Poprzedni temat «» Następny temat
Pokój nad jeziorem | 4 osoby
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-17, 18:06   Pokój nad jeziorem | 4 osoby







Ostatnio zmieniony przez The Gifted 2018-06-04, 22:13, w całości zmieniany 6 razy  
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-26, 13:16   

| po wątku z Aaronem.

Czy ja właśnie zerwałam z Aaronem? Ciężko było stwierdzić, ale byłam w rozsypce i wyglądałam jak siedem nieszczęść. Było zimno, a moje włosy były przerażające wręcz mokre przez kąpiel w basenie. Ubrania kleiły się do mokrego ciała, którego nie wytarłam, w pośpiechu odchodząc od Aarona. Z kieszeni wyjęłam dawkę leków, które połknęłam, nawet nie musząc ich popijać. Było źle, kurwa, było ze mną źle. Ludzie mnie nienawidzili, umarła mi matka, zerwałam z chłopakiem, którego kochałam całym sercem, kobieta, która zabiła moją matkę, prawdopodobnie żyła i zagrażała naszemu bezpieczeństwu. Co jeszcze, do kurwy nędzy?
Nie do końca wiedziałam, gdzie mam teraz iść. Bałam się, że w domku będzie James - w końcu się do nas wprowadził - a nie miałam siły teraz na konfrontację z nim, nie chciałam tłumaczyć mu, co się wydarzyło. A gdzie indziej mogłabym pójść? Ludzie mnie nienawidzili, nikt mi nie ufał, nikt nie chciał ze mną rozmawiać... Byłam na takim etapie swojego życia, że jedyną, słuszną decyzją, było biec, biec przed siebie i nie odwracać się na nikogo. Dlatego właśnie to zrobiłam.
Śmieszny widok, prawda? Cała mokra, zapłakana, biegnąca przed siebie pani Przywódca Bractwa Mutantow. Czułam się jak najgorszy śmieć, jak nikt, świat by się cieszył, jakbym teraz zniknęła. Ja z resztą też bym się cieszyła.
Biegłam tak przed siebie i biegłam, nawet nie wiedząc kiedy znalazłam się nad jeziorem. Nawet nie myślałam, gdy automatycznie weszłam po schodach, gdy bez pukania weszłam do pokoju Alby, a w środku... a w środku nie było nikogo. Nie chciałam iść nigdzie indziej, nie miałam dokąd iść. Powinnam napisać o sobie książkę. Czy "Upadek Przywódcy" byłby dobrym tytułem? Położylam się na łóżku Alby i zaczęłam płakać w jej poduszkę, jeszcze bardziej histerycznie niż wcześniej. Niemal krzyczałam. Wszystko w jej pokoju z pewnością pospadało z półek. Możliwe, że jeśli zostawiła telefon, to jego "wnętrzności" również trochę powariowały, śruby z drewnianych łóżek mogły powypadać.
Nie myślałam o tym, jak zareaguje Alba, gdy wejdzie do pokoju. Z pewnością zaatakuje ją mój smutek. Przeraźliwy smutek, rozpacz... zaatakuje ją jednak coś jeszcze. Coś, czego nie będzie mogła zidentyfikować. Ogromna, nienaturalna pustka, którą tak starannie tłamsiłam lekami.
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-26, 16:36   
   Multikonta: Lidia Foney


Niebo posyłało niepokojące wskazówki, kiedy wracała ze swojej porannej wyprawy do Olympii. Pogodny, dość przyjemny poranek musiał ustąpić tej podejrzanej, nieposkromionej śnieżycy. Kiedy to się właściwie stało? Jeszcze niedawno wchodziła do sklepu, a teraz... Zerwał się wiatr, który zmył uśmiech z twarzy Alby i przetarł szorstkim palcem jej policzki. Ostre płatki śniegu drażniły jej oczy, które szukały tylko tego jedynego domku, aby się w nim schronić i zapomnieć. Za wszelką cenę chciała uciec przed tym białym szałem. Poczuła się trochę oszukana przez naturę, która jeszcze przed chwilą była tak przyjemna, łagodna i lekka, a teraz zbierała swój morderczy plon. To nie tak, że miała jakieś święte przeczucie. Po prostu wydawało jej się, że deszcz potrafił płakać razem z nią, a wiatr pchał ją na odważne ścieżki, zmuszając do podjęcia niełatwych decyzji. Dobrze wiedziała o bezsensowności takiej wiary, a jednak momentami czuła się mocno nią uwiązana. Jakby jej los dyktowało niebo lub jakby to ona, Alba Delgado uzależniała żar słońca i cierpkość mgły od swoich emocji. Bo przecież kiedy byliśmy wściekli, obrywał cały świat.
Drzwi do domku zatrzasnęły się, a ona ze zdziwieniem spostrzegła mokre ślady na podłodze. Cichutko zdjęła buty i porzuciła kurtkę. Dziwne, przecież mieszkała sama. A może dokwaterowali jej jakiegoś świeżaka? W sumie to ucieszyłoby ją to, bo mimo rąk pełnych roboty, wieczorami czuła się czasami bardzo samotna. Weszła do pokoju i znalazła taką małą kupkę nieszczęścia. Skulona postać trzęsła się, mocząc jej pościel, a odsłonięte gdzieś tam skrawki drobnego ciałka siniały boleśnie. Alba była… No właśnie, co? Przerażona. Chyba nie dlatego, że Colleen Marie cała przemoczona i wyziębiona płakała w jej poduszkę. Bardziej niepokojące było to, co działo się znacznie głębiej.
- Colleen – zaczęła szeptem i ułożyła dłoń na jej ramieniu. Przysiadła na skraju łózka. Przesunęła swoje palce po jej rączce i już za chwilę zacisnęła mocno powieki. To wręcz zakuło boleśnie jej serce. Alba poczuła, jak wszystko zawirowało, ściany pokoju zatrzęsły się przed oczami. Potrząsnęła głową.
- Chodź tutaj – odezwała się wreszcie, ale dopiero po chwili, kiedy już umiała jakkolwiek zareagować.
Pociągnęła ją nieco w górę i zamknęła w żelaznym uścisku. To, co przeżywała Colleen budziło strach i troskę. Nie była jednak pewna, czy jakkolwiek powinna zmieniać jej przeżycia. Przeżycia i emocje, których siła wpędzała Albę w przerażenie.
Jedno jest pewne – stało się coś bardzo złego.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-26, 16:53   

