Poprzedni temat «» Następny temat
Salon
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-17, 18:07   Salon







Ostatnio zmieniony przez The Gifted 2018-04-22, 21:45, w całości zmieniany 5 razy  
[Profil]
 
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-09, 20:33   

Ze stratą matki pogodził się po kilku latach. Kiedy porwano jego pierwszą miłość, przywyknął do tej myśli po czterech zimach. Po śmierci babki pozbierał się szybciej. Ale kiedy dowiedział się o śmierci Yvonne, było inaczej. Bez rozpaczy, krzyków i oznak słabości, wskazujących na zwiększoną empatię. Smutny wyraz twarzy i ledwo widoczne uniesione kąciki ust ku górze, zastąpiły jego wiecznie uśmiechniętą minę, a sińce pod oczami dziwnie kontrastowały z jasnymi włosami. Nie spał wiele, a jeśli już, to przebudzał się co kilkanaście minut. Cholernie się przejmował i choć robił to dotychczas, ta sprawa była inna i o wiele bardziej skomplikowana. Kiedy umiera liderka, rosnącej w siłę grupy, zaczyna się panika i chaos. Bo co teraz będzie? Pewnie właśnie nad tym głowili się mutanci z Bractwa. Jak to miała nimi rządzić tak młoda osoba? James też się zastanawiał. Znał Colleen już długo. Jednak kiedy trafił do tworzącej się organizacji nazwanej Bractwem Mutantów, nie miał z nią żadnego kontaktu. Była tylko córką jego przyjaciółki, mającą przejąć kiedyś władzę i rządzić na równie dobrym poziomie co jej matka. Kto spodziewałby się, że nadejdzie to w tak krótkim okresie czasu? Nie wiedział czy sobie poradzi na tym stanowiskiem, a tym bardziej ze śmiercią swojej rodzicielki. Wiedział jedynie, że to właśnie teraz najbardziej potrzebowała jego pomocy. Znał wiele planów Yvonne, towarzyszył jej praktycznie ciągle, znał sposób w jaki postępowała i co zakładała jej wizja tworzenia coraz większego Bractwa. Ale czego mógł się spodziewać po dziewczynie, z którą rozmawiał sporadycznie, zazwyczaj przez czysty przypadek? Przez kilka dni z rzędu, każdą noc spędzał w ten sam sposób, myśląc. Co miał zrobić? Pojawić się w jej drzwiach z paczką chusteczek, stwierdzając, że sobie poradzi, a władza wcale nie jest wymagająca. Wolne żarty, kierowanie tak dużym społeczeństwem nie było zabawą, a czymś zupełnie przeciwnym. Wiedziała o tym? Właśnie to pytanie rozchodziło się po jego myślach, kiedy wolnym krokiem przemierzał kolejne zakręty. Z rękoma osadzonymi głęboko w kieszeniach kurtki, miał nadzieję, że była twardsza niż wyglądała, bo za żadne skarby nie chciał, żeby jeszcze rozpłakała mu się na ramieniu, uważając, że sobie nie poradzi. Balansowali na skraju wojny i choć nie było czasu na rozpacze, nie chciał być tym, który będzie musiał jej powiedzieć, że ma wziąć się w garść. Ale jeśli będzie do tego zmuszony, zrobi to, bo właśnie to przyrzekł Yvonne. Że będzie dobrym doradcą, nawet jeśli ona nie będzie już rządzić.
Stał przed drzwiami domku Colleen przez kilka minut. Co chwilę podnosił dłoń w stronę drzwi, lecz za każdym razem opuszczał ją w tak samo szybkim tempie. Nie miał jeszcze okazji rozmawiać z nią po śmierci Yvonne, wszystko sypało mu się na głowę i cud, że teraz znalazł czas. Dwa głębokie wdechy i trzy przekleństwa wypowiedziane pod nosem, pomogły mu stwierdzić, że przestał być tchórzem kilka lat temu, a rozmowę z Marie będzie musiał w końcu odbyć. Zdecydowanym ruchem dłoni, uderzył w drzwi kilka razy, robiąc dwa kroki w tył.
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-09, 20:49   

