Poprzedni temat «» Następny temat
Pokój #1
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-06-11, 16:50   Pokój #1

Nieduże, ciasne i stosunkowo ciemne pomieszczenie o szarych, chropowatych i gołych ścianach, od których - tak samo jak od betonowej, nieprzykrytej niczym podłogi - bije chłodem. Na próżno szukać tu jakichkolwiek wygód czy nawet niedużych ozdób, jakie mogłyby chociaż trochę ożywić pokój, ułatwiając aklimatyzację w tym miejscu.
Do wnętrza wstawiono wyłącznie dwa jednoosobowe łóżka o ramach z metalu - przy prawej i przy lewej ścianie - dwie szafki nocne i jedną metalową szafę, którą przedzielono na dwie połowy. Klitka nie ma ani jednego okna, oświetla ją wyłącznie jarzeniówka pamiętająca prawdopodobnie jeszcze czasy świetności tego budynku.
W założeniu, co niewątpliwie widać po wyposażeniu, pokój miał być dwuosobowy, jednakże ostatnie wydarzenia sprawiły, iż liczebność Bractwa znacznie się zmniejszyła. To zaś sprawia, że praktycznie każda osoba może pochwalić się własną komórką pod schodami.

W tym pokoju łóżka zostały złączone.
Ostatnio zmieniony przez The Gifted 2018-10-07, 18:51, w całości zmieniany 3 razy  
[Profil]
 
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-07-29, 23:19   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