No i proszę. Teraz ci wszyscy, którzy uważali mnie za gówniarę, za osobę zbyt niedojrzałą, by być przywódcą... ci wszyscy właśnie teraz mieli dowód, że w jakimś stopniu tą gówniarą byłam. Przecież leżałam teraz w łóżku przyjaciółki i wyłam w jej poduszkę, jakby świat mi się zawalił. Normalnie pewnie aż tak nie przeżyłabym rozstania z Aaronem. Kochałam go, ale umiałam być silna. Każdy jednak miał swoje limity... ja już nie byłam w stanie wytrzymać. Tyle wydarzeń kumulowało się jednocześnie, nakładało na siebie, same negatywne sytuacje... Wszystko było nie tak, jak być powinno. Gdy moja mama żyła... wszystko było, kurwa, łatwiejsze. Teraz już nie miałam siły. Nie umiałam się trzymać, rozpadłam się na tysiące małych kawałeczków, których nie potrafiłam pozbierać i bałam się, czy ktokolwiek będzie chciał je pozbierać za mnie. Odrzuciłam jedną z niewielu osób, która stała za mną murem, krąg moich przyjaciół zdecydowanie się zmniejszał... Co miałam robić? Nie chciałam już nawet zastanawiać się, jak mogę się pozbierać. Chciałam tylko płakać, płakać i płakać...
Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło, gdy Alba weszła do swojego pokoju, który aktualnie zajmowałam. Wiedziałam tylko, że łzy wcale mi się nie skończyły, a głowa pulsowała tępym bólem. Trochę bałam się, że moja przyjaciółka nie zareaguje pozytywnie na to, jak potraktowałam jej pokój... Był cały mokry, a metalowe przedmioty walały się po podłodze. Alba jednak była prawdziwym aniołem, miałam nadzieję, że jakoś będę w stanie ją przeprosić. Teraz jednak... Po prostu dałam się jej przytulić, ciesząc się w duszy jej ciepłem. Byłam taka zmarźnięta... W końcu mokra wybiegłam na zewnątrz, a dzisiaj nawet trochę padał śnieg. Oddychałam ciężko, nadal płacząc. Co ja miałam zrobić?
- Zerwałam z Aaronem. - wydusiłam z siebie, po dłuższej chwili. Musiałam jej powiedzieć. Co prawda, moje zerwanie nie było jedynym powodem mojego zachowania, ale zdecydowanie przelało czarę goryczy. Upadłam. Upadłam nisko i obawiałam się, że już się nie podniosę.
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-26, 23:43   
   Multikonta: Lidia Foney


Przypadek Colleen nie był łatwy, więc należało działać szybko, póki Alba była jeszcze w stanie działać. W końcu stan przyjaciółki miał też na nią wpływ. Instrukcja w przypadku rozstania dziewczyny z chłopakiem była dość prosta i naturalnie wpisywała się w umysł każdej typowej kobiety. Troszkę przytulania, głaszczemy, szepczemy czule imię, ale to tylko na krótką chwilę, bo należało wdrożyć szybko kolejne kroki.
- Rozbieraj się, Colleen – nakazała, odsuwając to przemoczone trzęsiątko od swojego ciała. Mokra i zmarznięta szybko nie wyjdzie z tej rozpaczy. Należało więc przyjaciółkę rozebrać z tych mokrych ubrań i przebrać w jakiś zestaw ratunkowy. - Zaraz ci coś wygrzebię.
Wstała z łóżka i podeszła do swojej szafy. Wygrzebała bluzę, dresy i parę grubaśnych różowych skarpetek. Na początek wystarczyło. W międzyczasie napisała szybkiego esemesa do Sally, aby jak najszybciej się tutaj zjawiła. I przyniosła alkohol. Zanim jednak wdroży się alkoholowy plan, trzeba było wykonać jeszcze kilka kroków. Zgromadziła dwa duże kocyki i poszła wstawić wodę na herbatkę. Mała, ciepła melisa nie powinna jej zaszkodzić.
Rozmowę, stopniową redukcję łez i powrót rumieńca na policzki zaczną za chwilę. Tymczasem woda się gotowała, a Alba wcale nie powstrzymywała się od przyglądania się Colleen. Stała oparta o komodę i zastanawiała się, co się właściwie stało. Przez moment pomyślała nawet, że w swojej ostatniej rozmowie z Aaronem mogła coś namieszać, ale… Przecież to Colleen z nim zerwała, a nie on z nią. Czy chłopak mógł zrobić coś złego? Chociaż podejrzewała, że Aaron mógłby być zdolny do wielu rzeczy, to jednak teraz przeczuwała, że to wszystko nie było takie proste. Zresztą, czy rozstania kiedykolwiek takie były?
Za chwilę przyniosła dwie ziołowe herbatki i postawiła na szafeczce przy łóżku. Popatrzyła na przyjaciółkę tym swoim zaniepokojonym spojrzeniem. W pokoju pachniało rozpaczą. I obie mocno ten zapach czuły.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-29, 21:30   