Minęło siedemnaście dni od śmierci mojej matki i cztery dni od dnia, gdy odbył się jej symboliczny pogrzeb, a ja oficjalnie ogłosiłam się przywódcą, odczytując wolę zamordowanej kobiety. Nawet nie wiedziałam, że spisała testament... Ale zrobiła to. Spisała go i wyraziła w nim wręcz błaganie, że to ja mam przejąć Bractwo, a wszyscy ci, którzy zaczęli pełnić określone funkcje podczas jej przywództwa, mają pomagać mi w nowej roli. Ale czy ja chciałam pomocy? O, szczerze wątpię. Czy ja chciałam przewodzić? Ciężko powiedzieć. Zawsze czułam, że kiedyś ten dzień nadejdzie, ale nie sądziłam, że nadejdzie tak szybko. Wcześniej nie martwiłam się, że będę rządzić Bractwem, a teraz? Teraz byłam przerażona.
Jak czułam się po śmierci matki? Szczerze? Nie czułam nic, kompletnie nic, miałam wrażenie, że nie mam w sobie żadnych emocji za wyjątkiem wściekłości, która czaiła się z tyłu mojej głowy. To dlatego właśnie prawie nie opuszczałam swojego domku. Krążyłam od niego do biura i starałam się unikać kontaktu z innymi, chyba, że sami do mnie przychodzili, sami czegoś potrzebowali. Miałam świadomość, jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczywa i tak, czułam się na to gotowa od zawsze, ale nie w tym momencie. Coś złego się ze mną działo. Wykradłam z naszych zapasów już połowę xanaxu i prozacu, leki mi pomagały. Uciszały głosy w głowie, ale koszmary senne nadal mnie nawiedzały. Bałam się zasnąć, a gdy już nie mogłam wytrzymać i zasypiałam, budziłam się zlana potem. Wszędzie widziałam ogień, słyszałam wybuchy. Byłam zniszczona psychicznie, ale nawet nie byłam tego tak naprawdę świadoma. Nancy... to wszystko przez nią, to ona, ona wszystko zaplanowała. Gdzie teraz była? Czy żyła? Musiałam ją odnaleźć, musiałam ją kurwa zabić.
Wszystkie karnisze w pokoju, w którym siedziałam, wygięły się w łuk, a ja wzdrygnęłam się, wyrwana z własnych myśli. Znowu odpłynęłam, znowu nie wiedziałam, jaki jest dzień, która godzina. Podniosłam się bardzo powoli i machnęłam ręką, by naprawić karnisze, ówcześnie przeze mnie zniszczone. I wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Zmarszczyłam brwi, ale nie mogłam nie otworzyć. Nie byłam teraz tylko córką przywódcy, to ja byłam przywódcą i byłam gotowa na atak ze strony mutantów, którzy mieszkali w moim Bractwie. Wiedziałam, że nie podoba im się moja osoba na tej pozycji. Ronnie mnie tu nie chciał, Vee też, kto tym razem przyszedł, żeby powiedzieć mi, jak bardzo powinnam zrezygnować? Kto tak bardzo chciał, bym mu wyjaśniła, że albo mnie zaakceptuje, albo będzie musiał stąd spieprzać?
Już idąc w stronę drzwi, odblokowałam zamek machnięciem ręki. Przegryzłam wargę i otworzyłam drzwi swojemu Doradcy.
- Cześć, co słychać? - powiedziałam patrząc mu w oczy. Nawet nie byłam do końca ciekawa, po co tu przyszedł. Zawsze go szanowałam, nawet go lubiłam, ale teraz... Moja twarz była niemalże biała, nie okazywałam żadnych emocji, bo żadnych nie odczuwałam i nie do końca rozumiałam, skąd wzięła się we mnie ta pustka.
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-09, 21:41   

Zupełnie nie wiedział, jak ma postępować z osobą, która straciła kogoś tak bliskiego. Nie wiedział, bo za każdym razem, kiedy to ktoś z jego rodziny umierał, nikt go nie pocieszał, nie mówił, że wszystko się ułoży, bo nie było nikogo kto mógłby to robić. Najpewniej spokój był czymś, co należało się każdemu po tak ciężkim przeżyciu. Przemyślenie wielu spraw i poukładanie sobie wszystkiego w głowie, podczas samotnych wieczór, pomagało zapanować na emocjami i odszukać się jakiegoś sensu w dalszym wstawaniu z łóżka każdego dnia. A mimo to, James postanowił zakłócić jej spokój. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Musiał wiedzieć na czym stoi on, jak i ona. A przede wszystkim chciał dać jej poczucie względnego bezpieczeństwa, pokazując, że jeśli jej matka mogła na niego liczyć, to ona także może mu zaufać.
Przez kilka pierwszych sekund, był pewien, że Colleen nie otworzy mu drzwi, dając mu tym samym do zrozumienia, że ma się wypchać. Nie miałby jej tego za złe, po prostu przyszedłby na następny dzień, albo kolejne dwa później, aż w końcu musiałaby się z nim skonfrontować. Ale jednak, zanim zdążył się wycofać, usłyszał charakterystyczny dźwięk przekręcanego zamka, a chwilę później ujrzał jej postać stojącą w drzwiach. Jeśli człowiek mógł się zmienić przez zaledwie kilka dni, to Colleen była przykładem, że jest to jak najbardziej możliwe. Bledsza niż zwykle, patrzyła w oczy Jamesa, który starając się uśmiechnąć, porzucił ten pomysł w zastraszającym tempie. Widział ból w oczach wielu mutantów. Najczęściej tych, którzy dopiero co trafili do Bractwa, przerażeni tym co wyczynia rząd. Ale to, co widoczne było spojrzeniu Marie, nie było bólem, smutkiem, czy strachem przed wyzwaniem, które na nią czekało, było niczym. A widział to tylko raz w życiu. W odbiciu lustrzanym, kilka dni po zaginięciu kogoś, kogo kochał zbyt mocno. Lustrując jej osobę, ani razu nie odwrócił wzroku, musiał być stanowczy i profesjonalny, nie ukazując jej, że również cierpiał, o wiele mniej niż ona, a jednak.
- Witaj, Colleen. - Delikatnie kiwnął głową. - Właściwie chciałem zapytać cię o to samo. - Ale czy musiał pytać? W końcu wystarczyło przyjrzeć się jej osobie, wsłuchać się w ton jej głosu, czy zaobserwować ruchy. Choć pewnie każdy ślepy zauważyłby, że nic nie grało tak jak powinno. Jeśli chodziło o nią, a także o niektórych mutantów niezadowolonych z faktu, że to ona obejmie władzę. A przecież wiedział o tym James, co oznaczało, że wiedziała równie Marie. Musiała zaaklimatyzować się na nowym stanowisku, a najpewniej już od początku napotykała trudności. Nie podobało mu się to i z każdym dniem coraz bardziej obawiał się o jej bezpieczeństwo i właśnie to było głównym powodem, dla którego teraz stał przed nią, starając się złożyć w myślach zdanie, które nie brzmiałoby jak zlepek przypadkowych słów. - Wiem, że jest już późno i pewnie chcesz pobyć sama, ale mam nadzieję, że wpuścisz mnie do środka. Musimy porozmawiać. - Po raz pierwszy od kilku minut, lekko się uśmiechnął, chcąc w jakiś sposób ukazać jej, że nie musi być w tym wszystkim sama. - Poza tym, jest cholernie zimno i liczę na kubek ciepłej herbaty, w zamian za to, że kiedyś, jak ledwo odrosłaś od ziemi, naprawiłem twoją lalkę, której urwałaś głowę... choć pewnie tego nie pamiętasz - dodał jeszcze, wspominając czasy, kiedy wszystko było w lepszym porządku niż dotychczas i kiedy naprzeciwko niego mieszkała szczęśliwa rodzina Marie. Bo przecież wszyscy byli wtedy szczęśliwy.
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-09, 22:06   