/6.04, trochę czasu po zebraniu Bractwa

Matilde totalnie straciła poczucie czasu. Po zakończonym zebraniu, dotyczącym wyborów nowego lidera Bractwa, dziewczyna nie miała ochoty z nikim się ani widzieć, ani tym bardziej rozmawiać. Nie oglądając się na nikogo, pośpiesznie opuściła salę zebrań, by po chwili zaszyć się w swoim nowym, pozbawionym światła pokoju i położyć się skulona na niewygodnym łóżku. Nie była przekonana ile minęło czasu. Gdyby nie fakt, że wciąż była sama, że wciąż nie było tu Willa, byłaby nawet w stanie pomyśleć, że minęły dni, tygodnie, a nawet i miesiące…
Wallace nie miała już więcej siły. I jeśli do tej pory uparcie udawało jej się jakoś walczyć z wiatrakami, to teraz… w mało spektakularny sposób po prostu się poddała. Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo, a ona nie była nawet w stanie sobie wyobrazić, by kiedykolwiek mogło być choć trochę lepiej. Zwłaszcza teraz, zwłaszcza po zaistnieniu tych okoliczności.
Łzy cisnęły się do jej oczu, a dolna warga znowu tak niebezpiecznie drżała. Ale tym razem nawet nie zamierzała się powstrzymywać. Bo niby po co? Była tu całkiem sama i nie miała powodów, by udawać. Nie miała przed kim zgrywać, że nic ją nie interesuje, że jej nie zależy. Zależało. W tym właśnie tkwił jej największy problem. Zależało.
Zależało jej na zdrowiu Willa. Zależało jej na jego życiu, które przez tą durną organizację miało tak po prostu przelecieć im między palcami. Kurwa. Czym aż tak bardzo zawiniła? Nie była przecież aż tak chujowym człowiekiem. Dlaczego więc cały czas spotykały ją takie rzeczy...? Nie zasługiwała na to. Nie, nie miała zamiaru się tak po prostu godzić z tym chujowym losem. Nie była aż tak beznadziejna, by raz za razem dostawać po dupie.
Do tej pory łudziła się, że sytuacja, w której się znalazła potrwa tylko chwilę. Że to co było teraz jest tylko tymczasowe. Liczyła, że Hopper musi tu po prostu zostać jeszcze tylko na kilka dni, może nawet i kilka tygodni… Zresztą, nieważne. Po postu była przekonana, że kiedy mężczyzna zrobi już to co ma do zrobienia… to wtedy im się uda. Wyjadą stąd i się zaszyją w jakimś spokojnym, pozbawionym tego całego syfu miejscu. Liczyła, że spędzą te ostatnie miesiące razem. Tylko tyle chciała. Czy to naprawdę było aż tak wiele…? Czy naprawdę trzeba było ją obdzierać z tych ostatnich resztek nadziei na przeżycie kilku szczęśliwych chwil w życiu? Matilde nawet nie wiedziała, kiedy w jej ustach pojawił się cieniutki papieros.
Paliła, bo nie widziała już żadnego innego wyjścia z sytuacji. Paliła, bo po prostu się poddała. Paliła, bo była przerażona i zmartwiona losem najbliższej osoby. Jeszcze nigdy tak wyraźnie nie czuła oddechu śmierci Willa na swoim karku. Do tej pory wydawało jej się, że do tego momentu minie jeszcze tyle czasu, natomiast teraz? Natomiast teraz była przerażona. Zupełnie, jakby to miało się stać teraz, zaraz, za chwileczkę. A ona nie była na to gotowa. Matilde wypuściła z ust obłok tytoniowego dymu, wbijając zaszklone spojrzenie w sufit pomieszczenia. Paliła z jeszcze jednego, dość istotnego powodu. Paliła, bo po prostu chciała umrzeć. Zniknąć, zaszyć się pod ziemią. Chciała, by świat o niej zapomniał. By wreszcie dał jej spokój. To było jej ostatnie życzenie.
_________________
Wallace jest w 8 miesiącu ciąży.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-07-30, 10:02   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Minęło już parę godzin od zebrania, ale dla Willa to było jak pstryknięcie palców. Najpierw to jak zmusił się, żeby powiedzieć Mercy, że umierał, żeby nagle wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, To całe wchodzenie do jego głowy, późniejsza, wycieńczona Marceline... Czy to źle, że nie czuł specjalnych wyrzutów sumienia? Wyglądała jakby przez następne kilka dni miała nie podnosić się z łóżka... ale cholera jasna, on już nie umierał! A przynajmniej, nie umierał tak szybko. Nieważne. Czas, to było właśnie to, czego tak rozpaczliwie potrzebowali i właśnie dostali go całą masę w prezencie. Jeżeli tylko nie dostanie wylewu, czekały go lata życia. To była wręcz porażająca perspektywa. Mercy czuła się fatalnie... ale to jej miało przejść. Śmierć w żaden sposób by mu nie przeszła. Cholera, mógł jej powiedzieć o tym wcześniej, na początku marca, zawsze to byłby miesiąc działania jego mocy mniej... Trudno. Potrafił sobie poradzić z obecnym bólem. Potrafił sobie poradzić z migrenami. Znajdzie jakieś rozwiązanie tego wszystkiego, teraz, kiedy miał czas. W zasadzie, nawet jedno miał, operacja czaszki raz na zawsze rozwiązałaby jego problem... Oczywiście, gdyby był w stanie doprowadzić do sytuacji, w której miałby do dyspozycji salę szpitalną i porządnych lekarzy, a przy okazji nie zostałby od razu złapany przez DOGS. Mógłby załatwić coś nielegalnego, był w stanie zdobyć pieniądze, a przecież musiała istnieć jakaś siatka, skoro wszyscy ci mafiozi jeszcze się nie wykrwawili... Z resztą, nieważne. Przecież miał czas, nie musiał szukać rozwiązania już teraz. Wymyśli coś, kiedy problem nie był już taki niemożliwy. Teraz... zostało mu tylko powiedzieć o tym tym kilku ważnym osobom w jego życiu.
Wyraźnie podekscytowany - o ile doświadczenie nauczyło go ukrywać te negatywne emocje, to z pozytywnymi było o wiele gorzej - otworzył drzwi do ich pokoju.
- Wallace? - spytał, rozglądając się po pokoju. Była tutaj, wyraźnie przybita, z papierosem w ustach. Teraz, kiedy to nie była kwestia kilku miesięcy w trakcie których to wszystko stanie się nie do zniesienia, powinien jak najbardziej ograniczyć wdychanie dymu papierosowego, nieważne czy paląc, czy nawet tylko będąc biernym palaczem, Nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek większe szanse na wylew. Znowu miał zbyt wiele do stracenia, Zbyt dużo czasu, który mógłby spędzić z nią.
Ale teraz... Teraz to nie miało znaczenia. Cholera, chciał zobaczyć minę Wallace, kiedy usłyszy o tym wszystkim. Powstrzymując uśmiech, pocałował ją w czoło i usiadł koło niej. Cholera, to było świetne uczucie, mieć ją obok.
- Co jest? - spytał. Przecież widział, że była bardziej przybita niż mieli w zwyczaju. Chciał się dowiedzieć, o co chodziło, zanim przekaże jej dobre wiadomości, które przyćmią właściwie wszystko inne.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-07-30, 10:52   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Najpierw dźwięk otwierających się drzwi, a potem ten ostry błysk jarzeniówki. Wallace, która do tej pory tępo wpatrywała się w sufit, teraz gwałtownie zamknęła oczy. Nie tylko ze względu na rażące światło. Świadomość, że dłużej nie była sama, że ktoś mógł zobaczyć, zmusiła ją do tego desperackiego ruchu. Sama nie wiedziała czemu aż tak bardzo się tym przejmowała. To nie był po prostu kolejny, zwyczajny ktoś, przed którym musiała udawać. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. A jednak, chyba z przyzwyczajenia po prostu przetarła oczy wierzchem dłoni, pozbywając się łez z kącików oczu.