Chciałam się pozbierać. Naprawdę. Moim aktualnym marzeniem i celem życiowym było wyjść na prostą. Najzwyczajnie w świecie się, kurwa, nie przejmować i ruszyć do przodu. Wstać z kolan i zacząć przewodzić Bractwu Mutantów tak, jak nauczyła mnie tego moja matka. Chciałam zignorować te wszystkie troski i problemy, które były tak przyziemne, tak proste i tak cholernie bolesne... Chciałam tego wszystkiego, ale nie potrafiłam. Jedyne co umiałam w tym momencie to zanosić się spazmami histerycznego płaczu. No cóż... mogłam jednak nie brać tych leków, nie czułabym tego wszystkiego, miałabym to po prostu gdzieś. Byłabym za silna, a jednocześnie zbyt obojętna, by przejmować się czymś takim, jak zerwanie z ukochanym. Zrobiłam to dla jego dobra i z własnej, nieprzymuszonej woli. Dlaczego więc to tak bardzo mnie bolało?
Bez słowa robiłam to, co poleciła mi Alba. Podniosłam się powoli, zmęczona, zmarźnięta i obolała, niczym po dwugodzinnej walce z wrogiem w śniegu. Tak jak stanęłam na ziemi, tak zsunęłam z siebie wszystko, za wyjątkiem mokrego dołu od stroju kąpielowego, ale jakoś nawet nie pomyślałam, by go zdjąć. Stanik zdjęłam, ówcześnie się odpowiednio zakrywając i już po chwili ubrana byłam w ratunkowy zestaw od przyjaciółki. Nie minęła sekunda, a ponownie siedziałam na jej łóżku, nie przestając płakać.
Gdy blondynka przygotowała nam herbatę, z ulgą przyjęłam kubek i zaczęłam pić. Ciepło powoli rozprzestrzeniało się po moim organizmie, a ja sama stawałam się powoli co raz spokojniejsza. Nie wiem, ile czasu minęło, jak długo siedziałyśmy w ciszy, pijąc herbatę, ale w połowie kubka zauważyłam, że przestałam tak głośno płakać. Nadal łzy płynęły po moich policzkach, ale to już nie była histeria. Dlatego postanowiłam skorzystać z tej okazji i odezwać się, chociaż troszkę. Alba zasługiwała na to, bym się przed nią wyżaliła. Wiedziała doskonale, że nie lubię tego robić... No ale skoro już zwaliłam się jej na głowę, to chyba powinnam, prawda?
- Nie jestem dla niego wystarczająco dobra. - powiedziałam, tak po prostu. Och, było tak wiele rzeczy, z których chciałam się wygadać... Ale czy umiałam? - Aaron... Jest taki dobry, tak niewinny, tak pięknie mówi mi, że mnie kocha... - dodałam i zamknęłam oczy, by powstrzymać kolejny atak łez - Krzywdzę go. Nieustannie i stale go krzywdzę, bo od śmierci mamy nie umiem inaczej. Nie jestem tą samą Colleen, wiesz? Jest we mnie coś złego, ale coś tak złego, że nigdy bym tak o sobie nie pomyślała. Nigdy nie byłam super miła, wspaniała i najkochańsza, ale teraz... jest we mnie zło. Zło i pustka, nic więcej. - szepnęłam cicho, nadal nie otwierając oczu. Teoretycznie powiedziałam Albie, co mnie bolało. Nie umialam jej jednak powiedzieć, że muszę codziennie żyć na prochach, by nie powybijać połowy Bractwa; że codziennie budzą mnie koszmary; że codziennie, dosłownie wszędzie widzę Nancy... Powiedziałam jej dużo, ale niemal nic.
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-02, 23:23   
   Multikonta: Lidia Foney