Oczywiście, wiedziałam, po co tu jest. Musiał mnie dopilnować. Musiał zobaczyć, czy jestem w stanie stać, chodzić, mówić... Gdybym nie była, to on przejął by władzę, takie były zasady, tak ustaliła moja mama, a jej zdanie było dla mnie święte. Dlatego właśnie wiedziałam, że muszę być przywódcą i nie pozwolę nikomu, by naruszył mój autorytet. Tego byłam pewna, jak niczego innego na świecie. Miałam rządzić i miałam zamiar to zrobić. Na swój sposób, co prawda... ale nie zamierzałam sprawić, by moja matka obserwowała mnie gdzieś tam z góry i chociaż przez sekundę była zawiedziona moim zachowaniem. Musiałam stanąć na nogi, a w sumie fakt, że mój doradca postanowił mnie odwiedzić, dawało mi tylko powód do tego, że muszę pokazać, że kompletnie nic mi nie jest. Musiałam mu to udowodnić. Był ode mnie starszy, z pewnością cieszył się dużo większym szacunkiem wśród ludzi z Bractwa niż ja, więc jeśli on uwierzy, że wszystko ze mną w porządku, to może wszyscy inni także uwierzą?
- U mnie wszystko dobrze, dzięki. - powiedziałam i choć podświadomie chciałam się uśmiechnąć, to byłam całkiem pewna, że to się nie stało, nawet nie wiem czemu. Po prostu nie umiałam się uśmiechać.
Słuchałam jego słów, jakby nie mówił ich do mnie, jakbym oglądała film. Chyba starał się żartować, a ja chyba nie umiałam odczytać tych żartów poprawnie. No cóż, chyba się nie obrazi?
- Jasne, zapraszam. - odsunęłam się, by wpuścić mężczyznę do środka, a gdy już to zrobił, zamknęłam drzwi. Nie wiem czemu, instynktownie zablokowałam też zamek. Może bałam się rebelii? Tego, że moi przeciwnicy przyjdą po mnie? Nie wiedziałam, nie byłam pewna, czy tego się bałam.
Odwróciłam się plecami do Jamesa i zaczęłam szykować herbatę w niewielkiej kuchni. Nie odzywałam się, bowiem nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Ta rozmowa miała dla mnie bardzo niewielki sens. Co miałam mu powiedzieć? Wszysko było ze mną w porządku, poza tym, że nie czułam nic...
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-09, 23:36   

Nie podobało mu się, że dziewczyna tak milczała po przekroczeniu progu. Ale czego mógł się spodziewać? Że przywita go z szerokim uśmiechem, zanuci coś pod nosem i opowie jakiś żarcik? Dlatego spokojnie usiadł na jednym z krzeseł w kuchni, obserwując jej poczynania. Chciałby, żeby wszystko było z nią w porządku, choć z każdą chwilą tracił tę nadzieję. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i przeniósł wzrok na sufit, jakby szukając jakiegoś znaku od boga. Ale odpowiedzi nie uzyskał, co zmusiło go do ponownego spojrzenia na Colleen.
- Słuchaj - zaczął, choć nie sądził, że dziewczyna chce go słuchać, bo kto normalny by chciał? Był już późny wieczór, Marie najpewniej potrzebowała tylko spokoju, a on zamierzał załatwiać sprawy formalne, które teoretycznie mogły poczekać. Ale nie w mniemaniu Sheparda, u którego przewrażliwienie ukazywało się na każdym kroku. - Nie będę ci mówił, że jest mi przykro, bo po pierwsze, pewnie to wiesz, po drugie, pewnie cię to nie obchodzi. Nie będę też sugerował, że sobie nie poradzisz, a stanowisko przywódcy powinien przejąć ktoś inny, bo wiem, że sprostasz zadaniu. Jesteś córką Yvonne, obserwowałaś to, jak działa w Bractwie przez cztery lata i wiesz co masz robić, a z niewielką pomocą kilku osób będziesz tak dobrym liderem jak ona... - przerwał, wstając z krzesła. Nie lubił za długo siedzieć w jednym miejscu, dlatego nerwowo zaczął krążyć po kuchni, nadal krzyżując ręce na klatce. - ...ale wiesz co dzieje się na zewnątrz. Nie wszystkim się to podoba, niektórzy nie uznają cię za przywódczynię i kto wie, co będzie dalej? - zapytał, przystając na moment. Nie patrzył na nią, a wyglądał za okno, jakby w obawie, że ktoś może tam być, czekając na dobry moment, żeby pozbyć się Colleen. Może i był paranoikiem, ale po wszystkich wydarzeniach na przestrzeni lat, miał takie prawo. Odwrócił się w jej stronę, dopiero gdy stwierdził, że okolica wyglądała zupełnie normalnie, identycznie jak jeszcze dziesięć minut temu. - Przez te lata byłem doradcą twojej matki, obserwowałem ją równie długo jak ty i przede wszystkim dbałem, żeby każdy z jej wyborów był bezpieczny i przemyślany. - Wspomnienie Yvonne ledwo przechodziło mu przez gardło, ale minęło już wiele dni i nadszedł czas na spojrzenie prawdziwe w oczy. - Teraz zapewnię bezpieczeństwo tobie. Nie obchodzi mnie czy ci się to spodoba, czy chcesz, żebym sobie odpuścił, uważając, że poradzisz sobie sama, czy uważasz, że czas na zmianę niektórych stanowisk. Obchodzi mnie tylko to, żebyś była rozsądną i dobrą liderką, ale wiesz, że minie wiele czasu zanim ludzie ci zaufają, dlatego chcę cię mieć na oku i nie musieć się martwić, że ktoś postanowi cię zlikwidować, uważając, że będzie lepszym przywódcą - stwierdził, znów siadając na krześle. Nie wiedział ile dotarło do dziewczyny, ale odetchnął z ulgą, bo przekazał jej względne minimum. - I słodzę dwie łyżeczki - mruknął, bo nienawidził herbaty bez cukru.
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-10, 10:46   