– Hmmm? – mruknęła łamiącym się głosem, przekrzywiając głowę w bok i wreszcie otwierając swoje ciemne oczy, które teraz utkwiła w twarzy Willa. Nie rozumiała czy czas rzeczywiście się zatrzymał, czy po prostu emocje tak silnie wpłynęły na obserwowanie przez nią świata. Ale byłaby w stanie przysiąc, że od momentu, w którym pojawił się w drzwiach do tego troskliwego pocałunku minęła jakby wieczność. Lubiła, gdy to robił. Lubiła, gdy był blisko. Lubiła zapach jego perfum. Ale myśl, że to już niebawem miało się skończyć, że być może to był jeden z ostatnich pocałunków na jej czole… Matilde przełknęła cicho ślinę, czując jak do jej oczu znowu napływają łzy. Nie potrafiła sobie wyobrazić świata bez Williama Hoppera. A przecież musiała zacząć się uczyć żyć z tą świadomością. Tylko od czego miała zacząć? Czy w ogóle było możliwe pogodzenie się ze śmiercią tak bliskiej osoby? Czy można było się do tego przygotować? Czas, który jeszcze niedawno dawał jej jakąś nadzieję, teraz… go nie było. Teraz nie było już czasu. Zwłaszcza, kiedy on zostanie tym pieprzonym liderem. I do tego wszystkiego dochodziło to tak bardzo nietaktowne pytanie. Czy on nie zdawał sobie sprawy z tego co to cholerne zebranie dla nich znaczyło? Czy naprawdę konieczne było zadawanie tego pytania?
– Naprawdę o to pytasz? – spytała z ciężarem na klatce piersiowej. Chciała się podnieść, ale ból ją paraliżował. Nie, nie ten fizyczny. Ten, który teraz odczuwała był znacznie bardziej nie do zniesienia. Pozostała więc w bezruchu, wciąż leżąc na łóżku z papierosem między zębami.
– To wszystko… to wszystko się zaraz skończy, czy ty tego nie rozumiesz? – ale już dłużej nie była w stanie powstrzymywać ani spływających po jej policzku łez, ani łamiącego się głosu. Kolejne słowa, które wydobywały się z ust Wallace były przerywane przez spazmatyczny oddech.
– Myślałam… myślałam, że to po-potrwa… tylko… chwilę. Że wyjedziemy… gdzieś… razem… że będę cię m-miała… chociaż… chociaż trochę i może… może... – ale nie potrafiła tego dokończyć, przełykając swoje słone łzy. To tak bardzo bolało.
– Tylko tyle chciałam. A teraz… a teraz… to cię… zabije. A ty… – wpatrywała się w jego oczy i wtedy dostrzegła ten dziwny błysk w oku… To coś… coś dziwnie radosnego. To w nią ugodziło. Ale czego ona się spodziewała? Był kolejnym facetem, któremu zależało tylko na władzy. Wallace przesunęła językiem po swoich spierzchniętych wargach, jednocześnie przełykając ślinę. Ta nagła złość.. to trochę ją zebrało do kupy. A przynajmniej pomogło wypowiedzieć kolejne słowa bez zanoszenia się płaczem i tym odpowiednio chłodnym i nieprzyjemnym tonem.
– Bawi cię to, Hopper? Pewnie chciałeś zostać tym liderem. W takim razie gratuluję. – nie chciała dłużej na niego patrzeć, dlatego odwróciła wzrok. Spoko, mogła sobie pocierpieć za nich oboje. Co to dla niej. On niech pławi się w tym swoim drobnym sukcesie. Najwidoczniej kolejne miesiące życia nie były dla niego aż tak istotne. Nie, kiedy na tapecie pojawiała się ta przeklęta władza.
_________________
Wallace jest w 8 miesiącu ciąży.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-07-31, 01:42   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Will próbował nadążyć za tym, o co jej chodziło... ale nie, nie nadążał. Cholera, on był w tym fatalny. Dlaczego w ogóle wpadła na pomysł, że będzie wiedział, o co jej chodziło? Nigdy nie wiedział, od samego początku. To była jedna z tej całej masy rzeczy, które go do niej ciągnęły. Ale ciągle musiał próbować zgadnąć, prawda?
Chciał ją jakoś pocieszyć, zrobić coś, ale wtedy zorientował się, że ona... płakała. Cholera jasna, on był przecież w tym fatalny. Nie miał pojęcia co powinien zrobić, ciągle nawet nie miał pojęcia w czym właściwie był problem, który mógłby rozwiązać.
- Hej... - powiedział cicho, chcąc coś zrobić. Cokolwiek. Sięgnął dłonią do jej policzka i wręcz odruchowo starł kciukiem jej łzy. Och, genialne, Hopper, pomyślał. Zupełnie jakby nie płakała. Świetny plan.
Dopiero kiedy zaczęła próbować składać jakieś zdania pomiędzy szlochami, zrozumiał o co jej chodziło. Och, to miało sens. Umierał, to był pewien problem. Rzecz w tym... że nie, już nie. Mieli czas. To już nie była kwestia jego ostatnich miesięcy. Może nie ciągnęła się przed nim wizja długiego i szczęśliwego życia... ale cholera, chrzanić i żyli długo i szczęśliwie! Nie potrzebował tego, już dawno zrozumiał, że nie miał na to najmniejszych szans. Kilka pojebanych lat z pewnością mu wystarczy.
- Mattie - zaczął, próbując jakoś poskładać to, co miał jej powiedzieć... ale wtedy zobaczył tę jej nagłą zmianę nastawienia. Okay, akurat w tym momencie nie spodziewał się nagłego wybuchu gniewu. Chyba był w zbyt dobrym humorze, żeby się tym przejąć... ale serio, Wallace? Serio? Naprawdę sądziła, że tylko marzył o tym, żeby przejąć władzę po Colleen? On nawet nie chciał dołączać do tej organizacji. Zrobił to przez to, że jego migreny zaczęły stawać się zbyt częste, żeby mógł być pewien, że nie da się złapać DOGS.
A ten czas od ataku? To była katorga. I - najprawdopodobniej - jeżeli by go wybrali, miało być niewiele lepiej. Fakt, nie umierał... ale to nie znaczyło, że jego migreny miały zniknąć i że miał się zacząć czuć lepiej. Nie chciał się tym na razie zadręczać. Wybory miały być i tak dopiero następnego dnia.
- Wallace, nie chcę zostawać żadnym liderem. Mam nadzieję, że jutro wybiorą sobie kogokolwiek innego na przywódcę tego pierdolnika, a my będziemy mogli mieć ich głęboko w dupie - odpowiedział jej, ciągle raczej w zbyt dobrym humorze jak na kogoś, kogo właśnie ofukano. - Spójrz na mnie. - I jeśli nie miała zamiaru tego zrobić, delikatnie obrócił jej twarz, nachylił się nad nią czy zrobił cokolwiek, żeby musiała patrzeć na tę jego przeklętą twarz. - Mercy znalazła sposób. Wyłączyła moją moc. Mattie. Mamy czas - powiedział jej z coraz szerszym uśmiechem pojawiającym się na jego ustach.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-07-31, 08:51   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Tak, ścieranie łez z jej policzka zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem na jaki kiedykolwiek wpadł William Hopper. Wyglądało na to, że każdy kolejny czuły gest jedynie jeszcze bardziej ją dobijał. Matilde w żaden sposób nie potrafiła tego kontrolować. Po prostu kolejna fala łez wypłynęła z jej zaczerwienionych od płaczu oczu, a ona nie była w stanie nic na to poradzić. I chyba w tym momencie o wiele bardziej by wolała, gdyby Hopper postanowił się na nią powściekać. Może gdyby potrafiła się skupić na tym jak bardzo był irytujący, nie roztrząsałaby dłużej w swojej głowie tego, że gdzieś tam istniał ten cholerny zegar, który odliczał im czas… Tik tok. Za dwie dwunasta. Tik tok. Czas się pożegnać. Tik tok.