Pod skrzydłami Colleen były wyniszczone ludzkie serca pełne nadziei i wiary w nowy, lepszy świat. Ona była planem, który oni realizowali. Odpowiedzialność tej młodej dziewczyny była ogromna, a z tym wiązała się przecież niebywała presja. Alba ufała jej i była pewna, że pozostali również. Jednak prawda była taka, że nie chciałaby znaleźć się w jej położeniu. Zapadłaby się, nie potrafiąc odnaleźć w sobie tej magicznej, niewyczerpalnej siły. Colleen taką siłę miała, ale w jej duszy zagościła jakaś przebrzydła blokada. Alba to czuła. Emocje fruwały wewnątrz, ale wszystko to było jakieś dziwne, zamknięte i obumierające.
Może to był ten moment, kiedy dziewczyna faktycznie potrzebowała konkretnej pomocy przyjaciół? Widząc jej stan, słuchając tak ciężko wypływających słów, zaczynała się nad tym poważnie zastanawiać.
Gorąca herbata szybko znikała, a aura nieco łagodniała, gubiąc swoje ostre, wyraziste rysy. Alba opatuliła dłońmi swój kubek i rozmyślała chwilę o tym, co właśnie wyznała jej Marie.
Jako prawdziwa przyjaciółka powinna w takiej sytuacji czekać z porcją lodów, flaszką i głupim melodramatem, w której on jest draniem, a ona ostatecznie wychodzi z rozpaczy i znajduje sobie lepszego faceta. Jednak nawet zanim Colleen zaczęła mówić, przeczuwała, że to nie było do końca tak. Że Aaron wcale nie był tutaj tym złym trollem o paskudnych manierach. Zwłaszcza po ostatniej rozmowie z nim wiedziała, że naprawdę mu zależało i kochał. Kochał, choć sam miał pewne problemy i kąsające rozterki. Tymczasem okazało się, że i ona była w fatalnej kondycji psychicznej. Aż dziwne, że ta dwójka do tej pory całkiem dobrze sobie radziła. A przynajmniej Albie się tak wydawało.
Colleen sobie nie poradziła z ciężarem i uciekła. Czuła, z jakim bólem wychodziły z niej kolejne słowa. Nazwanie tego, co się dzieje, było pewnym małym sukcesem. Alba usiadła przy niej na łóżku i przesunęła kciukiem po jej czole, aby następnie przesunąć nieco palce w dół i wytrzeć mokry policzek.
- Cokolwiek się dzieje… Poradzimy sobie z każdym złem. Ty sobie poradzisz, a my będziemy przy Tobie. Colleen, jesteś bardzo dzielna. – zaczęła cicho, ale każde kolejne słowo brzmiało mocniej. Co mogła jej powiedzieć? By odpuściła trochę i zwaliła część obowiązków na pozostałych ważnych członków Bractwa? Przecież dobrze wiedziała, że w życiu się nie zgodzi. - Aaron cię kocha i na pewno martwi się. Czuję to. - Teraz to raczej czuła jej kolosalną rozpacz i jednocześnie jej brak. To drugie martwiło znacznie bardziej. Jednak wcale nie do końca wierzyła, że oni się tak po prostu rozstali i na tym koniec. - Jesteś wśród osób, na które możesz liczyć. Przetrzymasz to, nie pozwolimy ci się rozpaść. - Objęła ją mocno łapkami i przytuliła, zastanawiając się poważnie nad tym, czy nie zacząć jej uspokajać. Tylko czy to faktyczni mogło cokolwiek zmienić? - Pozwól… - szepnęła, nie dopowiadając. Pozwól sobie? Na chwilę zapomnienia o całym złym świecie i obowiązkach, o odpowiedzialności i głupim przeświadczeniu, że tylko się krzywdzi bliskich. A może na chwilę spokoju i zupełnego odpłynięcia od pokaleczonej, stęsknionej duszy. A może pozwól nam? Być, zająć się i przejąć część przeznaczenia.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-01-05, 22:10   

Potrzebowałam pomocy. Wiedziałam o tym. Nie należałam do tego typu osób, które protestowały przed przyjęciem pomocy, nawet jeśli naprawdę powinny ją otrzymać. Nie byłam zbuntowaną nastolatką, tylko dorosłą kobietą o wewnętrznej świadomości zniszczonej psychicznie czterdziestolatki. Dlatego też cieszyłam się szczerze, że postanowiłam przyjść do Alby. Nikt inny nie był w stanie pomóc mi w taki sposób, nikt inny pewnie nawet nie chciałby mi pomóc... Większość osób przecież się ode mnie odwróciła, gdy tylko przejęłam władzę. Prowadzili cichy protest, który polegał na tym, że powoli zaczynali mnie nienawidzić, a ja nie rozumiałam powodu. Tylko Alba nadal była tą samą osobą, której mogłam ufać, z którą szczerze mogłam rozmawiać... Ale co, jeśli ją też zranię? Jeśli zrobię jej krzywdę w jakiś sposób? Od niej też powinnam się odizolować, ale co, jeśli to zrobię? Zostanę zupełnie sama...? Ile mogłam mieć problemów na głowie za jednym razem? Zdecydowanie wolałabym się ich już pozbyć...
- Wiem... wiem, że mnie kocha... - szepnęłam cicho, komentując słowa przyjaciółki. To było tak oczywiste... Miałam świadomość tego, co czuje do mnie Aaron. Ja przecież też go kochałam, do szaleństwa wręcz, ale nie mogłam go skrzywdzić, a wiedziałam, że to się w końcu może stać. To, co wtedy czułam przy Ronniem... Naprawdę czułam, że mogłabym go skrzywdzić i czerpać z tego przyjemność. Po co Aaron miałby sobie marnować życie z osobą, która ostatnie jedyne co czuje, to pustka i agresja?
- Alba... ludzie mnie nienawidzą. Mam zdecydowanie więcej wrogów w Bractwie niż fanów. - powiedziałam i podniosłam wzrok, by wlepić go w oczy blondynki. Już przestałam płakać, czułam, że łzy wręcz mi się skończyły, jakbym nie miała już więcej wody w organizmie, ale czy to w ogóle było możliwe? Westchnęłam ciężko dając się objąć Albie. Znów zamknęlam oczy i oparłam głowę na jej ramieniu. Kiwnęłam potakująco głową, jakby na znak, że tak, chcę pomocy. Ale czy ktokolwiek był w stanie mi pomóc?
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-12, 00:10   
   Multikonta: Lidia Foney