Dziwnie się czułam, nie do końca wiedziałam, jak powinnam się zachować. Powiedzieć coś? Zaprezentować mu swój plan na rządzenie, którego wcale nie miałam? A może miałam...? Wiedziałam przecież, że gdzieś tam, z tyłu mojej głowy, czai się plan... Okropny, brutalny plan... Czemu nie chciałam się do niego przyznać? Chociaż sama przed sobą? Czemu miałam z tym taki problem? Moja mama zawsze chciała zachować pokój, chciała pokazać normalnym ludziom, że nie jesteśmy terrorystami, za jakich nas mają. I jak to się dla niej skończyło? No co tu dużo mówić, jest martwa, a ja zostałam sama ze wszystkimi problemami, bo nie jestem w stanie wyliczyć na palcach obu dłoni, jak dużo moich przyjaciół odwróciło się ode mnie, tylko dlatego, że przejęłam władzę. I to jest właśnie śmieszne. Przyjaciół nie poznaje się w biedzie, wręcz przeciwnie.
I wtedy James zaczął mówić, a ja z każdym jego słowem byłam zdumiona co raz bardziej. On we mnie wierzył. Nie przyszedł wcale po to, żeby kazać mi zejść z tronu, tylko po to, by powiedzieć, że we mnie wierzy, że mi pomoże. Ile było w tym prawdy? Czy mówił to tylko po to, by mieć mnie bardziej na oku? Żebym mu zaufała? Ciężko mi było to stwierdzić. Stałam się bardzo nieufna, straciłam zaufanie prawie do każdego, którego znałam, ale czy to dziwne? Wszyscy się ode mnie odwracali, w jaki sposób miałabym komukolwiek ufać? To było dość trudne zadanie.
Bądź co bądź nie odzywałam się przez cały czas, gdy James mówił. W spokoju przygotowywałam herbatę, którą finalnie posłodziłam zgodnie z prośbą mojego gościa, a następnie postawiłam ją na stół, przy którym siedział i usiadłam na przeciwko niego, gotowa na konfrontację.
- Dziękuję. - powiedziałam po prostu, patrząc mężczyźnie w oczy - Doceniam twoją pomoc i jestem za nią wdzięczna. Chcę rządzić tak, by matka była ze mnie dumna, ale póki co nawet nie mogę zacząć w odpowiedni sposób. Wszyscy się ode mnie odwrócili, skreślają mnie na samym starcie. Jak chcemy to rozwiązać? - dodałam, nie spuszczając wzroku z Jamesa. Nadal w moim głosie nie było żadnych emocji, ale dłonie zaczęły mi się trząść. Co robić...
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-11, 18:25   