W obecnej sytuacji Wallace jedynie jeszcze bardziej się nakręcała. Ciężko jej się oddychało. Głównie przez płacz, który zdawał się być z każdą sekundą jeszcze intensywniejszy i bardziej żałosny. Ale w tym momencie wydawało jej się po prostu, że tak już będzie zawsze. Już teraz nie mogła normalnie funkcjonować, a co dopiero miało być wtedy, kiedy on już rzeczywiście odejdzie? Oh i cudownie. Musiał ją jeszcze tak nazywać. Całe szczęście wtedy właśnie ogarnął ją ten gniew, bo Will miałby naprawdę poważny problem.
– Nie protestowałeś za bardzo, gdy cię zgłosili – odparła wciąż zła, ale w jakimś stopniu na pewno trochę ją udobruchał. A my będziemy mogli mieć ich głęboko w dupie. Brzmiało jak naprawdę dobry plan tylko… tylko… – Ci idioci cię wybiorą, Hopper. Doskonale o tym wiesz.
I nie, nie chciała na niego patrzeć, ale nie opierała się, gdy mężczyzna chwycił ją kciukiem za podbródek i zmusił do nawiązania kontaktu wzrokowego. Chyba nie miała sił, by się z tym spierać. W milczeniu wysłuchała jego słów, czując jak z każdą kolejną sekundą krew odpływa jej z twarzy, a w uszach zaczyna dzwonić. Jej wargi się rozchyliły, a pomiędzy brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Kompletnie nie rozumiała o czym on mówił, zupełnie jakby wypowiadał te słowa w obcym dla niej języku. Przez głowę Wallace przewijało się tyle pytań. Próbowała to jakoś poskładać, zrozumieć, ale… Wyłączyła moją moc. Co to właściwie znaczyło? Tak w ogóle można było? Wallace była wyraźnie skonsternowana, a na jej twarzy gościł nieodgadniony wyraz. Mamy czas. Żartował sobie z niej? Jeśli tak, to był naprawdę nieładny żart. Bała się w to uwierzyć. Nie sądziła, by była w stanie przeżyć, gdyby to jednak okazało się nieprawdą. Ale czy Hopper mógłby żartować z takiego tematu? Sposób w jaki się uśmiechał… Wallace, której nagle przybyło sił, podniosła się gwałtownie do siadu.
– Jak dużo? – spytała w końcu, sięgając dłonią w bok, by zgasić papierosa w popielniczce. I wtedy… wtedy to w nią uderzyło. Serce zabiło jej mocniej. Mieli czas. On nie umierał. Mieli szansę. Kąciki ust Wallace drgnęły.
– Na pewno? – tym razem jednak nie czekała na odpowiedź. Po prostu rzuciła mu się na szyję. Wallace w nagłym przypływie emocji zaczęła przyciskać swoje wargi do jego policzka, szyi, ramienia, skroni, czoła… Uśmiech, który początkowo był bardzo nieufny i delikatny, teraz z każdą sekundą zdawał się być coraz szerszy. Matilde ostatecznie oparła swoje czoło o jego czoło, by wbić swoje błyszczące od łez oczy w jego ciemne tęczówki. A potem… kiedy z jej roześmianych oczu wypłynęły łzy, z ust Matilde wydobył się krótki śmiech. Coś przypominającego radosne parsknięcie. Jeśli to był sen, to nie chciała się z niego budzić.
_________________
Wallace jest w 8 miesiącu ciąży.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-07-31, 14:35   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Miał wrażenie, że wszystko co robił przynosiło dokładnie odwrotny skutek. Nie miał pojęcia co jeszcze mógłby zrobić z tymi jej załzawionymi oczami, urywanym oddechem, szlochem i całą masą łez. Przecież wszyscy wiedzieli, jak fatalny w tym był, nie potrafił pocieszać. Powinna mu powiedzieć, jak chujowy w tym był i zacząć mu wytykać, wszystko co robi źle. Tak, powinna zacząć się na niego wściekać i krzyczeć. To była stanowczo dużo lepsza opcja niż ta niemożliwa do powstrzymania rozpacz i łzy.
- Ty za to protestowałaś za całe Bractwo - zauważył. Nie chciał zaczynać tego tematu... ale przecież kiedyś musieli o tym porozmawiać, prawda? I nie, nie chodziło o to, że w jakiś sposób czuł się zdradzony, bo nie stwierdziła, że był świetnym kandydatem na przywódcę. Nie był. Chodziło o to, jak próbowała to powstrzymać. - Henderson? Addams? Naprawdę? Przecież doskonale zdajesz sobie sprawę jak bardzo się nie nadają.
Kogokolwiek Bractwo jutro wybierze.. nie mogli manipulować nimi, celowo naprowadzać na fatalne opcje tylko dlatego, że nie podobało im się, co mogą zadecydować. Jeżeli któryś z jej kandydatów doprowadziłby do śmierci kolejnych osób... Ona by za to odpowiadała. On z resztą też, bo by jej na to pozwolił, znając konsekwencje i nic nie robiąc. Miał już dość krwi na swoich rękach,
Uważnie obserwował jak zmieniała się jej mina, kiedy to wszystko zaczynało do niej docierać. Właśnie pokonali ten niemożliwy do pokonania problem. To nie miało się skończyć równie niespodziewanie, co się zaczęło. Cholera, jasna, miał przed sobą przyszłość. Nie ważne jaką, nie ważne co z Bractwem, GC, kolejnymi działaniami rządu. Będzie żył. Miał przed sobą przyszłość, choćby miała trwać tylko kilka lat. Na dobrą sprawę, to było przecież cholernie dużo. Znalazł siostry ledwie nieco ponad miesiąc temu. Wallace znał dopiero od niecałych dwóch miesięcy. Jakim cudem tyle rzeczy zmieniło się tak bardzo ledwie w ciągu paru tygodni? Ba! Jakim cudem tyle rzeczy zmieniło się tak bardzo w ciągu tego dnia?
- Aż nie zabije mnie wylew. Kilka lat... chyba że coś wymyślę po drodze. - I wymyśli. Był w stanie to zrobić, teraz był w stanie się z tego wyrwać. Cholera jasna. Zbyt wiele razy zabijał, żeby przetrwać. Zbyt wiele osób porzucił, zbyt wiele zginęło, żeby on mógł żyć. Nie mógł tego zaprzepaścić. Nie mógł się poddać, teraz, kiedy miał w końcu jakiekolwiek szanse. Nie mógł odpuścić tego życia, nie kiedy widział, jak kąciki ust Wallace delikatnie zaczynają się unosić, jak jej uśmiech staje się coraz szerszy.
Objął ją na wysokości talii, kiedy zarzuciła mu ręce na szyję. Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, kiedy czuł jej pocałunki na swojej skórze. To się nie musiało kończyć, nigdy nie czuł tego równie dobrze, jak wtedy kiedy położył dłoń na jej policzku, wsuwając palce w jej włosy. Znowu miała mokrą twarz od łez, ale tym razem tych radości. Cholera, uwielbiał patrzeć na takie jej roześmiane oczy.
- Nigdzie się nie wybieram, Wallace - odpowiedział jej w końcu z szerokim uśmiechem na ustach, zanim ją pocałował. Gdyby mógł zapanować nad swoją mimiką, pewnie szło by mu lepiej.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-07-31, 17:14   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


