą drogą. Nie, na złość sobie, naprawdę usiłowała doszukiwać się w tym jakiegoś drugiego dna. I to nie tylko po to, aby udowodnić sobie, że nie mogła się aż tak mylić, nawet co do niego - największego gnoja wszech czasów.
- Pamiętaj, że milczenie to też jakaś odpowiedź. - Nie mogła powstrzymać się przed komentarzem, obdarzając mężczyznę przelotnym spojrzeniem, ale praktycznie się przy tym nie uśmiechając. Nie była w stanie tego robić, gdy jej usta mimowolnie układały się w dosyć przykry grymas. Po tym, co miało dzisiaj miejsce, i tak sama się sobie dziwiła. Nie sądziła, że jest w stanie tak szybko pozbierać się do bardziej zwartej kupy, gdy wewnątrz czuła, jak dosłownie sypie się niczym piaskowa babka. Jakby tego było mało, zamyślona i w pewien sposób odległa.
Prawie, prawie... Odruchowe, nierozsądne i wszech miar nieprzemyślane potaknięcie prawie wydostało się z ust kobiety, jednak ta zreflektowała się w ostatniej chwili. Może i była zmęczona czy rozkojarzona, ale nie na tyle, aby udowadniać komukolwiek, że mogło jej jeszcze zależeć. Nie tylko na tym konkretnym, wybrakowanym osobniku. Ogólnie na jakiejkolwiek osobie, bo ostatnie dni udowadniały przecież Cassandrze, że tak naprawdę wszyscy byli o kant dupy potłuc. Byli narzeczeni, byłe najlepsze przyjaciółki, byli - i martwi - ochroniarze z Bractwa, organizatorzy wydarzeń publicznych, przedstawiciele szeroko pojętych organizacji rządowych. W tej grze najwyraźniej rzeczywiście należało liczyć wyłącznie na siebie, choć - o ironio - nawet ona nieustannie się przecież krzywdziła. Choćby pozostawaniem w tym miejscu i z tym człowiekiem.
Raz po raz miała szanse zwyczajnie opuścić pomieszczenie i nigdy nie wrócić. W takim stanie, w jakim znajdował się obecnie mężczyzna, nie musiałaby mieć go na ogonie. Po prostu wyszłaby głównymi drzwiami, szukając innego motelu albo biorąc inny klucz do jak najdalej położonego pokoju. Mogła także przejść przez dzieloną łazienkę, znikając bez zbędnego słowa, a on połapałby się zapewne dopiero po dłuższym czasie. Wcale nie musiała pomagać. W gruncie rzeczy, to ona potrzebowała pomocy. A prędzej mogła liczyć na cud z nieba, nawet jeśli nie wierzyła już w takie rzeczy, niżeli jakikolwiek wsparciowy rewanż ze strony Billy'ego. Ha, nawet nie zamierzała go o nic takiego prosić czy nawet okazywać tej cholernej słabości. Skąd miała wiedzieć, że nie wykorzystałby tego przeciw niej? Przecież, jak lubiła powtarzać sobie w chwilach zwątpienia, tak naprawdę go nie znała.
- I vice versa. - Nie powiedziała tego wcześniej, ale najwyraźniej musiała popełnić i ten rodzaj głupstwa, mrucząc to pod nosem i unikając kontaktu wzrokowego, gdy odbierała butelkę. Zawsze mógł przecież uznać, że posiadanie takiego wroga było dla niej zadziwiająco korzystne, czyż nie? Nie odbiegało to zresztą zbyt mocno od prawdy, bo rzeczywiście - ostatnio w jakimś sensie jej się przysłużył. Nie, nie lubiła ich spięć, a złośliwe komentarze wcale nie sprawiały jej aż tak dużej satysfakcji, jak można byłoby sądzić. W przeciwieństwie do tego, co zazwyczaj mówiła, uważała jednak, że na tej wojnie było już zbyt wiele śmierci. Niechybnie miało jej być zresztą jeszcze więcej. Na co dodawać kolejną? Zwłaszcza taką, która niewiele ze sobą niosła.
- Zostaw trochę na rany. - Mruknęła, oddając mu butelkę i tym razem nawiązując już dłuższy, głębszy kontakt wzrokowy.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 7