Zupełnie ją rozumiał i nie oczekiwał, że po pstryknięciu palcem Colleen zaufa mu w stu procentach, wyjawiając wszystko co kryło się w jej umyśle. Chciał jej po prostu pomóc, na ten swój pokręcony i niezrozumiały sposób. Wiedział, że monotonne przekonywanie jej, że nie ma złych zamiarów, nic nie zmieni. Sama musiała się przekonać, że Shepard kierował się jedynie dobrymi intencjami. W dużej mierze był to winny Yvonne. Jako jej prawa ręka nie powinien dopuścić do jej śmierci i pewnie nie wybaczyłby sobie, gdyby jakakolwiek krzywda stała się Colleen przez jego niedopatrzenie. Więc oczywiście, że chciał zdobyć jej zaufanie, a przy tym dowiedzieć się co właściwie dziewczyna chciała teraz zrobić. Być może gdyby miał pewność, że będzie postępować jak jej matka, bez narażania swojego życia, a zresztą nie tylko swojego, to nie nachodziłby jej o tak szaleńczych porach. Musieli nauczyć się ze sobą współpracować i rozmawiać, rozumieć się czasem bez zbędnych słów. Bo właśnie tak wyglądała relacja Jamesa z Yvonne, choć w tym przypadku wiele się komplikowało. Nie chodziło jedynie o fakt, że Shepard ledwo znał tę dziewczynę, a w myślach niestety czytać jej nie mógł. Bardziej przejmował się tym, że sposób jej rządzenia może być zupełnie odmienny od postępowania starszej Marie. A wizja, że dziewczyna mogła chcieć wojny, zemsty i krwawych potyczek, nie zupełnie mu się podobała. Dlatego szczerze wierzył w jej zamiary, być może wiele ryzykując. Ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
- Boją się, Colleen. Stracili swoją liderkę, która dawała im poczucie bezpieczeństwa i uważają cię za dziecko, które nie będzie potrafiło rządzić. Wielu z nich po prostu cię nie zna i w tym tkwi problem. Nie wiedzą czy mogą ufać ci w podobny sposób, w jaki ufali Yvonne. I wiesz, że nie zdobędziesz ich zaufania w dzień czy dwa. Musisz im pokazać, że zmiana lidera nie zawsze jest czymś złym, że nie rządzisz tylko i wyłącznie przez skrawek papieru otrzymany od matki, a przez to, że jesteś w stanie udźwignąć to na swoich barkach i prowadzić Bractwo równie dobrze co ona - oznajmił spokojnie. Wiele osób na miejscu Colleen poddałoby się po pierwszych dniach, jeszcze inny zamienili by się w tyranów, demonstrujących swoją siłę. James był pewien, że Marie pokaże im, jak dobrą przywódczynią jest, bez tak drastycznych środków. - Najważniejsze jest, żebyś podejmowała przemyślane decyzje, bo najmniejsze niedopatrzenie może sprawić, że ci, którzy nie są twoimi zwolennikami, urządzą ci piekło na ziemi. Uznają cię za kogoś, kto zniszczy Bractwo, kogoś niezdolnego do piastowania tak wysokiego stanowiska. Nie wszystkim mają podobać się twoje decyzje, ale od dziś patrzysz na dobro ogółu, nie przejmujesz się teraz tylko i wyłącznie swoją osobą, a dziesiątkami innych, którzy w końcu w ciebie uwierzą. - Spuścił z niej wzrok, upijając łyk herbaty. Bycie przywódcą było cholernie trudne, sam najpewniej by tego nie chciał. Był zbyt słaby na bycie liderem, a w Colleen widział coś, co dawało mu nadzieję na lepsze jutro.
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-11, 22:17   

Miałam bardzo, bardzo mieszane uczucia. Nie ufałam James'owi, prawie w ogóle. Bałam się, że chce mi pomóc tylko z jakichś swoich niecnych powodów, a nie po to, bym faktycznie nie była sama, bo faktycznie mu na mnie zależało. Bałam się, szczerze się bałam. Zbyt wiele osób zdążyło się ode mnie odwrócić, bym mogła komuś ot tak, zaufać. Jedno było pewne - potrzebowałam go, cholernie go potrzebowałam. Był ode mnie starszy, a dla większości w Bractwie byl to jakiś śmieszny wyznacznik. Wiedział też dużo, był Doradcą mojej mamy, kto jak nie on nadawał się lepiej, żeby mi pomóc? Co mogłam innego zrobić? Potrzebowałam go jak nikogo innego, musiałam zaryzykować, niestety.
- Ale ja nie jestem dzieckiem, cholera jasna, nie jestem. - powiedziałam i westchnęłam ciężko. Przymknęłam oczy i zaczęłam pocierać nerwowo skronie, wracał ból głowy... Byłam już szczerze zmęczona przekonywaniem innych, że nie mam 13 lat. Byłam dorosłą kobietą, która cztery lata temu całkowicie odmieniła swoje życie, która poświęciła swoją młodość, edukację i życie towarzyskie, tylko po to, by pomagać mamie stawać Bractwo, społeczność zgodnych mutantów, jedną rodzinę... Jak oni mogli to tak po prostu lekceważyć? Tak po prostu mnie nie doceniać?
- Dobrze, ale co dokładnie mam robić? Jestem taka wściekła, taka zła... Nie mam siły udowadniać niczego nikomu, wiem, że muszę, ale nie mam siły. - powiedziałam, nadal mając zamknięte oczy - Co mam zrobić? Napaść na D.O.G.S.? Rzucić się pod pociąg za innego mutanta? Wtedy im się przypomni, że nie jestem tak beznadziejna, za jaką mnie uważają? - dodałam, już nieco bardziej nerwowo niż wcześniej. Nie mogłam się tak zachowywać, ale jednocześnie nie umiałam tego zatrzymać. Chciałam być spokojna i opanowana, pokazać James'owi, że daję radę, że wiem co robić, ale nie zawsze potrafiłam kłamać, w tym przypadku nie umiałam, zdecydowanie.
- Nigdy nie skupiałam się na sobie. Oddałam większość swojego życia na Bractwo, a oni zachowują się, jakbym nigdy w życiu dla nikogo nie zrobiła, jakbym była jakąś wariatką z ulicy, która weszła z tekstem "ej, dej mnie to korone". Co mam zrobić? - pytałam, może retorycznie, może nie. W końcu oworzyłam oczy, podniosłam wzrok i wlepiłam go w mężczyznę. Nie wiem, czego od niego oczekiwałam. Nie mógł podejmować za mnie decyzji, nie mógł za mnie rządzić, to była moja sprawa. Wiedziałam o tym, ale już nie wiedziałam jak mam się zachowywać.
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-15, 20:52   