– Wiem, że to nie było fair w stosunku do nich, po prostu chciałam cię ochronić – była samolubna i oboje o tym wiedzieli. Will nie mógł się spodziewać od niej, że zacznie jej cholernie zależeć na tej organizacji. Miała ich w dupie. Nie życzyła im źle, ale jeśli miała wybrać między losem tych pięćdziesięciu ludzi, a losem Williama… wybór był dla niej dość oczywisty. Nie powinno go to za bardzo dziwić. Nie była dobrą osobą. Nigdy nawet nie zgrywała dobrej osoby. Jeśli go to rozczarowało… cóż, musiał to jakoś przeżyć. – Okej, proponowanie Addams było kiepskim posunięciem. Być może dlatego nie potraktowali poważnie tego Simona, ale… Ronnie nie byłby taki najgorszy. Oczywiście gdyby wciąż z nami siedział.
Wallace lekko wzruszyła ramionami, wzdychając ciężko. Kiedy tak ujmował całą tą sprawę i kiedy patrzył na nią w ten sposób… czuła się trochę głupio. Wciąż jednak uważała, że postąpiła okej. Ale najwidoczniej nie powinna tak bardzo zdradzać swoich prawdziwych intencji. Bo cóż… wyglądało na to, że Will powoli zaczynał się poczuwać do swoich nowych obowiązków. Z ust Matilde wydobyło się dość niespodziewane: – będę głosować na Simona.
Chyba powinien wiedzieć. Nie chciała, żeby między nimi wynikło jakieś spięcie spowodowane tymi durnymi wyborami. Nie mógł liczyć na jej głos, ale to przecież wiedział od początku. Mimo wszystko był inteligentny i nie aż taki najgorszy. Właściwie to był całkiem okay.
Ta bomba, którą na nią zrzucił… To wszystko wciąż do niej do końca nie docierało. Matilde chyba za bardzo nie zaskoczyłoby, gdyby ktoś w tym momencie powiedział jej, że dziewczyna znalazła się przed ukrytą kamerą. To co do niej teraz mówił… czy on czytał jej w myślach? Czy to możliwe, że mówił to co chciała usłyszeć? Wszystko o czym marzyła to był ten cholerny czas. Myślała raczej o miesiącach, roku, półtorej roku. Ale o te kilka lat nie śmiała nawet wcześniej prosić! I do tego wszystkiego dochodziło jeszcze chyba, że coś wymyślę.
– Will! – prawie krzyknęła z tej radości, jednocześnie przygryzając dolną wargę, by powstrzymać swój stanowczo za szeroki uśmiech, bo szczerze to zaczynały ją już ppowoli boleć policzki. Cóż, nie zadziałało, ale Wallace nie miała zamiaru się tym przejmować.
– Will, Will, Will! – w tym momencie jednak nie była w stanie wypowiedzieć tego co krążyło po jej głowie. Po prostu korzystała z jego zapachu, korzystała z tego jak obejmował w talii. Korzystała z tego, że nie musiała myśleć, że to ostatni raz. Mieli jeszcze tyle razów przed sobą. Kilka lat brzmiało dla niej jak wieczność.
– Nie mogę w to uwierzyć, Hopper. – i kiedy tak położył dłoń na jej policzku, Matilde znowu radośnie się zaśmiała. Być może zachowywała się jak idiotka, być może w ogóle nie przypominała teraz siebie. Ale nie przejmowała się tym. Odwzajemniła jego pocałunek, ale tylko po to by po sekundzie się od niego oderwać i spojrzeć mu w oczy. Musiała to powiedzieć.
– Nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa, Will – i wtedy to ona pocałowała jego. Ale tak samo jak za pierwszym razem, nie było to najłatwiejsze zadanie. Szeroki uśmiech nie schodził jej z twarzy nawet na moment. Co chwilę przez te cholerne pozytywne emocje ich wargi się rozjeżdżały, ale nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo. Ba! Zamiast rozdrażnienia z ust Matilde wydobywały się wesołe parsknięcia. Wszystko o czym tak naprawdę marzyła… teraz działo się w rzeczywistości, a ona sama czuła się jakby zyskała drugie życie.
_________________
Wallace jest w 8 miesiącu ciąży.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Have been on the run since I was a boy. But now I'm done runnin', got another thing comin' watch my enemies get destroyed