Colleen to, Colleen tamto. Tak, podszepty nieznośnie kręciły się po Bractwie, nie uznając jej przywództwa. Niektóry kombinowali na boku, by zepchnąć ją z tego ciężkiego tronu, a inni po cichu formowali własne zgromadzenia mutantów. Byli też ci, którzy wierzyli w słuszność krwi Marie, albo po prostu kochali Colleen i pokładali w niej nadzieje. Zmagała się z pozostawionym prze matkę dziedzictwem, ale nie wyrzekała się tego, nie osiadła na laurach. Trwała walecznie, choć przecież łatwo nie było. Tylko każdy ma swoją granicę duszy, po przekroczeniu której wszystko się wali i upadają własne idee, ginie wiara w moc swoich możliwości. Parę drwiących komentarzy, nieudana akcja, porwani przyjaciele i śmierć. Czasami tyle wystarczyło, choć niektórzy mogliby szepnąć, że to nic takiego w obliczu zła, z którym będą się musieli zmierzyć.
Głaskała jej główkę z przymkniętymi oczami. Przesuwające się pomiędzy włosami palce odbierały jej strach i wypędzały szał, choć nie mogły odbierać jej świadomości świata, w którym była zatopiona. Alba działa łagodnie, bo nie chciała zrobić z niej otumanionej laleczki, a do tego wcale niewiele brakowało przy nierozważnym stopniowaniu działania mocy. Colleen nie utraci poczucia wielkiej beznadziei, ale z całą pewnością poczuje się lepiej.
Za chwilę odsunęła się, jakby właśnie coś się skończyło. Pora wdrożyć kolejny etap i iść do przodu. O, na przykład po wino, które właśnie magicznie znalazło się w dłoniach Alby. Chwilowo nie miał pod ręką żadnych kieliszków, ale otwieracz jak najbardziej się znalazł. Łupnęło i już po chwili Marie trzymała w łapkach butelkę. Trudno, będą piły z gwinta.
- Nim całkiem uwierzysz w to, że wszyscy cię nienawidzą, opowiedz mi o swoim najpiękniejszym dniu w Bractwie – zaproponowała, siadając po turecku na łóżku. Miała tylko nadzieję, że ten najpiękniejszy dzień nie wiązał się z Aaronem, z którym przed chwilą zerwała. Cholera, mogła wcześniej o tym pomyśleć. Nie chciała otwierać bolesnych szufladek. Jednak mała grupowa terapia im nie zaszkodzi. Jeśli wiarę traciła, to trzeba było ją jej na nowo przywrócić, prawda?
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

77%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
24

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-01-13, 18:35   

W sumie to nie byłam do końca pewna, czy Alba przypadkiem nie postanowiła poużywać na mnie swojej mocy, bo czułam się o wiele lepiej, niż jak tu przyszłam. Nadal smutna, nadal pusta, ale znacznie spokojniejsza. Już nie zanosiłam się płaczem i nawet nie czułam takiej potrzeby, więc to był chyba dobry znak, prawda? Bądź co bądź, nawet jeśli to robiła, to trudno, nie miałabym jej tego za złe, niech sobie miesza w moich emocjach ile chciała. To i tak było zdrowsze niż branie przeze mnie tabletek, a przecież to robiłam i to wcale się nie zastanawiałam, czy może jednak nie musiałabym ich brać, gdybym tylko bardzo się postarała. Brałam je, po prostu, nie martwiąc się koncekwencjami, a co jak co, ale branie takich silnych leków na uspokojenie do niczego dobrego prowadzić nie mogło. No, mniejsza z tym.
Chciałam się skupić na blondynce, na jej słowach. Musiałam to zrobić, po to pozwalało mi zapomnieć o tym wszystkim, co mnie bolało. Na chwilę odrywałam myśli od swojego cierpienia, a przenosiłam je na Albę. Najpiękniejszy dzień w Bractwie... Tych dni było przecież mnóstwo. Kiedyś kochalam Bractwo, a teraz... teraz ono nienawidziło mnie.
Uśmiechnęłam się smutno i przyjęłam butelkę wina od dziewczyny. Zazwyczaj nie piłam, a tym bardziej nie paliłam, unikałam wszelkich używek, ale czasami chyba bylo trzeba się napić, czy nie? Westchnęłam ciężko i nim odpowiedziałam, po prostu upiłam spory łyk alkoholu prosto z butelki.
- Najpiękniejszy był chyba pierwszy miesiąc życia Bractwa, gdy razem z mamą odnajdowałyśmy kolejnych mutantów w potrzebie, gdy ci przychodzili do nas całymi rodzinami. Miałam poczucie spełnienia, wiedziałam, że robimy coś dobrego, że tak właśnie powinno być, że jesteśmy jedną, wielką rodziną. A teraz... a teraz podzieliliśmy się na dwa obozy, przy czym ten wrogi mi jest znacznie większy. - mruknełam cicho i nerwowo przegryzłam wargę. Dlaczego to sobie robiłam? Od miłych rzeczy przechodziłam do zadręczania się, miałam już tego dość...