To prawda, wiedział dużo, bo to właśnie ostatnie cztery lata w Bractwie nauczyły go życia. Był tu nawet krócej od Colleen, a to jemu ludzie ufali bardziej niż jej. Czy go to dziwiło? Niezupełnie. Zawsze stał przy boku Yvonne, pomagał jej i doradzał. Wiedzieli, że mogą na niego liczyć. Córka Marie najwyraźniej nie pasowała im na stanowisku lidera przez wiele aspektów. Sam James nie wiedział czy decydował o tym wiek, brak znajomości tej dziewczyny, czy sposób w jaki stała się przywódczynią. Dlatego mógł jej pomóc, jak nikt inny. Pokazać reszcie, że jeśli on może jej zaufać, to oni również. I podpowiedzieć jej w jaki sposób może przekonać do siebie mutantów, choć złoty środek tak naprawdę nie istniał. Mógł jedynie sugerować jakie działania powinna podjąć i obserwować, czy na pewno sobie z tym radzi.
- Ja to wiem, oni niekoniecznie - mruknął jedynie, bo co innego mu pozostało? Przekonywanie pozostałych mutantów, że Colleen już dawno przestała być dzieckiem było głupim pomysłem, bo większość z nich uparcie trzymała się swojego zdania, nie dając jej szansy na pokazanie, że nie jest kimś, za kogo ją uważają.
- Na pewno nie podejmuj decyzji pod wpływem tak silnych emocji. Zero rzucania się pod pociąg czy napadania na D.O.G.S. Wiesz, że zdania mutantów są podzielone. Jedni chcą żyć w zgodzie z ludźmi, drudzy uważają się za lepszych od nich, a jeszcze inny sądzą, że chowanie się przed rządem to znakomity pomysł. Co ty o tym sądzisz, Colleen? W którą stronę chcesz poprowadzić tych mutantów? Bo wszystkim nie dogodzisz. Wielu może odejść z Bractwa, wielu może cię poprzeć. Ale nigdy nie zrobisz czegoś, co przekona całość. Więc z ręką na sercu, powiedz mi, w jaki sposób chcesz rządzić? - Nie dziwił się, że nie miała siły na udowadnianie czegokolwiek, jednak nie mogła siedzieć w swoim domku przez resztę życia. W pewnym momencie musiała zacząć działać, a James chciał mieć pewność, że będzie kierować się dobrem innych, a nie własnymi emocjami. A doskonale widział, jak bardzo zła była. Ale kto by nie był? Jej matkę zamordowano, a to wystarczający powód do złości.
- Nie mówię, że to robiłaś, po prostu chcę mieć pewność, że wiesz, jak ważna teraz dla nich jesteś - dodał, stukając palcami w kubek z herbatą. - Możesz próbować przekonywać pojedyncze jednostki, ale to byłoby zbyt monotonne i długie zajęcie, a kto wie czy mamy czas na cokolwiek, skoro rząd stara się nas powbijać z każdym dniem? Przemów do ogółu, musisz dać im do zrozumienia co masz zamiar robić. - Być może chciała wojny i właśnie namawiał ją, żeby oznajmiła o tym Bractwu. A być może chciała pokoju, co naprawdę by go zadowoliło. Musiała zacząć działać, zanim mutanci zaczną się niecierpliwić, na własną rękę podejmując decyzje zagrażające nie tylko im, ale i reszcie. Potrzebowali przywódcy.
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-15, 21:08   

Byłam zmęczona, po prostu zmęczona. Strasznie zaczynało mnie to wszystko denerwować. Chciałam przestać rozmawiać o swoich problemach, rozterkach, wątpliwościach. Chciałam dorwać tą pierdoloną Nancy, to był mój cel. Chciałam się dowiedzieć, czy ta kurwa nie żyje, a jeśli żyje, to naprawić ten błąd. Jak mogła to zrobić? Jak mogła nas zdradzić? Moja matka przez nią, kurwa, zginęła, a moje życie stało się tak spieprzone, jak to tylko możliwe. Już chyba bardziej spieprzone być nie mogło.
Czułam, że łyżeczka w kubku Jamesa, powoli zaczyna dygotać i gwałtownie przesunęłam nad nią ręką, by przestała. Westchnęłam ciężko. Było mi dużo łatwiej kontrolować moje moce za pomocą dłoni, szczególnie gdy - tak jak teraz - przez nerwy i złe emocje wymykały mi się one nieznacznie spod kontroli. Zawsze byłam bardziej nerwowa niż mniej, ale brak kontroli nad mocą nie zdarzał mi się jakoś ekstra często. Jak widać... teraz był ten czas, gdy mogłam powoli tracić nad sobą panowanie.
Szczególnie, gdy mój Doradca postanowił mi zadać pytanie, które dla mnie było jednoznaczne z - co dalej? Ja byłam pewna czego chcę, znaczy, no... może nie do końca pewna, ale ta myśl powoli czaiła mi się w zakamarkach mojej głowy. Nie chciałam jej jeszcze mówić na głos, nie przy Jamesie, który był dla mnie zawsze ucieleśnieniem dobra i spokoju... Nie mogłabym mu tego powiedzieć... Dlatego po prostu pokiwałam przecząco głową, na znak, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie dalej powinnam prowadzić Bractwo.
- Na pewno chcę zwerbować nowych ludzi. - powiedziałam, bo o tych swoich planach akurat powiedzieć mogłam - Najbardziej zależy mi na tym chłopaku, który pomagał nam logistycznie we wszystkich akcjach. Pamiętasz go? Mówiliśmy na niego Axon... Będzie mi z nim ciężko, wiem o tym, ale cholera, przydałby nam się jak nikt inny. Poza tym chcę zwerbować kilku mutantów z bardziej ofensywną mocą. Nie wiem, czy któregoś dnia nie zostaniemy zaatakowani. Możesz mówić, że to paranoja, ale wydaje mi się, że Nancy, kurwa żyje i że kiedyś wyśle po nas rząd. - tak naprawdę potrzebowałam ludzi, bo nie wiedziałam, czy nie zdecyduję się na wojnę... Aczkolwiek to co powiedziałam też było prawdą, przecież Nancy doskonale znała lokalizację Bractwa. Jeżeli nie zginęła to na bank nas wyda, szczerze wątpiłam, że ma jakiekolwiek opory.
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-16, 18:41   