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-08-03, 14:25   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Naprawdę nie spodziewał się, że dziewczyna od tak przyzna mu rację, a gdyby było tego mało, doda do tego takie wyznanie. Jasne, to nie było nic z czego obydwoje nie zdawali sobie sprawy... ale oni po prostu nie mówili sobie takich rzeczy. To mogło co najwyżej wyjść przypadkiem w jakiejś rozmowie, może gdyby coś naprawdę poważnego się działo... ale nie tak, w zupełnie zwyczajnej rozmowie. To nie było w ich stylu.
Hopper prychnął rozbawiony, kiedy tylko usłyszał, kogo Wallace uważała za dobry materiał na przywódcę. Może w innym wszechświecie, gdzie Henderson był w stanie zaplanować chociażby co zje następnego dnia na śniadanie, nie mówiąc już o tak utopijnym scenariuszu, gdzie byłby w stanie ułożyć kolejne kroki dla pięćdziesięcioosobowej grupy.
- Chyba nie znasz go za dobrze - stwierdził rozbawiony. Henderson na czele Bractwa! Tego jeszcze świat nie widział.
Natomiast to, kogo poprze Wallace nie było dla niego szczególnie szokujące. Simon był całkiem sensownym wyborem i szczerze powiedziawszy, Hopper liczył, że to on wygra te całe wybory. Może nie miał takiego doświadczenia w ukrywaniu się przed ludźmi, którzy chcieli go zabić, ale nie można było też powiedzieć, że był w tym wszystkim świeży. Najprawdopodobniej świadomie używał swojej mocy najdłużej w Bractwie, poza tym był tutaj od samego początku, nawet jeśli nieszczególnie rzucał się w oczy. Ludzie mu ufali, poza tym on sam musiał sporo nauczyć się o funkcjonowaniu takiego miejsca.
- Dobry wybór - Will stwierdził tylko.
I cholera... Dobrze się na nią patrzyło, kiedy była taka uszczęśliwiona i kiedy się tak idiotycznie szczerzyła. Pewnie on sam miał równie głupią minę... ale naprawdę się cieszył. W tamtym momencie miał wrażenie, że żaden problem nie był szczególnie dużą przeszkodą. Skoro dali sobie radę z tym, nic nie było w stanie ich przerosnąć. Z resztą, czym były ich jakiekolwiek inne problemy w obliczu umierania? To wszystko traciło na wadze, skoro miał żyć, bez względu na wszystko. Nic go już nie było w stanie zatrzymać.
Cieszył się z tego, z jej śmiechu, z dotyku jej ust. Z tego, że to nie miało się kończyć. Że nie musiał już podejmować tej niemożliwej decyzji, czy woli sam się zabić, czy powoli tracić swój umysł i ciało. To ciągle się mogło stać, prawda? Może wylewy nie były tak pewne jak wcześniej, ale to się mogło ciągle wydarzyć i to jeden z nich najprawdopodobniej miał go zabić.
Nie chciał o tym myśleć, nie w tym momencie. Wolał wrócić do tego bezsensownego śmiechu i do tej niewiarygodnej radości. Nie umierał już tak bardzo jak wcześniej, to był świetny pretekst do świętowania. I naprawdę cieszył się, kiedy widział Wallace taką rozpromienioną. Odwzajemnił pocałunek, korzystając z tego wszystkiego, tego jej wesołego parsknięcia i całej tej dziwnie radosnej otoczki. Cholera, to nie było coś, co robili tacy ludzie jak oni. Oni byli zawsze marudni i sarkastyczni, zawsze widzieli gdzieś dziurę w całym... a tymczasem Will po prostu całował ją, znowu i znowu, nie chcąc z tego wszystkiego rezygnować, skoro już wiedział że nie musiał.