...

/zt x2
_________________


I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-26, 23:41   
   Multikonta: Lidia Foney


//po kościele

Nie miała dobrego przeczucia, jeśli chodziło o nadchodzącą misję. Już wcześniej, nim weszła do kościoła, chodziły po niej niepokojące myśli. Wiedziały, gdzie uderzyć, aby ją powstrzymać i, proszę, wykorzystały samego Aarona, który jeszcze przed chwilą nawet nie śmiał pojawiać się w jej najgorętszych fantazjach.
Tymczasem teraz w nich trwał, ale nie były one tak cudne i niebiańskie, jak mogłaby tego pragnąć. Strach o pomyślność powierzonego mu zadania, sytuacja z Colleen i wreszcie trudy związane z uporządkowaniem własnych uczuć. Łaskocząca niepewność, która tykała ją mocno, kiedy wyszli z kościoła. Drobnostka – wejść do domku, nie zastać tam Bradleya, położyć się i zasnąć, nim te emocje całkiem wyssą z nich ostatnie tchnienie.
Miała w głowie tyle absurdalnie błahych, głupich pytań, za których moralność, przyzwoitość i, wreszcie, mądrość nie odpowiadała. Nigdy jeszcze nie znalazła się z nikim w takiej relacji, a za chwilę miała przy nim zasnąć i przy nim się zbudzić – o ile Colleen wcześniej ich nie pozabija. Przyznajmy otwarcie, obecność tylu mutantów z różnymi mentalnymi, cwanymi mocami w tak bliskim sąsiedztwie nie działo na ich korzyść. Powinni zatem czym prędzej z nią porozmawiać.
- Chodź – szepnęła, choć to było niepotrzebne. Przecież był tutaj, zaraz obok niej. Wchodzili właśnie do domku. Nie była pewna, czy Bradley nie spał sobie przypadkiem ścianę obok, w swoim pokoju. Nie mógł ich nakryć. Zdjęła cichaczem buty i odwiesiła kurtkę na wieszaczku. Na palcach przemknęła przez korytarz, aby móc się zorientować w sytuacji. Jednak drzwi do jego pokoju były uchylone, a w środku nikogo nie było. Normalnie pewnie by się przejęła, ale jako że w obecnej sytuacji trochę traciła rozum, to niebywale ucieszył ją taki obrót spraw.
- Jesteśmy sami – powiedziała już głośno, metaforycznie zapraszając go do swojej sypialni. O ironio! To się działo naprawdę. Skromny pokoik, bardzo w subtelnym stylu Alby i bez większych wygód. Zasłoniła firanki i zapaliła światło. Co powinna teraz zrobić? Popatrzyła tak na Aarona i nagle o czymś sobie przypomniała.
- Mam chyba w torbie wino. Miało mi towarzyszyć przy fajkach.
A czy teraz Ty chcesz mi towarzyszyć przy winie?
Serio, powinien, choćby dla spokoju sumienia, położyć ją grzecznie do łóżka, bo i bez tego wina odbijało jej.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-27, 00:42   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


Odprowadzałem Albę do jej domku. Nie wiem, czego oczekiwałem po tej podróży. Przede wszystkim pragnąłem, by nie niosła tego sama. Sporo rzeczy przytargała do kościoła. Chciałem się jej na coś przydać i najwyraźniej chwilowo mi się udawało. To, co miało się wydarzyć potem… Nie miałem pojęcia, czy wejdę do niej, ujrzę od środka jej pokoik, poczuję tę intymność i… W pewien sposób się obawiałem, że ją przestraszę, że coś pójdzie nie tak. O dziwo, nie przerażała mnie wizja najścia przez kogoś, bo nie robiłem nic złego, pomagając jej w przenoszeniu rzeczy. Była przecież przyjaciółką mojej dziewczyny… Albo eksprzyjaciółką mojej eksdziewczyny.
Cóż, za wiele to nie zmieniało. Uczucie, które we mnie non stop pozostawało, ciągnąc mnie ku Albie, wciąż we mnie tkwiło i krzyczało, bym nie odstępował jej choćby na krok. Cokolwiek bym jednak w tej chwili nie zrobił, bolała mnie myśl, że mimo wszystko pozostaję tak daleko od niej. Pragnąłem jej bliskości, co uświadamiałem sobie z każdym kolejnym krokiem, który dzielił nas, kiedy pozwalałem sobie na zwalnianie kroku.
Może właśnie dlatego, kiedy znaleźliśmy się w jej pokoju, czułem się taki niespokojny. Świerzbiło mnie chyba wszystko w moim organizmie. Każda komórka krzyczała, bym ją dotknął, bym porwał ją w ramiona i nie pozwolił jej się z nich wydostać. Zalatywało wizją gwałtu, ale… No, mimo wszystko nie zamierzałem zaczynać rozumieć gwałcicieli. Co to, to nie.
Porzuciłem jej rzeczy w kącie pokoju. Nie mogłem dłużej. Zatrzasnąłem za nami drzwi i zrobiłem tych kilka kroków w kierunku Alby. Pocałowałem. Nie tak delikatnie czy subtelnie jak na początku. Nie tak niewinnie, bo w taniec pomknął też język. Z początku może i nie gwałcąc wnętrzności jej ust, ale, no, Albo… Nie wiem, co ze mną wyrabiałeś, ale pragnąłem cię więcej, pragnąłem cię bardziej.
Przywarłem do niej ciałem, obejmując silnymi dłońmi mięciutkie ramiona. Nie wytrwały tam za długo. Zaraz objęły ją w pasie, poderwały w górę, zanosiły do łóżka. Tam, gdzie wedle spokoju sumienia, powinna być grzecznie położona.
- A masz bardzo wielką ochotę na to wino? – zapytałem upojony. Chyba najbardziej w swoim życiu. Co tam alkohole, kiedy nie dawały tego, co obecność Delgado. O, rany! Czułem się totalnie naćpany i pragnąłem bardziej, więcej i przede wszystkim by było albowo. Kiedy mówiła, miałem wrażenie, że przemawiają do mnie sami bogowie.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-27, 01:43   
   Multikonta: Lidia Foney