Niemówienie mu o swoich planach, było dobrym posunięciem. Jasne, liczył na jej zaufanie, ale rzeczą oczywistą był jego charakter i pokojowe nastawienie do wszystkiego. Mimo że rząd zabrał mu tak wiele i najpewniej chciał zająć się także nim, Shepard wierzył, że kompromis jest możliwy. Dlatego jakakolwiek deklaracja wojny wypowiedziana przez Colleen, nie pozwalałaby mu spać po nocach, a ostatnimi czasy i tak wiele nie sypiał. To co jednak powiedziała nieco go uspokoiło. Miała plan, wiedziała co musi zrobić, a to utwierdzało go w przekonaniu, że mutantka da sobie radę. Pokiwał głową, nieco się zamyślając. Nie umknął mu jednak widok drgającej łyżeczki. Dlatego zerknął na nią, nic jednak nie mówiąc. Ile razy on sam tracił kontrolę nad mocami? Tym bardziej w sytuacjach, gdzie emocje górowały nad wszystkim innym?
- Mądre posunięcie, nie powiem... - zatrzymał się na nieznaczną chwilę. - ...ale wiesz, że Axon był nie do namierzenia. Za każdym razem, kiedy myśleliśmy, że złapaliśmy jego trop, wszystko okazywało się być ślepą uliczką. Poza tym, pomógł nam nie raz, ale równie dobrze mógł grać na dwa fronty, podsyłając informacje rządowi i patrząc jak nawzajem próbujemy się wymordować. - Mimo to James starał się wierzyć, że Axon stał po ich stronie. - Ufam ci, Colleen, więc, jeśli sądzisz, że zwerbowanie go to dobry pomysł... postaram się pomóc, jak tylko mogę - dodał, bo najwyraźniej paranoja była ostatnio zjawiskiem zupełnie normalnym w Bractwie i być może przesadzał, bo po prostu nie znał osoby, której tak wiele zawdzięczali. A on naprawdę nie lubił czegoś nie wiedzieć. Zaprzestał myśleć o Axonie dopiero kiedy usłyszał to jedno imię. Zamarł na chwilę i przekręcił głowę na bok, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszał. - Uważasz, że Nancy żyje? - zapytał, nerwowo przekręcając się na krześle. Przecież wiedziała o Bractwie tak wiele. Z takimi informacjami rząd mógł ich zniszczyć w ułamku sekundy, bez żadnego zawahania. Starał się patrzyć na przyszłość swoją, jak i innych mutantów optymistycznie, ale z każdą godziną jego nastawienie zaczynało się zmieniać. Tym bardziej po usłyszeniu takich słów.
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-16, 18:58   

Potrzebowalam z kimś porozmawiać. Z kimś, komu mogłam ufać w stu procentach... Ale czy wokół mnie była jakakolwiek taka osoba? Ciężko było mi znaleźć kogokolwiek takiego, wręcz niemożliwie ciężko. Teraz nawet nie umiałam pomyśleć o takiej osobie. Chciałam zaufać James'owi, ale wiedziałam, że to jeszcze nie jest ten czas na obdarzenie go stuprocentowym zaufaniem... Potrzebowałam czasu i spokoju we własnych myślach. Ciężko było się zwierzać z planów, których samemu się dokładnie nie znało, prawda? Poza tym... gdy już poznam swoje plany, musiałam poznać opinię mojego Doradcy na ten temat. Nie będę mu opowiadać o rzeczach, do których miał tylko negatywny stosunek. Musiałam poczekać. Nauczyć się ludzi i samej siebie, przede wszystkim. Czas był dokładnie tym, czego potrzebowałam.
- Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. Ale znajdę go, zobaczysz. Choćbym miała przekopać całą Olympię i pół Seattle to go znajdę, może się okazać cholernie przydatny. - powiedziałam i kiwnęłam potakująco na jego słowa. Tak, to też wiedziałam. Po tym, co odjebała Nancy... W dzisiejszych czasach nie można było nikomu ufać, nikomu wierzyć, każdy mógł okazać się tylko cholernym szpiegiem.
- Będę uważać, wezmę kogoś, kto odczytuje emocje, cokolwiek, sama nie pójdę. - dodałam z pewnością w głosie, bo w to akurat wierzyłam. Musiałam tylko zrobić sobie powtórkę ze wszystkich mutantów, którzy mieszkali z nami w Bractwie. Było ich sporo, ciężko było zapamiętac wszystkich, mutacje każdego... Potrzebowałam krótkiej powtórki, to na pewno.
I wtedy właśnie przeszliśmy do tematu Nancy.
- Byłam tam, James, nie widziałam jej ciała i dopóki tego ciała nie zobaczę, nie uwierzę, że ta suka jest martwa. - powiedziałam patrząc mu w oczy. Tego jeszcze nie wiedział. Nie wiedział, że nie widziałam ciała Nancy. Nie rozumiałam do końca, czemu wcześniej mu tego nie powiedziałam, ale teraz to z siebie wydusiłam. Bałam się, kurwa bałam się, że ta suka żyje i nas dorwie. Dlatego właśnie ja musialam dorwać ją pierwsza...
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
James Shepard



There's a revolution coming

Projekcja strachu

80%

I loved and I lost you





name:

James Shepard

age:
33

Wysłany: 2017-12-16, 20:38   

James ufał bezgranicznie tylko dwóm osobom z Bractwa. Jedna z nich była martwa, a druga okazała się mieć zupełnie odmienne nastawienie do rządu i ludzi niż Shepard. Yvonne musiał ufać, bo jak inaczej miałby być jej doradcą? Nie mówiąc jej wszystkiego, czy ukrywając istotne fakty ze swojego życia? Zresztą, to właśnie ona wybiła mu chęć zemsty z głowy, zastępując ją racjonalnym podejmowanie każdej decyzji. Drugą osobą był Ronnie, przyjaciel Jamesa, który mimo swojego nastawienia do ludzi i rządu, nadal był kimś za kogo Shepard skoczyłby w ogień bez zawahania. Był mutantem, który najpewniej mógł czytać z niego, jak z otwartej księgi, bo tylko przed nim Jamie potrafił się otworzyć. I właśnie kogoś takiego potrzebowała Colleen. A James doskonale wiedział, że zanim on stanie się dla niej kimś równie ważnym, mogły minąć dni, tygodnie, a nawet miesiące.
- Czyli priorytetem jest Axon? - zapytał, choć słysząc determinację w jej głosie, chyba sam mógł sobie odpowiedzieć. - Zdolności Alby mogłyby się przydać. Odczytuje emocje innych, ale musisz być świadoma jednego, nie ma mowy, żeby udała się z tobą na misję samobójczą. Jeśli spotkanie z Axonem może być jakimkolwiek zagrożeniem dla Bractwa, weźmiesz ze sobą mnie, albo kogoś, kto może cię obronić, rozumiesz? - Znał praktycznie wszystkich mutantów z Bractwa. Starał się dowiadywać o nich jak najwięcej. A Alba należała do grona osób, na których naprawdę mu zależało. Czasami wydawało mu się, że była zbyt dobra dla otaczającego ją świata i może właśnie to ich do siebie zbliżyło? Fakt, że byli tak podobni? Zresztą, nie chciał stawiać żadnego mutanta w obliczu zagrożenia, tym bardziej Colleen, więc musiała mieć wsparcie, mające zdolności, które potrafiłyby ją obronić.
- Czy inni wiedzą co widziałaś, a raczej czego nie widziałaś? - Nie miał bladego pojęcia, że ciała Nancy nie znaleziono. Więc co mogli wiedzieć łowcy, trenerzy czy reszta osób z Bractwa? Pewnie tyle samo co on. Colleen musiała uświadomić ich, że zagrożenie mogło czyhać za rogiem, czekając na odpowiedni moment by zaatakować. - Jesteś pewna, że jej ciała tam nie było? - dopytał, wstając z krzesła i przecierając zmęczone oczy. Czemu sprawy musiały się tak kompilować?
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-16, 20:57   

Wiedziałam, że potrzebowałam Jamesa i doceniałam jego pomoc. Cholera, dziwne, ale naprawdę cieszyłam się, że jest tu ze mną, że ze mną rozmawia i chyba chce mi pomóc. Oczywiście, nie mialam zamiaru zaufać mu zbyt wcześnie, ale zaskakiwało mnie też to, że im dłużej z nim rozmawiałam, tym czułam się lepiej. Nie skupiałam się aż tak na swoich koszmarach, na problemach z nastrojem, na tym, że nie umiem określić swoich emocji, że czasami nawet mam wrażenie, że oprócz złości nie czuję nic więcej... To było dziwne, ale chyba pozytywne, że zapominałam o tym podczas rozmowy, prawda? Powinnam to docenić, zdecydowanie.
- Tak. Jego umiejętności mogą okazać się naprawdę pomocne. Potrzebujemy informacji. - odparłam, zgodnie z prawdą. Owszem, mieliśmy informatorów, kilku naprawdę dobrych. Vee - choć byłam z nią aktualnie na ścieżce wojennej - była świetną harkerką, Len też mógł pomóc w wielu sytuacjach, ale Axon mógł okazać się strzałem w dziesiątkę. Czymś, co pomogłoby nam zapobiec śmierci mojej matki... Nie mogłam raczej gdybać, a żyć tak, by coś takiego więcej nas nie spotkało. Dlatego uważałam, że Axon się przyda.
- Jasne, Alba, czemu o niej nie pomyślałam... - mruknęłam ze szczerym wstydem w głosie. Przyjaźniłyśmy się... Alba była wspaniałą osobą, promykiem wśród mroku, który zewsząd mnie otaczał, który wręcz mnie pochłaniał. Może dlatego o niej nie pomyślałam? Nie chciałam ryzykować, by cokolwiek jej się stało.
- Ok, wezmę cię ze sobą, James. Nie będę protestować. - dodałam, patrząc mu w oczy. Wierzyłam w jego osąd i wiedziałam, że muszę mu szybko zaufać, skoro ma mnie ochraniać. Co prawda bylam w stanie sama się obronić, w większości sytuacji, ale w koncu... ostrożności nigdy dosyć, prawda?
- Nikt nie wie... - szepnęłam, gdy temat zszedł na Nancy i spuściłam wzrok, wlepiając go w blat stołu - Widziałam moją matkę, jak płonie. Słyszałam jak krzyczy, chyba nawet widziałam gdzieś część jej oderwanego ciała. Nancy nie widziałam, ani nie słyszałam. Uciekłam stamtąd niedługo po wybuchu, ratowałam siebie, ale Nancy nie widziałam nigdzie... - dodałam, tak cicho, że bałam się, iż mógł mnie nie usłyszeć. Wstydziłam się, że nikomu tego nie powiedziałam. Wiedziałam, że muszę wszystkich ostrzec, ale jak mogłam wbić im kolejną szpilkę w plecy?
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6