/zt
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-08-03, 19:29   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


To co jej powiedział Will w żaden sposób nie zmieniało jej stosunku co do jego kandydatury w tych durnych wyborach. Nawet jeśli umierał teraz wolniej, albo nie umierał wcale.. to nie robiło w tej sprawie różnicy. On jako lider… to było po prostu świństwo. Nie robiło się czegoś takiego ludziom. Matilde wciąż była cholernie rozgoryczona i nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to jednak mogłoby się wydarzyć. Mieli teraz więcej czasu, ale przecież i tak miał niszczyć swoje zdrowie przez tą cholerną organizację. Jego zapewnienia, że wcale nie chciał być tym liderem nieco poprawiły jej humor. Natomiast w jej głowie wciąż rozbrzmiewało to jedno stwierdzenie: a my będziemy mogli mieć ich głęboko w dupie. Właściwie, jeśli miałaby czas się nad tym dokładniej zastanowić, to to było dosłownie wszystko czego chciała. Oni razem, sami, przeciwko całemu światu. Nic więcej jej chyba nie było potrzebne do szczęścia. Nie teraz, kiedy już nie umierał. Nie teraz, kiedy nigdzie się nie wybierał…
Słowa o Ronniem nieco ją zdziwiły, ale nie miała czasu zaprzątać sobie tym głowy. Nie teraz, kiedy czekały na nią takie dobre wieści. W tym idealnym świecie, który jej podarował… nie było miejsca ani dla Ronniego, ani dla zbliżających się wyborów, ani dla nikogo. Tak. Byli tylko oni. Sami. Przeciwko całemu światu. Matilde nie była w stanie przestać się uśmiechać. Nie chciała przestać się uśmiechać. Hopper chyba jeszcze nigdy nie wydawał jej się przystojniejszy. Teraz, kiedy był taki szczęśliwy i zadowolony. To nie był ich świat, nie znali takiego życia. A mimo wszystko… to im tak bardzo pasowało. Pasowało im bycie szczęśliwymi. Zasługiwali na to. I chciała, by to trwało jak najdłużej. By ten dzień, by ten wieczór nigdy się nie skończył. Zwłaszcza teraz kiedy byli ci normalni ludzie. Jak normalna para.. Bez wyroku, bez oddechu śmierci, bez odliczającego zegara. Dlatego zatracała się w tej chwili, rozkoszując się każdym kolejnym pocałunkiem i pozwalając pozytywnym emocjom zawładnąć zarówno nad swoim ciałem, jak i umysłem.

/zt
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Imari Blanc



Go all the way, have you fun, have it al. It will take you down.

support/rozwój mocy innych

66%

Trener





name:

Imari Blanc

alias:
Tara/Marceline Hopper

age:
25

height / weight:
173/53

Wysłany: 2018-08-29, 18:06   

/9.05

Migrena od tygodnia. To o tydzień za dużo. To znaczy, była przyzwyczajona.. w jakimś stopniu, w jakim da się do tego przyzwyczaić. Ale nie pomagało jej to w niczym. Znów przestawała przez to jeść, a wiedziała, że nie może. Musiała się doprowadzić do o wiele lepszego stanu niż obecnie była, by efektywniej używać swojej mocy, jeśli chciała pomagać - Hopperowi i innym. Priorytetem byl jej brat i siostra, to oczywiste, ale nie tylko przecież.. Tak czy inaczej, obudziła się kolejnego dnia z tak samo pękającą głową. Nawet koło lozka miala okulary przeciwsłoneczne... to minimalnie pomagało. Środki przeciwbólowe, te zwyczajne, za bardzo nie dawały rady i wolała ich nie nadużywać.
Stanęła pod drzwiami pokoju numer 1, daleko w końcu nie miała i zapukała do nich, krzywiac się zaraz okrutnie. Miała nadzieję, że znajdzie tam Matildę, bo szukanie jej po obiekcie chybba ją przerastało.
_________________

I paced around for hours on empty
I jumped at the slightest of sounds
And I couldn't stand the person inside me
I turned all the mirrors around
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-08-29, 18:17   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