Nim zdołała, uśmiechnąć się do własnych słów na temat wina, Aaron porwał ją. Porwał w siebie i opętał ciepłym dotykiem ramion. Jej zimną skórę nawiedziła fala nienazwanych dreszczy i, przysięgam, to już dawno przestało chodzić o ten chłód. Zaskoczył ją, choć skłamałaby, gdyby powiedziała, że przez ostatnie kilka minut, kiedy tak sobie spokojnie dreptali do chatki, wcale nie zaczęła fantazjować. Miała opory, ale najwyraźniej Aaron świetnie się znał na ich łamaniu.
Serce jej się rozpędziło, czując tak blisko ukochaną duszę. O ironio, ona go chyba nawet nigdy nie widziała bez koszulki, a teraz przyległ do niej. Naznaczał swoim zapachem, w milczeniu hipnotyzował duszę. Niemal zakręciło się jej w głowie, kiedy dotarła do niej fala jego emocji. W tym momencie była zupełnie odblokowana na to, co czuł, czego pragnął. Jakby ich pragnienia już za tą krótką chwilę miały się połączyć. Przejmowała jego iskry, gasło i zaraz znowu parzyło na nowo.
Odważny dotyk ust, tak mocno uświadamiający Albie jedną kwestię: to już nie mogło być bardziej prawdziwe, rzeczywiste. Rozpalał, rozbudzał i nie pozwalał się odsunąć, nie przewidywał ucieczki, choć doznanie to było dla niej tak odurzające, że przez moment miała wrażenie, że się rozsypuje pod dotykiem tych ciekawskich dłoni. Potrzebowała takiej drobnej chwili, maleńkiej. Nie, cholera, nie potrzebowała.
Równie napastliwie go objęła, choć to napastliwie miało w sobie taką dla niej charakterystyczną, subtelną zmysłowość. Zacisnęły się łapki na jego przykrytych ubraniem plecach, a usta postanowiły skapitulować. Bo czy długo jeszcze umiała udawać, że wcale jej to nie rusza? Wstrząsało!
Spodziewała się paru namiętnych uścisków, stęsknionych kąsań i wiercących się dłoni, ale Aaron najwyraźniej potrzebował jej więcej. Więcej choć nie mniej, niż ona pragnęła w tym momencie jego. Przez tę krótką chwilę więc dała się opanować jego namiętności, jednocześnie odkrywając w sobie swoją własną.
Kiedy mówił, trwała z zamkniętymi oczami i uśmiechem, którego nie dało się ukryć. Właściwie to nie wiedziała, jak to się stało, że leżała, a on był zaraz przy niej. Wino? Przydałoby się, choć była już tak oszołomiona, że chyba od kolejnej dawki szaleństwa, pewnie by całkiem się… obnażyła. Ze swoim bezwstydem.
- Chyba mi przeszło – stwierdziła i tak strasznie chciała brzmieć poważnie, ale no, nie wyszło. - Mieliśmy iść… spać – przypomniała konspiracyjnie. Jej dłoń przesunęła się w dół, po jego plecach, aż dotarła do końca materiału i tak jakoś przypadkiem wsunęła się pod. Taki ciepły. Miała wrażenie, że właśnie… przepadła.
Przepadnij ze mną, proszę.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

kontrola ognia

88%

mówię NIE mafii





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
28

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-29, 01:41   
   Multikonta: Agent Łukasza
  

   1 Rok na Giftedach!


Jeśli to miłość, ta jedyna i prawdziwa, to czy popełnialiśmy w tej chwili jakiekolwiek błędy? Jak można nas uważać w takim przypadku za złych, za niegodnych? Jak można nas przeklinać i karać?
Odebrało mi racjonalność, jej bliskość była wszystkim. Niczym koc, który chronił przed mrokami duszy czy paskudną burzą, kiedy trząsłeś portkami z każdym walnięciem jako mały brzdąc. O, niczym ramiona matki, kiedy płakałeś, bo obtarłeś kolano. Niczym siłownia, kiedy złość nie dawała ci odetchnąć. Albo jak Alba, kiedy uważałeś, że nikt ani nic nie pokaże ci, co to prawdziwa miłość.
Colleen nie potrafiła mi tego pokazać. Alba… Nie wiem, ale czułem jej bliskość, jej rozumienie. Nie wiem, czy to wynikało z jej mocy, czy po prostu sposobu bycia. Colleen pozostawiła mnie w basenie, a Alba… była, mimo że raniła swoim postępowaniem przyjaciółkę oraz swój własny kodeks honorowy. Robiłem jej źle, ale chyba na własne sposoby czuliśmy, że to coś więcej niż problemy, którymi nas obarczało to uczucie.
Miałem ją zapytać, czy zanadto się nie zapędzam. Coś tam z rozumu najwyraźniej mi pozostało jeszcz… ale Alba wraz ze swoją mową ciała mówiła jedno – nie przestawaj. Czułem doskonale jej dłonie na sowich plecach. Sprawiały, że płonąłem jeszcze bardziej, że coś w moich spodniach płonęło pożądaniem.
- To może chodźmy spać – odparłem jedynie, mało błyskotliwie. Potakująco – z pewnością. Przywierałem do niej wargami, przywierałem ciałem. Dotykałem. Moje dłonie na jej biodrach, na jej talii, pod bluzką, docierające do jej piersi. Szalałem, będąc oszalałym. Kochałem, będąc kochanym. Brakowało mi tego. Dopiero teraz dostrzegałem to, jak bardzo mi brakowało bliskości drugiego człowieka. A co z Colleen? Czy nie czułem tego przy niej? Czy po prostu zapomniałem, przytłoczony tym nowym uczuciem?
Złapałem za koniec jej bluzki dwiema dłońmi i zacząłem ściągać z niej bluzkę. Pospiesznie, ale nie na tyle, by drzeć, by ciągnąć, tylko czekając na jej nieznaczne uniesienie się. Nie chciałem jej krzywdzić. Pragnąłem, by czuła się bezpieczna.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-02-01, 21:18   
   Multikonta: Lidia Foney


Na pewno sobie nie zdawał sprawy, prawda? Z tego, że wszystko, co się działo tutaj między nami, było dla niej nowe. Kiedy trafiła do Bractwa, była nastolatką, a przez te lata nikomu nie pozwoliła do siebie się zbliżyć. Aaron był pierwszy. Choć okoliczności pozostawały niezbyt komfortowe, to jednak ufała mu, pragnęła go. Przez ostatnie tygodnie stał się jej bardzo bliski. Nie pora teraz na roztrząsanie tego, jak to się dokładnie stało, ale… Chciała. Chciała wszystkiego, co wiązało się z nim. Każda jej myśl ujmowała go, każda fantazja to on – nagle, niespodziewanie i zbyt szybko. Wcale nie potrzebowała być empatką, aby wiedzieć, jak się czuł. W tej krótkiej chwili byli połączeni.
Ocierające się wargi, napastliwe dłonie i przylegające ciała. Nie potrafiła opanować głodu, jaki nagle w sobie odkryła. Przepędzała resztki myślenia. Teraz chciał tylko czuć, choć…
- Aaron – szepnęła, kiedy ich usta się na moment rozłączyły. Popatrzyła nieco niepewnie i zamknęła na chwilę oczka, aby dać sobie sekundę na opanowanie. Tak jej pragnął. Czuła to. Zdawało jej się, że płoną razem. Czy mogła być jego małą, osobistą zapalniczką?
Jego dłonie przy jej piersiach, gładzące brzuszek, dobierające się do sekretów jej ciała. Drżała tak bardzo, a to na pewno aż za dobrze mógł poczuć. Podarował jej milion dreszczy, podarował jej nieopisaną moc czułości, ale przede wszystkim siebie. Czy byli teraz dla siebie? Czy kiedy się rano obudzi, on wciąż tu będzie? A może spiła się w tamtym kościele, może… Dość!
Podniosła się gwałtownie, zmuszając i jego do tego, przez co Aaronowe dłonie odsunęły się od jej ciała. Zagryzła mocno usta, ale to chyba nie był dobry pomysł, bo był wyjątkowo wrażliwe od pocałunków. Wsunęła łapki pod materiał jego koszulki i raz dwa się jej pozbyła. Oj, tak, ten pełen satysfakcji uśmiech. Zmusiła go troszkę, aby opadł plecami na łóżko, nie dając sobie ani chwili na podziwianie jego tatuaży. Nie teraz, kiedy lekko przesuwała łapką po jego brzuchu, jednocześnie patrząc mu tak trochę cwanie, ale jednak niewinnie(!), prosto w oczy. Czy wiedział, czego pragnęła? Zdjęła własną bluzkę i pochyliła się.
- Nie bez kołysanki – szepnęła mu rozkosznie do ucha, kierując tamtą dużą dłoń na swoje plecki. I tak w dół, w dół… Tak samo, jak w dół przesuwały się jej usta po kochanym ciele, badając każdą wyrysowaną cząstkę jego historii.
Był tak piękny. Tyle lat pozostawali dla siebie niewidzialni, aby teraz mocno rozbłysnąć.


BONUS!
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 5