Chociaż już od tygodnia czuła się znacznie lepiej i była w stanie wykrzesać z siebie jakieś chęci do dalszego życia, tego dnia znowu dokuczały jej mdłości. Naprawdę, Wallace już miała powoli tego po dziurki w nosie, a nawet nie zapowiadało się na to, by jej samopoczucie miało w jakimś stopniu się poprawić. W całym swoim życiu brała naprawdę dużo syfiastej heroiny, ale żadna z nich nigdy tak długo jej nie dokuczała, jak ta ostatnia. W pewnym sensie to było wręcz nienormalne, ale hej. Co innego mogło jej aż tak zaszkodzić? Jakoś Wallace nie znalazła innego sensownego wytłumaczenia.
I kiedy usłyszała pukanie do drzwi, akurat siedziała na łóżku, bazgroląc na kartce jakieś bliżej nieokreślone kształty. Liczyła, że w ten sposób uda jej się wymyślić jakiś super nowy tatuaż, czy coś. Nieważne. Słysząc to pukanie do drzwi, westchnęła ciężko. Miała już tego dość. Wszyscy przychodzili i chcieli czegoś od Hopperaa, którego tutaj nawet nie było. Matilde to już nieźle męczyło i coraz bardziej rozważała przyklejenie do drzwi odpowiedniej karteczki. Nie spodziewała się jednak, że za drzwiami napotka Imari. Widząc blondynkę, Matilde mimowolnie wzniosła brwi ku górze.
- Willa nie ma - stwierdziła, wzruszając delikatnie ramionami.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Imari Blanc



Go all the way, have you fun, have it al. It will take you down.

support/rozwój mocy innych

66%

Trener





name:

Imari Blanc

alias:
Tara/Marceline Hopper

age:
25

height / weight:
173/53

Wysłany: 2018-08-29, 18:39   

- To dobrze - nie podniosła z nosa przeciwsłonecznych okularów nawet, to byłoby za duże poświecenie. Zmierzyła Matilde spojrzeniem i zmarszczyła nos.
- Ale nie wyglądasz kwitnąco - zauważyła, jakże błyskotliwie - A ja chciałam prosic cię o pomoc z migreną.. - nie zamierzała jej zmuszać czy przekupywać albo namawiać, na pewno nie. Ale jak już przyszła to chciała powiedziec po co.
- Powinnam wrocić innym razem? - upewniła się, jakby chciała mieć to powiedziane w twarz zanim sobie pojdzie umierać dalej do swojego pokoju, który, szczęśliwie, zameiszkiwała wciaż sama.
_________________

I paced around for hours on empty
I jumped at the slightest of sounds
And I couldn't stand the person inside me
I turned all the mirrors around
[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Guess I was born to be at war and my love, I won't give up. So my love, please don't give up.

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen

age:
27 lat

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-08-29, 18:49   
   Multikonta: Toby Jensen
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG


- Potraktuję to jako komplement - odparowała z nieco cynicznym uśmiechem, by po chwili - słysząc kolejne słowa Imari - westchnąć ciężko. Poprosić o pomoc z migreną, och cudownie. Wallace na moment zacisnęła mocno wargi, mierząc wzrokiem twarz (a raczej pół twarzy) Imari, zupełnie jakby się nad czymś bardzo intensywnie zastanawiała. Nie miała w zwyczaju leczyć. I zdecydowanie chciała dziewczynie zatrzasnąć drzwi przed nosem, ale... ale to była siostra Hoppera, a Wallace z jakiegoś powodu czuła się zobowiązana, by jej pomóc.
- Jeśli przypadkiem na ciebie zwymiotuję, to nie przyjmuję reklamacji - stwierdziła w końcu, by otworzyć szerzej drzwi i wpuścić Imari do środka. Jasne, mogła wrócić innym razem. Problem był jednak taki, że Wallace nie miała zielonego pojęcia kiedy znowu się poczuje lepiej. Ani tym bardziej, czy w ogóle poczuje się lepiej. Ostatnio bardzo w to wątpiła. Matilde zamknęła drzwi za Blanc, niemal od razu siadając na łóżku.
- Miejmy to już po prostu za sobą - stwierdziła cicho, gestem głowy nakazując jej usiąść obok, a potem wyciągając w jej kierunku dłoń. I zanim ostatecznie chwyciła rękę blondynki, dodała jeszcze nieznoszące sprzeciwu: - i bez żadnego wchodzenia do głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Imari Blanc



Go all the way, have you fun, have it al. It will take you down.

support/rozwój mocy innych

66%

Trener





name:

Imari Blanc

alias:
Tara/Marceline Hopper

age:
25

height / weight:
173/53

Wysłany: 2018-08-29, 18:54   

- Nie będe mieć obiekcji w takim wypadku - potwierdziła. Mogła być pokryta wymiocinami, ale niech ból przejdzie. Nawet za taka cenę!
- Chociaż nie dodaje mi to pewności w podjetej decyzji, chyba nie powinnaś tego robić, hm? - usiadła obok niej na łóżku, ale nie wyciągneła do niej ręki.
- Nie mogę ci wejść do glowy siłą. Mówiłam ci to już. Nie panikuj - podała jej dłoń, a po chwili przekrzywiła lekko głowę - Ale może mogła bym cie wciągnąć do mojej? - zastanowiła się na głos. Nie próbowała nigdy, jakoś nie wpadła na ten pomysł. Uśmiech akurat było widać mimo okularów, to nie maska spawalnicza, wiec Matilde mogła szybko ogarnąć, że to żart.
_________________

I paced around for hours on empty
I jumped at the slightest of sounds
And I couldn't stand the person inside me
I turned all the mirrors around
[Profil]
  [A-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5